Uwaga: Percy Jackson i Olimpijscy Herosi - dzieci RR.
ROZDZIAŁ III
Reyna siedziała na wielkiej, miękkiej pufie na wyludnionej plaży. Drobny, biały piasek masował jej stopy, a szum fal uspokajał, nakłaniając do drzemki. Biała sukienka, którą miała na sobie, powiewała lekko, poruszana subtelnym wiaterkiem od oceanu. Taki ubiór nie pozwalał jej na czucie gorąca mimo jasno świecącego słońca, którego promienie muskały delikatnie jej skórę. Już dawno nie była tak zrelaksowana...
- Dobrze się bawisz? - usłyszała znajomy głos po swojej lewej stronie. Odwróciła się, by spojrzeć na Leo rozciągniętego na pufie tuż obok niej. Chłopak oddychał spokojnie, nieskazitelnie biała koszula na jego piersi wzburzana jedynie przez delikatną bryzę. Kilka czarnych loczków opadało mu na czoło. Zamknięte powieki okalała koronka ciemnych rzęs, współgrając ze śniadym odcieniem skóry chłopaka. Uśmiechnęła się na widok jego błogiego wyrazu twarzy.
- Tak - Jej serce drgnęło w dziwny sposób, gdy kąciki jego ust uniosły się na jej odpowiedź. Wyciągnęła rękę, by odgarnąć włosy z jego oczu, ignorując rozsądek pytający ją Dlaczego to robisz?
Jej ruch została zatrzymany w pół drogi przez delikatną dziewczęcą dłoń, która chwyciła ją mocno za nadgarstek. Reyna skrzywiła się, gdy palce zacisnęły się jeszcze mocniej. Uniosła głowę, by spojrzeć w ciemne, gniewne oczy dziewczyny, której nigdy wcześniej nie widziała. Nowo przybyła miała ciemnobrązowe, prawie czarne, tęczówki i włosy koloru karmelu. Roznosiła się wokół niej delikatna woń cynamonu.
- Hej! - zawołała Reyna, gdy nieznajoma pociągnęła ją do przodu, zrzucając z pufy. Leo zmarszczył brwi, ale się nie poruszył. Nieznana dziewczyna uwięziła jej przedramię w stalowym uścisku i zaczęła ją ciągnąć w stronę wody. Reyna mrużyła oczy i parskała, gdy piasek dostawał się jej do oczu i ust. - HEJ! - Rzymianka krzyczała i przeklinała, bezskutecznie starając się uwolnić. - Leo! - zawołała, po raz kolejny się krztusząc. Chłopak nie reagował.
Nieznajoma dotarła do brzegu oceanu, ale się nie zatrzymała, wciągając Reynę głową naprzód w lazurową toń. Czując, że dziewczyna puściła jej rękę, Reyna wyprostowała się gwałtownie, parskając i plując. Mokre włosy przykleiły się jej do czoła. Gdy udało jej się w końcu zaczerpnąć wystarczającą ilość powietrza, poczuła bolesne szarpnięcie za włosy. Po chwili jej głowa znalazła się pod powierzchnią wody, a gardło wypełniło się palącym, słonym płynem. Krzyk zmienił się w niemy szept, gdy płuca wypełniały się wodą, a kończyny stawały się ciężkie. Była taka zmęczona...
Reyna poderwała się gwałtownie, wciągając do ust haust powietrza. Żyła. Wciąż mogła oddychać. Powietrze jeszcze nigdy nie było dla niej taką rozkoszą. Palce miała sztywne, a po plecach spływała jej strużka zimnego potu.
- Reyna..? - usłyszała niepewny głos o kilkadziesiąt centymetrów od swojej twarzy. Starając się uspokoić łomoczące serce, bezskutecznie próbowała skupić wzrok na ciemnej plamie przed sobą. - Dlaczego płaczesz..? - zapytał ją ten sam niepewny szept. A więc tym, co blokowało jej pole widzenia, były łzy? Otarła je nerwowo ręką i udało jej się wreszcie rzucić okiem na zmartwione oczach i zmarszczone brwi Leo.
- Co... Co się stało..? - wyrzuciła z siebie, urywając na dźwięk emocji, jakimi rozbrzmiewał jej własny głos. Uspokój się. Pretor Obozu Jupiter nie okazuje lęku. Wzięła głęboki oddech, mając nadzieję, że uda jej się ukryć wszelkie oznaki niepokoju. W końcu, biorąc pod uwagę otaczającą ich ciemność, nie powinno to być aż tak trudne. Weź się w garść! Mimo jej starań, Leo nie przestawał spoglądać na nią z przestrachem.
