Rozdział 44. Nic się nie stało.

Naciągnąwszy kaptur głęboko i kryjąc twarz w jego cieniu Harry rozejrzał się na obie strony Nokturnu i szybkim krokiem ruszył w kierunku Pokątnej. Akurat w tej okolicy wielu przechodniów kryło swoją tożsamość, więc jego zachowanie nie zwracało niczyjej uwagi.

Gdy wreszcie dotarł na miejsce zobaczył prawie dokładnie taki obrazek, jakiego oczekiwał: na środku ulicy stała grupa Aurorów. Prawie, ponieważ nie spodziewał się, że będą w towarzystwie Snape'a.

Prześlizgnął się wymijając mniejsze czy większe grupki czarodziejów cicho szepczących między sobą. Co bardziej ciekawscy i odważniejsi zbliżali się, nadstawiając ucha, by wychwycić coś z rozmów prowadzonych przez Aurorówi. Zaginięcie Złotego Chłopca niewątpliwie było atrakcją dnia.

Niestety będzie musiał ich rozczarować. Podszedł równie nonszalancko jak inni gapie i kiedy Kingsley odwrócił się, by go odgonić zdjął kaptur uśmiechając się niewinnie.

Wszyscy wytrzeszczyli oczy i ulicą Pokątną przeszła fala westchnień i okrzyków. Automatycznie wszystkie grupki jeszcze bardziej się ścisnęły i przysunęły, by być jak najbliżej centrum wydarzeń. Zapadła wyczekująca cisza.

Chłopak czekał na deszcz pytań Aurorów, ale to Mistrz Eliksirów zareagował pierwszy, wrzeszcząc na niego:
- Co ty sobie wyobrażasz, Potter, żeby tak mi uciekać?! Myślisz, że to zabawa? - Mężczyzna złapał go za ramiona i potrząsał, jednocześnie dokładnie lustrując, czy na pewno nic mu się nie stało. - Co to miało być?

Czyli udał się na Pokątną w towarzystwie profesora. Całkiem słusznie, przecież powinien teraz być w szkolnym internacie. Jak inaczej mógłby się tam dostać?

Harry uniósł ręce, wyrywając się spod jego dotyku i cofnąwszy się o krok z zawziętą miną natychmiast, jak przystało na bezczelnego gryfona, odparł mu tak samo głośnym, obrażonym i obraźliwym tonem.

- Nigdzie nie uciekłem, zagapiłem się w witrynę. To pan poleciał do przodu i nie zauważył, że mnie z nim nie ma… Profesorze. – Ostatnie dodał po stosownej przerwie, żeby nie wyjść na nazbyt grzecznego, kończąc z urażonym. - Nie moja wina, że ktoś mnie napadł.

Bardzo dobry początek, całkiem ładnie im to szło. Jakby ćwiczyli od lat... No bo rzeczywiście mieli w tym wieloletnią praktykę.

Snape wziął głęboki wdech z oburzoną miną, szykując się do efektownej tyrady.
- Oooo! Jasne, Potter. Ty zawsze...

Jednak chłopak nie dowiedział się, co on zawsze, bo zanim profesor zdążyli się na dobre rozkręcić, wtrącił się Kingsley, stając między nimi i spytał, uważnie mu się przyglądając:
- Harry, powinieneś być bardziej ostrożny. Nawet nie wiesz, jak bardzo wszyscy się o ciebie niepokoiliśmy, gdy dostaliśmy raport, że zostałeś porwany z Pokątnej. Powiesz nam, co się stało?

Teraz chłopak zrobił prawie skruszoną minę.
- Przepraszam. Nie chciałem... – Westchnął i wiedząc, że przeprosiny nie zastąpią wyjaśnień spokojnie i rzeczowo kontynuował. – To nie było nic poważnego. Ten czarodziej wcale nie wyglądał na Śmierciożercę, był raczej... - Chwila przerwy, jakby szukał odpowiedniego słowa.

