Rozdział 45. Tylko chwile.
Nie było innego miejsca w Hogwarcie, w którym Harry czuł się równie bezpiecznie i pewnie jak Komnaty Mistrza Eliksirów. Nawet w Pokoju Życzeń, pomimo jego właściwości zwykle miał się na baczności. Nigdy nie wiadomo, czy któryś z uczniów, albo też profesorów nie zażyczy sobie takiego samego miejsca, jak on i nie wparuje znienacka, burząc jego spokój i samotność.
Snape u siebie poza standardowymi zabezpieczeniami, jakie Zamek miał dla każdego z profesorów nałożył też własne i to całkowicie za zgodą dyrektora – jako jego szpieg musiał mieć zagwarantowaną prywatność, a że każdy wyjątek w osłonach osłabiał je, także i Dumbledore nie mógł monitorować tych komnat.
Niestety nie dotyczyło to żadnego z innych pomieszczeń, no poza oczywiście gabinetem samego Jasnego Pana. Ale w przeciwieństwie do tego ostatniego w lochach nie było nawet żadnych portretów – mężczyzna ufał tylko sobie…
I od niedawna Harry'emu Potterowi, co jeszcze pół roku temu dla żadnego z nich byłoby nie do uwierzenia.
Chłopak podejrzewał też, chociaż może raczej – był całkowicie pewien, że był jedynym uczniem w Hogwarcie, który czuł się w nich naprawdę swobodnie. Owszem, Ślizgoni często tu bywali, zwłaszcza Malfoy, dla którego profesor dzięki przyjaźni z jego ojcem był niemal jak rodzina, ale nawet oni czuli przed mężczyzną jako Głową Domu zbyt duży respekt, by całkiem się rozluźnić.
On jednak nie miał takich problemów - jako partner Voldemorta miał przewagę nad każdym z jego sług, chociaż Snape był jedynym z nich, który o nich wiedział. Z kolei dla odmiany profesor miał nad nim oficjalną władzę w Szkole i o tym akurat wiedział każdy.
Nie przerzucając się więc tym, kto jest kim i na ile może sobie tu, czy tam pozwolić - po prostu wypracowali sobie prywatnie przyjacielskie stosunki, oparte na zaufaniu. Byli przecież dla siebie nawzajem jedynymi osobami z obu stron konfliktu, z którymi mogli szczerze rozmawiać na niemal każdy temat, oczywiście poza samym owym konfliktem, w który Harry nie chciał się angażować.
Chyba, że informacje dotyczyłyby bezpośrednio bezpieczeństwa samego Lorda Voldemorta. Harry natychmiast i bez wahania stanąłby zarówno przeciw Dumbledore'owi jak i Ministrowi, by go chronić. Na jego szczęście na razie jednak jego Mroczny ukochany sam świetnie sobie radził i chłopak mógł bez przeszkód kontynuować edukację w jakże Jasnej akademii.
Po wyjściu z kominka w komnatach Mistrza Eliksirów pierwszy raz od wyjścia na Pokątną wreszcie mógł swobodnie odetchnąć i po prostu być sobą. Rozsiadł się wygodnie na kanapie, przez chwilę tylko rozkoszując się przyjemnym ciepłem, które zresztą jak z satysfakcją sobie przypomniał, panowało w lochach dzięki zaklęciu, jakie sam w nich rzucił.
Jakkolwiek jednak nie byłoby mu miło, nie mógł zbyt długo odkładać spraw, które miał do załatwienia – i to jak najszybciej, bo nie wiadomo, kiedy Aurorzy zjawią się w Szkole, a wtedy musiał być gotowy do przesłuchania.
Zawołał jeszcze swojego skrzata domowego, aby doniósł mu torbę szkolną i księgi, które wczoraj zaniósł do domu. Nie brał ich idąc na Pokątną, ale wtedy nie planował powrotu bezpośrednio do Hogwartu. Skoro jednak już tu jest, powinien pojawić się w Wieży z tym co miał idąc do Snape'a. Nigdy nie wiadomo na jakie drobiazgi ludzie zwracają uwagę.
Skrzat był zadowolony, że może mu pomóc i bardzo chciał jeszcze kolejnych poleceń, jednak ponieważ będąc w szkole Gryfon powinien zwracać się z wszystkim do szkolnego personelu, tylko mu podziękował i odesłał.