- Ty mi powiedz - wymamrotał, próbując się uśmiechnąć, co nie wyszło mu tak przekonująco, jak by tego chciał. Dziewczyna wyglądała na naprawdę przerażoną, kilka kosmyków, które uwolniły się z warkocza, powiewających na delikatnym wietrze i współgrających z przebłyskami zgrozy w jej oczach. Wiedział, jak okrutne i pozbawione skrupułów potrafiły być sny półbogów. Nie chciał, żeby musiała mu go opowiadać i znowu przechodzić przez to, co zaserwował jej właśnie ten. Ale jeśli jej sen dotyczył ich podróży, mógł zawierać jakieś wskazówki.
Reyna zawahała się. Nie miała ochoty się mu zwierzać. Szczerze mówiąc, nigdy nie miała ochoty zwierzać się nikomu, nie chodziło nawet o to, kto tego oczekiwał. Hylla nazywała to introwertyzmem, jej matka - rzymską dumą, a ona sama... Wolała nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi nazwami. To się jednak się wtedy nie liczyło, a rozsądek podpowiadał jej, że niektóre sytuacje wymagały niestety tego, by się otworzyć - ta była właśnie jedną z nich.
- Miałam... Sen... - zaczęła niechętnie, słowa z trudem przechodzące jej przez gardło. Urwała i rozejrzała się dookoła, ale nie dostrzegła niczego prócz czarnego nieba i kilku świateł w nieznanym jej mieście daleko pod nimi. - Gdzie jesteśmy? - zapytała, podświadomie starając się odwlec opowieść, której wspomnienie wciąż sprawiało, że miała ciarki na plecach. Weź się w garść, Reyno!
- New Jersey - odpowiedział wolno chłopak, wciąż patrząc na nią ze zmartwioną miną. Na Plutona, czy naprawdę wyglądała aż tak źle?!
- Co z pościgiem? - zapytała szybko, starając się skierować jego uwagę na inny problem. Odetchnęła z ulgą, kiedy Leo odwrócił się do panelu kontrolnego Festusa. Tylko tego jej jeszcze brakowało, żeby wyglądała na słabą w oczach syna Wul... Hefajstosa!
- Festus nie rejestruje niczego podejrzanego - powiedział Leo, wsłuchując się w szczęki i piski wydawane przez metalowego smoka. - O ile nie zaangażują rzymskich technologii pościgowych, prawdopodobnie jesteśmy bezpieczni... - Reynie nie spodobało się wahanie w jego głosie, gdy to mówił.
- Prawdopodobnie..? - wymamrotała nieco zbyt ironicznie, bardziej do siebie samej niż do niego. Dlaczego w ogóle zgodziła się z nim lecieć?! Co podkusiło ją, żeby zignorować zdrowy rozsądek i przyjąć jego propozycję?! Dlaczego, patrząc w jego błyszczące ciemnobrązowe tęczówki, postanowiła porzucić wszystkie zasady, według których do tej pory żyła, i zrobić coś, co pasowało do niej tak, jak różowy kucyk do Nico di Angelo?! Głos Leo wyrwał ją z niemej sesji zsyłania samej sobie na głowę wiązek Jupitera.
- Teoretycznie uniemożliwiłem namierzenie Festusa - oświadczył, znowu zerkając na nią nieśmiało. O czymkolwiek był, chłopak nie był pewien, czy Reyna otrząsnęła się już z wrażenia, jakie wywarł na niej jej sen. - Niestety, jeśli moje rodzeństwo zewrze szyki z dziećmi Ateny albo będzie chciało wykorzystać boskie moce... Nie mogę niczego zagwarantować - dodał, uśmiechając się blado.
Świetnie. A więc nie mogła być nawet pewna, czy to wyjście zadziała! Zacisnęła zęby, starając się uspokoić i nie wyładowywać frustracji na Leo. On chciał tylko jej pomóc. Jego pomysł był kompletnie nieodpowiedzialny i niedorzeczny, ale w końcu to do niej należała decyzja. Musiała z godnością zmierzyć się z jej konsekwencjami.
- Dobrze - westchnęła w końcu. Leo widział, że dziewczyna wciąż miała wątpliwości, a może dopiero zaczynała je mieć. Tak czy owak, musiał zrobić wszystko, żeby jej nie zawieść. Nie pozwoli na to, by ich wyśledzili! - Dlaczego tu jesteśmy? - głos Reyny wyrwał go z rozmyślań.