- Ofermą...? – Skrzywił się i machnął ręką, bagatelizując sprawę. – Nawet się nie dowiedziałem, czego ode mnie chciał, bo jak nas aportował do jakiegoś pokoju, to się potknął, upadł i walnął głową w podłogę, tracąc przytomność.

Tu przyszło mu do głowy, że mogą zechcieć sprawdzić jego wspomnienia, by znaleźć tego napastnika i uzupełnił.
- Niestety mu się nie przyjrzałem, bo miał naciągnięty kaptur, a jak chciałem do niego podejść to oparłem się dłonią o stół i najwidoczniej leżał tam świstoklik, bo tylko świsnęło i wylądowałem na Nokturnie.

Rozejrzał się po otaczających go czarodziejach, z kolejną żałośliwą minką.
- Przepraszam za to zamieszanie, ale naprawdę nic mi się nie stało. Nie chciałem robić kłopotu. – Uśmiechnął się najbardziej jak umiał niewinnie i przepraszająco.

Snape sapnął i z kwaśną miną pokręcił głową, chwytając go za ramię, jakby bał się, że chłopak znowu może mu uciec.
- Ty jesteś chodzącym kłopotem, Potter. Dyrektor powinien cię przykuć w Wieży, żeby mieć spokój. Zasugeruję mu to. – Dodał zjadliwie i zwrócił się do Kingsleya. – Skoro zguba się znalazła, to może lepiej aby wrócił do Hogwartu. - Tu kolejne łypnięcie na Harry'ego. - I najlepiej został tam do pełnoletności.

- Oczywiście, oczywiście. – Przytaknął Auror. – Szkoda, że nie miałeś możliwości zobaczyć napastnika, Harry. Wypytamy dokładniej przechodniów, może ktoś coś zauważył i wpadniemy jeszcze później do zamku, aby odebrać twoje dokładne zeznania, ale w tej sytuacji chyba nic więcej nie zdołamy zrobić. – Spojrzał na niego surowo. – Uważaj na siebie, chłopcze. Twoje bezpieczeństwo jest bardzo ważne.

Złoty Chłopiec poważnie pokiwał głową.
- Tak, oczywiście, przepraszam. – I Snape aportował się z nim pod bramę Hogwartu, gdzie od razu rzucił wokół nich zaklęcie prywatności i zaczął zrzędzić. Już nie ze wściekłością, a z rozczarowaniem i troską w głosie.

- Doprawdy, Harry, czy ty nie masz mózgu? Żeby samemu iść na Pokątną?! Masz szczęście, że to się tak skończyło, ale nie zdziwię się, jak Dumbledore faktycznie teraz zamknie cię w Zamku. Co cię napadło?

Machnął różdżką, by otworzyć bramę i stanął po drugiej stronie, czekając aż chłopak też wejdzie, by ją zamknąć, jednak przede wszystkim czekając na jego odpowiedź.

Harry zaczekał, aż brama się zatrzaśnie nim odparł, teraz już grzecznie i spokojnie. Uznał, że w tym przypadku prawda wyjdzie mu na korzyść.
- Chciałem poćwiczyć eliksir, jaki nam zapowiedziałeś na poniedziałek. - Snape powinien być zadowolony, że ćwiczy Eliksiry. - Wyszedłem tylko po kilka rzeczy. Nie pomyślałem…

- Dokładnie, ty nie myślisz. – Przerwał mu Profesor. Czyli nie zadziałało... – Mogłeś chociaż rzucić jakiś kamuflaż na twarz. – Chłopak zawstydzony opuścił głowę, no bo faktycznie, o tym powinien pomyśleć. Snape znowu pokręcił głową nad jego głupotą, ale że nie chciał kopać leżącego... – To kto tam cię porwał? – Spytał z prawdziwym zainteresowaniem.

Złoty Chłopiec z ulgą przyjął, że mu już odpuszczono.
- Jakiś Śmierciożerca uznał, że zapunktuje jak mnie zaprowadzi do Niego. – Prychnął z politowaniem. – To naprawdę banda idiotów. Tyle razy już im mówił, że mają mnie zostawić w spokoju, a te młotki nie mogą zrozumieć. - Na chwilę się zamyślił. - Mógł należeć do tej ekipy z dzisiejszej nocy, bo wyglądał jakby miał ciężkiego kaca, a oni mieli powody do świętowania.