Kanapa była wygodna, wystarczająco szeroka, by mógł podciągnąć nogi i oprzeć się wygodnie o podłokietnik, ale nie nazbyt rozleniwiająco, bo korzystając z samotności miał teraz zająć się swoimi wspomnieniami i osłonami oklumencyjnymi, dokładnie i szczegółowo, żeby się nie zagubić w trakcie rozmowy z Aurorami.
Co prawda byli to w większości jego dobrzy znajomi i przyjaciele rodziców, a on w tej sytuacji miał wtedy prawo do zdenerwowania i pomylenia faktów, jednak wolał to dopracować i nie zwracać ich uwagi jakimiś wątpliwościami, czy sprzecznościami w zeznaniach.
Najpierw jednak skorzystał z okazji, by sięgnąć do swojego połączenia z Czarnym Panem i sprawdzić co u niego. Tak jak się spodziewał mężczyzna był tak przejęty swoim nowym skarbem, że nawet tego nie zauważył, więc postanowił mu nie przeszkadzać.
Miał co robić, a jak Voldemort sobie o nim przypomni, to niech sam go szuka.
Praktyka czyni Mistrza, a on miał w tym długą praktykę, więc przejrzenie wspomnień i wybranie które może wykorzystać zajęło mu mniej niż pięć minut. Teraz należało je jeszcze dopasować do oficjalnej wersji – to już było znacznie poważniejsze i wymagało więcej koncentracji i wysiłku.
Kiedy wreszcie wyszedł ze swojego umysłu stwierdził, że minęło pół godziny. Całkiem nieźle, jak na ucznia – i to jeszcze nawet bez SUM-ów. Czuł się tu na tyle pewnie i bezpiecznie, że podczas tych zabiegów pozwolił sobie na całkowite wyłączenie zewnętrznych zmysłów – teraz rozejrzał się wokół, ze zdumieniem stwierdzając, że Snape wciąż jeszcze nie wrócił.
Ciekawe, co Straszny Dziadunio od niego chciał przez tyle czasu?
Może powinien odpuścić sobie czekanie i jednak pójść do Wieży? Tyle, że na razie nie miał na to ochoty. Wiedział, że wszyscy już słyszeli o porannych zajściach i na pewno nie dadzą mu spokoju dopóki nie opowie o wszystkim ze szczegółami, lepiej więc, aby nie mieli na to zbyt wiele czasu.
Dopiero co przegapił lunch czyli zostały aż dwie godziny do kolejnego posiłku, na pewno lepiej będzie przeczekać je sobie tutaj, wtedy wyjaśni wszystko krótko i na temat przy stole w obecności całego Domu i nie będzie musiał się powtarzać.
Ponieważ trochę go mdliło od magicznego wyczerpania i pewnie także od przesłodzonej herbatki, którą wypił u dyrektora i jego równie przesłodzonej gadki zawołał Zgredka i poprosił go o coś do konkretnego do zjedzenia, aby zabić ten smak - jakieś kanapki z wędliną, czy kurczakiem i oczywiście kawę - żadnych ciastek, czy soku. W przeciwieństwie do Rona, który z rozkoszą pławił się w cukrze, dla niego na dzisiaj słodyczy było już za wiele.
Czekając na skrzata rzucił okiem w lustro i aż się wystraszył natychmiast wstając z kanapy. Jego skóra była blada i matowa, a oczy ledwo widoczne pod ciemnymi spuchniętymi powiekami.
Ciesząc się z tego, że nie miał żadnego towarzystwa, bo na pewno i Snape i Voldemort zmyliby mu głowę za doprowadzenie się do takiego stanu, zamiast zadbania o swoją magię, zanim zaczął manipulacje na swoim umyśle, poszedł do przydomowej „apteczki" profesora, by wybrać sobie jakiś eliksir na uzupełnienie energii i wzmocnienie.
Nie zaszkodzi jak będzie wymęczony po weekendzie spędzonym na korepetycjach ze Starym Nietoperzem i jeszcze tym porannym incydencie, ale przecież nie może spotkać kolegów wyglądając jak zombie.
Rozległ się szum kominka, którym Gryfon się nie przejął, bo sygnalizował powrót gospodarza, w przypadku innej osoby byłaby tylko prośba o połączenie – odrzucona, skoro Mistrz Eliksirów był nieobecny.
