Uwaga: Jestem biednym autorem fanfiction, jedynym, co moje, jest miłość do królowej RA-RA i latynoskiego elfa…
ROZDZIAŁ VI
- Przepraszam - jęknął Leo po raz kolejny, a gdyby nie przeszywający ból w przedramieniu, mogłaby sądzić, że to jemu nie udało się wyjść ze starcia z Chimerą bez poważniejszych obrażeń. Uniosła wzrok znad bandaży, wacików i płynu antyseptycznego, odruchowo omiatając wzrokiem otoczenie. Kto mógł wiedzieć, czy gdzieś w pobliżu nie czaiła się jeszcze jakaś poczwara?
Znajdowali się w parku nad rzeką, na tyle daleko od oceanu, żeby nie czuć na twarzach powiewu słonej bryzy, ale na tyle blisko, by nad ich głowami pokrzykiwały raz po raz, parami, słonowodne ptaki. Jak dostali się w ten rejon miasta..? Wraz ze stopniowym obniżaniem poziomu adrenaliny w jej krwi wciąż świeże wspomnienia traciły wyrazistość w pamięci. Nie narzekała jednak, bo oboje byli wciąż w jednym kawałku, a zdawało się, że w pobliżu nie ma ani jednego śmiertelnika, który mógłby zacząć zadawać niewygodne pytania, na przykład: „Co się stało tej dziewczynie?!".
Leo obserwował z niemałym podziwem, jak smukłe palce Reyny sprawnie oczyszczają oparzenie, sporych rozmiarów ziejącą szkarłatem połać przypalonej, łuszczącej się skóry ciągnącą się prawie na całej długości jej ramienia.
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blady – zapytała delikatnie, a on prawie się roześmiał. Pewnie zrobiłby to gdyby nie gula mdłości dławiąca mu gardło. Z niemałym trudem, ale jednak przełknął ślinę.
- Martwisz się o mnie? To nie ja skończyłem z niedosmażonym kotletem zamiast ręki – spróbował nadać sobie ton bardziej dziarski, niż się naprawdę czuł. Uśmiech Reyny poprawił mu nieco nastrój. Przynajmniej jego poczucie humoru miało szansę wynagrodzić jej to, że to on wciągnął ją w to bagno. Wcześniej, na samym początku tej szalonej podróży, i w tamtej chwili, gdy mimo racjonalnych argumentów uparł się iść podejrzanie opustoszałą ulicą. Jak na półboga z tak imponującym doświadczeniem w pakowaniu się w tarapaty, zachował się jak kompletny chiquillo!
- Jesteś ognioodporny, nie było nawet możliwości, żeby stało ci się coś poważniejszego – mruknęła, zaciskając zęby, żeby powstrzymania syknięcie bólu, gdy musnęła lekko chłodnym, wilgotnym wacikiem jedno z bardziej uszkodzonych miejsc. – Nie masz pojęcia, ile razy musiałam już to robić. Raz pozszywałam Nico rany od pazurów wilkołaka – wzruszyła zdrowym ramieniem, nie przerywając pracy. Leo pokiwał powoli głową, bezmyślnie przeczesując ręką włosy, jakby to miało go do końca otrzeźwić.
- Pewnie to dlatego, że ogień nic mi nie robi... Nawet mojemu rodzeństwu udaje się unikać większych dramatów - wydął lekko usta w zastanowieniu, co nadało mu wygląd dąsającego się dziecka. - Nie jestem przyzwyczajony do gapienia się na oparzenia – uśmiechnął się blado, a Reyna prychnęła, unosząc głowę.
- Wcale nie musisz tu siedzieć jak kołek. Oboje wiemy, że dam sobie radę – zapewniła poważnie, ale jej oczy błyszczały w rozbawieniu. Miał nadzieję, że naprawdę się z nim droczyła, a nie ukrywała z dyplomatycznym mistrzostwem przemykające przez jej głowę plany odpłacenia mu pięknym za nadobne przy pierwszej otrzymanej od Fatów okazji… Zerwał się na nogi i otrzepał spodenki z zeschłych źdźbeł trawy stanu Floryda w upalny letni dzień. Rozejrzał się energicznie, a Reyna zauważyła, że jego dłonie prawie odruchowo powędrowały do kieszeni pasa. Jak zwykle, wyciągnął z niego kilka drobiazgów i dopiero ból przypomniał jej, że była w trakcie opatrywania własnych obrażeń, a nie obserwowania pokazu godnej podziwu precyzji rzemieślniczej syna Hefajstosa.
- Oboje wiemy też, że cię tak nie zostawię, prawda? – wyszczerzył do niej zęby, a ona musiała powstrzymać się od wywrócenia oczami. Znowu ta jego grecka bohaterskość… - Wiem, że wojak może i ze mnie nienajlepszy, ale mogę chociaż zaalarmować cię, gdyby działo się coś podejrzanego - rzucił okiem na jej oparzenie, ale szybko odwrócił wzrok. Może i nie był to specjalnie makabryczny widok (skądże!) ale to jeszcze nie znaczyło, że chciałby mieć taką fototapetę w salonie, nad kominkiem...
