Rozdział 29. Kolory Mocy.
Przez kolejne dni Czarny Pan w ogóle się do niego nie odzywał i Harry niecierpliwie czekał do soboty. Chciałby już się dowiedzieć, co też jego ukochany wymyślił dla nich, a tymczasem próbował odciągnąć swoje myśli od szaleńczych pogoni za najszaleńszymi opcjami, jakie przychodziły mu do głowy.
Draco świetnie się w roli takiego rozpraszacza sprawdzał. Razem nie tylko uczyli się ale też i spędzali wolny czas na spacerach, rozmowach i rywalizowaniu na boisku w pogoni za zniczem.
Omijał za to z daleka zarówno Pokój Życzeń, jak i Komnaty Snape'a, żeby go nie kusiło do wpadnięcia, choćby na chwilę do Mrocznego Zamku, by podejrzeć co też chodziło po głowie Jego Lordowi. Lubił niespodzianki.
Nareszcie nadeszła sobota i z samego rana, jeszcze nie całkiem rozbudzony poczuł leciutki dotyk myśli swojego czarnoksiężnika, ostrożnie pytającego:
- Pamiętasz o naszym spotkaniu, Harry? - Wybuch radości chłopaka był wystarczającą odpowiedzią. - Wpadnę po ciebie do twojego domu, po obiedzie.
- Będę gotowy. - Zapewnił go Harry i Czarny Pan zniknął, obdarzywszy go jeszcze gorącym mentalnym pocałunkiem.
Złoty Chłopiec szybciutko umył się i ubrał, a następnie skrył się pod peleryną, by uniknąć niewygodnych pytań: a po cóż to Harry Potter idzie do ślizgońskich lochów w sobotni poranek?
Severus także wstał jeszcze przed pobudką. Miał dzisiaj odbyć pierwsze zajęcia dodatkowe z Harrym z Oklumecji, czy też Eliksirów: zależnie kto pytał.
A dla wiedzy jego samego (i Harry'ego, o ile zapyta), miał zamiar spędzić czas w swojej prywatnej pracowni, wykorzystując nowo nabyte chińskie zioła do ulepszenia swoich prywatnych receptur i tworzenia nowych.
W dobrym humorze zbierał się na śniadanie, gdy usłyszał ciche stukanie do drzwi, podszedł by je otworzyć, ale nie zobaczył nikogo na korytarzu: poczuł za to muśnięcie peleryną, niewidzialną peleryną. Szybko odsunął się a następnie drzwi zamknął.
Wtedy w salonie pojawił się, wyłaniając spod niej Harry Potter. Snape zdał sobie sprawę, że nie rozmawiał z chłopakiem od wtorku, a przecież powinni ustalić konkretną godzinę na ich dodatkowe zajęcia.
Jak się okazało, Harry odwiedził go właśnie w tym celu.
- Dzień dobry, profesorze Snape. - Chłopak powitał go uprzejmie, uśmiechnięty i radosny jak słoneczko. - Nie powiedziałeś, kiedy mamy się spotkać na te Dodatkowe Eliksiry.
- I chcesz je zacząć przed śniadaniem? - Severus uśmiechnął się kpiąco. W odpowiedzi Harry roześmiał się, lekko i srebrzyście - jak chińskie dzwonki wietrzne.
- Proponuję, aby to było po obiedzie. On zapowiedział, że wtedy chce po mnie przyjść. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, choć z odrobiną rumieńca i dozą nieśmiałości. Mężczyzna był zaintrygowany: skąd taka reakcja, skoro w końcu nie było to pierwsze spotkanie Harry'ego z Jego Panem. - Zaplanował dla nas coś specjalnego. - Wyjaśnił Złoty Chłopiec, widząc jego minę.
Severus cieszył się jego szczęściem, choć był też zazdrosny. Tak bardzo by chciał mieć kogoś takiego jak Harry i przygotowywać dla niego, powodujące takie szczęście niespodzianki. Westchnął i wrócił do rzeczywistości.
- Wyślę ci sowę podczas śniadania z zaproszeniem na zajęcia.
