Uwaga: Percy Jackson i Olimpijscy Herosi - dzieci RR.
ROZDZIAŁ II
Straciła poczucie czasu. Jedynymi rzeczami, które rejestrowały jej otępiałe zmysły, było ciepło promieniujące od ciała Leo Valdeza i jego zapach, który najłatwiej można było określić jako cały dzień w warsztacie. Jazda na spiżowym smoku była dla niej nowym doświadczeniem, zupełnie innym od ujeżdżania pegaza. Poczuła w sercu ukłucie zazdrości, gdy zorientowała się, że on wciąż miał swojego latającego przyjaciela, ba, on przywrócił go do egzystencji! Tak czy owak, niewygoda obecnej sytuacji i oczywisty pośpiech, który nie pozwolił im zapiąć pasów bezpieczeństwa, zmusiły ją do przylgnięcia do jego pleców. Wolała to niż krótki lot w dół przez zwały chmur.
Lecieli już dość długo, a, sądząc po pozycji słońca, było dopiero niedługo po południu. Festus wydawał z siebie metaliczne kliknięcia i dziwne trzaski, a Leo mruczał do siebie i od czasu do czasu kiwał głową. W końcu odwrócił się i uśmiechnął mimo zmęczenia i wciąż pulsującego tępo wspomnienia bólu w lewej ręce. - Czy moje plecy są tak wygodne jak świetnie wyglądają? - mrugnął do niej, a ona ledwo powstrzymała się od wywrócenia oczami. - Za jakiś czas wylądujemy - powiedział. Reyna zmarszczyła brwi.
- Wydawało mi się, że chciałeś uciec przed pościgiem? - odpowiedziała twardo. Leo zignorował nieufność w jej głosie i zwrócił wzrok na niebo przed nimi.
- Jesteśmy wystarczająco daleko, żeby móc się zatrzymać i spokojnie porozmawiać... - urwał, by wysłuchać kolejnego raportu smoka. - Jestem pewien, że Annabeth i Percy ostudzili trochę zapał drużyny Clarisse - dodał. Oby na jak najdłużej...
Przez chwilę jedynymi słyszanymi dźwiękami były szum przepływającego po ich bokach powietrza i kwilenie jakiegoś ptaka w oddali. Do Leo dopiero wtedy dotarła absurdalność obecnej sytuacji - grecki mechanik porywający rzymską królową i ucieczka na metalowym smoku. Tak, dawno nie zdarzyło mu się coś tak nieprawdopodobnego...
Po jakimś czasie poczuł, że Reyna prostuje się nieco za jego plecami. - Dobrze - usłyszał jej dumny głos. Czas odtrąbić sukces, dostał od niej kredyt zaufania! Bo to, że uratował jej zdrowie, a może nawet życie, wcale nie powinno było przyspieszyć tego procesu, prawda?
X
Reyna zeskoczyła z grzbietu smoka, po raz pierwszy w życiu tak szczęśliwa z powodu zakończenia podniebnej podróży. Co prawda środek dachu opuszczonego magazynu nie był może miejscem, w którym chciała wtedy być, ale i tak nie miała zbyt dużego wyboru, prawda? Wolała to niż głębiny jeziora Obozu Herosów albo innie równie przytulne miejsce, jakie wybrałaby dla niej ta cała Clarisse.
Leo zsunął się z grzbietu Festusa i poklepał spiżowego gada po szyi. - Dobrze się spisałeś, mały - pochwalił go, a smok wypuścił z nozdrzy kilka porcji dymu. Odwrócił się do niej. - Witam na Losowo Wybranym Dachu, opatentowanej kryjówce Leo Valdeza! - powiedział, rozkładając szeroko ramiona.
Reyna nie odpowiedziała, rozglądała się badawczo po okolicy. Leo stwierdził, że skoro i tak nie chce z nim rozmawiać, równie dobrze mógłby się zająć przyrządzeniem czegoś do jedzenia. Jak zwykle, wybór padł na tacos. Zaczął wyciągać z pasa wszystko, co było mu potrzebne, od czasu do czasu zerkając na przechadzającą się po dachu Rzymiankę.