W salonie... W jego własnym domu... Przytulne mieszkanko nad warsztatem... Dwu, no, może trzypokojowe (gdyby z jakiegoś powodu potrzebowali więcej miejsca)... Jasny, ciepły ogień trzaskający wesoło na kominku, aromat świeżo wypieczonego ciasta wypełniający powietrze, gdy tylko otwiera drzwi, a w przedpokoju czeka na niego jej uśmiech i słodki zapach cynamonu...
Kalipso...
- Co? - z rozmarzenia wyrwał go znajomy dziewczęcy głos, choć musiało minąć kilka chwil, by uświadomił sobie, gdzie tak naprawdę się znajdował i kto był świadkiem jego odpłynięcia w świat fantazji. Skup się, Valdez! Byliście w parku w Jacksonville, bo skoro tylko pretor zaspokoiła głód, zarządziła spacer dla rozejrzenia się po okolicy i rozprostowania kości. Och, właśnie... Reyna patrzyła na niego z lekkim niepokojem, jakby zastanawiała się, czy tamten upadek w czasie potyczki z Chimerą nie był przypadkiem zbyt dużym wyzwaniem dla jego biednego mózgu.
- Powiedziałem to na głos..? - uświadomił sobie, a ona pokiwała tylko głową i - zanim mógł choćby pomyśleć o zaoferowaniu asysty - pomogła sobie zębami w wiązaniu zgrabnego opatrunku poparzonego ramienia. Nim zdążył zaprotestować, nieomal skoczyła na równe nogi, a on tylko czekał w napięciu aż, osłabiona przez odniesione obrażenia, straci równowagę, a on będzie musiał ją ratować. Co się oczywiście nie stało, bo Reyna była zbyt twarda, żeby przejmować się byle draśnięciem, a on nie był el principe azul godnym latynoskiej telenoweli, tylko chudym mechanikiem z zerową kondycją. I tak pewnie by jej nie złapał.
- Wiesz, jak odnaleźć Festusa? - przerwała jego fantazje, mierząc go pytającym spojrzeniem. Niestety nie mogli już skorzystać z magicznego pilota – sygnału alarmowego dla jego smoczego przyjaciela. Kieszeń jeansów nie była najszczęśliwszą lokalizacją, jeśli nie chciało się czegoś zgubić w czasie pospiesznej ucieczki przed całym obozem rozdrażnionych półbogów. Leo rozglądał się chwilę, marszcząc w skupieniu brwi i pocierając bezmyślnie kieszenie pasa, po czym wycelował palec w kierunku głównej alei.
- Myślę, że to w tę stronę... - odparł dziarsko, ale nie na tyle przekonująco, by ukryć nutkę niepewności w swoim głosie. Reyna założyła ręce na piersi i przekrzywiła lekko głowę na bok.
- Myślisz..?
Leo wywrócił oczami i ruszył we wskazanym kierunku, nawet nie oglądając się za siebie. Domyślał się, że pretor i tak za nim pójdzie, chociażby po to, by dopilnować, żeby znowu nie zrobił czegoś głupiego. Nie pomylił się.
- My, dzieci Hefajstosa, wyczuwamy automatony i inne, prostsze mechanizmy - wyjaśnił, gdy z łatwością się z nim zrównała. Ciężkie buty zostawiały zdecydowane ślady w miękkim gruncie, gdy przedzierali się przez trawnik i liście, a on poczuł się prawie tak, jakby jego znoszone trampki były tam kompletnie nie na miejscu. Ale ta wnikliwa obserwacja znaczyła tylko, że po raz kolejny dał się porwać wizjom własnego, żeby powiedzieć to delikatnie, osobliwego umysłu! Odchrząknął i dodał - Nie jestem pewny, bo dzieli nas spora odległość, ale biorąc pod uwagę wielkość Festusa i moją więź z nim...
- Po prostu pójdziemy i sami się przekonamy. Wierzę w ciebie, Leo - Reyna uśmiechnęła się do chłopaka, ale uśmiech zrzedł z jej twarzy, gdy ten wytrzeszczył na nią oczy w zdumieniu, o mały włos nie potykając się o wystający korzeń. Czy powiedziała coś nie tak? Potarła niezręcznie rękę w zgięciu łokcia i odwróciła oczy, wbijając wzrok w plamki światła tańczące w rytm liści szumiących nad ich głowami. - Czy coś się stało? Czy ja..?
- Nie, nie! Z tobą wszystko w porządku! - jakby odgadując jej myśli, zaprotestował gwałtownie, machając rękoma, a jego twarz płonęła pod kamuflażem ciemnej karnacji, na szczęście tym razem nie dosłownie. Jak zwykle musiał zrobić coś głupiego, coś, na co nie umiał już wymyślić żadnego żartobliwego docinka, który załagodziłby towarzyskie potknięcie! - Po prostu... Zawsze wiedziałem, że jesteś królową, ale dopiero teraz uderzyła mnie ta twoja szlachetna aura i takie tam... - wypalił bezmyślnie, czując, jak serce łomocze mu szybko w piersi przez zażenowanie. A najgorsze było to, że mina Reyna mogła znaczyć równie dobrze, że jej schlebił, jak i że poczuła się urażona... On sam skrywał emocje pod maską uśmiechu, ale jej strategia absolutnej beznamiętności była dużo bardziej imponująca!
