Uwaga: Nic nie jest moje, wszystko jest RRa.
A/N: UWAGA, UWAGA, UWAGA! Po pierwsze, przepraszam za długie oczekiwanie (masakra, co?). A więc, żeby nie przedłużać, dziękuję bardzo Leyna Shiper za tak nieoczekiwaną i niezmiernie napełniającą mnie radością recenzję! :) Chciałabym też podziękować SzalonyJe za recenzję do "Życzeń", bo jej wątpliwości to dla mnie największa pochwała. ;D Enjoy!
ROZDZIAŁ V
Reyna była ekspertką w dziedzinie kontaktów z mechanicznymi psami. Każdy ich metaliczny pomruk, wzory ruchu i wyglądu w rozmaitych sytuacjach - dzięki Aurum i Argentum znała to wszystko na wylot. Za to wielki spiżowy smok? Zdecydowanie nie jej bajka.
- Puer pervicus... - wymamrotała, rzucając mu nienawistne spojrzenie ponad ramieniem. Nie dość, że zostawił ją samą z Festusem, to jeszcze pochrapywał sobie cicho, wtulony między jej łopatki! Mięśnie marszczonych brwi zaczynały już po cichu boleśnie pojękiwać, ale zignorowała to, zmuszając je do jeszcze większego wysiłku. Czuła, że kiedy się w końcu obudzi, nie będzie umiała być dla niego zbyt miła...
- Mam co?! - wyrzuciła z siebie podniesionym głosem. Jeśli jej oczy zasnuwał jeszcze chwilę wcześniej sen, Leo skutecznie go z nich zmył. Żeby powiedzieć to obrazowo, był dla jej słodkiego zaspania jak agresywny wąż strażacki. Chłopak skrzywił się lekko, wolną ręką mierzwiąc nerwowo włosy. Znowu. Zaczynała myśleć, że może to taki tik..?
- Och, daj spokój, na pewno dasz sobie radę! - zapewnił ją. Festus mógł doskonale poradzić sobie sam w utrzymaniu zaprogramowanego kursu, Reyna miała tylko czuwać i obudzić jego wskrzesiciela, gdyby coś poszło nie tak. Czego Leo nie przewidywał, ale... życie półboga nauczyło go chuchać na zimne.
- Czemu lądujemy?! - zapytała dziewczyna, przeklinając w myślach samą siebie za niezachowanie profesjonalnej obojętności głosu. Nie była aż tak zdenerwowana, dlaczego jej ciało zachowywało się niezgodnie z tym, co czuła?! Jej wnętrzności podskoczyły w rytm znajomego wstrząsu, gdy smok znów znalazł się na pewnym gruncie. Leo zeskoczył z jego grzbietu i pokazał jej gestem, żeby zrobiła to samo.
- Musimy zamienić się miejscami, nie? - odparł, starając się zakryć dłonią potężne ziewnięcie. Reyna założyła ręce na piersi i nawet nie drgnęła, kiedy zaczął się wdrapywać na jej poprzednie miejsce. - Co się stało? Czemu nie wsiadasz? - Leo zmarszczył brwi. Nie było sensu odstawiać sceny. Dziewczyna westchnęła cicho i położyła dłonie w miejscach najlepszych do podciągnięcia ciała na grzbiet spiżowego smoka. Chwila pracy stalowych mięśni wytrenowanych przez wieloletni, morderczy rzymski reżim treningowy i po raz kolejny znalazła się na górze.
- Mam tylko nadzieję, że oboje nie zginiemy... - wymamrotała, zapinając pas bezpieczeństwa. Nie mogła widzieć szerokiego uśmiechu na jego twarzy, kiedy obserwował, jak stara się rozluźnić spięte po trochu mięśnie. Leo ziewnął szeroko, przeciągnął się i oparł delikatnie o jej plecy.
- Pani pozwoli..? - mruknął tylko, zanim oddał się w objęcia Morfeusza... Albo Hypnosa, ale czy imię naprawdę miało w tej sytuacji jakiekolwiek znaczenie?
Reyna utkwiła wzrok w rubinowych oczach siejącego zwykle postrach automatona, tak podobnych do oczu jej psich ulubieńców. Zacisnęła dwa palce u nasady nosa i powoli wypuściła całe powietrze z płuc.
- Liczę na ciebie, Festusie - wyszeptała miękko, uśmiechając się lekko, gdy smok odpowiedział jej kilkoma radosnymi jak jego imię, metalicznymi kliknięciami. Może wcale nie było jeszcze tak źle..? Może mieli przeżyć, a ona doczeka chwili, kiedy to on będzie musiał dogadać się z jej przyjaciółmi? Reyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Tak, chętnie popatrzy, jak Leo będzie próbował wkupić się w łaski dwóch nieufnych chartów o rzędach zębów ostrzejszych niż stal...
X
Było mu... ciepło. Ale nie tak, jak czuje się dusza skazana na wieczne potępienie w lawie, ani jak spocony, gruby turysta wśród morza identycznych parawanów i parasoli na przepełnionej plaży. To ciepło muskało delikatnie jego skórę, wypełniało wnętrzności i otulało kości delikatną kołderką poczucia absolutnego, błogiego relaksu. Słońce pieściło jego twarz, zamknięte oczy, nie parząc, a słony, morski wiaterek wypełniał płuca najczystszym powietrzem. Wyspy Błogosławione..?
- Leo... - serce drgnęło mu na dźwięk znajomego głosu, a na ustach rozlał się najszczerszy z uśmiechów. Uniósł powoli powieki, a jego oczom ukazały się kaskady jasnobrązowych włosów i dwoje czarnych jak węgiel, błyszczących radośnie oczu. Kalipso była ubrana w tę samą sukienkę, w której zobaczył ją po raz pierwszy, wpatrywała się w niego, przysiadłszy na skraju koca, na którym leżał na białym, drobnym piasku plaży otaczającej Ogygię.