Reyna czuła, że jeszcze chwila, a rozbolałaby ją głowa. Gdyby ktoś (na przykład Oktawian) jeszcze jakiś czas temu streścił jej tę historię i powiedział, że to będzie jej przyszłość, wyśmiałaby go. W tamtym momencie jednak rzeczywiście była uciekinierką z obu obozów, podróżującą w nieznane na spiżowym smoku z Leonem Valdezem u boku! Westchnęła ciężko. No właśnie, z Leo. Czas wyzbyć się irracjonalnej niechęci. Wiedziała już, jaka siła popchnęła go do tego, o co mimo szczerych chęci wciąż miała do niego żal. Ten nieszczęsny poranek udowodnił jej, jak bardzo myliły się jej uprzedzenia. Zbombardowanie Nowego Rzymu nie było w najmniejszym stopniu jego winą. Wciąż nie mogła uwierzyć, że ejdolon, który ją zaatakował, tak łatwo odpuścił, mimo wyraźnej przewagi. Czuła, jak wielka była jego moc i jak duża jej część pozostała z nieznanego jej powodu niewykorzystana. Jego prześladowca musiał być naprawdę zdeterminowany... Leo Valdez nie był zły, po prostu trafił na niesprzyjające okoliczności. W tamtym momencie nie tylko to rozumiała, ale też po raz pierwszy poczuła.
W jej żołądku zadomowiło się ssące poczucie winy. Staw temu czoła z godnością, jak przystoi pretorowi Obozu Jupiter, Reyno! W tym momencie do jej myśli wkradło się ponure przeczucie: co jeśli przez to, co się stało, straciła swoją pozycję? Zmarszczyła brwi i potrząsnęła lekko głową, żeby nie dać się opanować przygnębieniu. Musiała wrócić i wyjaśnić tę sytuację, zapobiec kolejnemu konfliktowi. Nawet jeśli dla niej samej nie oznaczałoby to niczego dobrego... Liczyło się tylko dobro ogółu.
- Reyno? - usłyszała niepewne wołanie Leo. Upewniła się, że jej twarz była tak samo neutralna jak zwykle i odwróciła się do niego. - Tacos gotowe, jeśli... - urwał, zakreślając ręką koło w powietrzu nad posiłkiem, za który sam już się zabrał. Podeszła do Festusa i usiadła po turecku naprzeciwko Greka.
- Ciągle masz na sobie gogle - zauważyła. Leo spojrzał w dół, uśmiechnął się na tyle szeroko, na ile pozwalały mu wypełnione usta, i zdjął je przez głowę, a raczej kłębowisko czarnych loczków dzikich jak on sam.
- Ty ciągle nosisz ten pas - wypalił w zamian, wskazując na pozostałe dwie puszki gazu i jeden granat. Reyna nieco spochmurniała i odpięła pas.
- Co z nim zrobimy? - zapytała, nie patrząc mu w oczy. Leo uśmiechnął się do siebie. My zrobimy, co? Kolejne stadium zdobywania jej zaufania za nim. Teraz traktowała ich już jak zespół! Byłoby dobrze, jeśli by tak pozostało, jeśli ta ucieczka miała zakończyć się pomyślnie dla nich obojga.
- Daj mi te puszki i to słodkie maleństwo - powiedział, wyciągając do niej otwartą dłoń. Reyna zmarszczyła brwi, patrząc na jego lewy nadgarstek.
- Jesteś ranny - wymamrotała, widząc otarcie od łańcucha. Nie byłoby go tam, gdyby nie chciał jej pomóc... Nie znosiła być zależną od innych. Leo machnął prawą ręką.
- Od otarcia się nie ginie, nie? - zapytał, szczerząc zęby. Reyna podała mu zawartość czarnego pasa, a on otworzył jedną z kieszeni w swoim. Z łatwością schował do niej przedmioty, które, przynajmniej na jej oko, nie powinny się tam zmieścić.