- Och... - to była jej jedyna odpowiedź na jego rozpaczliwe starania. Nie było im jednak dane dłużej pławić się w niezręcznej atmosferze, kiedy żadne z nich nie miało pojęcia, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało to zbyt dziwnie, a nieoczekiwany komplement nie stał się jeszcze bardziej zawstydzający. Docierali właśnie do rozwidlenia dróg, gdy Reyna dostrzegła niepokojąco szybki ruch po swojej lewej stronie.
- Padnij! – krzyknęła, praktycznie wpychając go w jakiś niewinny krzak pyszniący się na poletku zieleni koło ścieżki. Dobyła noża z niebiańskiego spiżu, który Leonowi udało się wyciągnąć dla niej z pasa, niestety zapominając o niedawnym urazie, co skończyło się syknięciem bólu i tym, że ostrze upadło ze chrzęstem na żwir, a ona przeklinała samą siebie w myślach i czekała w napięciu, z jakim wrogiem przyjdzie im się zmierzyć w stylu o wiele bardziej improwizowanym, niż to jej najbardziej odpowiadało… A przerażającą poczwarą okazał się..!
- Nico?! – wysapał Leo, gramoląc się z pozycji półleżącej w czarującym otoczeniu drażniących, drobnych listków i wszędobylskich gałązek, które zwiedzały właśnie otwory jego ciała, które wolałby, by pozostały niezbadane… Reyna wypuściła głośno powietrze z płuc, wyraźnie uspokojona, a młody, ubrany od stóp do głów na czarno, chłopak stanął jak wryty, wpatrując się w nich ze zdezorientowaniem wymalowanym na bladej twarzy.
- Reyna? Leo? Co wy tu robicie..? Razem..? – wymamrotał zdumiony, marszcząc brwi. Nico nie przestawał zaciskać dłoni na lśniącym ponuro mieczu ze stygijskiego żelaza. Policzki i ręce zdobiło mu kilka świeżych zadrapań, a w bluzie ziała pokaźna dziura, która wyglądała niepokojąco jak rezultat bliskiego kontaktu z ogniem. Czy jemu też przyszło mierzyć się z Chimerą?
Reyna nie miała okazji, żeby go o to zapytać, bo w chwili, gdy Leo dźwignął się w końcu na nogi i stanął obok niej, z kierunku, z którego przybył Nico rozległo się głośne wołanie, które, o dziwo, zabrzmiało znajomo dla obojga herosów… Syn Hefajstosa rzucił jej znaczące spojrzenie spod uniesionej wysoko brwi, a na jego twarzy wykwitł uśmieszek złośliwego chochlika. Dziewczyna mogła przysiąc, że syn Hadesa się zarumienił, zanim wydał z siebie zrezygnowane westchnienie i zakrył oczy wolną ręką.
Po chwili do ich trojga dołączył półbóg o burzy blond włosów i bardzo ładnym, zdrowym odcieniu opalonej skóry. Will Solace stanął jak wryty na ich widok, zamrugał kilka razy, a na jego twarzy rozlał się charakterystyczny szeroki uśmiech. On też ucierpiał w starciu, w którym odniósł rany Nico, ale nie wydawał się specjalnie przejęty tym faktem. Nic dziwnego, gdyby tylko mieli chwilę spokoju na odpoczynek, z pewnością mógł opatrzyć wszystkie urazy, w dodatku tak sprawnie, że nie tylko przestałyby boleć, ale i pozwalałyby kontynuować walkę, gdyby sytuacja tego od nich wymagała. Skórzana torba u jego boku zapewne była wypełniona specyfikami znanymi tylko dzieciom Apollina, a do pleców miał przytroczone łuk i kołczan tylko w połowie wypełniony strzałami.
- Mógłbym zapytać o to samo… - Leo prawie zakrztusił się własnym chichotem, a Reyna wywróciła oczami i dała mu porządnego kuksańca w bok, żeby się uspokoił. Latynos wydał z siebie zduszony pisk i spojrzał na nią z wyrzutem, ale na szczęście zamilkł, rozcierając bolące miejsce.
- Tak się złożyło, że… Jesteśmy na misji – wyjaśniła krótko, mierząc wzrokiem to Nico, który uparł się nie odwzajemniać jej spojrzenia, to Willa, który nie przestawał szczerzyć do nich zęby.
- My tak samo. Mamy odnaleźć pewną córkę Demeter i przyprowadzić ją do Obozu… Zazwyczaj to robota satyrów, ale traf chciał, że żaden nie był wolny – blondyn wzruszył ramionami, poważniejąc, gdy dostrzegł opatrunek na ręce Reyny. – Co ci się stało, Reyno? – prawie automatycznie się do niej przybliżył, wyciągając ostrożnie palce w kierunku poparzenia. Dziewczyna pokręciła tylko głową, posyłając mu słaby uśmiech.
- To nic takiego… Mieliśmy nieprzyjemną potyczkę z…
- Niech zgadnę, z Chimerą? – przerwał jej Nico, chowając miecz do pochwy i, tym razem, nie spuszczając intensywnego wzroku z jej oczu. Reyna pokiwała głową, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Leo widocznie zapomniał już, że trochę się na nią boczył i włączył się do rozmowy.