- Co? Gdzie? - wymamrotał, marszcząc brwi - jego umysł nie był jeszcze do końca przytomny, jak zwykle, kiedy pozwalał swoim myślom swobodnie płynąć. Leo mógł przysiąc, że Reyna wywróciła oczami kiedy myślała, że na nią nie patrzy.
- New Jersey - przypomniała mu. - Dlaczego jesteśmy akurat tutaj? - zapytała, starając się nie pozwolić swojemu głosowi zdradzić niepewności, która rozgościła się w jej głowie. Czy na pewno dobrze robiła, lecąc z nim? To pytanie ciągle powracało do jej świadomości, nieważne, jak daleko starała się je od siebie odepchnąć.
- Szczerze? - zapytał, uśmiechając się w sposób, który nie wróżył niczego dobrego. - Nie mam pojęcia - oznajmił głosem zbyt spokojnym, by pasował do przekazywanych wieści. Oczy Reyny rozszerzyły się do nienaturalnych, przynajmniej dla niej, rozmiarów. Miała nadzieję, że Leo postanowił rozluźnić atmosferę jednym ze swoich żartów. Jeśli ta wypowiedź była jednym z nich, dowcip nie wypełnił stawianego przed nim zadania.
- Co to znaczy, nie masz pojęcia? - zapytała cicho, a Leo ledwie udało się powstrzymać chęć zadrżenia. Znał niewiele osób, których zimna obojętność wywoływała u niego gęsią skórkę, ale zaczynał skłaniać się do myśli, że Reyna była właśnie jedną z nich. Po prostu promieniowała od niej aura władzy, jaką posiadała. Czy tego chciał czy nie chciał, czuł przed tą dziewczyną respekt. Poprawił ustawienia lotu na kuli Archimedesa (kolejny element nowego wyposażenia Festusa) i przeczesał sobie nerwowo włosy palcami.
- To astrolabium... Nie jestem pewien, jak się je obsługuje… Ciągle jeszcze do tego nie doszedłem… Nie zdążyłem… - wypalił, czując, że trzymanie Reyny w niepewności nie byłoby najlepszym pomysłem. Kto wie, może wciąż nie pozbyła się jeszcze do końca niechęci wobec niego? Wolał tego nie sprawdzać na swoim - kruchym, bądź co bądź - ciele.
Reyna zmarszczyła brwi tak mocno, że napięcie w czole zaczynało być dla niej bolesne.
- Co? - warknęła cicho. Czyli byli jeszcze bardziej zagubieni, niż jej się wydawało? Do tej pory miała nadzieję, że mieli przynajmniej jakiś przyrząd, który w końcu naprowadzi go na odpowiedni kurs. W tym momencie poczuła, jak jej skurczone wnętrzności zalało gorzkie poczucie winy. Pokręciła głową. - Zawracaj! - krzyknęła do niego nieco głośniej, niż wymagała tego potrzeba przekrzyczenia pędu otaczającego ich powietrza.
- Co?! - niewiele myśląc, wyrzucił z siebie Leo, nie dlatego, że nie usłyszał, ale dlatego, że myślał, że ten etap mają już dawno za sobą. Jak mogła wciąż jeszcze mieć wątpliwości? Ucieczka była najlepszym, co mogła zrobić.
- Słyszałeś! - odkrzyknęła Reyna, modląc się do swojej matki, by w jej głosie nie było słychać, jak bardzo ścisnęło się jej gardło. - Zawracaj! - rozkazała, starając się zachować swój zwykły, władczy ton. Ta decyzja była błędem, a błędy trzeba było naprawiać - Rzymianie zawsze bez mrugnięcia okiem ponosili konsekwencje swoich czynów. Musiała się wycofać, póki miała ku temu szansę.
- Ale Reyno..! - jęknął Leo - Wiesz, że to nie jest najlepszy pomysł! - próbował z nią negocjować. Pomysł był nie tylko nienajlepszy, był absolutnie beznadziejny, a gdyby chłopak spełnił jej prośbę, wysłałby pretor na pewną katorgę, z której z dużym prawdopodobieństwem nie wyszłaby w zadowalającym stanie.
- Nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie, muszę zachować się właściwie! - Leo zmarszczył brwi. Jak mogła tak mówić? Jak mogła stawiać swoje dobro niżej od trzymania się jakichś nieludzkich reguł? - Muszę zrobić to, czego wymaga ode mnie Legion! - dodała, nie będąc w stanie ukryć zmęczenia w swoim głosie. Nagłe szarpnięcie w prawo uświadomiło jej, że Festus szykuje się do lądowania. - Leo..? - próbowała się z nim porozumieć, żeby wyjaśnił jej, co się dzieje, ale chłopak ją ignorował.
Po kilku minutach kołowania i stopniowego obniżania lotu nogi Festusa uderzyły mocno w trawę porastającą kępkami skalisty klif. Niespokojny ocean uderzał o jego brzeg, opryskując ich kropelkami zimnej wody. Leo zeskoczył ze smoka i - mimo, że starała się do tego nie dopuścić - pomógł zejść Reynie, wciąż nic nie mówiąc. Przyglądała się mu, gdy wprowadzał Festusa w stan uśpienia, a między nimi wciąż nie padło ani jedno słowo. Szczerze powiedziawszy, ta cisza doprowadzała już jej cierpliwość na skraj wyczerpania.
- Czemu wylądowaliśmy? - zapytała ostro, frustracja wywołana brakiem zrozumienia dla jego działań przywracająca dziewczynie jej typowy, nieznoszący sprzeciwu ton. Leo nie wyglądał niestety na zastraszonego, sprawiał natomiast wrażenie poirytowanego.
- Bo żebym mógł ci to wybić z głowy, musimy być twarzą w twarz! - spojrzał na nią z wyrzutem. Zmrużyła oczy i podświadomie uniosła nieco wyżej podbródek, krzyżując ręce na piersi.
- Dlaczego w ogóle miałbyś brać udział w podjęciu tej decyzji? - fuknęła. Oczy Leo rozszerzyły się jeszcze bardziej, współpracując ze sterczącymi we wszystkie strony, niesfornymi kosmykami, i nadając mu wygląd szaleńca, którym prawdopodobnie był. Na pewno nie był w pełni zdrowy na umyśle, skoro wymyślił tę całą rejteradę!
- Reyno, zrozum, nie myślisz logicznie..! Nie znasz Greków! Nie wszyscy są tacy jak ja czy Annabeth! - wzdrygnął się na wspomnienie furii Clarisse. To prawda, możliwe, że nieco ubarwiał fakty, ale żeby złamać upór tej dziewczyny, musiał wyciągnąć największe działa. - Nie jesteśmy jak Rzymianie, nie będziesz nawet miała szansy się wytłumaczyć..!
- Pozwól, że sama to sprawdzę - wycedziła cicho. Była Rzymianką, córką bogini wojny. Nie odwróci się od problemu, nie zamiecie go pod dywan, co właśnie proponował jej ten irytujący... Graecus... A co gorsza, na co do niedawna była skłonna przystać..! Wzdrygnęła się na samą myśl o podobnej hańbie.
Leo rozejrzał się w desperacji, jakby jakiś element surowego krajobrazu miał siłę przekonywania, której tak bardzo mu w tamtej chwili brakowało.
- Reyno, pozwól mi... Pozwól mi sobie pomóc..! - wyrzucił z siebie w końcu, zrezygnowany. Dziewczyna prychnęła.
- Dlaczego w ogóle obchodzi cię, co się ze mną stanie? - zapytała. Doskonale pamiętała, że zadała mu już wcześniej podobne pytanie, ale wciąż nie potrafiła go do końca zrozumieć - lata separacji między obozami zrobiły swoje. Leo wywrócił oczami.
- Masz rację, powinienem po prostu patrzeć, jak dajesz się zamęczyć. W dodatku za coś, czego nie zrobiłaś - jego ironiczny uśmieszek wcale nie pomógł jej stłumić rosnącej złości na syna Wul... Nie, Hefajstosa. Jak śmiał podważać jej osąd?! Miała prawo sama o sobie decydować, robiła to od chwili rozstania z Hyllą!
Jej ręce same zacisnęły się w pięści, gdy mierzyła Leo wzrokiem. W oczy rzuciły się jej naszyjnik z dwóch kolorowych koralików i pomarańczowa koszulka Obozu Herosów - symbole tego, jak bardzo się od siebie różnili. Co prawda brakowało jej miecza z cesarskiego złota i purpurowej peleryny, ale czuła, że ona i grecki heros są jak dwie konstelacje z możliwie najdalej położonych od siebie galaktyk.