To brzmiało całkiem sensownie, ale profesor nie dał się zwieść i wciągnąć w grę domysłów.

- Ty ich rozumu nie oceniaj, bo sam nie jesteś lepszy. - Spojrzał na niego, krytycznie przechyliwszy głowę i tłumaczył, powoli jakby faktycznie miał wątpliwości do jego zdolności rozumienia. - Dyrektor pozwolił ci wychodzić na weekendy, bo miałeś być bezpieczny w chronionym domu, a nie urządzać sobie samotne spacery bez opieki.

Tutaj zdecydowanie przyspieszył.
- Jaki ma sens stawianie osłon i rzucanie Fideliusa, skoro beztrosko spoza nich wychodzisz? - Rzucił mu ostre spojrzenie, aby nie przerywał i stanowczo zakończył. - I nie mów mi, że tak naprawdę On sam ci wcale nie zagraża, bo jak się dzisiaj przekonałeś, to jednak nie wystarcza, byśmy mieli spokój.

- O rany, wiem. Rozumiem. Przepraszam, jestem idiotą. – Chłopak chciałby się z nim kłócić, niestety: sam wiedział, co narobił. – Będę musiał się przed Dumbledorem ostro kajać i znowu prosić o zaufanie. – Dokończył z westchnieniem, wcale mu się ta perspektywa nie podobała.

- Nie jestem pewien, czy to będzie tak proste. Nie żebym miał wątpliwości, co do twojej siły przekonywania. Dyrektor ma do ciebie słabość… - Krótka przerwa i ponuro podsumował. - I właśnie dlatego uzna, że nie powinien cię dalej narażać, zezwalając na opuszczanie Zamku.

Harry zagryzł wargę i zamilkł, patrząc pod nogi. Piękny, świeży śnieg skrzący się w słońcu, który tak go zachwycił o poranku teraz już nie robił na nim wrażenia. Przeciwnie, bardziej by mu pasowało, gdyby wlókł się przez deszcz i błoto. Wyglądałby potem tak żałośnie jak się czuł i może dyrektor by się nad nim zlitował.


Czarny Pan z uwagą słuchał wyjaśnień Harry'ego dla Aurorów, zadowolony z jego pomysłu. Nieokreślony, nieudolny porywacz to na pewno brzmi lepiej niż kolejny atak Śmierciożerców. Jego chłopiec był bardzo sprytny i szybko reagował.

Ale Śmierciożercy lubią plotkować... Jeżeli akurat teraz Branwell zniknie zaczną się zastanawiać, czy to nie o nim mowa i czy jednak Złoty Chłopiec nie dotarł do Mrocznego Zamku, a to, że Harry go kryje nie może wyjść na jaw.

Nikt nie powinien się tym zainteresować. Lepiej zająć się tym typkiem i wszczepić mu takie właśnie wspomnienie, jak opowieść Harry'ego. Nie jest to historia, którą można by się chwalić, więc raczej powinien trzymać dziób na kłódkę.

A nawet jak ktoś go znajdzie, to uzna za, jak to mówił Harry: "ofermę", który wpadł na głupi pomysł i się zbłaźnił. Lord Voldemort i Śmierciożercy nie będą z tym incydentem łączeni.

Dotknął znaku i aportował się do lochu, w którym umieścił nieszczęśnika.

Czarodziej dalej leżał nieprzytomny. Voldemort spojrzał na niego i przypomniawszy sobie całą sytuacje, warknął ze złości i go kopnął, a potem jeszcze raz, drugi, trzeci, by rozładować wracającą złość.

Pomimo że wciąż prezentował światu maskę niewzruszonego i chłodniejszego od lodu Czarnego Pana, od jakiegoś czasu (tak konkretnie od czasu gdy poznał Harry'ego Pottera) zrobił się bardzo porywczy i uczuciowy.