- Magiczny? Jak działa? - zapytała, zanim zdołała poskromić ciekawość. Leo wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Ważne, że mogę w nim znaleźć prawie wszystko, czego potrzebuję, i przechowywać swoje drobiazgi - przesunął palcem po klamrze z czułością. Reyna wciąż przyglądała się otarciu. Przypomniała sobie, o co miała go zapytać.
- Jak to zrobiłeś? Jak stopiłeś łańcuch? - Wbiła w niego wyczekujące spojrzenie. Leo uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech tak szeroki jak zazwyczaj.
- To taki... Bonus do bycia synem Hefajstosa - odpowiedział, prostując palec wskazujący. Reyna otworzyła szeroko oczy, gdy koniec palca zaczęły lizać płomienie. - Oprócz tego żaden ogień mnie nie parzy - Jakby szukając dowodu, pogrzebał w pasie, znajdując w nim zapalniczkę. - Proszę - Wyciągnął do niej rękę. Reyna zmarszczyła brwi.
- Co mam zrobić..? - zapytała niepewnie, przeczuwając, jaka będzie odpowiedź. Nie myliła się.
- Spróbuj mnie podpalić - powiedział, wystawiając nagie przedramię.
- Oszalałeś? - odparła na to Rzymianka, patrząc na niego jak na wariata. Leo wywrócił oczami i wyrwał jej zapalniczkę. Po chwili przesuwał już płomień po swojej skórze. Nic się nie stało, przez jego twarz nie przemknął nawet grymas bólu. Leo schował zapalniczkę. Przez chwilę panowała między nimi niezręczna cisza.
- Czy wy... - wychrypiała w końcu Reyna - Czy wszystkie dzieci Hefajstosa to umieją? - Spojrzała na niego. W jej oczach mógł dostrzec to, co zwykle, gdy pokazywał innym swój talent - podziw, ale i respekt, a nawet strach. Pokręcił głową.
- To nie zdarza się zbyt często. Jestem pierwszy od… No, od bardzo dawna - powiedział, uśmiechając się półgębkiem. Przez jakiś czas panowała między nimi cisza, w czasie której Leo żuł powoli swoje taco, a Reyna zabrała się w końcu za swoją porcję, starając się poukładać sobie w głowie wszystkie niezwykłe fakty, jakie jej przekazał. W końcu Leo przełknął ostatni kęs.
- No więc... - wymamrotał, zerkając na nią niepewnie - Co teraz? - Reyna prawie zakrztusiła się swoim taco. Co teraz? Pytanie na które mimo szczerych chęci wciąż nie umiała odpowiedzieć...
- Powinnam wrócić do obozu - odparła cicho. Nie zdołała jednak ukryć przed nim tego, że nie do końca pragnęła wybrać to rozwiązanie.
- Powinnaś... Ale czy na pewno tego chcesz? - zapytał, opierając się o Festusa i zamykając oczy. Reyna zmarszczyła brwi, skupiając wzrok na jego spokojnej twarzy.
- O co ci chodzi? - spytała ostro. Leo otworzył oczy. Reyna patrzyła na niego tak, jakby nie mogła uwierzyć, że nie uznawał tego rozwiązania za jedyne słuszne. Leo zgarbił się, pochylając się lekko w jej stronę.
- Widzę, że nie chcesz wracać - uśmiechnął się delikatnie. Reyna spochmurniała jeszcze bardziej i odłożyła niedojedzone taco.
- Co innego miałabym zrobić? Powinnam odpowiedzieć za to, co zrobiłam - warknęła. Leo westchnął, na swoje nieszczęście nie na tyle cicho, by go nie dosłyszała. - Co?! - fuknęła, krzyżując sobie ręce na piersiach. Winny spalenia jej domu czy też nie, Leo Valdez był po prostu niewiarygodnie denerwujący.
- Na twoim miejscu dałbym im najpierw nieco ochłonąć - zaczął, wyciągając z pasa kilka niepotrzebnych ścinków do zabawy. - Jeśli pojawisz się teraz w Obozie Herosów, Clarisse prawdopodobnie rozszarpie cię na strzępy. Wierz mi, jest do tego zdolna - skrzywił się mimo woli. - Jeśli wrócisz do Obozu Jupiter, Grecy oskarżą cię o ukrywanie się za swoimi ludźmi, a Rzymianie - o łamanie prawa, jeśli dobrze zrozumiałem twoje wypowiedzi o procesach i poddawaniu się karze. Myślisz, że Oktawian przepuściłby taką okazję? - ciągnął, nie podnosząc wzroku znad swoich rąk.