- Posłuchaj mnie, Leo... - wycedziła, nawet nie starając się ukryć jadu w swoim głosie. - Nie... - w tej chwili przerwała jej ogromna, agresywna fala, większa niż wszystkie dotychczas, która zmiotła ich oboje z nóg. Leo szybko poderwał się do pionu, pomimo tępo pulsującego bólu w najniżej położonej części pleców, ale Reyna przywarła do twardego podłoża, krztusząc się raz po raz morską wodą i trzęsąc się z zimna. Zaklęła przez zaciśnięte zęby. Nie mogła teraz dać się przestraszyć wspomnieniu, myśli o swoim śnie! Mogli być właśnie atakowani, a nie miała zamiaru zginąć przez jakąś nocną marę! Tak szybko jak pozwalały jej na to drżące kolana, podniosła się z gruntu i utkwiła wzrok w nieprzeniknionej nocnej ciemności.
Leo wyciągnął ze swojego pasa największy młotek, o jakim udało mu się pomyśleć, i zerknął na Reynę. Wstała, to był dobry znak. Mimo to była nieuzbrojona i chociaż wcale nie miał ochoty przekonywać się na własnej skórze o jej umiejętnościach walki wręcz, większość ciężaru potyczki z nieznanym wrogiem (bądźmy szczerzy, jakie były szanse, że byłby to sprzymierzeniec?) spoczywała na jego barkach.
Po prostu świetnie.
Oboje zamarli, wyostrzając wszystkie zmysły i czekając w napięciu. Reyna wciąż drżała, jednak nie ze strachu, a z chłodu, jaki zostawiały na jej skórze parująca woda i przenikliwe zimno bryzy. Leo zaciskał nerwowo palce na trzonku młotka, ale jego podwyższona temperatura ciała już dawno załatwiła problem skutków nieprzewidzianego prysznica.
Po chwili, w której dwoje herosów zdawało się nawet nie oddychać, z wciąż wirujących w powietrzu kropelek morskiej wody wyłoniła się postać wysokiego mężczyzny. Leo zaczynał już boleśnie odczuwać napięcie zaalarmowanych mięśni - bogowie, naprawdę powinien był więcej ćwiczyć! Reyna nie spuszczała oka z przybliżającej się powoli postaci. Gdy wreszcie ją rozpoznała, zdziwienie wymazało z jej głowy cały stres oczekiwania. Oczywiście, jakby ta sytuacja nie była już wystarczająco trudna, został on zastąpiony niepokojącym czarnowidztwem.
- Neptun?! - wyrzuciła z siebie bez zastanowienia, wyrażając na głos swoją dezorientację. Przez myśl przepłynęła jej wiązanka siarczystych przekleństw w kilku językach. Dlaczego to musiał być akurat ten bóg?! Neptun nigdy nie był lubiany w Obozie Jupiter, wywoływał raczej powszechny lęk. Po incydencie z 1906 roku nawet pojawienie się jego dzieci zaczęło być odbierane jako zła wróżba. Pierwszym, któremu udało się mimo wszystko zdobyć uznanie Rzymian, był Percy Jackson.
Bóg świeżej wody, morza i koni był wyższy nawet od Reyny. Ubrany w odświętny, granatowy mundur piechoty morskiej, ze starannie ułożonymi włosami i medalami połyskującymi na piersi, nie musiał się nawet starać, żeby wzbudzać respekt.
- Wolałbym żebyś odłożył to narzędzie - zwrócił się chłodno do Leo, który prawie automatycznie opuścił uniesioną rękę. Reyna zrobiła krok do przodu, decydując się nie dopuszczać chłopaka do tej rozmowy. Rzymska dyplomacja wydawała się najlepszym rozwiązaniem tej dziwnej sytuacji.
- Panie Neptunie, czemu zawdzięczamy to spotkanie? - zapytała, akcentując formę grzecznościową i starając się, żeby bóg odczuł, że pretor go szanuje, bo w innym wypadku obawiała się, że nie pożyją z Leo zbyt długo. Poza tym musiała przecież naprawić poprzednią gafę!
Głowa nastolatka obracała się to w lewo, to w prawo, gdy chłopak z zaciekawieniem (i odrobiną lęku) obserwował konfrontację, która z jego perspektywy wyglądała jak konkurs na jak najbardziej pochmurną minę. Po chwili kącik ust Neptuna uniósł się lekko w nieco ironicznym uśmiechu.