- Wy też trafiliście na tę słodką istotkę? Niestety, chyba stwierdziła, że moje płomienie robią jej za dużą konkurencję, więc próbowała nas przerobić na frytki – zażartował z przekąsem, wybijając jedną stopą niezidentyfikowany rytm w podłożu, z rękoma założonymi na piersi a jedną z nich rozmasowującą bezwiednie obolały kark. Ocenił szybko straty materialne i cielesne kontrastującego duo, Słoneczka i Mroku, i dodał – Nie wmówicie mi, że wam też nie dała nieźle w kość – ogarnął ich postaci niedbałym gestem ręki, a Nico (jeśli to było w ogóle możliwe) jeszcze bardziej spochmurniał.
- Prawie ją miałem – mruknął najmłodszy z chłopaków, ledwie rozwierając szczęki – Gdyby nie ktoś, kto mi przeszkodził… - zaczął, a spojrzenie przymrużonych we frustracji oczu nie oddaliło się ani o milimetr od złotowłosej głowy. Widocznie musieli się wcześniej pokłócić, stwierdził Leo.
- Możemy pokłócić się o to później? Póki co uważam, że najważniejszą rzeczą jest zająć się ranami. I nie mówię tylko o nas, oparzenie Reyny wygląda paskudnie – mruknął Will, który nie przyjmował żadnych jej niemych protestów i zdążył już sprawnymi, delikatnymi palcami zdjąć bandaż z przedramienia rzymskiej pretor. Spojrzenie syna Hadesa złagodniało, a kiedy blondyn rzucił mu pytające, choć tylko retoryczne, spojrzenie, Nico skinął głową.
- Nie żeby mi to sprawiało przyjemność, ale muszę się z tobą zgodzić, Solace…
X X X
Siedzieli na murku w najbardziej oddalonej od drogi, zacienionej części parkingu supermarketu popularnej sieci. O tej porze dnia ruch nie był jeszcze za duży, a to miejsce nie wydawało się i tak najbardziej popularną miejscówką w mieście. Przez cały czas, kiedy się tam znajdowali, w oddali udało im się zobaczyć tylko kilka toczących się leniwie po asfalcie samochodów, ale na szczęście nikt nie zainteresował się czworgiem nastolatków w ubraniach z dziurami, a ciałach pokrytych plastrami i bandażami.
Will zajął się opatrywaniem ran, a Leo, jako jedyna osoba, której Chimera nie zostawiła na pamiątkę ich spotkania nawet poważniejszego zadrapania, został wysłany do pobliskiego fast foodu, żeby półbogowie mogli napełnić w końcu brzuchy burczące już głośno po walkach i całym przedpołudniu bieganiu po Jacksonville w pełnym słońcu. To ostatnie nie przeszkadzało oczywiście tylko synowi Apollina. Zmęczenie dawało się już wszystkim we znaki i, choć nikt nie powiedział tego głośno, wszyscy czworo byli wdzięczni za tę okazję do chwili rozluźnienia się na chłodnym kawałku kamienia.
Nico kończył właśnie żuć swojego cheeseburgera, gdy Leo zeskoczył na ziemię i stanął przed pozostałymi półbogami, opierając ręce na biodrach i uśmiechając się swoim najbardziej dziarskim uśmiechem (a przynajmniej taką miał nadzieję). Reyna podchwyciła jego spojrzenie, ale jej uniesiona brew sprawiła tylko, że chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- To co, misiaczki, do roboty! – zagaił energicznie, a pretor pokręciła głową, uśmiechając się półgębkiem. Nico wywrócił oczami. Oboje w mig zrozumieli nawiązanie do jakże motywującej aury trenera Hedge'a. – Wszyscy się najedli, napili, mogą już utrzymać swoje ostrza… - Reynie zdało się, że w jego oczach błysnęła na chwilę troska, gdy rzucił szybkie spojrzenie jej ręce… Ale nie była pewna. Równie dobrze mogło jej się przywidzieć.
- Co zamierzacie? – zapytał Will, ignorując popisy Leo i zwracając się do Reyny. Syn Hefajstosa wydął w niezadowoleniu usta i ostentacyjnie odwzajemnił brak zainteresowania złotowłosego, zamiast tego podziwiając, jak Nico udało się wrzucić papierek po posiłku do śmietnika stojącego jakieś dobre pięć metrów od nich. Mógł przysiąc, że gdy pokazał mu dwa gratulujące, uniesione w górę kciuki, przez twarz chłopaka przemknął cień uśmiechu!
- Ja… Właściwie to misja Leona, to pytanie powinieneś skierować do niego… - odparła tymczasem dziewczyna, czując się nieco dziwnie, kiedy dotarło do niej, że tym razem to nie do niej miało należeć ostatnie słowo. Will wydawał się równie zaskoczony tym faktem, ale odwrócił się do Leo, a ten wzruszył nonszalancko ramionami.
- Po pierwsze, musimy znaleźć Festusa – wyjaśnił, przechadzając się w tę i z powrotem z rękoma założonymi na plecach w kiepskiej parodii rzymskiego generała wykładającego plan bitwy. – To nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, z kim macie do czynienia – wskazał na siebie, wypinając dumnie klatkę piersiową i poklepując magiczny pas. – A potem… - Nie było mu dane rozważać, czy opowiedzieć Willowi i Nico całą historię z Kalipso i Reyną w rolach głównych, bo w tym właśnie momencie naraz wydarzyło się kilka rzeczy. Oczywiście, znając jego szczęście, żadna z nich nie była zwiastunem niczego przyjemnego.