Harry skinął głową i zniknął pod peleryną, a po chwili otworzyły się i zamknęły drzwi na korytarz, oznaczając, że zniknął też z Komnat Mistrza Eliksirów
Czarodziej westchnął, ale po chwili wyprostował ramiona i także wyszedł na korytarz.
Nie ma co snuć marzeń, które nigdy się nie ziszczą. Nie od dzisiaj był sam, a wieczorne warzenie pozwoli mu o tym zapomnieć.
Po obiedzie Harry pożegnał przyjaciół udając się w towarzystwie Draco do lochów na umówione zajęcia Dodatkowych Eliksirów. Ślizgon na pożegnanie uścisnął go i poklepał po plecach, życząc powodzenia. Harry z ponurą miną zapukał i wszedł do Komnaty, ale po zamknięciu za sobą drzwi zmienił minę na radosną i podekscytowaną.
Profesor już czekał na niego, ubrany w szatę wyjściową. Harry uniósł pytająco brwi i Snape prychnął:
- No przecież nie mogę zostać w moich pokojach, żeby dyrektor się nie dowiedział, a w twoim domu też nie chcę przebywać, kiedy ciebie nie ma. - Harry chciał zaprotestować: nie miałby nic przeciwko temu ale profesor pokręcił głową. - Mam już swoje plany i miejsce, w którym chcę je realizować.
Pomimo, że naprawdę był ciekawy, Harry nie dopytywał się o szczegóły. Snape roześmiał się na tę jego niespotykaną powściągliwość i sam wyjaśnił.
- Też mam swój dom Harry, a w nim doskonale wyposażoną pracownię. Podczas tych weekendów będę miał okazję zająć się projektami, których nie mogę realizować w Hoogwarcie.
Chłopak skinął głową, faktycznie powinien o tym pomyśleć: jeżeli on miał swoje plany na wykorzystanie tego czasu to naturalne, że i Snape miał swoje. Westchnął głęboko, nagle zdenerwowany i wziął garść proszku z miseczki.
- A zatem ruszajmy. - Snape skinął głową i stanął obok niego. - Ulica Róż 13. - powiedzieli razem i zniknęli w płomieniach.
Uradowany Zgrzytek zginał się w ukłonach na ich widok. Profesor pożegnał się z Harrym i ruszył w stronę drzwi a Złoty Chłopiec uciszył radosne paplanie skrzata, polecając mu przygotować dla niego najlepsze ubrania.
- Przyszedłem tu tylko na chwilę, Zgrzytku, jestem umówiony na wieczór.
Skrzat posmutniał, ale posłusznie zniknął a trzask, jaki rozległ się z sypialni Harry'ego sygnalizował, że wykonywał polecone zadanie. Harry powoli wchodził schodami na górę, pozwalając sobie na to, od czego powstrzymywał się od kilku dni: rozważanie, co też może go dzisiaj czekać?
Snape otworzył drzwi wyjściowe i na progu zobaczył Czarnego Pana, który właśnie uniósł dłoń, by do nich zapukać i z rozpędu zastukał w jego nos. Cofnął się o krok, masując go i skłonił się, przepraszająco wyjaśniając.
- Harry poszedł do swojego pokoju, mój Panie a ja już wychodzę do swoich spraw.
Volemort bez słowa skinął głową i wyminął go wchodząc do środka. Natychmiast rozległo się upiorne wycie i dom rozbłysnął światłami a czarnoksiężnik został unieruchomiony pajęczą siecią.
Snape, który już zaczął aportację, zniknął łapiąc to ostatnim spojrzeniem i zaśmiał się w duchu: Jego Pan zapomniał o osłonach Harry'ego a te zadziałały bez zarzutu.
Złoty Chłopiec tymczasem na całe zamieszanie błyskawicznie zbiegł na dół i machnął różdżką, uwalniając ukochanego z pułapki i uspokajając osłony. Skrzat stał przed nim w obronnej postawie, patrząc wrogo na Czarnego Pana, a Harry śmiał się, na widok jego miny.
Było mu trochę głupio, że zapomniał zezwolić na jego wejście, ale przede wszystkim był dumny ze swoich zaklęć.