- Może w czymś pomóc? – Usłyszał pytanie profesora, ze szczerą chęcią pomocy, ale i z przekąsem, skoro Harry sam sobie grzebał w jego zapasach.
- Dzięki. Już wszystko znalazłem. – Chłopak najpierw dokończył eliksir a potem odwrócił się do Snape'a z uśmieszkiem będącym odpowiedzią i na jego troskę i na przytyk. – Musiałem dopracować swoje wspomnienia przed przesłuchaniem przez Aurorów i zużyłem sporo magii, potrzebowałem uzupełnienia.
Mężczyzna uważnie mu się przyjrzał, oceniając i jego stan fizyczny i magiczny i skiną głową z aprobatą.
- Nie wiem, czy to dobrze, ale znasz się na tym. Wybrałeś właściwą dawkę.
- A niby co w tym niedobrego? – Harry od razu zapytał, zdziwiony jego stwierdzeniem.
Snape tylko uśmiechnął się szeroko, kręcąc głową.
- To, że wiesz aż tyle o magicznym wyczerpaniu i eliksirach wzmacniających. W twoim wieku powinieneś raczej mieć doświadczenie w pomocach w nauce i podrywaniu dziewcząt. – Tu krzywe spojrzenie Harry'ego i szybka korekta. – Albo też chłopców.
Może i miał rację, jednak Gryfon mógł na to tylko wzruszyć ramionami.
- Jest, jak jest. – Ze szczęśliwym uśmiechem dodając. - I na pewno jest lepiej, niż było. – Szybko jednak spoważniał. – Dosyć długo dyrektor cię tam trzymał. Coś o czym powinienem wiedzieć?
- Poniekąd. najpierw wypytywał mnie o twoje postępy w oklumencji, więc powiedziałem, że już wstępne ćwiczenia umysłu masz opanowanie i niedługo przejdziemy do właściwej nauki. – Tu chwilę się zastanowił, zanim dodał. – Zauważył też, że czarodzieje podejrzewani o bycie Śmierciożercami dzisiaj świętowali, zatem kazał mi się dowiedzieć, o co chodzi. Oczywiście, sam nie mogę się udać do zamku, a Czarny Pan pewno na jakiś czas zamknie się w gabinecie, więc szybko mu na te pytania nie odpowiem.
- … A potem powiesz, że Czarny Pan nic nie wyjawił, poza tym, że sukces jest blisko a nikt nie odważył się pytać o szczegóły… - Dokończył chłopak, ale bardziej zainteresowało go co innego. - Podejrzewani o bycie Śmierciożercami? – Przyjrzał mu się z lekkim zdziwieniem, bo tego określenia jeszcze nie słyszał. Owszem on sam i jego przyjaciele od dawna mieli swoje podejrzenia, ale Dumbledore i jego załoga musieli przecież wiedzieć więcej.
Snape porozumiewawczo uniósł brew.
- No wiesz, wszyscy noszą zawsze szaty z kapturami i maski, które zmieniają też głos, dlatego nie mam możliwości ich zidentyfikować.
Harry się zaśmiał na takie tłumaczenie – niby miało sens, bo wtedy żaden z nich w razie złapania nie mógłby zdradzić kolejnych, tyle że takie zabezpieczenia były częścią Mrocznego Znaku, a żeby grupy ze sobą współpracowały to Śmierciożercy musieli się znać, wykorzystywać swoje mocne i słabsze strony.
Poza tym nawet on sam widział na cmentarzu Śmierciożerców bez masek, chociaż wtedy akurat nie mógł ich zidentyfikować, bo żadnego z nich nie znał, oprócz Malfoya. Jak teraz uważał: na szczęście - był w szoku i nie potrafił o tym mówić, a zanim Dumbledore zaczął go wypytywać o szczegóły, zdążył się już porozumieć z Voldemortem i z jego wspomnień zniknęły już ich twarze.
Ale później widział niejedno spotkanie i czarodziejów poruszających się po Mrocznym Zamku bez żadnych masek. Snape na pewno znał ich wszystkich.
Doprawdy, czasem nie mógł wyjść z podziwu jak dyrektor, który uważał się – i nie omieszkał wszystkich wokół o tym informować - za najmędrszego czarodzieja na świecie dawał się wodzić za nos.