W końcu wziąwszy głęboki wdech, spokojnie rzucił zaklęcie czyszczące na Śmierciożercę i zakrwawioną podłogę oraz swoje buty. Szybko go uleczył ze śladów klątw i uzupełnił krew, a dla uwiarygodnienia historii, żeby miał prawdziwego guza walnął, wcale nie delikatnie, jego głową o podłogę.

Wtedy wszedł do umysłu Śmierciożercy i przejrzał, a potem skorygował mu wspomnienia. Dumbledore mógł się chwalić, że rozpozna myśli, przy których ktoś majstrował, jednak Czarny Pan był mistrzem tej sztuki i jego pracy nikt nie zdoła wykryć, nawet ten Przemądrzały Staruch.

Tak samo jak tej jego najlepszego, a właściwie to jedynego ucznia.

Czasem próbował przekazywać różne umiejętności Śmierciożercom, ale tylko Harry miał wystarczającą moc i zdolności, by pojąć to co najważniejsze i opanować tę sztukę.

A skoro już mowa o Harrym, dla pewności znalazł też i wzmocnił komunikat, aby: „Nie tykać Harry'ego Pottera!" i nie budząc Branwella odesłał go do domu.

Teraz wreszcie mógł wrócić do pracy.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że zdobycie księgi to dopiero początek. Samo identyfikowanie użytych w Ministerstwie i Szkole zaklęć zajmie mu tygodnie, czy miesiące, tak były skomplikowane a jeszcze dodatkowo splątane ze sobą. Ponadto na pewno jeszcze nieraz będzie musiał wysyłać swoje sługi na próby forsowania osłon, żeby mógł obserwować efekty ich działania.

Nie mówiąc już o kolejnym, ostatnim i najważniejszym etapie - czyli znalezieniu sposobu na pokonanie każdej z nich z osobna i wszystkich razem.

Jednak ta wiedza nie zmniejszania jego niecierpliwości. Tak bardzo chciał mieć to już gotowe, że żałował każdej sekundy, której nie mógł na nie poświęcić.

Usiadł przy biurku w sypialni zarzuconym zwojami pergaminów na robienie notatek i księgami, które mogły być użyteczne podczas badań. Zamknął na chwilę oczy, kontemplując ciszę i pustkę dookoła i wziął się do kontynuacji pracy, tam gdzie mu przerwano.

Im szybciej pokona Ministerstwo i uwolni Hogwart od Dumbledore'a tym szybciej będzie mógł ujawnić się i przejąć władzę a wtedy w jego domu pojawi się Harry, już na stałe, a nie tylko na te krótkie skradzione chwile.


Po odzyskaniu przytomności Branwell poczuł ostry ból w czaszce i pojawiły się mgliste, nieuchwytne wspomnienia tego co zrobił. Potarł bolące miejsce nad lewą skronią, czując pod palcami spore, twarde wybrzuszenie, na szczęście nie rozciął skóry, ale nie mógł się skoncentrować na tyle, by rzucić na siebie zaklęcie lecznicze.

Z trudnością podniósł się i czepiając ścian dowlekł do szafki, w jakiej trzymał eliksiry. Każdy Śmierciożerca miał ich spore zapasy, bo praca dla Czarnego Pana bywała szkodliwa dla zdrowia. Desperacko przerzucał fiolki i słoiczki aż wreszcie znalazł te, których potrzebował: magiczny proszek na stłuczenia i na wszelki wypadek eliksir na wstrząs mózgu.

Kiedy już je zaaplikował osunął się na podłogę i przymknął oczy, pozwalając im działać. Po chwili w głowie zaczęło mu się przejaśniać i wszystko wróciło.

Cholera, ależ miał pecha, albo ten Złoty Gnojek szczęście. – Pomyślał, ale zaraz otrzeźwiony skojarzył, co chciał zrobić i dziękował Salazarowi, że mu się nie udało. Gdyby dotarł z Potterem do Czarnego Pana, nie skończyłoby się na obitej czaszce.