Reyna milczała, pełna ponurych myśli. Jak bardzo nie chciała tego przyznać, Leo miał rację. Poczuła irytujące pieczenie w kącikach oczu. A więc nie było dobrego rozwiązania? Jakby czytając w jej myślach, Leo spojrzał na nią.
- Ale jest jeszcze jedno, całkiem niezłe, wyjście... - dodał. Reyna spojrzała mu w oczy w kolorze ciemnego kakao, takiego, jakie widziała tylko na rodzinnym Portoryko.
- Jakie? - spytała niecierpliwie. Jakaś część jej samej przeklinała to, że znowu chciała przyjąć jego pomoc, oprzeć się na jego wyborze. W momencie rozstania z Hyllą obiecała sobie, że już zawsze będzie umiała sama o siebie zadbać. Tymczasem w tamtym momencie wszystko wskazywało na to, że znowu odda swoje życie w ręce Greka, któremu dopiero niedawno zdecydowała się zaufać. Żałosne.
Leo widział, że duma Reyny cierpiała, gdy Rzymianka decydowała się przyjąć jego pomoc. Nic dziwnego. Zawsze to ona przewodziła innym, a teraz była zdana na niego. Akurat na półboga, który obrócił w gruzy sporą część Nowego Rzymu. No cóż. Najlepsze wyjście z tej sytuacji nie było ani dostojne, ani honorowe. To on musiał wpaść na ten pomysł. - Ucieczka - powiedział po prostu, patrząc jak oczy Reyny rozszerzają się nieco w szoku.
- Co? - wychrypiała zaskoczona pretor. Leo wzruszył ramionami. - Ucieczka? Powinnam od razu stawić czoła konsekwencjom...
- Nie swojego czynu - przerwał jej Leo. Reyna zamknęła oczy i zacisnęła palce u nasady nosa, czując pulsujący ból wołający do niej z głębi jej czaszki. Jak on sobie to wyobrażał? Miała zostawić wszystko i ukrywać się, jak jakaś zbuntowana nastolatka? Nie do pomyślenia.
- Czyli proponujesz mi życie uciekiniera, bez celu, bazy i honoru, tylko dlatego, że byłam na tyle słaba, by dać się opętać? - zapytała z goryczą, wiedząc, że ostatnia część nie była prawdą. Oboje przeżyli atak ejdolona, to nie było coś, czemu można było się tak po prostu przeciwstawić. Oboje zdawali sobie z tego sprawę.
Leo utkwił wzrok w jej czarnych jak smoła oczach. Wiedział, że, w najlepszym wypadku, Reyna wyśmieje to, co miał zamiar jej zaproponować. Nie dbał o to. Chciał jej pomóc, a nie widział już żadnego innego dobrego rozwiązania. - Mogłabyś polecieć ze mną - powiedział spokojnie, w środku jednak przeklinając to, że nie ugryzł się w język, gdy jedna z części jego umysłu krzyknęła w proteście. Reyna uniosła brew.
- Z tobą? Dokąd? - spytała, zdezorientowana. Do tej pory myślała, że już niedługo ich drogi się rozstaną, a ona znowu będzie zdana tylko na siebie - to, do czego była najbardziej przyzwyczajona.
- Na Ogygię - odparł cicho. Reyna zmarszczyła brwi.
- Ogygię? To mityczna wyspa Kalipso, tak? - Czy tylko jej się to przywidziało, czy naprawdę dostrzegła w jego oczach cień bólu na dźwięk tego imienia? Leo poderwał się na nogi.