Może i dobrze, że nie mogli kontynuować tego temat, bo rozległo się stukanie do drzwi Komnat Mistrza Eliksirów i alarm zasygnalizował obecność przed nimi ucznia – Ślizgona Draco Malfoya.
Profesor wpuścił go do środka i Draco co prawda rzucił mu uprzejmie:
- Dzień dobry, Profesorze. – Ale zaraz potem szybko podszedł do swojego „chłopaka", lustrując go uważnie. Jak zresztą każdy, kto go dzisiaj spotkał. Zaniepokojony, bo o tym „porwaniu" wcześniej nic nie wiedział, czyli mogło być prawdą, a nie kolejną zasłoną jego Pana.
– Harry, wszystko w porządku? Wszyscy gadają o tym porannym zamieszaniu z Tobą na Pokątnej, a potem jeszcze Zabini widział jak Snape cię prowadził do dyrektora. – Tu krzywe spojrzenie na wyżej wymienionego. – Co się stało? Nic ci nie jest?
Gryfon uspokajająco go poklepał po ramieniu i wrócił na kanapę, wskazując mu miejsce obok siebie, po czym opisał, co się stało: Tak, jakiś głupi oferma go porwał, ale nic z tego nie wyszło, sam sobie krzywdę zrobił a on bezpiecznie wrócił na Nokturn, a potem na Pokątną.
- To nie miało nic wspólnego z Voldemortem i niestety sam sobie jestem winien, bo miałem siedzieć w domu a nie łazić po sklepach i to jeszcze bez glamour. – Tu przepraszająco zerknął na Snape'a, bo mężczyzna pierwszy mu to wytknął – i miał rację. - Dumbledore trochę zrzędził, ale razem udało nam się go przekonać, że to wypadek przy pracy, który nigdy się już nie powtórzy, więc dalej mogę na weekendy opuszczać Zamek.
Draco zrobił sztucznie radosną minę, chociaż w duchu nie był z tego powodu aż tak szczęśliwy, jak Harry. Dobrze wiedział, że w te weekendy jego „chłopak" spotyka się wtedy ze swoim prawdziwym kochankiem, a wolałby żeby jednak spędzał ten czas z nim.
Tyle, że nie powinien się do tego przyznawać. Harry mu się naprawdę podobał, ale nie na tyle, aby ryzykować życiem.
Gryfon tymczasem przyciągnął do siebie stolik z przygotowanym przez Zgredka prowiantem i kiwnął zachęcająco do Draco i do Snape'a, czy nie chcą się przyłączyć. Malfoy był na lunchu więc pokręcił przecząco głową, ale profesor przysiadł na fotelu obok i nałożył sobie sałatki z kurczakiem – on też tak jak Harry zamiast w Wielkiej Sali najpierw był na Pokątnej a potem w gabinecie Dumbledore'a.
Potem wszyscy zgodnie uznali, że skoro już tu są to powinni zrobić, to co mieli w oficjalnych planach, czyli chłopcy pod nadzorem Mistrza przygotowali Eliksiry. które mieli opracować na poniedziałek. Snape był w wyjątkowo jak na niego życzliwym i chętnym do pomocy nastroju, zatem poszło im szybko i skończyli wszystko - dzięki temu załatwiając sobie wolne popołudnie - akurat na czas, aby razem udać się na obiad.
Dokładnie tak, jak przewidywał, ledwo Harry wszedł do Wielkiej Sali wszyscy zaczęli się w niego wgapiać a natychmiast po pożegnaniu się ze Snapem i Malfoyem opadła go chmara ciekawskich Gryfonów. Spokojnie uniósł ręce, aby dali mu przejść i usiąść na swoim miejscu, a kiedy rozejrzał się i upewnił, że wszyscy już są – pewnie przyszli wcześniej, aby go dopaść – zaczął opowieść.
Mówił trochę automatycznie i nawet nieco znudzonym tonem, na co jego przyjaciółka natychmiast zwróciła uwagę, rzucając mu kose spojrzenie, zatem przerwał, by to Hermionie wyjaśnić.
- Sorry za brak entuzjazmu, ale mówiłem już to wszystko Aurorom i jeszcze raz będę musiał z nimi rozmawiać, tym razem na oficjalnym przesłuchaniu, a potem to samo wyjaśniałem dyrektorowi i po wyjściu od niego Draco. – W tym miejscu większość jego kolegów rzuciła nieżyczliwe spojrzenia w stronę stołu Slytherinu, na które Draco odpowiedział bezczelnym, szerokim uśmiechem.