Za plecami jego przyjaciół, w oddali może kilkunastu metrów, rozległ się nieprzyjemny, gardłowy pomruk dzikiej bestii. Leo poczuł, jak frytki w jego żołądku ustawiają się w równy rządek kolejki do gardła. Reyna wydała z siebie zduszony okrzyk i zerwała się na nogi, jej wzrok pełen niepokoju wbity w zieloną gęstwinę. Nico już dobywał czarnego miecza, a Will cofnął się o kilka kroków od ścianki i napiął cięciwę. Leo chciałby móc kiedyś powiedzieć, że już nigdy nie było mu dane odczuć, jak minuty wloką się tak straszliwie powoli, że zmieniają się w godziny…
Listowie poruszyło się gwałtownie po raz ostatni, a potem znieruchomiało. Natychmiast odskoczyli na boki, o włos unikając strumienia pożogi, która wystrzeliła z paszczy Chimery. Reyna czuła nieprzyjemne gorąco na twarzy, rękach, na całym ciele, a potem krzyknęła.
- BIEGIEM!
Popędzili ku połaci asfaltu pełnej słońca, gdy wtem, Leo nagle się zatrzymał.
- Co ty robisz?! – wrzasnął za nim Nico, zatrzymując się kilka metrów dalej, a na jego okrzyk zrobili to też Will i Reyna. Leo grzebał nerwowo w kieszeniach pasa, patrząc prosto w żółte ślepia wielkiej lwio-kozo-wężowej pomyłki natury. Albo niepohamowanych boskich popędów - ta wersja była dużo bardziej prawdopodobna. Potwór zbliżał się powoli, dotykając miękko podłoża umięśnionymi łapami, co nadawało mu wygląd domowego kota skradającego się w pogoni za małym ptaszkiem. Może nie był profesorem zoologii, ale Leo był pewny, że małe kotki nie ziały ogniem!
- Odciągam jej uwagę! – odkrzyknął, czując chwilową ulgę, gdy tym razem pas go posłuchał i stał przed Chimerą z porządnym młotem, a nie pudełeczkiem Tic Taców w garści. Wystarczyła sekunda, by narzędzie zajęło się ogniem. – Nie możemy pozwolić, żeby paradowała wśród śmiertelników, nie?! – dodał, a gdy po chwili zaryzykował kilka sekund stracenia przeciwnika z oczu i się obejrzał, przyjaciele zmierzali ku niemu, w pełni uzbrojeni, z zaciętymi minami na bladych twarzach.
- Masz rację – powiedziała Reyna mocnym, pewnym głosem, a tatuaż na jej przedramieniu rozbłysnął – Będziemy walczyć i ją pokonamy albo chociaż spowolnimy, żeby ich chronić. To nasze zadanie jako herosów! - Leo natychmiast poczuł się tak, jakby wypił cały kociołek magicznego napoju stanowiącego ekstrakt czaromowy Piper, wzmocniony wszystkim tym, co umiało go zwlec z łóżka w najgorsze dni, jak myśl o Bunkrze 9 i wspomnienia matki... Automatycznie wyprostował się i zmierzył Chimerę pogardliwym spojrzeniem, zaciskając mocniej uchwyt na młocie i jeszcze zwiększając siłę otaczających go płomieni.
- Nie wiem, jak ty to robisz, ale to niesamowita sztuczka, pani pretor… - mruknął do dziewczyny, uśmiechając się złośliwie, gdy lwia paszcza ukazała powoli lśniące, ostre jak śmiercionośny zestaw noży kły. Nie patrzył na nią, za bardzo skupiony na tym, by nie spuszczać już oka z wroga, ale usłyszał, że Reyna parsknęła cichym śmiechem.
- Nie tylko ty masz dar od swojego rodzica – oparła, czując, jak w jej piersi kiełkuje irracjonalne podekscytowanie, gdy z gardła Chimery ponownie rozległ się głuchy warkot. Niebezpieczne? O tak, bardzo. Czy mogła zginąć? Z całą pewnością! Ale szybkie spojrzenie na jej towarzyszy, na determinację w ich oczach, a także wspomnienie bólu, który musiała znieść, gdy dzieliła się z nimi siłą, a mimo którego ciągle nie bali się stawiać czoła wyzwaniom samobójstwa, jakim było życie półboga wystarczyły, żeby nie tylko przestała się bać, ale też pragnęła tej walki! Była córką rzymskiej bogini wojny, otoczoną przez wspaniałych przyjaciół. Co znaczył przy tym jakiś nieokrzesany zwierzak?!
Zorientowała się, że wszyscy trzej chłopcy zerkają na nią niecierpliwie kątem oka, jakby czegoś od niej oczekiwali. Nico poruszył się niespokojnie, jak chart, który nie może się doczekać, kiedy usłyszy sygnał do rozpoczęcia biegu.
- Zajmiemy ją trochę, a ty spróbuj przypomnieć sobie, jak była kiedyś pokonywana… - mruknął blady chłopak, uśmiechając się półgębkiem, jakby jego ciało nie mogło się do końca zdecydować, czy jest już zbyt spięte na okazywanie sympatii. Skinęła mu głową i odwzajemniła uśmiech. Nico doskonale wiedział, że spośród nich nikt tak jak ona nie znał się na strategii wojennej i nikt nie przykładał się tak bardzo do studiowania mitów.