- Przepraszam, dopiero przybyłem i nie pomyślałem o zezwoleniu na otwarcie osłon dla ciebie.
Voldemort machnął lekceważąco ręką.
- Nic mi się nie stało. Twoje osłony są naprawdę doskonałe, w ogóle nie mogłem się ruszyć. Nawet gdybym chciał nie potrafiłbym: jesteś potężnym czarodziejem, mój Harry.
Chłopak zaczerwienił się, zażenowany tą pochwałą i szybko zmienił temat.
- Zgrzytku , miałeś mi przygotować ubranie. - Przypomniał karcąco skrzatowi, jednocześnie łagodnie gładząc go po głowie, żeby nie uznał tego za krytykę i nie próbował się ukarać.
- Zaczekaj chwilę w salonie, zaraz będę gotowy. - Polecił z kolei narzeczonemu i przesyłając mu całusa znowu ruszył w górę schodów, tym razem bardzo szybko.
Czarnoksiężnik aportował się z nim na trawiastej równinie. Harry rozejrzał się i zauważył jakąś budowlę, mimo sporej odległości od razu ją rozpoznał. To było jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w kraju.
Voldemort ruszył w tamtym kierunku a chłopak trochę się zdziwił: co takiego jego ukochany mógł przygotować dla nich w kamiennym kręgu?
Jednak jak się okazało to wcale nie było ich celem. Kiedy byli jeszcze około dwustu metrów od monolitów, Czarny Pan zatrzymał się i zapraszająco wyciągnął ku niemu ręce. Harry podszedł, a mężczyzna przygarnął go do siebie i poleciwszy mu zamknąć oczy, okrył go swoją peleryną, opierając się policzkiem o jego głowę.
Harry wykonał polecenie, coraz bardziej zaintrygowany. Poczuł jak ziemia znika pod stopami i opadają w dół, w pierwszej chwili drgnął, ale w objęciach czarnoksiężnika czuł się bezpiecznie.
Po kilku sekundach, znowu poczuł twardy grunt pod stopami - bardzo twardy. Voldemort wypuścił go ze swoich rąk i chłopak otworzył oczy rozglądając się z ciekawością po otoczeniu. Znajdowali się w rozleglej jaskini, niezwykle jasnej, zauważył co prawda tylko jedno niewielkie magiczne światło, ale odbijało się ono w tysiącach tysięcy zatopionych w jej ścianach różnokolorowych szlachetnych kamieni.
Rozproszony tym blaskiem, dopiero po chwili dojrzał, że to co brał za większą grupę zebranych w jednym miejscu czerwonych kamieni, nie było nimi. Przy przejściu do kolejnej jaskini, czy korytarza kilkadziesiąt metrów od nich stał ogromny, przepiękny, migocący światłem i mocą Rubinowy Smok.
Czarny Pan przez chwilę pozwolił mu tylko się napatrzeć, a potem objął go ramieniem i poprowadził do tego wyjścia i jego strażnika. Im bliżej byli, tym bardziej Harry był nim zachwycony. Smok poza skrzydlatą sylwetką, w niczym nie przypominał tych, które widział podczas Turnieju.
Jakby wyczuwając jego podziw, gad rozwinął skrzydła, ale nie aby ich przestraszyć, czy grożąc im - raczej pozując, by jak najlepiej zaprezentować swoje potężne pazury, długą smukłą szyję i szerokie skórzaste przezroczyste błony miedzy palcami skrzydeł.
Był prawdziwie przepiękny i błyszczał bardziej niż wszystkie zgromadzone tu drogie kamienie. Podszedłszy bliżej Harry mógł przyjrzeć się mu dokładniej i uznał, że smok nie jest tylko rubinowego koloru - cały jest z tych szlachetnych kamieni.
Nieświadomie wyciągnął dłoń, by go dotknąć i gad w odpowiedzi wyciągnął do niego łapę. Chłopak dotknął i pogłaskał twarde, połyskujące pazury, a potem nachylony ku niemu łuskowaty pysk.
Smok wydawał się równie zachwycony jak Harry - jego zachwytem. Lekko wydmuchał powietrze z nozdrzy i chłopiec roześmiał się radośnie, jak dziecko. Rubinowy gad podniósł głowę i wskazał łapą, aby weszli w korytarz.