-Kalipso... - imię zawisło dźwięcznie w powietrzu, a zęby dziewczyny błysnęły na chwilę w uśmiechu, który natychmiast ukryła, odwracając głowę. Leo chciał wyciągnąć do niej rękę, dotknąć jej miękkiej, pachnącej cynamonem skóry, ale w tym momencie jego uwagę przykuło coś po prawej stronie jego ciała, naprzeciwko Kalipso. Coś, a raczej ktoś...
- Reyna..? - chłopak zmarszczył brwi na widok kolejnej znajomej twarzy. Pretor miała na sobie czarną, plisowaną spódniczkę i zwykłą, fioletową koszulkę Obozu Jupiter. Wyglądała tak normalnie, że prawie jej nie poznał. Coś jeszcze się zmieniło, sposób, w który na niego patrzyła i to, jak jego serce zaczęło pod tym spojrzeniem szybciej bić...
- Leo..! - jęknęła wtem dziwnie zbolałym głosem Kalipso, a chłopak oderwał oczy od przeszywającego wejrzenia Rzymianki, żeby odwrócić się w momencie, gdy ta pierwsza przysunęła się jeszcze bliżej, praktycznie przytulając się do jego nogi i korpusu. Leo poczuł, że robi mu się nieco zbyt ciepło.
- Ee, Kalipso, jesteś pewna..? Nie żebym miał coś przeciwko, ale... - wymamrotał niepewnie, gdy nagle jego ciałem wstrząsnął dreszcz, a Leo musiał stwierdzić ze zdumieniem, że Reyna skopiowała sposób zachowania drugiej z dziewczyn.
- Leo... - zamruczała cicho, opierając podbródek o jego żebra i świdrując go specyficznym wzrokiem, który go magnetyzował, a z drugiej strony wywoływał w nim ochotę spuszczenia oczu - władczy czar rzymskiego przywódcy... Chłopak przełknął głośno tę resztkę śliny, którą udało mu się jakimś cudem znaleźć w wysuszonym gardle. Kalipso ujęła zachłannie jego podbródek i skierowała jego wzrok na swoją twarz, która nagle znajdowała się o wiele bliżej niego, niż jeszcze chwilę wcześniej.
- Leo... - wyszeptała znowu, przesuwając powoli palce po jego obojczyku i sprawiając, że czuł się tak, jakby skakały po nim iskry. Dopiero wtedy dotarło do niego, że nie miał na sobie koszulki. Poczuł, jak Reyna zakłada mu kosmyk włosów za ucho, a kiedy na nią spojrzał, uśmiechnęła się. Jeszcze nigdy wcześniej jej uśmiech nie sprawił, że tak bardzo skoczyło mu tętno...
Leo nie mógł narzekać na swój obecny stan - dwie piękne dziewczyny u boku, każda wyraźnie zainteresowana jego osobą, co mile łechtało jego ego - chłopak nie mógł się jednak pozbyć nieprzyjemnego poczucia niepewności i lęku gdzieś w głębi trzewi. Coś w nim krzyczało uciekaj!, miał ochotę wstać i przepłynąć cały ocean wpław, byle dalej od tej przeklętej plaży.
- Kalipso... Reyno... Ja... Tego... - wymamrotał nieprzytomnie, czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Dziewczyny wpatrywały się w niego wyczekująco, pewnie nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo waliło mu serce mimo ich, echem, bezpośredniego kontaktu. Co miał im powiedzieć, skoro tak właściwie sam nie wiedział, o co mu tak naprawdę chodziło?!
- Tak, Leo..? - wymruczała Kalipso, przyciągając jego twarz do swojej. Piętnaście centymetrów, dziesięć, pięć... Jej miękkie, gładkie wargi musnęły jego, suche i spierzchnięte, a Leo poczuł, jak żołądek wywraca mu się do góry nogami. Dziewczyna pogłębiła pocałunek, a on czuł się tak, jakby jego ciało zapomniało, jak się oddycha, ale nawet go to nie obchodziło. Jedynym, co się dla niego liczyło, była ona, jej wyczekiwana bliskość, jej wymarzony dotyk, jej pochłaniający go, słodki zapach, dopóki...
Kalipso syknęła, przerywając nagle pocałunek. Przez chwilę nie wiedział, co się tak naprawdę stało, ale szybko dotarło do niego, że ten ciężar na klatce piersiowej nie był czymś często spotykanym. Leo otworzył powoli oczy. Serce prawie wyrwało mu się z piersi na widok przyciskającej go do siebie (bo dawno nie był to już przyjacielski uścisk) Reyny. Dopiero wtedy dotarło do niego poczucie tego, jak jej palce przesuwały się powoli po jego karku i wczepiały we włosy, wywołując przyjemne dreszcze schodzące mu bezustannie po plecach. Powieki opadły mu przy akompaniamencie cichego westchnięcia. Chciał po prostu zasnąć w tych objęciach, a nawet robić to co noc, gdyby tylko dziewczyna mu na to pozwoliła...
Wtem, brutalne szarpnięcie oderwało go od Reyny, a górna połowa jego ciała uderzyła gwałtownie na powrót w ręcznik. Gdy Leo odzyskał świadomość tego, co się wokół niego dzieje, Kalipso i Reyna stały naprzeciwko siebie na piasku, obie w pozycjach bojowych i ze zmarszczonymi brwiami.
- Jak możesz..?! Ty..! On..! - wykrztusiła Kalipso, zaciskając pięści i rzucając czarnowłosej nienawistne spojrzenia, którymi on sam za żadne skarby nie chciałby zostać obdarzony. Pewnie uciekłby wtedy z piskiem godnym małej dziewczynki, a niezbyt to bohaterskie, prawda? Z zamyślenia wyrwało go pogardliwe prychnięcie Reyny. Dziewczyna patrzyła rywalce prosto w oczy z pobłażaniem, a na jej ustach błąkał się nieprzyjemny uśmieszek.