Harry czuł się w obowiązku przypomnieć swoim kolegom o chociaż minimum szacunku dla Ślizgona.
- To mój chłopak, martwił się, więc od razu poleciał, by złapać mnie po wyjściu od Dumbsa i odprowadzić do lochów, gdzie czekaliśmy na Snape'a. - Rozczulonym tonem dodał. - Musiał się upewnić, że wszystko w porządku. – Kiedy już przyjaciele i reszta kiwnęli głowami, że to rozumieją, wrócił do głównej opowieści i zakończył ją wyjaśniając, że przyszedł dopiero teraz bo kiedy już razem z Draco dotarli do Komnat Mistrza Eliksirów, ten kazał im zrobić zadane Eliksiry i wypuścił dopiero jak je skończyli, ale za to mają wolne popołudnie.
Od razu też zaznaczył z naciskiem, że chce je spędzić ze swoim chłopakiem, bo to był naprawdę stresujący dzień i potrzebuje wytchnienia. To ostatnie akurat było jak najprawdziwszą prawdą. Zanim nie dostał swojego domu i pozwolenia, by się w nim chować na weekendy nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebował. Oderwania się od szkoły, od natrętnych i głośnych Gryfonów i ciągłej namolnej gadki Hermiony jak to za mało się uczy i powinien więcej czytać.
To były naprawdę wspaniałe dwa dni, na które czekał przez cały tydzień, zwłaszcza, kiedy mógł się spotkać z ukochanym, ale nawet i bez tego – nie potrafił sobie teraz wyobrazić, że mógłby je stracić – i to przez własną głupotę.
Westchnął nad sobą samym a na pytające spojrzenia obecnych tylko machnął ręką i zabrał się za jedzenie.
Ponieważ obaj skończyli w tej samej chwili, zatem zaraz po odsunięciu talerza Harry wstał i skierował się w stronę Ślizgonów, co widząc Draco także zamiast iść do wyjścia ruszył w jego kierunku.
- Może przejdziemy się obok jeziora? – Zaproponował Gryfon, nie mając ochoty ani na towarzystwo innych uczniów, ani tym bardziej na chowanie się w Pokoju Życzeń. Rano zmarnowano mu spacer, teraz chciał to nadrobić, a ścieżki wokół jeziora były tak jak Wieża Astronomiczna terenem, co prawda nieoficjalnie, ale zarezerwowanym dla par – czyli właśnie dla nich.
Harry postanowił też wykorzystać to, że gdy są razem, oba Domy dają im spokój i zamiast umówić się za kwadrans przy wejściu, jak już odniosą rzeczy do dormitorium i wezmą ciepłe szaty, po prostu poszli obaj razem najpierw do Wieży, a potem do Lochów.
Na dworze zapadł już zmrok, ale zarówno światła z samego Zamku, jak i porozrzucana na terenach wokół niego magiczne światła sprawiały, że było wystarczająco jasno na spacery a dodatkowo dzięki nim wszystko wyglądało jeszcze bardziej bajkowo i romantycznie.
Pomimo słonecznego dnia panował wystarczający mróz, aby śnieg całkowicie nie stopniał, a ten topniejący na gałęziach drzew i krzewów utworzył sople połyskujące w świetle, a czasem jak pryzmat rozbijające je na kolorowe wiązki. A ponieważ ani nie padało, ani nie było wiatru, uczniowie mieli idealną okazje, by się tym pozachwycać.
Harry i Draco nie byli jedyną parą, która wybrała się tego popołudnia na spacer, ale zakochani zachowywali między sobą wystarczający dystans, by zapewnić prywatność. Po kilku krokach Harry nie tylko dla zachowania pozorów, ale dlatego, że czuł się przy nim naprawdę dobrze objął Draco w pasie, na co ten owinął rękę wokół jego ramion.
Żaden z nich się nie odzywał, po prostu ciesząc się otoczeniem i swoim towarzystwem. Nie spiesząc się w ciszy krążyli po ścieżkach.
Po prostu idealna chwila – idealna, by skontaktował się z nim Voldemort, który akurat zrobił przerwę w pracy i przypomniał sobie, by sprawdzić, co u Harry'ego.