Harry z niechęcią opuścił dłoń i oglądał się jeszcze na niego, kiedy znikali w przejściu. Korytarz był równie jasny jak jaskinia, rozświetlany promieniami odbijającymi się bez końca we wtopionych w ściany klejnotach.
Chłopak uważnie rozglądał się dookoła: pierwszy raz był w takim miejscu i podejrzewał, że także raczej ostatni. Od większego niż tunele metra korytarza, którym szli co jakiś czas odchodziły inne, niewiele mniejsze, równie połyskliwe, a w wielu z nich dostrzegał kolejne smoki - kolejne drogocenne klejnoty.
- Co to za miejsce? - Zapytał wreszcie swojego towarzysza.
- To Smocza Twierdza.
- Ale to nie są zwykłe smoki. - Harry nie pytał: był tego pewien.
- To smoki mocy. Wiesz, że magiczna moc kumuluje się w liniach przecinających ziemię na różnych głębokościach, promieniujących magią? Miejsca bliskie linii są przesycone mocą a miejsca ich krzyżowania się i zapętlania są zwykle wybierane na siedziby czarodziejów.
- Hogwart jest w miejscu przecięcia takich linii. - Stwierdził chłopak, kiwając głową. - I Mroczny Zamek też.
- Tak, a tu jest miejsce gdzie spotykają się wszystkie linie Brytanii. Ale są to różnego rodzaju moce, magia nie jest jednolita, ma różne aspekty. Smoki są właśnie ich ucieleśnieniem i odbijają je w swoich klejnotach. Pamiętasz, co mówili w szkole o działaniu szlachetnych kamieni na czarodziejów?
Harry skinął głową, znał te kamienie i korzystali z nich w Hogwarcie. Voldemort kontynuował wykład: cichym, spokojnym tonem.
- Linie mocy ucieleśniły się wybierając najpotężniejsze i najpiękniejsze postaci a do ich ukształtowania użyły szlachetnych kamieni. Każdy z nich wybrał sobie jeden z nich, gromadząc i ładując je swoją wybraną magią. Dalej je zbierają.
- Dlatego mówi się, że smoki są chciwe i gromadzą bogactwa?
- Nasze smoki to nawet nie są cienie tych, ale tak, próbują je naśladować, choć zapewne nie do końca rozumieją o co chodzi, po prostu czują moc w kamieniach i chcą ją posiąść. Te tutaj nie zbierają kamieni, one je nasączają mocą i wtedy roznoszą, umieszczając je w miejscach, gdzie ich zdaniem ich magia jest potrzebna.
- A ludzie je wydobywają i zaburzają linie magii. - Stwierdził skrzywiony Harry.
Voldemort machnął ręką, żeby się tym przejmował.
- To tylko mikro część, ale czasem faktycznie zmusza Smoki Mocy do większej pracy, ale że ją lubią, nie mają o to specjalnie pretensji.
- Czyli możemy sobie jakiś wziąć na pamiątkę? - Harry zażartował przeciągając dłonią po ścianie, jednak wcale nie próbując wydobyć żadnego z klejnotów.
Voldemort przyciągnął go do siebie i zatonął spojrzeniem w jego przepięknych zielonych oczach - piękniejszych niż każdy z tych kamieni, bo oddających jego duszę. Pocałował jego powieki, lekko zachrypniętym głosem stwierdzając.
- Nie musisz mieć czarodziejskich kamieni. Masz całe piękno i moc, jakiej potrzebujesz Harry.
Chłopak tylko patrzył przed siebie, nie mogąc wydusić słowa. Czarnoksiężnik nigdy nie przestanie go zaskakiwać. Odchrząknął, cały zarumieniony.
- Jak udało ci się znaleźć to miejsce? Chyba nie jest powszechnie znane i odwiedzane?
- Nikt go nie odwiedza. Smoki strzegą magii i nie zapraszają gości - zwłaszcza czarodziejów. Moc tutaj zgromadzona jest zbyt potężna, by człowiek zdołał nad nią zapanować, by zdołał zapanować nad sobą, gdy będzie w jej zasięgu.