- Słoneczko, Leo nie jest twoją własnością. Może robić, co mu się podoba - zadrwiła, a Kalipso wciągnęła głośno powietrze na dźwięk określenia, które do tej pory słyszała tylko z jego ust. Wycelowała drżący palec w rzymską pretor, a ta założyła tylko ręce na piersi, nie przestawiając się uśmiechać, choć uśmiech ten nie obejmował chłodnego blasku jej oczu. Leo poczuł, że jeśli pozwoli tej sytuacji dalej się rozwijać, może się zrobić naprawdę nieprzyjemnie... Zerwał się na nogi i wkroczył między dziewczyny, rozkładając ręce w (miał nadzieję) uspokajającym geście.
- A może najpierw pogadamy..? - spróbował niepewnie, samemu nie wierząc w powodzenie tej próby uniknięcia regularnej jatki. Niestety, miał rację, bo Reyna wyciągnęła nagle, nie wiadomo skąd, lśniący złowrogo złoty gladius, na co Kalipso odpowiedziała mocnymi uchwytami na śmiercionośnym sekatorze i zaostrzonym bolcu do sadzenia nasion. Leo przełknął głośno ślinę, a krew zaczęła mu powoli tężeć w żyłach. To na pewno nie miało się skończyć dobrze...
Zdążył tylko usłyszeć przerażający okrzyk wojenny Rzymianki, a chwilę potem poczuł mocne uderzenie w głowę i przed oczami zrobiło mu się czarno.
X
Leo drgnął gwałtownie, a z jego gardła wydał się krótki, zduszony krzyk. Poderwał się do pionu w rekordowym czasie, który wyrwał Reynę z transu czujnego wpatrywania się w linię horyzontu, zasnutą przez puchate obłoki. Chmury utrudniały ocenę pory dnia, ale wiedziała, że mieli jeszcze dobrą godzinę czy dwie do południa. Dziewczyna obróciła się i utkwiła wyczekujący wzrok w jego zaniepokojonych oczach. Oddech zaczynał mu się wyrównywać, a na bladą twarz wracał kolor, ale Leo wciąż wyglądał na wstrząśniętego tym, co chwilę wcześniej zobaczył.
- Sen? - zapytała krótko, a on wzdrygnął się i spojrzał na nią tak, jakby dopiero wtedy zauważył, że nie jest sam. Nie do końca wiedziała czemu, ale nie byłaby nawet tak bardzo zaskoczona, gdyby rzeczywiście tak było.
- Co? Aa... No tak... - wymamrotał chłopak, odwracając wzrok. Nie mógł na nią patrzeć, nie pamiętając scen, jakie zaserwowała mu niedawno jego chora wyobraźnia. O co w ogóle chodziło w tej wizji?! Reyna pokiwała powoli głową i spojrzała na łeb Festusa.
- Jesteśmy w okolicach Jacksonville. Nie było żadnych problemów - złożyła krótki raport. Leo i tak miał dowiedzieć się potem wszystkiego od samego smoka, ale postanowiła zmienić temat. Może to forma zadośćuczynienia za to, że nie powiedziała mu o tym, co przyśniło się jej samej..?
Przez jakiś czas się do siebie nie odzywali, wsłuchując się w szum pędzącego wokół nich powietrza, wyczuwając przez spiżowy odpowiednik skóry ruch przekładni wewnątrz Festusa (Leo) i przesiewając niebo wokół nich w poszukiwaniu jakichkolwiek zakłóceń lotu (Reyna). Grek wpatrywał się w rozwiany co nieco warkocz dziewczyny - hej, trudno patrzeć komuś w oczy, kiedy jest do ciebie odwrócony plecami! Nawet, gdyby spędzał więcej czasu poza warsztatem, wśród ludzi (co czasem, w żartach, sugerowała mu Piper), trudno byłoby mu wyczytać cokolwiek z jej nieruchomej sylwetki. Jedna rzecz nie umknęła jednak jego uwadze: nie było wątpliwości, że mięśnie karku i pleców Rzymianki w końcu się rozluźniły.
- Dobrze się dogadywaliście? - zagaił, a Reyna drgnęła na dźwięk jego głosu. Obróciła się, by objąć wzrokiem burzę nieposkromionych loków, rozbiegane palce, a przede wszystkim błyszczące szczerą, niewinną ciekawością, ciemnobrązowe oczy. - Ty i on - dodał, klepiąc z czułością bok mechanicznego olbrzyma. Jego twarz zdobił delikatny uśmiech, a w głosie dało się słyszeć nutkę dumy. Kto poświęcił z Leo choć chwilę na rozmowie o Festusie, widział jak na dłoni jego miłość do tego smoka.
- On... jest świetnym towarzyszem podróży - odpowiedziała po chwili zastanowienia, mimowolnie się uśmiechając. Ciekawe, czy to ogień, którym władał, miał wpływ na rozświetlenie tych... interesujących tęczówek..? - Festus to nie Scypion, ale... - urwała, zdziwiona tym nagłym wyznaniem. Nieznacznie zmarszczone brwi były jedną z niewielu oznak tego, że wyśmienity nastrój Leo nagle się pogorszył. Gdzieś zniknął też tamten ciepły uśmiech...