Oparł się dłonią o podłogę, a potem o ścianę i najpierw powoli, niepewnie uniósł się opierając na jednym kolanie, wstał, odepchnął się od ściany, wziął głęboki oddech i już energicznie i stanowczo przeszedł do łazienki,

Spojrzał w lustro i nie był to miły widok, pogniecione, wręcz wymięte szaty, włosy brudne i spłaszczone i czerwona plama w górnej części lewego policzka - to ślady pozostałe po czasie leżenia na podłodze.

Swoja drogą, ciekawe ile tego czasu minęło, od kiedy stracił przytomność? Rzucił Tempus: było po jedenastej, jednak to nic mu nie dało, bo nie wiedział, o której odpadł. Pili od świtu nie zwracając uwagi na to, która jest godzina.

Szybko doprowadził się do porządku. Po tym wszystkim odechciało mu się świętowania, ale uznał, że potrzebuje i informacji i ognistej.

Oba mógł znaleźć aportując się na Pokątną do swoich kolegów. Ulica była chyba jeszcze bardziej zatłoczona, niż wcześniej, ale nie były to już strumienie klientów spieszących na zakupy, większość stała, albo powoli się przemieszczała, nachylając się ku sobie i plotkując.

Branwell usłyszał parę razy nazwisko Pottera, jednak nie zatrzymywał się, by podsłuchać rozmowy, Dobrze wiedział, co się stało, a co o tym mówią ludzie, dowie się od swoich kumpli.

Wszedł do baru, drzwi zaskrzypiały i rozległ się dzwonek, ale nikt nawet nie spojrzał w jego stronę, chociaż lokal, jak rzadko dotąd, a już zwłaszcza o tej porze, był pełen gości. Tutaj także mówiono o Złotym Chłopcu. Zauważył parę Aurorów i ci akurat patrzyli na niego. Zrobił kwaśną minę, ale przecież nie będzie się na ich widok wycofywał - to byłoby podejrzane.

Wypatrzył znajome twarze i przepchnął między stolikami, by przysiąść się do nich. Wepchnął się na ławę i chwycił najbliższy kubek, jednym haustem pochłaniając jego zawartość.

- Co się z tobą działo? Przegapiłeś niezłe widowisko. – Zapytał go właściciel napoju, najstarszy w grupie McNair, wcale nie obrażony, że mu go sprzątnął, bo na stole stało jeszcze kilka butelek. Nalał i sobie i jemu i czekał na odpowiedź.

- Potknąłem się i trochę „odpocząłem" w bramie. – Wyjaśnił Branwell krzywiąc się. – Nieźli z was koledzy, że nawet mnie nie szukaliście. A może nie zauważyliście? – Dokończył z przekąsem.

McMair nawet nie zwrócił na tę uwagę uwagi, jak każdy ze Śmierciożerców zawsze troszczył się tylko o siebie samego. Kontynuował za to swoją myśl.
- Mówiłem, że tu był prawdziwy cyrk. Ktoś porwał Pottera!

- Próbował go porwać. – Od razu poprawił go czarodziej, siedzący po drugiej stronie. – Gówniarz wrócił sam po dwudziestu minutach. – Tu spojrzał z zainteresowaniem na Branwella. – Podsłuchaliśmy komentarze Aurorów, którzy potem weszli do baru szukać świadków, że ponoć czarodziej, który go porwał nawet nie powiedział o co mu chodzi, bo po aportacji potknął się i stracił przytomność, a jak Potter chciał do niego podejść, to niechcący dotknął świstoklika i wrócił do Londynu.

Mówił coraz wolniej, patrząc z namysłem na Branwella, a za jego przykładem uczynili to też pozostali.
- Czy nie wspomniałeś, że nie było cię, bo się potknąłeś i leżałeś nieprzytomny? - Zapytał podejrzliwie mrużąc oczy i wypatrując jego pierwszej, szczerej reakcji.