Oczywiście, zrobił to na tyle delikatnie, że dopiero gdy wyczuł jego nastrój i zobaczył w myślach tego powody, wtedy jego wściekłe syczenie uświadomiło chłopakowi, że wbrew pozorom, dłużej już nie są z Draco sami.
Mógł się tego spodziewać – powinien się tego spodziewać, jego zazdrosny kochanek miał idealne wyczucie czasu. Nie zaskoczyła go też mroczna energia pulsująca w ich połączeniu. Voldemortowi nie podobał się żaden ze sposobów spędzania przez niego czasu z Malfoyem, a to było zdecydowanie zbyt romantyczne by nie wywołać ostrej reakcji.
Oczywiście natychmiastową reakcją Harry'ego była taka sama złość – tyle razy już omawiali ten temat, że aż miał ochotę, aby faktycznie… Tu wziął mentalnie głęboki wdech i uspokoił się, bo przecież wcale nie chciał ani zdradzać ukochanego, ani tym bardziej wykorzystywać do tego Draco, który był jego przyjacielem.
Był jednak wystarczająco zły, by gwałtownie zatrzasnąć łączącą ich więź, jak Voldemort chwilę pomyśli to sam się zorientuje, że jak zwykle przegiął z zazdrością, a jeżeli nie, to niech się pomęczy. Harry'emu na dzisiaj już wystarczyło wrażeń i nie miał zamiaru kolejny raz się tłumaczyć.
Chociaż jak znał siebie, to na pewno zanim dzień się skończy już mu przejdzie i pierwszy pójdzie, by go uspokoić i się pogodzić. Uwielbiał się z nim godzić.
Przytulił się mocniej do niemającego pojęcia o tym, co się z nim działo Draco i próbował znowu odzyskać ten sam spokojny nastrój, nie szło mu to jednak za dobrze, tym bardziej, że mieli właśnie w zasięgu wzroku bramę do Hogwartu i zobaczył lądującą przed nią na miotłach grupę czarodziejów.
Najwyraźniej Aurorzy też zamiast skorzystać z kominka mieli ochotę na przelot i spacer, albo załatwiali coś w pobliżu Hogwartu. Zresztą nie miało to znaczenia – miał się z nimi spotkać, więc skoro już widział jak przybyli, równie dobrze mógł od razu iść do Zamku, zamiast czekać, aż zaczną go szukać.
- Draco… - Rzucił cicho, by zwrócić uwagę Ślizgona i machnął głową w kierunku grupy czarodziejów. Malfoy westchnął niechętnie rozpoznając aurorskie szaty, ale ponieważ wiedział, że Harry musi się z nimi spotkać skręcił na ścieżkę prowadzącą do wejścia, nie zmieniając jednak tempa. Oni mieli bliżej więc i tak dotrą tam przed nimi.
Nieustannie uderzające o jego umysł fale wściekłości nie sprzyjały jednak ani uspokojeniu się przed rozmową z pracownikami Ministerstwa, ani tym bardziej nie pomogą mu już w jej trakcie.
Harry otworzył więc połączenie i zanim zaskoczony czarnoksiężnik zdążył wybuchnąć złością sam wysyczał wściekle: Uspokój się, mam teraz spotkać się z Aurorami – ale że nie potrafił go tak zostawić i nie chciał aby mężczyzna niepotrzebnie się denerwował, dodał już znacznie spokojniej. – Przyjdę do ciebie wieczorem i porozmawiamy. – Po czym nie dając mu szansy na odpowiedź znowu zamknął więź.
Przez chwile jeszcze czuł zdenerwowanie za krawędzią swoich osłon, ale potem wszystko ucichło. Mógł skoncentrować się na sobie i ani o chwilę za wcześnie – właśnie dotarli pod drzwi i ledwo zdążył się wysunąć spod ramienia Draco dogonili ich Aurorzy.
- Jak dobrze, że się spotkaliśmy, Harry. Witaj Draco. – Pierwsza przywitała ich Tonks, przytulając go na powitanie, a potem równie serdecznie także swojego kuzyna. Dwaj pozostali czarodzieje tylko skinęli im głowami.