- Musiało ci być ciężko, prawda? - powiedział powoli. Nigdy wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale, nie wiedzieć czemu, w tamtym momencie uderzył go ogrom straty, jakiej doświadczyła dziewczyna. Gdyby miał znów patrzeć, jak Festus odchodzi, tym razem bezpowrotnie, nie móc zrobić już nic więcej, tylko zakończyć jego cierpienie... Nie umiał sobie nawet wyobrazić sposobu, który umiałby ukoić ten ból. Reyna gładziła bezmyślnie grzbiet spiżowego smoka
- Tak, to nie było łatwe - przyznała w końcu, po części przekazując informację, ale w przede wszystkim przestając ukrywać fakt, że mogła się dać zawładnąć emocjom. Nie było sensu tego przed nim ukrywać, ale i tak czuła się trochę nieswojo, otwierając się przed Leo. Zwykle musiała dbać o wizerunek nieskazitelnego przywódcy, słabości nie wchodziły w grę. Poprawne funkcjonowanie Legionu zależało od jej siły. - Ból... Po jakimś czasie słabnie - dodała, przekornie utrzymując wejrzenie prosto w jego oczy.
To zadziwiające, jak udawało im się stykać tak często z niezręczną ciszą, która mimo wszystko... No właśnie, wcale nie przeszkadzała żadnemu z nich! Czyżby zaczynali się już tak dobrze czuć w swoim towarzystwie? Przecież wciąż prawie się nie znali! Nie mogli mieć o tym pojęcia, ale takie myśli krążyły niezmiennie w głowach tak Leo, jak i Reyny.
- No dobra, kto ma ochotę na tacos? - Leo stracił w końcu cierpliwość do rozmyślań, zacierając ochoczo ręce i przywołując na twarz swój najbardziej promienny uśmiech. Reyna zerknęła na niego i uśmiechnęła się lekko, jego entuzjazm potrafił być niewiarygodnie zaraźliwy.
- Lądujemy, Festusie - zakomenderowała, a automaton wydał z siebie kilka radosnych pisków. I kiedy chłopak tuż za jej plecami zaczął nucić którąś z popularnych piosenek (kto by je rozpoznał, wszystkie brzmią podobnie!), a ona nie miała ochoty ani go uciszyć, ani przyłączyć się do amatorskiego koncertu, poczuła, że, być może, odpowiedź na wcześniejsze pytanie zaczyna krystalizować się nieśmiało w jej głowie.
Nie byli najlepszymi przyjaciółmi, w których towarzystwie czasem zaczynasz obawiać się, że to, co chcesz zrobić lub powiedzieć, źle wpłynie na waszą relację. Do tamtej pory przestali jednak być sobie zupełnie obcy, co wywoływałoby niezręczną potrzebę przełamania lodów. Oboje znali od podszewki trudy życia półboga, łączyły ich wspólna walka w przeszłości i nowy cel w teraźniejszości.
Przedzierali się przez chmury z dziwną gracją, groteskową dla kolosalnego, ważącego pewnie ponad tonę smoka, która wydała się jej zarazem niewiarygodnie elegancka i fascynująca. Reyna zamknęła oczy, pozwalając, by pęd powietrza owiewał jej twarz i porywał kosmyki z warkocza.
Co miała przynieść przyszłość? Tego żadne z nich nie mogło przewidzieć, ale oboje czuli, że tak właśnie powinno być. Gdyby było inaczej, gdzie byłaby w tym jakakolwiek frajda?
X
Niestety, kilka godzin wcześniej i kilkaset kilometrów dalej, nastroje wśród pięcioosobowej greckiej delegacji dalekie były od sielanki, jaka zapanowała między Leo i Reyną. Nyssa i Clarisse siedziały z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, łypiąc złowrogo na siebie nawzajem chwilę po tym, jak Chejron zagroził, że albo zapanuje spokój, albo odeśle je obie do Obozu na piechotę, z plecakami wypchanymi wszystkimi drobiazgami, których Dionizos zażądał jako pamiątek z Kalifornii, skoro jemu samemu kategorycznie zabroniono jechać. Percy, w samym środku ognia wściekłych spojrzeń, bawił się nerwowo długopisem-Orkanem, bezskutecznie starając się pochwycić spojrzenie Annabeth. Dziewczyna siedziała zamyślona koło centaura, całkowicie ignorując wszystko i wszystkich wokół siebie.
Minuty wlokły się w grobowym milczeniu, gdy czekali na rozpoczęcie posiedzenia rzymskiego senatu.
Jeszcze dwa dni wcześniej żadne z nich nie podejrzewało nawet, że w tak niedługim czasie znajdzie się w Obozie Jupiter. Kto mógł przewidzieć to, co się stało? Brutalny atak na grecki dom, straty materialne i ranni obozowicze, nagłe powstrzymanie napaści, z trudem utrzymywane we względnym spokoju pertraktacje, a w końcu ich zerwanie i ta osobliwa ucieczka... Leo i Reyna, samotni na grzbiecie spiżowego smoka... Gdyby nie to, że sprawa nie była ani trochę wesoła, Percy parsknąłby śmiechem, tak bardzo nie chciało mu się wierzyć w to, że to wszystko prawda, a nie tylko najdziwniejszy ze snów. Nie wiedział, czy kończyny naprawdę ścierpły mu od długiego oczekiwania, czy to wrażenie było tylko rezultatem zdenerwowania.
- Przepraszam, przepraszam! Na Jupitera, to naprawdę ważne! - głowy całej piątki poderwały się na dźwięk znajomego głosu (choć ta nuta irytacji była w nim zwykle obca), a po chwili z tłumu zmierzających powoli do swoich miejsc senatorów na schodach wypadli tuż obok nich Jason i Piper. Kilka kroków za nimi przeprosiny ponawiali już ciszej Hazel i Frank. Blondyn i jego dziewczyna wyglądali tak, jakby dopiero co walczyli z piekielnym ogarem, ich ubrania były pogniecione, twarze lśniły od potu, a oczy rozglądały się intensywnie z niepokojem. Było oczywiste, że obawiali się tego, co mieli za chwilę usłyszeć.