Branwell chciał zaprotestować przeciwko podobieństwu tych historii, ale niechciany rumieniec wystarczył kolegom za odpowiedź. Zaczęli złośliwie rechotać.

- Salazarze, ale z ciebie ofiara…

- Czy ci już całkiem odwaliło, żeby ruszać tego…

W tej chwili czarodziej stracił cierpliwość.
- Zamknijcie się idioci, nie jesteśmy sami. – Rozejrzał się dookoła. Wydawało się, że nikt z równie hałaśliwych gości nie zwraca na nich uwagi, ale lepiej być ostrożnym. Nachylił się do stołu i cicho, choć nie szeptem wycedził przez zaciśnięte zęby.

- W porządku, zrobiłem głupotę, pewno zaklęcie trzeźwiące nie podziałało, bo jak zobaczyłem dzieciaka, to zapomniałem, że mamy go nie tykać. Na szczęście nic z tego nie wyszło. Czy możemy na tym zakończyć?

Kumple jeszcze się pośmieli, ale darowali sobie dalsze komentarze. Sami też czuli, że nawet po zaklęciach mają mocno w czubie. Każdy z nich mógł popełnić ten sam błąd. Grunt, że nic z tego nie wyszło.

- Spokojnie młody. Wypijmy za to, że się dobrze skończyło. – Podsumował McNair i uznając jego autorytet pozostali zamknęli temat i wychylili swoje kubki.

Na chwilę Branwell miał spokój, ale przed nim jeszcze długi dzień. Dopóki starczy im kasy.
Może jednak lepiej byłoby zostać w domu i zamówić whisky przez sowę?


Korytarze Hogwarckiego Zamku były pełne podążających we wszystkich kierunkach uczniów, jak zawsze w weekendy. Bez dodatkowych zajęć mogli zajmować się, czymkolwiek im wpadło do głowy i korzystali z tej wolności.

Niektórzy byli radośni, inni zaaferowani, na tym tle smętnie i coraz wolniej wlokący się za posępnym Mistrzem Eliksirów Harry Potter zdecydowanie się wyróżniał. On sam ledwo rejestrował, że na ich widok, niektórzy trącają się łokciami i coś do siebie szepczą, ale Snape to zauważył i wcale mu się to nie podobało.

To mogła być zwykła reakcja na to, że Złoty Chłopiec znowu ma kłopoty przez Starego Nietoperza, ale mogło też oznaczać coś innego. Co prawda ta akcja na Pokątnej miała miejsce mniej niż godzinę wcześniej i nie było o tym w Proroku, ale wystarczy, że jeden uczeń otrzymał informację od znajdującego się wtedy na Pokątnej krewnego, czy znajomego i wiadomość roznosiła się jak pożoga.

Im bliżej byli gabinetu Dumbledore'a tym bardziej chłopak był zdenerwowany i tym bardziej zły na siebie samego. Kiedy wreszcie wjechali po schodach za chimerą i Severus zastukał do drzwi, pierwszy raz tego dnia Gryfon wyglądał na szczerze skruszonego.

Drzwi otworzyły się same, ale zamiast zobaczyć dyrektora siedzącego za biurkiem, krążący niespokojnie po gabinecie czarodziej ruszył, a raczej rzucił się w ich stronę. Harry automatycznie cofnął się o krok obawiając się, że Dumbledore zechce go przytulać, ale na szczęście poprzestał na objęciu dłońmi jego ramion.

- Mój chłopcze, tak się martwiłem, gdy Aurorzy powiedzieli, że ktoś cię porwał. Merlinowi dzięki, że porywaczowi się nie udało. – Jego wyblakło-niebieskie oczy zdawały się łagodne, ale patrzyły ostro i przenikliwe. Harry wiedział dlaczego i wolał w nie nie spoglądać. Wzmocnił bariery koncentrując się na jedynym, jaki może być znany, przebiegu nieudanego porwania. – Jesteś pewien, że to nie był Śmierciożerca?

Czyli dyrektor już dostał raport od Kingsleya. No i dobrze, przynajmniej chłopak nie musiał tego od początku tłumaczyć.