Harry pytająco uniósł brew i jego Czarny Pan się zaśmiał.
- Kiedy byłem jeszcze w twoim wieku już pociągała mnie władza i potęga, szukałem wszelkiej mocy, pragnąć zdobyć ją dla siebie. Przyciągnęło mnie tutaj pulsowanie mocy. - Harry skinął głową. Czuł jak moc przepełniająca kamienie pulsuje i wibruje także w jego ciele.
- Nie miałem żadnego planu, nie wiedziałem czym jest to miejsce, po prostu poczułem moc i odpowiedziałem, ciągnąc do niej, jak ćma. Pewno dlatego smoki mnie nie od razu zauważyły i nie zniszczyły za samą próbę wejścia do Twierdzy. Czarnoksiężnicy zwykle stawiali się tutaj z Armią Ciemności, próbując siłą zdobyć magię.
Na jego twarzy pojawił się jakiś dziwny wyraz, którego Harry nie potrafił identyfikować: tęsknota, żal... ale nie do końca.
- Znalazły mnie w sercu zamku, ale zamiast zniszczyć za tę bezczelność, wyprowadziły mnie na powierzchnię i pozwoliły odejść zachowując wspomnienie. Może rozbroił je mój zachwyt i uwielbienie dla tego miejsca i dla nich. Są piękne i lubią być podziwiane.
- Czekaj, ale skoro mówisz, że raz już się tu włamałeś i że tylko cudem uszedłeś z życiem, to jakim kolejnym cudem znowu tu wróciłeś, legalnie i jeszcze ze mną. Dlaczego jesteśmy tu teraz. - Rozejrzał się wokół. - Zupełnie sami, bez kontroli?
Voldemort uśmiechnął się krecąc głową.
- Nie chodzą za nami krok w krok, ale tak jak my czujemy ich magię, tak one czuja nas: wiedzą dokładnie co robimy. - Harry przyglądał mu się ze zmarszczona miną: to nie całkiem odpowiadało na jego pytanie.
- Za pozwolenie powrotu złożyłem im przysięgę. - Westchnął czarnoksiężnik, wyjaśniając wszystko. - Wieczystą przysięgę: że teraz i nigdy nie spróbuję wykorzystać tego źródła mocy do zwiększenia mojej, ani w żadnym innym celu, że nie zrobię nic... Poza pokazaniem go Tobie.
- Poszedłeś prosić je o powrót tu... Specjalnie dla mnie? - Głos Harry'ego zdradzał, jak bardzo był tym poruszony.
- Smoki mogą czytać najgłębsze myśli i uczucia. Powiedziałem im, że chcę tylko okazać miłość mojemu mężczyźnie. Stwierdziły, że to prawda i pozwoliły mi zabrać cię tutaj.
- Tak po prostu się na to zgodziły? - Chłopak był naprawdę pod wrażeniem słów ukochanego, ale zdziwiony, że to zadziałało na takie stworzenia.
- Smoki są bardzo kapryśne i próżne. Podobał im się mój podziw i wiedziały, że ty będziesz nimi równie zachwycony. - Harry uśmiechnął się, Voldemort mówił o próżności i kaprysach?
Czarnoksiężnik dobrze wiedział, co sobie pomyślał i przyciągnął go mocniej do siebie.
- Byłem w wielu różnych magicznych miejscach, nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale całego świata i to jest jedynym, jakie zrobiło na mnie wrażenie. Chciałem, żebyś ty też je zobaczył, bo wiedziałem że i dla ciebie będzie to równie wspaniałe przeżycie.
Rozmawiając szli cały czas tym samym największym korytarzem spiralnie opuszczającym się coraz głębiej i teraz dotarli do jego końca - kryształowej ściany migocącej odblaskami wszelkich kolorów mocy.
Przed nią stał kolejny: Szmaragdowy Smok. Przez parę chwil pozwolił im siebie podziwiać a potem dmuchnął gorącym oddechem na kamień, który rozwiał się otwierając wejście do kolejnej jaskini: Serca Smoczej Twierdzy.