- Jasonie! Piper! Jesteśmy tutaj! – zawołała Annabeth, podrywając się z miejsca tak gwałtownie, że Percy prawie przegapił ten moment. Córka Ateny rzuciła mu spojrzenie które mówiło Ja to załatwię, ale nie mógł się pozbyć wrażenia, że tym razem nie zdołała wymyślić na czas żadnego odpowiedniego planu. Widział to w sposobie, w jaki zaciskała pięści i w jej pełnej napięcia postawie. Oczy nawoływanych błyskawicznie skierowały się w ich kierunku, a już po chwili syn Jupitera i córka Afrodyty stali tuż przed Grekami, domagając się wyjaśnień.
- Frank powiedział nam, że chodzi o Leo i Reynę - wyrzuciła z siebie nerwowo Piper, strzelając oczyma od Annabeth do Perciego i z powrotem. Kurtyna cienkich warkoczyków na jej głowie podrygiwała niespokojnie, a kalejdoskopowe oczy świeciły niezdrowym pobudzeniem. – Czy coś..? Czy oni..? – nie zdążyła dokończyć pytania, bo blondynka złapała ja mocno za ręce, kręcąc energicznie głową.
- Wszystko w porządku, a przynajmniej… Wszystko na to wskazuje - spróbowała, lecz mimo starań o zachowanie zimnej krwi, pewny ton jej głosu zachwiał się nieco przy ostatniej sylabie. Oczy Piper rozszerzyły się, dziewczyna wyglądała tak, jakby miała za chwilę zemdleć. Jason objął ją mocno w pasie i pozwolił, by wtuliła się w jego pomarańczowo-fioletową koszulkę sprzymierzonych obozów.
- Co to znaczy? Co się tak właściwie stało? – naciskał surowo, świdrując Perciego wzrokiem, w którym pod warstwą twardej determinacji dało się jak na dłoni dostrzec lęk i wahanie. Chłopak otworzył usta, żeby uspokoić parę, ale wtedy w powietrzu rozległ się łagodny bas Franka.
- Wszyscy już się zebrali, czas na wasze wyjaśnienia - oświadczył chłopak z delikatnym, pocieszającym uśmiechem na ustach. Percy pokiwał głową, ostatni raz spojrzał w elektryzująco niebieskie tęczówki Jasona, a potem jego dłoń odnalazła palce Annabeth i syn Posejdona poprowadził towarzyszy na środek senatu, gdzie podążył za nimi jedyny obecny w tamtej chwili pretor, a już czekali na nich Oktawian i kilku najważniejszych członków zgromadzenia.
- Senatorowie - skinął im głową, przeszywając augura ostrzegawczym spojrzeniem. Chyba zadziałało, skoro blondyn odwrócił wzrok i poruszył się niespokojnie. Po minie trudno było cokolwiek stwierdzić, bo była równie kwaśna jak zwykle. Grecy zwrócili się ku zebranym, tyłem do tego, który prowadził kiedyś armię na ich dom.
- Senatorowie! - powtórzył Frank donośnym głosem, a wszelkie nie zakończone jeszcze wątki rozmów zostały natychmiast porzucone. Pretor potoczył po zebranych surowym wzrokiem, aż kilku z nich nieznacznie skuliło się na swoich miejscach. Trudno było o chojractwo, kiedy miało się w pamięci dziką, niepowstrzymaną siłę zwierząt, w które umiał się przemieniać. Oczy chłopaka błyszczały zagadkowo, a po przydługiej chwili ciszy, w której co bardziej tchórzliwi zaczynali już wstrzymywać oddechy, jego twarz rozjaśnił przyjazny uśmiech.
- Wczoraj wieczorem do Nowego Rzymu przybyła delegacja z Obozu Herosów - oznajmił, wskazując na przyjaciół. Skrzyżował na chwilę wzrok z Percym (właściwie jak to się stało, że uchodził za nieoficjalnego lidera grupy?), a po niedługiej pauzie kontynuował - Nasi sojusznicy twierdzą, że mają informacje o pretor Reynie, która niespodziewanie opuściła trzy dni temu Obóz, - Frank uciszył gestem zdezorientowany szmer, który dało się słyszeć na sali, a potem wskazał dłonią na Perciego - Oddam teraz głos delegatom.
Syn Posejdona zmierzwił palcami potarganą czuprynę i wstał, tocząc wzrokiem po zebranych. Wielu znajomych, kilka nowych twarzy... Co miał im powiedzieć, skoro nawet Annabeth nie wiedziała, jak przedstawiała się obecnie sytuacja? Rzymianie byli ludźmi faktów i dowodów, a oni mieli co najwyżej zeznania kilku wiarygodnych świadków i nadzieje, że Leo lub Reyna wkrótce się z nimi skontaktują.
- Pretor Reyna - rozpoczął w końcu bez żadnych wstępów - Była w Obozie Herosów i próbowała... Próbowała dokonać jego zniszczenia - Percy zignorował ciche prychnięcie Clarisse i jej ociekający jadem szept "próbowała!", zamiast tego skupiając się na zdziwionych twarzach senatorów i wyraźnie gęstniejącej atmosferze na sali. Jak można się było tego spodziewać, Oktawian wstał, wydając z siebie okrzyk triumfu nieco zbyt piskliwy, bo zrobił na kimkolwiek większe wrażenie.