- Pretor Obozu Jupiter traktująca mnie z takim szacunkiem? Przez ostatnie dziesięciolecia odnosiłem raczej wrażenie, że nie jestem zbyt popularny wśród rzymskich herosów - Leo nie spodobał się ton boga. Słowa Neptuna zabrzmiały dla niego bardziej jak Jeden fałszywy ruch, a przestaniecie istnieć. I tak was już nie lubię. Ale przecież on był Grekiem, a Reyna na pewno niczym nie zawiniła!
- Panie Posej... Och, Neptunie..! - wypalił, ale urwał, gdy jego oczy napotkały mordercze spojrzenie Reyny. Bóg odwrócił się w jego stronę i utkwił w nim wzrok na trochę zbyt długo, żeby tęczówki koloru morza (dokładnie takie, jak Perciego) nie wywołały ciarek na jego plecach. Leo i tak przestępował już wcześniej nerwowo z nogi na nogę, teraz poczuł dodatkowo nieodpartą chęć zajęcia rąk kawałkami jakiegokolwiek metalu.
- Leo Valdez... - powiedział cicho bóg, ignorując Reynę i pochodząc bliżej Festusa. Leo rzucił nerwowe spojrzenie na spiżowego smoka. Czy boska woda mogła wywołać jakąś koszmarną, niemożliwą do usunięcia rdzę?
Serce Reyny trzepotało się rozpaczliwie w jej piersi. Czego chciał od nich Neptun?! Dlaczego nic nie mówił?! Chciała stawić czoła odpowiedzialności, a nie zginąć po drodze do Obozu Herosów! Postanowiła ponowić próbę negocjacji.
- Panie Nep...
- Leonie Valdez - przerwał jej bóg. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Nie znosiła, gdy jej przerywano, nieważne, jaką potęgę posiadał ten, kto to robił (i czy mógł ją utopić jednym skinieniem małego palca u nogi). Leo przełknął głośno ślinę, gdy Neptun, nie spuszczając z niego oczu, dotknął dłonią miejsca, pod którym ukryte były serce i mózg Festusa - nowy panel sterowania, kula Archimedesa i astrolabium Odyseusza. Chłopak nie był w stanie stłumić okrzyku przerażenia, gdy wokół dłoni boga rozbłysło mętne, zielono-niebiesko światło.
- Co mu zrobiłeś?! - krzyknął, rzucając się w stronę Neptuna - oczywiście gdyby udało mu się jednak poruszyć nogami jak z ołowiu. Miał ochotę przywalić temu draniowi swoim największym kluczem i miał w tamtym momencie gdzieś to, że ten czyn prawdopodobnie zburzyłby delikatną równowagę, którą on i jego przyjaciele z trudem wyszarpali niedawno z błotnistych łapsk Gai! Neptun zacmokał z niezadowoleniem.
- Syn Hefajstosa powinien chyba wyczuć w jakim stanie jest jego automaton, prawda? - powiedział z nutką zawodu w głosie. Reyna (o ile to możliwe) spochmurniała jeszcze bardziej. O co mu tak naprawdę chodziło? Dlaczego się nimi zainteresował? Jedyną dobrą stroną tej sytuacji było to, że Leo wciąż nie zrobił jeszcze niczego (bardzo) głupiego. Jej wzrok przeniósł się z powrotem na niego. Powoli, jakby walcząc o każdy krok, zbliżył się do boga. Jego twarz wyrażała całkowite zdezorientowanie, gdy przyłożył delikatnie końce palców do miejsca, którego dotykał przed chwilą Neptun.
Leo prawie roześmiał się z radości. Festusowi nie tylko nie stało się nic złego, smok miał się lepiej, niż kiedy pierwszy raz uruchomił go po naprawie!
- Co mu zrobiłeś? - powtórzył z szerokim uśmiechem na twarzy. Reyna parsknęła z irytacją, co skierowało jego uwagę na jej ganiące spojrzenie. - Och, tak..! Co pan zrobił? - zapytał tak grzecznie, jak pozwalał mu na to rozemocjonowany, zawadiacki błysk latynoskiego rozrabiaki w oku (a przynajmniej tak wyglądał w tamtej chwili dla Reyny). Neptun uśmiechnął się, a dziewczyna ledwo powstrzymała ochotę wywrócenia oczami. Jak zwykle, żeby wkupić się w łaski boga, wystarczyło tylko się trochę połasić!