- Tak. Podczas misji... Trafiłem na wyspę... - Nigdy nie słyszała jeszcze w jego głosie tak dziwnej mieszanki uczuć - smutku, rozrzewnienia, tęsknoty. Leo stał do niej plecami, wybudzając smoka z trybu uśpienia. Reyna wpatrywała się w jego plecy, czuł na sobie jej świdrujący wzrok. Ogygia, Kalipso... Rzymianka przypomniała sobie dokładniej ten mit. Czy Leo Valdez zakochał się w nieśmiertelnej córce tytana..?
- Dlaczego chcesz się tam dostać? - zapytała ostrożnie, nie dodając najważniejszego pytania - o to jak miał zamiar to zrobić. Leo wciąż grzebał w przekładniach Festusa.
- Przysięgłem... - wymamrotał cicho - Przysięgłem, że po nią wrócę - Odwrócił się do Reyny, jego twarz pozbawiona uśmiechu, a wzrok nieobecny. - To cudeńko - wskazał na dziwny mechanizm, który wysunął się z szyi spiżowego gada - To astrolabium Odyseusza. Naprawiłem je, korzystając z kryształu z Ogygii. Mam nadzieję, że mnie do niej doprowadzi - zakończył, nutka zapału obecna w jego głosie, a kąciki jego ust nieco uniesione.
Reyna milczała, wpatrując się w jego oczy, które odzyskiwały powoli znany jej blask. A więc proponował jej ucieczkę od problemu, wyprawę w nieznane, ich dwoje i spiżowy smok narażeni na wszelkie niebezpieczeństwa świata półbogów? Nie było żadnej ściśle wytyczonej trasy, mieli za to niejasny cel, bez żadnego potwierdzenia, że zdołają go osiągnąć.
Szaleństwo.
Z drugiej strony miała wypełnienie swojego obowiązku, bez żadnej gwarancji, że skończyłoby się to dobrze dla niej samej. Mimo wszystko, rozsądek nakazywał jej właśnie to rozwiązanie.
Spojrzała na słoneczne niebo nad bezkresem miasta, które ich otaczało. - Dlaczego to robisz? Dlaczego tak bardzo chcesz mi pomóc? - zapytała cicho, nie patrząc na niego. Leo zastanowił się chwilę. No właśnie, dlaczego..?
- Chyba... - wymamrotał w końcu ochrypłym głosem - Chyba wiem, jak to jest, kiedy chcą ci wmówić, że należy ci się kara za coś, czego nie zrobiłeś... I jak bardzo boli to, że jakaś część ciebie się z nimi zgadza... - spojrzał na nią. Reyna nadal wpatrywała się z nieodgadnionym wyrazem twarzy w przepływające leniwo chmury. Spuścił głowę. - Jeszcze przed ejdolonem... - wyszeptał - Całe lata się obwiniałem... - głos mu się załamał.
- Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz - przerwała mu, patrząc w jego pełne bólu oczy. Serce ścisnęło się jej ze współczucia.
- Nie chcę, żeby ktoś jeszcze przeżył coś podobnego... - wymamrotał ochrypłym głosem. Wziął głęboki oddech i spojrzał na Festusa. - Ty możesz uciec, pozwolić sprawie się uspokoić... Może to nie jest najbardziej heroiczne rozwiązanie, ale... - Znowu na nią spojrzał. - Myślę, że zaoszczędzi ci cierpienia...
Reyna wpatrywała się bez słowa w jego smutną twarz. - Przepraszam, że cię obwiniałam - wyszeptała po chwili łagodnym głosem. Leo uśmiechnął się z boleścią.
- Nie ma sprawy - powiedział, ponownie siadając naprzeciwko niej. Po jakimś czasie przerwał ciszę - A więc? Co zdecydowałaś? - zapytał. Reyna utkwiła wzrok w jego oczach. Z niewiadomego powodu miała ochotę mu zaufać... Ale czy powinna była to zrobić..?
ZJeM, 02-06.02.14
Od ZJeM:
Haha, Reyna miała mu dać odpowiedź już w tym rozdziale, ale zdecydowałam się na zawieszenie czytelnika w napięciu. ;) Uczę się od najlepszych (pozdrowienia dla RRa! XD).
DZIĘKI ZA PRZECZYTANIE!