- Sami widzicie! - zakrzyknął tonem, który nosił znamiona marnej próby nadania samemu sobie władczej wyższości - Ile to już razy pretor Reyna pokazywała, że nie jest odpowiednią osobą do piastowania tak odpowiedzialnej funkcji? Sądzę, że powinniśmy rozważyć jej odwoła..! - ostatnia sylaba została zagłuszona przez głośny, niczym nieskrępowany, nieco szyderczy, a na pewno ironiczny śmiech Annabeth. Greczynka otarła niewidzialną łzę z kącika oka, a choć jej twarz zdobił uśmiech, wzrokiem twardym jak stal próbowała przeszyć na wylot augura, który mimo to wciąż utrzymywał dzielnie obrażoną minę.
- Wykorzystałbyś każdą okazję, żeby podważyć autorytet Reyny, Oktawianie - wycedziła zimno, a Percy mimowolnie się wzdrygnął. Kiedy chodziło o bliskie jej osoby, jego dziewczyna potrafiła być naprawdę nieprzyjemna... Zdecydowanie nie chciał jej kiedykolwiek podpaść (no, bardziej niż robił to za każdym razem, gdy nazywała go Glonomóżdżkiem). - Jednak nie możesz wyciągać pochopnych wniosków, zanim nie zobrazujemy wam całej sytuacji - dodała dziewczyna spokojnie, badając twarze kilku najbliżej siedzących senatorów i swoich towarzyszy. Jej spojrzenie skrzyżowało się z ponurym wzrokiem Nyssy. No dalej, zachęciła ją.
- Reyna... - odezwała się niepewnie córka Hefajstosa, a Oktawian był tak zaskoczony tą niespodziewaną wypowiedzią, że aż podskoczył, nawet jeśli starał się to ukryć pod pozorami poprawiania swojej togi. - Leo twierdził, że opętał ją ejdolon - urwała szybko Nyssa, krzyżując ręce na piersi w geście kończącym jej krótką wypowiedź. Annabeth pokiwała głową. Nawet tylko tyle z ust kogoś, kto nie był z Reyną tak blisko, powinno zadziałać lepiej, niż jakiekolwiek jej elaboraty.
Oktawian otworzył usta i natychmiast je zamknął, jakby nie mógł znaleźć żadnego podstępnego kontrargumentu do usłyszanych słów. Po krótkiej chwili wahania jego usta wykrzywiła jednak brudna satysfakcja.
- Czymże jednak jest słowo Leona Valdeza? - odparł z mdlącą słodyczą w głosie, składając razem dłonie i wykonując kilka kroków po marmurowej posadzce tak, że stał teraz na wprost od siostry budowniczego "Argo II" - Dokonał zniszczenia Nowego Rzymu i wykpił się właśnie ejdolonem, a wszyscy wiemy o jego słabości do flirtu i uległości wobec kobiet... - Annabeth czuła, jak krew zaczyna się jej gotować w żyłach, gdy patrzyła, jak przez twarz Nyssy przebiega cień niepewności, a ohydny uśmieszek Oktawiana jeszcze się poszerza. - Skąd pewność, że nie skłamał, by ocalić skórę kolejnej z jego...
- Ja mam pewność - przerwał mu pełen gniewu głos, a oczy wszystkich padły na Jasona stojącego dumnie nad swoim miejscem, ze wzrokiem utkwionym w Oktawianie, a twarzą stężałą w ponurej determinacji. - Wiem na pewno, że nie chodzi o zauroczenie - oświadczył chłopak, odwracając się plecami do augura, a kierując twarz do senatorów. Tylko dlaczego szybkie spojrzenie w jego kierunku mówiło Perciemu, że powinien wiedzieć coś o tym, co miał za chwilę usłyszeć..?
- A więc podziel się proszę z nami tą informacją, Jasonie - wycedził niechętnie Oktawian, opadając niedbale na swoje miejsce i podpierając twarz pięścią, a gdyby jego mina mogła zabijać przez zatrucie, syn Jupitera na pewno zwijałby się w konwulsjach na podłodze, tocząc pianę z ust w karze za udaremnienie nikczemnej próby przejęcia władzy. Mimo całej swej niechęci do wszystkich oprócz swojej osoby, Oktawian wiedział, że słowo byłego pretora Obozu było poważane tak wśród Rzymian, jak i w szeregach Graeci. Nie było sensu ryzykować konfliktu i utraty autorytetu, kiedy nie miał poparcia. Jeszcze nie teraz...
- Leo nie mógł zakochać się w Reynie, bo w jego sercu jest ktoś inny - oświadczył powoli, ostrożnie Jason, wywołując zdumienie w swoich najbliższych przyjaciołach. Obrócił się na chwilę, by uchwycić wymianę zdezorientowanych spojrzeń między Percym i Annabeth, dostrzec ciemne oczy Nyssy błyszczące w niemym pytaniu, zobaczyć, jak Clarisse wywraca oczami, ale nie umie pozbawić swojej twarzy tej odrobiny niepewności. Frank uniósł się nieco na swoim miejscu, a gdy Jason na nią spojrzał, oczy Hazel podróżowały od niego poprzez wszystkich obecnych na sali półbogów z siódemki. Tylko neutralna mina Chejrona nie uległa najmniejszej nawet zmianie.
- Jak to "ma kogoś w sercu"? Dlaczego nic o tym nie wiem? - zapytała Piper, marszcząc brwi i wpatrując się wyczekująco w swojego chłopaka, a nieomal bezdźwięczny półton zranienia w jej głosie zabolał go bardziej, niż sto płazów Orkanem, które dostawał podczas sparingów przeciwko Perciemu. Westchnął cicho i posłał przepraszające spojrzenie w jej kalejdoskopowe oczy.
- Przepraszam. Leo kazał mi obiecać, że nikomu nie powiem - powiedział delikatnie, starając się uśmiechnąć, choć wiedział, że to wciąż za mało, by ją teraz udobruchać. Leo nie był tylko jej przyjacielem, dziewczyna traktowała go jak rodzonego brata. To, że ukrywał przed nią coś tak dla niego ważnego musiało sprawić jej niemały ból. Ostentacyjne prychnięcie Oktawiana było tym, co poderwało w końcu głowę Jasona od skrzących się oczu córki Afrodyty.