- Wyregulowałem astrolabium. Jak pewnie wiesz, jak powinieneś wiedzieć, to przyrząd służący w dawnych czasach do nawigacji na morzu - oznajmił Neptun z dumą. - Wygląda na to, że kiedy nie musi walczyć z wadliwym mechanizmem, układ sterujący twojego smoka działa o wiele lepiej - Leo patrzył na boga szerokimi oczyma kilkuletniego chłopca, do którego właśnie przyszedł dawno niewidziany, ulubiony wujek z torbą prezentów. Reyna uśmiechnęła się lekko na ten widok.
- Dziękuję! - gdyby nie wciąż pamiętany lęk przed władcą mórz, Leo prawdopodobnie rzuciłby się mu na szyję z wdzięczności. Drobny ruch z prawej strony odwrócił jednak jego uwagę, co nie było niezwykłe, biorąc pod uwagę jego ADHD i widoczne gołym okiem podekscytowanie. Jego wzrok padł na ciepły, tym razem, mrok oczu rzymskiej pretor. Niewiele myśląc, wyszczerzył do niej zęby, zbyt szczęśliwy, by móc mieć jakiekolwiek wątpliwości związane chociażby z tym, jak słabo się znali.
Reynę zamurowało, nie wiedziała, co miałaby zrobić. Jeszcze jakiś czas temu byli bliscy rzucenia się sobie do gardeł, a w tamtym momencie... Cóż, była to jedna z tych chwil, w których czuła, że pokój między dwoma rywalizującymi przez dekady obozami był naprawdę możliwy. Ten i inne szczere uśmiechy wymazywały wszelkie dręczące ją drobne wątpliwości.
- Reyno Avilo Ramírez-Arellano - Reyna zamarła, słysząc nazwisko, od którego przez cały ten czas próbowała się odciąć. Uśmiech spełzł z twarzy Leo, a chłopak zmarszczył brwi. Dopiero wtedy dotarło do niego, że nigdy nie dowiedział się, jak pretor się nazywała.
- Tak, panie Neptunie? - odpowiedziała oschle Reyna, powracając do swojego profesjonalnego wyrazu twarzy. Tamta dziewczynka została w San Juan, teraz była zupełnie inną osobą... Prawda..? Potrząsnęła lekko głową, wracając do rzeczywistości. Leo przyglądał jej się badawczo z całym arsenałem pytań wymalowanym na jego twarzy. Pokręciła ponuro głową. Nie teraz!
- Reyno Avilo, znasz już zamiary Leona, tak? - zapytał Neptun, świdrując ją wzrokiem. Reyna nawet nie drgnęła. Coraz mniej rozumiała motywy boga.
- Tak, panie Neptunie - powiedziała cicho przez zaciśnięte zęby. Leo powrócił do przeskakiwania wzrokiem z dziewczyny na Neptuna i z powrotem. Dopiero wtedy zaczęło go dręczyć pytanie: Dlaczego? Dlaczego Neptun chciał się z nimi spotkać? Dlaczego pomógł Festusowi? Czego chciał od niego i Reyny?
- Świetnie. Pozostaje tylko ostatnia rozmowa przed wyruszeniem w drogę - odparł bóg tak radosnym tonem, że Reyna zaczęła się zastanawiać, czy wciąż rozmawiają z Neptunem, czy może kontrolę zaczął przejmować Posejdon. Ale zaraz… W drogę?! On chyba nie myślał..?!
- Leo wybiera się na tę wyprawę sam - rzuciła nieco zbyt ostro, niż pozwalała jej na to różnica rangi między nią a mężczyzną stojącym obok Festusa i rzeczonego chłopaka, który nagle spochmurniał. Nie mógł wciąż łudzić się, że jednak zmieniła zdanie, prawda? Reyna wyprostowała się nieco bardziej. - Wracam do Obozu Herosów. Muszę odpowiedzieć za to, co zrobiłam - powiedziała dumnie. Leo już otwierał usta, żeby znów się z nią nie zgodzić, ale przerwała mu wyciągnięta w górę dłoń Neptuna… A może był to już Posejdon..?
- Niestety, to nie wchodzi w grę - oznajmił po prostu bóg. Leo w tym momencie uświadomił sobie, że ma otwarte usta, i natychmiast je zamknął. Reyna mierzyła boga spojrzeniem godnym Meduzy. Nie chciałby teraz być na jego miejscu…
- Co to znaczy, nie wchodzi w grę?! - sarknęła, starając się pozostać uprzejmą, ale nie będąc w stanie powstrzymać gniewu we własnym głosie. Neptun odwzajemniał jej spojrzenie swoimi beznamiętnymi oczami, a Leo skrzywił się, przewidując nadchodzące starcie. Co gorsza, miał ponure wrażenie, że to on będzie musiał sobie później radzić z wściekłością stuprocentowej, twardej jak stal Rzymianki…
- Lecisz z nim - rzucił po prostu bóg, jakby to było najbardziej oczywistym wnioskiem pod słońcem. Ręce Reyny zacisnęły się w pięści, gdy starała się powstrzymać furię.