- Ruszajcie! – zawołała, a Leo, Nico i Will skoczyli do przodu, zajmując pozycje po trzech stronach Chimery. Syn Hadesa ciął mieczem z lewej, celując w stawy bestii i starając się ją pokaleczyć tak, żeby straciła równowagę. Jedyny lekarz w czteroosobowej drużynie zachowywał stosunkowo bezpieczny dystans, z rozwagą wymierzając kolejne strzały skierowane w rozbiegane żółte ślepia – jeśli walka miałaby się przedłużyć, istniało niebezpieczeństwo, że straci cały swój cenny zapas. Leo natarł od przodu, strzelając płomieniami, które ścierały się z głośnym sykiem z ognistym oddechem rozdrażnionego stwora.
Potworowi nie udawało się powalić trójki, kiedy wszyscy atakowali naraz. Ale to nie znaczyło też, że przewaga była po stronie półbogów.
- To na nic! – krzyknął Will, jego palce były już poobcierane od ciągłego napinania cięciwy łuku – Moje strzały tylko odbijają się od jej skóry, nawet jej nie drasnąłem! – w ostatnim momencie uskoczył przed ognistą kulą, ale poślizgnął się i upadł na ziemię. Serce Reyny stanęło, gdy Chimera wyraźnie skierowała się w jego kierunku, ale dziewczyna nie zdążyła nawet mrugnąć, gdy z obu jej stron błysnęły dwa znajome kształty, rzucając się na pomoc przyjacielowi swojej pani.
- Aurum, Argentum! – zawołała odruchowo, a na jej twarzy rozlał się szeroki uśmiech ulgi. Choć właściwie sama była sobie winna, bo sama od dawna ich nie przyzywała, ich przedłużająca się nieobecność u jej boku zaczynała już ciążyć jej w piersi… Metalowe psy ujadały na Chimerę, która wydawała się wyjątkowo źle znosić ten niespodziewany, zmasowany atak. Może to dlatego, że lwy, chociaż wielkie, zawsze pozostawały tylko kotami?
- Wszystko fajnie, reina – wykrztusił Leo, chwytając łapczywie oddech spierzchniętymi wargami – Ale chyba kończy się nam czas! Jaki jest plan?! – To trwało już zbyt długo. Wszyscy byli zmęczeni, a ich szanse malały z każdą minutą mozolnej potyczki w ukropie upalnego dnia, tylko potęgowanego przez wszechobecny ogień. Leo czuł, że jeszcze kilka minut, a nie uda mu się już powstrzymywać płomieni od pozbawienia go ubrań, co było dla niego znakiem dojścia do nieprzekraczalnej granicy... Jego twarz lśniła od potu, a mokra koszulka przyklejała się do pleców.
Nico wydał z siebie pomruk wściekłości i frustracji, a temperatura powietrza wokół chłopaka w jednej chwili spadła o kilka stopni. Ziemia zadrżała, a z pęknięcia w asfalcie wyłoniła się z trudem kościana ręka, brudna i oklejona czymś, co z całą pewnością nie było pozostałością ciemnoróżowego swetra. Syn Hadesa zachwiał się lekko. Wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować, a Reyna wątpiła, by to była najlepsza broń przeciwko mitologicznej bestii. Will krzyknął, oburzony.
- Jesteś zbyt osłabiony na przyzywanie zmarłych! – jęknął z wyrzutem, jego głos pełen niepokoju. Blondyn odruchowo chciał zbliżyć się do Nico, żeby go asekurować, ale drogę tarasowało mu potężne, nie przestające atakować cielsko. Reyna czuła wyraźnie szybko kurczące się w piersi serce. Musiała coś wymyślić, bo jej przyjaciele byli już u granic swoich możliwości. Musiała wpaść na jakiś pomysł, bo jej zaufali i złożyli to zdanie w jej ręce.
Na szczęście (lub - niestety, zależy, jak na to spojrzeć) miała już spore doświadczenie w szybkim łączeniu faktów podczas sytuacji kryzysowych. Chimera... Ogień... Reyna usłyszała gdzieś z tyłu głowy usłyszała łopot ptasich piór targanych przez wiatr, a przed oczami stanęła jej rycina przedstawiająca greckiego bohatera, Bellerofonta...
Pogromcy bestii.
- Już wiem! - krzyknęła nagle, by natychmiast poczuć falę zimna gaszącą przypływ gorącego entuzjazmu w jej piersi. Jak mieli doprowadzić plan do końca bez wsparcia? To byłoby zbyt piękne, żeby Chimera dała się drugi raz nakłonić do wzięcia udziału we własnej destrukcji, skoro mogli atakować tylko z ziemi! Potrzebowali jednostki atakującej z powietrza, a tak bardzo, jak w tamtej chwili chciałaby mieć moc wzywania tego, który pomógł dawno temu pokonać coraz to bardziej zdenerwowaną bestię przed jej oczami, była tylko zwykłym herosem, bez cienia nawet szansy na rozkazywanie bogom! Nawet tak specyficznym, jakim był ten, którego tak bardzo potrzebowali...
Mimo wszystko...