- Tak, tak, skończmy już tę telenowelę - warknął znudzonym głosem augur, wciąż jednak nie na tyle odważny, by spojrzeć mu prosto w oczy. - Kim jest szczęśliwa wybranka? I jaki masz na to dowód, Jasonie? - drążył złośliwie chłopak, a syn Jupitera poczuł przemożną chęć zestawienia go na arenie z Clarisse. Ciekawe, czy wtedy byłby tak pewny siebie?
- Kalipso - odparował podniesionym nieświadomie głosem, a w sali rozległ się szmer niedowierzania. Nie dziwił się głosom zwątpienia, samemu było mu początkowo trudno uwierzyć, że Leo nie zrobił sobie po prostu krzywdy, ściągając z wysokiej półki jedno z ciężkich pudeł. Skierował spojrzenie na Perciego, a poważna mina przyjaciela wydała mu się dziwnie obca, tak rzadko ją u niego widywali. Ostatni raz... na wojnie..? To było to spojrzenie, które mamy, gdy nagle uświadomimy sobie, jaki istotny szczegół ciągle umykał naszej uwadze. Oczy koloru morza skrzyżowały się z błękitem, a gdy się odezwał, w sali, jak na komendę, zapadła cisza.
- Jak Leo trafił na Ogygię? - jego spokojny głos niósł się donośnie po śnieżnobiałych powierzchniach. Annabeth ściskała zachłannie jego rękę, jakby jakaś część niej bała się, że samo wspomnienie pobytu na wyspie będzie na tyle silne, by go jej znów odebrać. Percy odwzajemniał uścisk, a Jason pomyślał, że gdyby jakieś muzeum chciało mieć w swoich zbiorach wzór nierozerwalnej więzi, musiałoby wstawić tych dwoje za pancerną szybę. Ciekawe, czy on i Piper też mieli kiedyś osiągnąć taką spójność..? Miał nadzieję, że tak się stanie.
- Bogini Chione wysłała go w powietrze w czasie ataku na "Argo II" - odparł, a oczy jego dziewczyny zalśniły w zrozumieniu. Musiała już, tak jak i on, gdy Leo mu się zwierzał, połączyć jego zniknięcie w trakcie tej walki z późniejszym nietypowym zachowaniem ich przyjaciela. - Leo udało się uratować od śmierci w wyniku upadku, a potem spotkał Kalipso i okazało się, że trafił na Ogygię.
Percy pokiwał powoli głową, zamyślony.
- Nonsens! - syknął Oktawian, wywracając teatralnie oczami - Jak chcesz udowodnić tę historyjkę, były pretorze..? - ostatnie dwa słowa smakował z rozkoszą łotra, który zwycięża w potyczce o najważniejsze ze stanowisk bitewnych. Jason zignorował zaczepkę i zwrócił się do przyjaciela, któremu przekazał w Domu Hadesa pieczę nad Legionem.
- Frank, czy mógłbyś nam pokazać swój ogniotrwały woreczek? - Chłopak zmarszczył brwi, jego ruchy były nieco niepewne, nacechowane wahaniem, ale w końcu podał mu małą brązową paczuszkę, cofając się o krok i krzyżując ręce na piersi. Jason podszedł do jednej z kamiennych mis z ogniem, których rolą tak wcześnie była raczej ozdoba niż zapewnienie odpowiedniego oświetlenia. Wrzucił woreczek w płomienie, a gdy udało mu się go wydostać za pomocą pilum jednego z umundurowanych strażników, materiał był nietknięty. Przez tłum rozległ się głuchy pomruk. - Sami widzicie - powiedział Jason, rozglądając się po zebranych o twarzach wyrażających wszystko, od zdziwienia, przez niedowierzanie, aż po znudzenie.
- Nie, Oktawianie - dodał, prawie czując kolejny protest cisnący się na usta augura mimo tego, że nawet na niego nie patrzył - To nie jest ognioodporna tkanina śmiertelników. W dotyku przypomina bawełnę, a nawet się nie rozgrzała - oświadczył zgodnie z prawdą, unosząc materiał nieco wyżej, żeby wszyscy mieli na niego dobry widok. Po chwili oddał woreczek Frankowi, który schował go w sobie tylko znane, bezpieczne miejsce. Może i Leo zapewnił drewienku ochronę przed zapłonem, ale zawsze lepiej było chuchać na zimne.
- Kalipso ma niezwykłe zdolności tkackie - odezwała się Annabeth, a Percy momentalnie się ożywił. Jeśli popierała ich jego genialna dziewczyna, historia Jasona zaczynała urastać do rangi wiarygodnej wersji wydarzeń. Może w ten sposób uda im się przekonać resztę półbogów, żeby nie chcieli zaczynać po raz drugi konfliktu, który zażegnała lśniąca w słońcu zatoki Long Island Atena Partenos?
- Jaką mamy mieć pewność, że ten materiał ma jakikolwiek związek z miłostkami Leona Valdeza? - prychnął Oktawian, wyraźnie zirytowany przez ich upór. Zapewne sądził, że tę przepychankę uda mu się wygrać z łatwością. Mimo spadku notowań społecznych po wojnie, augur wykorzystywał intensywnie swoje talenty i znajomości, a poparcie dla jego dążeń nieśmiało, ale stabilnie rosło, zwłaszcza wśród nowych, niedoświadczonych legionistów. Powstrzymywanie go przed ponownym wywołaniem zamieszania bywało chwilami prawie tak trudne, jak pokonanie Gai.