– Myślałam, że będziemy cię musieli szukać, a tak możemy razem iść do dyrektora. – Uśmiechała się, radośnie, a jej oczy i włosy bezustannie zmieniały kolor, odzwierciedlając dobry humor. – Miałeś szczęście, że nic ci się nie stało, Harry. – Nawiązała do jego porannej przygody, bo to przecież było powodem ich wizyty.
- Rzeczywiście, miałem więcej szczęścia niż tamten gość rozumu. – Odparł wywołując śmiech obecnych. Sam nie miał jednak tak dobrego humoru, jak okazywał. Wcale nie chciał znowu oglądać Dumbledore'a, ale rozumiał, że bez obecności kogoś z profesorów nie mogą z nim rozmawiać, a dyrektor na pewno wyznaczył siebie, bo uważał, ze przy nim chłopak będzie się lepiej czuł.
Czasami bycie zbyt dobrym aktorem nie wychodziło mu na dobre. Zdecydowanie wolałby, aby jego wsparciem była tu McGonagall, jako Opiekunka Domu, która przynajmniej by się nie wtrącała i nie próbowała przy okazji sama wybadać jego umysłu. Niestety nie do niego należała decyzja, więc pomachał Draco na pożegnanie i nie przeciągając razem z Aurorami wszedł do środka.
Wolał mieć to już za sobą i na szczęście, jak na oficjalne przesłuchanie, udało im się to szybko załatwić. Aurorzy nie męczyli go zbytnio pytaniami, mając już wstępne wyjaśnienia, które złożył rano, dopytywali się tylko o szczegóły.
Potem oczywiście grzecznie zaproponowali, że byłoby prościej, gdyby pokazał im swoje wspomnienia. Harry jak tego po nim oczekiwano, wyraził swoją niechęć, ale po przekonywaniu przez dyrektora z oporami się zgodził. Szybki seans, notatki i po sprawie. Akurat przed kolacją.
Pomimo incydentu z Voldemortem poobiedni spacer wystarczająco go rozluźnił, ale i tak po tym spotkaniu czuł się, jakby cały dzień pracował w ogródku ciotki Petunii. Dlatego, kiedy został sam z dyrektorem stwierdził, że nie jest głodny i nie ma ochoty na spotkania z kimkolwiek, a że faktycznie wyglądał na wymęczonego staruszek pozwolił mu zamiast do Wielkiej Sali pójść do Pokoju Życzeń.
Niby wszystko poszło jak chciał, ale Harry nie był pewien, czy nie wolałby jednak, aby dyrektor kazał mu iść na kolację, a potem do Wieży. Przesłuchanie przez Czarnego Pana na pewno będzie dla niego bardziej denerwujące, niż te przez pracowników Ministerstwa.
Tak jak to zwykle bywało, gdy mężczyzna miał do niego o coś pretensje Voldemort siedział przy biurku, ponury jak burzowa chmura i zamiast dzień dobry, czy dobry wieczór wbił w niego mroczne spojrzenie.
Harry westchnął i spokojnie zaczął, od tego co zawsze.
- Przypominam, że to był twój pomysł. Skoro mamy być parą, to muszę się spotykać z Draco… - Chmurne spojrzenie szybko mu przypomniało, iż lepiej nie podkreślać, że jest z chłopakiem po imieniu więc bez zająknięcia zamienił je na nazwisko. - …Malfoy jest dobrym przyjacielem i zapewniam, że nie masz powodów do podejrzeń.
- Nie miałbym, gdybyś chodził z jakimś naiwnym Puchonem, który uważa, że miłość to trzymanie się za rączki. – Pomimo takiej deklaracji jego grobowa mina wcale nie sugerowała, że rzeczywiście wtedy byłby spokojny. Jakakolwiek forma „chodzenia" z Harrym była dla mężczyzny ciężka do przyjęcia.
Chłopak wypuścił powietrze, zaciskając w pięści a potem rozluźniając wyprostowane po bokach ręce, aby się uspokoić. Nie miał pojęcia, który już raz prowadzili taką dyskusję. Co gorsza, był pewien, że nie ostatni.
- Po pierwsze nie chcę, aby ludzie myśleli, że umawiam się z jakąś ofiarą, po drugie, gdyby na to wyglądało nikt by się takim gościem nie przejmował więc równie dobrze mogłoby go nie być, a Malfoy jest twardym zawodnikiem i nikt nie odważy się mu podpaść. - Na widok zmrużonych oczu kochanka, od razu zdając sobie sprawę, że pochwała Draco, w jakiejkolwiek formie nie była w tym momencie dobrym posunięciem, szybko uzupełnił. - Oczywiście Ty byłbyś o wiele bardziej przekonujący, ale na uczniów wystarczy.