- Proszę, pomóż nam - wyszeptała, wbijając wzrok w błękitne niebo i zastanawiając się w duchu, który akord ogłuszającego ryku Chimery będzie ostatnim, który usłyszy... Musiała spędzić już zdecydowanie zbyt dużo czasu w tym piekielnym gorącu, bo obraz nieba bez skazy zniszczyło pojawienie się czarnej plamki w jej polu widzenia. Mrugnęła, ale dziwny objaw nie zniknął, co więcej, kropka zdawała się przybliżać, a jej kształt – zmieniać. Reyna zmarszczyła brwi i utkwiła wzrok w nietypowym zjawisku, rozkazując sobie już więcej nie mrugać. Kiedy dotarło do niej, co się tak naprawdę działo, jej oczy i usta same otwarły się szeroko ze zdumienia.
Leo był wdzięczny za to, że ogień nie robił mu krzywdy. Dzięki temu kilka gorących kul, które go drasnęły, nie narobiło zbyt dużych szkód (nie licząc osmalonej nogawki spodenek). Gdy Chimera skupiła się na Nico, który natarł na nią z wyjątkową zaciekłością, niezwykłą, biorąc pod uwagę, jak długo trwała już potyczka i jak bardzo chłopak musiał być zmęczony, Leo odwrócił się na pięcie, żeby sprawdzić, czemu nie dostali jeszcze żadnych wytycznych od Reyny. Stanął jak wryty, gdy do jego mózgu dotarł obraz szerokiego uśmiechu na jej twarzy i błyszczących oczu utkwionych w czymś wysoko nad ich głowami. Jęknął w bezsilności i, upewniając się, że potwór jest na razie zajęty, podbiegł do niej i chwycił pretor za ramię.
- Reyno, nie czas teraz na..!
- Spójrz! – przerwała mu, wyciągając palec wskazujący w kierunku słońca. Leo podążył za jej wskazaniem, mrużąc oczy i próbując powstrzymać ich łzawienie do czasu, aż uda mu się dowiedzieć, o co mogło jej chodzić, że traciła czas na gapienie się w niebo, kiedy oni trzej (plus dwa metalowe psy) walczyło na śmierć i życie z rzygającym pożogą mutantem.
- Och… - zdołał tylko wydusić, zanim dziewczyna złapała go za przedramię i zmusiła, by spojrzał w jej błyszczące oczy pełne determinacji.
- Posłuchaj mnie, Leo. Potrzebuję oszczepu – wytrzeszczył na nią oczy i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zignorowała to i ciągnęła dalej – Metalowego oszczepu. Nieważne, z czego. Ma być największy, jak się tylko da, i ma być gotowy na wczoraj – urwała, wpatrując się w niego i szukając tylko sobie znanego szczegółu w jego rysach, jej twarz pełna skupienia i powagi. A potem się uśmiechnęła. – Możesz to dla mnie zrobić?
Leo zamrugał głupkowato, nagle wyjątkowo świadomy nikłej odległości, jaka dzieliła ich twarze. Odchrząknął i odwrócił głowę, mając nadzieję, że rumieniec, którego płomień czuł na skórze policzków, uszedł jej uwadze. Mając baczenie na jej idealne instynkty wojownika, na pewno nie miał na to szans…
- Jasne, pani pretor – odwzajemnił uśmiech, zerkając to na nią, to na Chimerę – Daj mi tylko chwilę…
Reyna nie czekała już, aż Leo dokończy wypowiedź. Zaczęła biec, prosto w śmiercionośną paszczę rozwścieczonej bestii. A potem, gdy nabrała prędkości, spotkała się w połowie drogi z Gwidonem, z rozpędu wskoczyła na jego grzbiet, a pegaz wzbił się w powietrze. Pęd powietrza smagnął ją w twarz jak z bicza, a do jej oczu napłynęły łzy. Zamrugała energicznie, wyczuwając pod nogami mięśnie jak ze stali poruszające wielkimi skrzydłami konia. Pogłaskała go z czułością po szyi, a jej partner zarżał cicho.
- Dziękuję – powiedziała Reyna, zatrzymując go w powietrzu (ciągle się wznosili) i zawracając rumaka ku ziemi. – Will, wskakuj! – krzyknęła, modląc się, żeby chłopak zareagował prędzej, niż zrobi to żądna krwi Chimera. Na szczęście refleks syna Apollina był równie szybki, co jego strzały. Blondyn skoczył ku Gwidonowi, gdy tylko kopyta pegaza musnęły asfalt, a po chwili ich troje krążyło już nad łbem zdezorientowanego potwora.
- Co mam robić? – usłyszała jego głos w swoim uchu, pozbawiony nawet cienia wahania i gotowy podążać za każdym jej planem. To bezgraniczne zaufanie ją zadziwiło, ale była mu za nie wdzięczna. Im szybciej mieli zabrać się do dzieła, tym większe były szanse, że fortel się powiedzie. Najkrócej, jak się tylko dało, ale ze wszystkimi istotnymi szczegółami, streściła mu działania, które, miała nadzieję, miały przynieść im zwycięstwo. Will słuchał jej w skupieniu, ani razu nie przerwał czy zaprotestował.
- Co o tym myślisz? – zapytała Reyna, gdy skończyła mówić, ale zamiast odpowiedzi usłyszała tylko odgłos napinanej cięciwy łuku.