- Jestem pewien, bo Śmierciożerca zabrałby mnie od razu do Voldemorta. Ten czarodziej zabrał mnie do jakiegoś domu, raczej własnego. Strasznie nędzny, brudny i prawie pusty, tylko mała kuchenka i szafka, pod ścianą łóżko a na środku krzywy stół i kilka krzeseł, każde inne. Na stole stało sporo butelek po ognistej i szklanek. Zresztą od niego też było czuć alkohol.

Pokręcił głową, cmokając nad tą żałosną osobą i całą sytuacją i z namysłem kontynuował.
- Na pewno nie była to żadna zaplanowana akcja, Może to nawet wcale nie miało być porwanie i chciał tylko ze mną porozmawiać, ale jak ja spanikowałem, to on też. Dobrze, że udała mu się ta aportacja i przeniósł nas w całości.

To było całkiem dobre wytłumaczenie, ale jak Severus widział po minie Starca, dla niego niewystarczające.

Harry musiał się bardziej postarać. I zrobił to, przenosząc uwagę od napastnika na siebie samego.
Opuścił głowę, mówiąc bardzo powoli, jakby wyznanie przychodziło mu z trudem i sądząc po jego treści naprawdę tak było. Severus spodziewał się teraz po Harrym jakiejś manipulacji, jednak chłopak mówił szczerze, smutno, jakby walczył ze łzami.

- Potrzebowałem paru składników do eliksiru i wiem, ze powinienem po nie wysłać skrzata, ale kiedy wyglądałem przez okno… – Tutaj wręcz pociągnął nosem. – Tam była taka szczęśliwa rodzina i w ogóle wszyscy ludzie byli razem i byli tacy radośni, nie chciałem być sam. Dlatego poszedłem na Pokątną, aby być wśród swoich. Zapadł się w sobie, opuszczając ramiona i chowając w nich głowę.

Dumbledore po takiej wypowiedzi nie mógł pozostać obojętny. Wzruszony, także niemalże mając łzy w oczach, pokierował biedne dziecko do fotela przy stoliczku kawowym i wskazał też Severusowi, aby zajął miejsce po drugiej stronie. Puścił wreszcie ramiona chłopaka i zafrasowany pokiwał głową.

- Rozumiem cię, ale to bardzo niemądry impuls, mój chłopcze. Naraziłeś się na niebezpieczeństwo i nawet jeżeli to faktycznie nie był atak Voldemorta, mógłby nim być. Nie spodziewałem się po tobie takiej lekkomyślności. Oczywiście rozumiesz, że w tej sytuacji muszę zakończyć te twoje weekendowe podróże do Londynu.

No i pięknie, teraz Harry faktycznie miał mokre oczy. Severus w duchu zazgrzytał zębami: przecież nie pozwoli, aby dzieciak rzeczywiście zaczął błagać dyrektora. Nie mógł.
- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł, Albusie. – Zaczął powoli, z miną, jakby ledwo powstrzymywał mdłości. Obaj czarodzieje spojrzeli na niego, równie zdumieni tą interwencją.

- Zdecydowałeś się na to pozwolić, abym nauczył Pottera oklumencji i zaczęliśmy już robić jakieś postępy. Okazało się, że faktycznie… miałeś rację. – Wykrztusił to z siebie z widocznym trudem. – W swoim domu, poza szkołą jest znacznie spokojniejszy i pewny siebie, a nie tylko bezczelny i przemądrzały. - Harry fuknął, tak jak powinien po tym stwierdzeniu.

Severus niezrażony kontynuował, wiedział jak bardzo Dumbledore chciał, aby Harry opanował oklumencję.
- ...I łatwiej nam się porozumieć. Jeżeli teraz to przerwiesz, chłopak uzna to za karę i znowu się zamknie w sobie. Cały ten czas będzie stracony

Na tym zakończył, nie chcąc przesadzić z empatią, żeby nie wzbudziła podejrzeń. Spojrzał na Harry'ego z wyćwiczonym przez lata obrzydzeniem, a dyrektor przez długą chwilę obserwował ich obu, zanim z ciężkim westchnieniem, zaczął się łamać.