- A podrywa cię ktoś poza uczniami? - Do rozdrażnienia dołączyła podejrzliwość. Harry aż wyprostował się, patrząc na niego z osłupieniem i od razu wyjaśnił.
- Bogowie, nie! W ogóle nikt mnie nie podrywa, przecież to właśnie cały czas ci mówię. A z Malfoyem pokazujemy się razem tylko tyle ile potrzeba. - Jego cierpliwość była już jednak na wyczerpaniu, nie ukrywał zniecierpliwienia i zmęczenia tym tematem. - Czy ty naprawdę nie uważasz, że jednak przesadzasz z tą paranoją? Nie jestem aż tak rozchwytywany. Poza tym, nawet gdyby ktoś wykonał taki ruch, to nie miałoby znaczenia. Ja nie chcę nikogo innego, więc żadne starania, nawet samego Ministra Nic Nie Dadzą. - Ostatnie powiedział z naciskiem, ale chyba niewystarczającym. I nie powinien wspominać o Fudge'u…
- Minister coś ci sugerował?! Zabiję go! – Padła natychmiastowa odpowiedź.
- I tak planujesz go zabić. - Chłopak próbował żartować, jednak ze spojrzenia jego czarnoksiężnika wynikało, że mówi poważnie.
Tego już było za wiele, Harry nie przyznałby tego nigdy na głos, że uważał tę zazdrość i zaborczość za pociągającą i słodką, no i podbudowywała jego wcześniej niedopieszczone poczucie własnej wartości.
Jednak wszystko ma swoje granice.
- Dosyć! Nikt niczego nie próbował i nie sugerował, ale jeśli powiesz jeszcze jedno słowo to zamieszczę w Proroku ofertę matrymonialną. Nie mam rodziny więc mogę sam to zrobić. Myślisz, że moje spotkania z ewentualnymi kandydatami bardziej ci się spodobają niż randki z Malfoyem?
Voldemort wziął głęboki wdech i natychmiast otworzył usta... Jednak pod twardym spojrzeniem wściekłego Harry'ego zamknął je jeszcze szybciej. Jego chłopak byłby do tego zdolny.
Niechętnie skinął głową, wciąż emanując niezadowoleniem. Zdecydowanie powinien przyśpieszyć swoje działania i wreszcie wyjść z ukrycia i otwarcie zaanektować to, co jego, zamiast zadowalać się takimi skradzionymi chwilami.
No, pięknie. Mając dosyć stania przed jego biurkiem, jak uczeń tłumaczący się na dywaniku u dyrektora Harry wyminął je, przekręcił fotel z Czarnym Panem w swoją stronę i wsunął się mu na kolana.
- Przecież wiesz, że to wszystko absolutnie nie ma znaczenia. – Cicho niemal szeptem powiedział, patrząc mu oczy, wcześniej objąwszy jego kark, który teraz gładził opuszkami palców.
Voldemort przez chwilę siedział nieruchomo, jednak w końcu poddał się i z ciężkim westchnieniem wypuścił powietrze, obejmując go w pasie i przyciągając do siebie, Harry z ulgą oparł głowę o jego ramię.
- Wiem. Chciałbym być tam z tobą zamiast Malfoya. – Odpowiedź była równie cicha, ledwie słyszalna a uścisk stał się nagle wręcz desperacki, ujawniając wszystkie uczucia, których nie chciał wypowiedzieć.
Sprawiając, że Harry wzdrygnął się wewnętrznie, przypominając sobie, że kiedy on miał Malfoya, Snape'a i wszystkich przyjaciół Voldemort miał tylko jego... Jak musiał się czuć, gdy szukając Harry'ego znajdywał go szczęśliwego z innymi?
Zacisnął mocno usta, by nie wymknęło się z nich, że chce i może z nim zostać.
Bo nieważne, jak bardzo by nie kochał swojego Czarnego Pana i jak bardzo ciążyły mu wszystkie sekrety nie potrafił dla niego zrezygnować ze swojego życia.
I Voldemort o tym wiedział.