- To Neptun - przypominała sobie - Ma nad tobą władzę i jeśli o czymś zadecydował, nic nie możesz z tym zrobić…
- A czy mogę chociaż widzieć, dlaczego wysyłasz mnie na tę misję? - warknęła niezbyt grzecznie. - Panie Neptunie..? - natychmiast się poprawiła. Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Leo zaczynał podejrzewać, że chyba każdy bóg miał w sobie coś z sadysty… Oni po prostu uwielbiali dręczyć półbogów!
- Optymalna ilość uczestników wyprawy to trzy osoby. Leo i ty to dwoje ludzi, a, z braku innych chętnych i biorąc pod uwagę tę… Niefortunną sytuację… - Reyna pomyślała, że Neptun musiał mieć naprawdę duże poczucie humoru, żeby nazywać to, co zaszło niefortunną sytuacją. - Myślę, że ten automatom jest na tyle inteligentny, by stanowił trzeciego członka drużyny - Leo nieświadomie wypiął dumnie pierś, gdy chwalono Festusa. Reyna zastanawiała się, jakim ciemnym mocom zaszkodziła, że wpakowały ją w tę sytuację... Wciąż dręczyła ją jednak jedna kwestia…
- Dlaczego w ogóle bóg mórz i oceanów interesuje się tym, co chce zrobić Leo? - zapytała hardo, a Neptun się skrzywił. Trafiła w czuły punkt, co? Leo zwrócił się do mężczyzny. No właśnie, przecież nie mógł go obchodzić los Kalipso, prawda..? Piersi zalała mu fala goryczy. Bogowie obiecali Perciemu, że ją uwolnią, a ona wciąż musiała tam tkwić!
- Mój brat… - zaczął wolno Neptun, który wyglądał, jakby nagle rozbolała go głowa - Mój brat… Zeus… Nie dopilnował wypełnienia złożonej jakiś czas temu obietnicy… - spojrzał na ocean z tęsknotą, jakby chciał już zakończyć tę rozmowę. Zawsze uciekali, kiedy robiło się nieprzyjemnie…
- Chcesz, żebyśmy uwolnili Kalipso i pokazali, że bogowie jednak dotrzymują słowa? - wypalił Leo. Neptun/Posejdon zmroził go spojrzeniem, które nie budziło w nim jednak takiej grozy, jak złość Reyny. Rzymianka westchnęła głęboko. Czuła, że nie uda jej się z tego wszystkiego wykręcić… To nie był już szalony pomysł greckiego herosa, to było zadanie zlecone jej przez boga. Rzymskiego boga. W takim razie nie pozostawało jej nic innego, jak stawić temu czoła z godnością…
- Dobrze - powiedziała, choć słowa z trudem przechodziły jej przez gardło, a oczy Leo i Neptuna skupiły się znów na jej dumnej sylwetce i zaciśniętych ustach. - Zrobię to, polecę z Leo - dodała ponurym głosem, jej oczy chłodne i opanowane.
Czuła, że jeszcze pożałuje tej decyzji…
ZJeM, 22.02-16.04.14
Od ZJeM:
Ach, jestem potworem… Kazać Wam tyle czekać na kolejny rozdział… PRZEPRASZAM!
Czy lądowanie na klifie nie było zbyt OOC, jeśli chodzi o Leo? Próbowałam sobie wyobrazić, co zrobiłby w takiej sytuacji i zdecydowałam się na wariant upartego rycerza. Nie wiem, czy nie przesadziłam. ;)
Acha, nie mam pewności, jaki powinien być Neptun. Być może wyszedł mi nieco zbyt surowy. ;) Albo zbyt szalony..? Nie mam pojęcia. XD A właśnie, co do Neptuna… Wymyśliłam jego wystąpienie, latając po kanałach w pewne sobotnie przedpołudnie, a wyglądało to mniej więcej tak:
ZJeM: Hmm, kogo mogliby spotkać Leo i Reyna w Ucieczce..?
TV: Yyy, Posejdona..?
Składam serdeczne podziękowania programowi Matura to bzdura. XD
DZIĘKI ZA PRZECZYTANIE!