- Nieważne, kto wykonał ten woreczek, ani czemu Leo pomógł Reynie uciec! - fuknęła nagle Clarisse, wyrzucając w górę zaciśnięte pięści, by chwilę potem skrzyżować je na piersi, a Oktawian natychmiast przestał mówić. Było widać jak na dłoni (a raczej - jego pobladłej twarzy), że córka Aresa nieco go przerażała. - Mówię po prostu, że dziewczyna musi odpowiedzieć za to, co zrobiła! Dlaczego wasze domki zburzone przez Valdeza mają być traktowane lepiej niż nasz obóz? - syknęła ironicznie. - Wy chowaliście urazę o wiele dłużej, niż...
- Nikt nie chce umniejszać rangą Obozowi Herosów - przerwał jej Frank, wypinając dumnie pierś i omiatając wzrokiem zebranych, aby zatrzymać się na jej, utkwionym w nim, spojrzeniu zwężonych niebezpiecznie oczu. Percy nie mógł powstrzymać uśmiechu, obserwując ten niemy pojedynek wzbudzanego wzajemnie respektu. Póki co, pretor uzyskał przyzwolenie na kontynuowanie przemowy, a w wypadku Clarisse - zwłaszcza rozgniewanej - było to niemałe osiągnięcie.
- Chciałbym was tylko prosić o pozwolenie, by gniew przestał przysłaniać zdrowy rozsądek - mówił pretor pełnym powagi głosem, wodząc podobnym mu wzrokiem po wszystkich greckich gościach, bez wyjątku dla najbliższych przyjaciół. - Naszym obozom udało się zjednoczyć, by pokonać Gaję. Ten pokój jest owocem wysiłku setek półbogów, którzy narażali dla niego życie w czasie ostatniej wojny, w tym pretor Reyny.
Chejron przyglądał się młodemu przywódcy z podziwem, raz za razem kiwając z aprobatą głową. Mina Clarisse wciąż była niepewna, ale dziewczyna z każdym słowem sprawiała wrażenie coraz bardziej zmieszanej, jakby sama już nie wiedziała, czy ma słuchać instynktu walecznego ojca, czy może logicznego rozumowania brata.
- Jakie korzyści przyniósłby nam kolejny konflikt? - urwał, ale nikt nie śmiał się odezwać, włączając w to nawet Oktawiana, którego naburmuszona mina pokazywała wyraźnie, że musiał niechętnie uznać przeważającą rangę przeciwnika. Frank kontynuował, a jego donośny głos niósł się echem po marmurowych ścianach i wypolerowanych posadzkach. - Sytuacja nie jest łatwa, ale sądzę, że powinniśmy się wstrzymać od gwałtownych posunięć. Musimy czekać, aż Leo albo Reyna się z nami skontaktują i uzupełnią luki w informacjach. Możemy rozważyć wysłanie grupy poszukiwawczej, ale nie sądzę, by to było konieczne.
- Chwila, a co z naszym obozem? - podjęła córka Aresa, jej ton pozbawiony jednak wrogości sprzed kilku chwil. Twarz Franka rozjaśnił ciepły uśmiech, który Clarisse, czy tego chciała, czy też nie, nie udało się nie odwzajemnić. - Ten gość ma w sobie coś takiego... - wymamrotała pod nosem, patrząc na niego wesoło, acz spode łba, a kącik ust Nyssy zadrżał. Frank porozumiał się z senatorami - bez słów, wystarczyło samo wymowne spojrzenie, by dali mu wolną rękę. Chłopak zwrócił się do dyrektora greckiego obozu.
- Chejronie, myślę, że uda nam się dojść do porozumienia w sprawie wysłania naszych żołnierzy do Obozu Herosów - zaoferował, a oczy centaura zalśniły, pełne ufności i szacunku. - Rzymianie, zwłaszcza dzieci Wulkana - skinął głową przedstawicielstwu tej grupy legionistów - wrócą z wami na Long Island i wezmą udział w naprawie zniszczeń.
- Decyzja godna najmądrzejszego przywódcy, pretorze - odparł pochwałą Chejron, a ci, którzy dobrze go znali, nie mogli nie dostrzec na twarzy Franka zmieszania malującego się pod fasadą pozornego opanowania. Dziewczęcy rumieniec zdobiący ostro zarysowane męskie policzki wskazywał jak na dłoni, że daleko było mu jeszcze do perfekcji, jaką osiągnęła Reyna.
No właśnie, Reyna i Leo... Gdzie się znajdowali? Co planowali? Przyjaciele wymieniali zmartwione spojrzenia, ale się uśmiechali. Przeżyli już tak wiele zawirowań, ich serca ciążyły wagą tak potężnego bólu, a jednak nie dali się złamać i właśnie udało im się opatrzyć (oby na dobre) otwierające się na nowo rany...
- Jeśli Leo znowu każe nam czekać... - wymamrotała Piper z morderczą miną, zaciskając pięści, a Jason parsknął cichym śmiechem.
Musieli wierzyć, że ta ucieczka również będzie miała szczęśliwy finał.
ZJeM, 06.07-09.12.14
Od ZJeM:
Bogowie Panteonu, myślałam już, że będę to pisać do końca życia... XD
Rozdział bez walk (chyba że liczymy jatkę Oktawiana...) i mitologicznych postaci... Trudno, tak wyszło. Ale obiecuję, że postaram się poprawić. c: Popracuję też nad moimi Leo i Reyną, bo po „Krwi Olimpu" wydają mi się trochę OOC... ;/
Mam nadzieję, że moja nikła wiedza na temat funkcjonowania rzymskiego senatu zbytnio nie razi. ;)
Ci, którzy czytali, wiedzą, że kilka (istotnych ;)) faktów odbiega od akcji ostatniego tomu boskiej serii. Postaram się, żeby reszta jak najbardziej dopasowała się do książki.
DZIĘKI ZA PRZECZYTANIE!