- To było naprawdę niebezpieczne, mój chłopcze. Chciałbym ci zaufać…

- Wiem. Ja… - Harry wziął głęboki oddech i wziął się w garść. - To się nigdy nie powtórzy. Tej lekcji na pewno nie zapomnę. Może mi pan wierzyć, dyrektorze. - Wpatrywał się intensywnie w niego, wszystkimi zmysłami krzycząc: - Proszę.

Severus nie wyobrażał sobie, że ktokolwiek patrząc w te wielkie, smutne oczka mógłby mu odmówić. Dumbledore nie był wyjątkiem.
- Dobrze, Harry. Możesz dalej używać swojego domu w weekendy. Tylko proszę: uważaj na siebie.

- Oczywiście, dziękuje. Dziękuję. – Chłopak odetchnął głęboko, czuł zbyt wielką ulgę, by móc powiedzieć coś więcej, nie był nawet w stanie skrzywić swoich ust w uśmiechu wdzięczności, jaki niewątpliwie by tu pasował. Osunął się na oparcie fotela i dopiero teraz czując, jak ma suche gardło ze zdenerwowania, sięgnął po przygotowaną przed dyrektora filiżankę przesłodzonej herbaty.

Pierwszy raz w życiu wypił ją całą, jednym łykiem, nawet się nie krzywiąc.

Ale jego zmęczenie było nie tylko wynikiem zdenerwowania rozmową z dyrektorem i niepewnością co do jego decyzji. Wyczerpujące było też szybkie budowanie po drodze i w miarę rozwijania historii na bieżąco uzupełnianie obrazu rzekomego przebiegu porwania, który cały czas trzymał na widoku, jednocześnie głęboko chowając prawdę, na wypadek gdyby Dumbledore próbował przeglądać jego myśli.

Harry od dawna już opanował tę sztukę, bez niej nie dałby rady przetrwać ostatnich miesięcy, jednak zdecydowanie wolałby móc wcześniej przygotować i dopracować szczegóły niż kombinować w stresie.

Dyrektor obserwował go uważnie, współczująco opierając dłoń na jego drżącym ramieniu.
- To musiała być bardzo trudna sytuacja, mój chłopcze. Powinieneś odpocząć. Może pójdziesz do Wieży? Już się rozniosło, że zaginąłeś i widziano cię, jak tu szedłeś. Przyjaciele na pewno czekają z niecierpliwością, aby usłyszeć twoją relację i upewnić się, że nic ci się nie stało. Zawołam cię, gdy pojawią się Aurorzy. A ja chciałbym jeszcze porozmawiać z Profesorem Snapem.

Harry odstawił filiżankę i uniósł głowę, kiwając potwierdzająco.
- Tak, oczywiście. - Wzdrygnął się. - Naprawdę przestraszyłem się, gdy ten czarodziej mnie zaskoczył. Drugi raz tak nie zaryzykuję. – Zapewnił po raz ostatni, podnosząc się z fotela i ruszając w stronę drzwi, jednak zatrzymał się przy kominku.

– Rzeczywiście powinienem odpocząć, chociaż nie wiem, czy w Wieży jest to możliwe. – Uśmiechnął się blado. - Jednak najpierw… - Tu spojrzenie na wciąż niechętnie skrzywionego Mistrza Eliksirów. - …Zostawiłem u pana wczoraj niechcący jedną z ksiąg, czy mogę udać się do lochów i ją zabrać?

Severus pierwszy raz o tym słyszał, ale oczywiście potwierdził ze złośliwym grymasem.
- Kiedyś zapomnisz głowy, Potter. Księga leży u mnie na stole, możesz się po nią udać kominkiem, masz dostęp. A jeżeli nadal chciałbyś spróbować przygotować ten eliksir to zaczekaj na mnie.

Chłopak bez słowa skinął głową i sypnąwszy proszkiem wszedł w płomienie.