- Nie ma co gadać, trzeba wprowadzić twój geniusz w życie, Reyno – syn Apollina zaśmiał się krótko, zanim zaczął zasypywać Chimerę resztką strzał, które mu jeszcze pozostały, z miejsca, w którym nie mogła go już dosięgnąć – tuż nad jej kudłatą głową. Kreatura ryknęła z niezadowoleniem, próbując unikać ataku, ale ręka łucznika była zbyt sprawna, a chudy dzieciak od umarłych ciągle próbował nabić ją na swój miecz jak oliwkę na koreczek przy szwedzkim stole, co bardzo przeszkadzało jej się skupić. Reyna pilnowała, by Gwidon nie zniżał za bardzo lotu, choć wiedziała, że pegaz na pewno jej nie zawiedzie. Wysłany przez króla Pegaza, a związany z nią braterskim paktem, rumak był jednym z najpewniejszych żołnierzy, z jakimi kiedykolwiek przyszło jej walczyć.
Tymczasem Leo zaczął zastanawiać się po raz kolejny, czy jego pas ma jakikolwiek limit potrzebnych narzędzi, które mógł z niego wyciągnąć. Ręka w kieszeń, wyciągnąć najbardziej metalowy przedmiot, jaki uda mu się znaleźć, stopić go razem z pozostałymi, powtórzyć. Chłopak zaczynał myśleć, że to chyba jakiś jego dobry dzień, skoro zdawało się, że tym razem półboski gadżet u jego bioder nie miał ochoty silić się na kłopotliwe psikusy. Lanca, którą kazała stworzyć mu Reyna, osiągnęła już całkiem pokaźne rozmiary, a, sądząc po coraz wyraźniejszej żądzy zimnego mordu w porykiwaniu Chimery, kończył im się nawet okres wyszarpniętej z jej pazurów dogrywki.
- Reyno! – wrzasnął przez ramię, mając nadzieję przekrzyczeć bestię. Choć nie miał problemu z uniesieniem metalowego drąga (trudno było zaprzeczyć, że przesiadywanie w warsztacie wiązało się też z ciężką pracą fizyczną), nie miał pojęcia, jak można było czymś takim walczyć, a już na pewno nie był w stanie wymyślić, co miała zamiar zrobić z nim Reyna… Odwrócił się, a wtedy ciężar w jego dłoniach nagle stracił całą swoją masę. Zmarszczył brwi, zdezorientowany, a kiedy spojrzał w dół, jego palce zaciskały się dziwacznie na powietrzu.
- Leo, Nico! – usłyszał okrzyk Reyny i natychmiast skierował wzrok na syna Hadesa, pozostawionego sam na sam z Chimerą, podczas gdy dziewczyna i Will unosili się na grzbiecie pegaza kilka metrów od potwora. Dziewczyna dzierżyła w garści stworzoną przez niego pospiesznie broń. Musiała mu ją wyrwać, kiedy przelatywali obok niego. Nie było czasu się nad tym dłużej zastanawiać, bo szanse na to, że Nico zostanie włączony do menu grillowanych przekąsek poczwary, strzelały w górę z każdą chwilą samotnej walki szybciej, niż ilość subskrypcji na kontach najpopularniejszych użytkowników serwisu Youtube. Leo skoczył ku przyjacielowi, z przyjemnością wystrzeliwując kilka płonących pocisków w złowrogo wykrzywioną lwią buźkę.
Wkoło wirowały płomienie, Nico nie przestawał nacierać na Chimerę, bo skoro nie mógł jej zbyt mocno poranić, starał się chociaż ją zmęczyć, a pojedyncze, niestety coraz bardziej sporadyczne strzały Willa zbliżały się jednak co rusz do trwałego oślepienia potwora… Reyna musiała jednak to wszystko zignorować i skupić się na swoim zadaniu… Miała tylko jedną szansę. Jeden cel. Jeden rzut. Musiało jej się udać za pierwszym razem, inaczej prawdopodobnie znaleźliby się w naprawdę nieprzyjemnych tarapatach…
Wzięła głęboki oddech, ostatni raz poprosiła w modlitwie swoją matkę o wsparcie, a potem, na ułamek sekundy, dostrzegła zaczątek płomienia, jedyną, niepowtarzalną szansę. Z całej siły cisnęła oszczepem w zaślinioną, przerażającą paszczę bestii.
Reyna nigdy nie sądziła, że będzie jej kiedyś dane patrzeć na własne życie w zwolnionym tempie. Dramatyczny lot broni stworzonej przez Leo zapewnił jej tę możliwość.
- Tak! – krzyknęła pretor, gdy ostrze wbiło się prosto w gardło potwora, dokładnie tam, gdzie chciała, żeby się znalazło. Chimera znieruchomiała, zszokowana, wydając z siebie ryk bólu i wściekłości. A po chwili, jakby wcale nie usiłowała intensywnie, przez ostatnie kilkanaście minut, ich wszystkich pozabijać, po prostu rozpadła się w kopczyk złotego pyłu, rozwianego przez podmuch gorącego wiatru.
X
Leo osunął się na murek z głuchym jękiem zmęczenia i ulgi, który poczuł nawet gdzieś na dnie żołądka. Odsunął jednak na później falę senności, która sprawiła, że jego powieki stały się uciążliwie ciężkie, i wbił wyczekujące spojrzenie w Reynę, która wciąż dziękowała za pomoc swojemu pegazowi. Aurum i Argentum zniknęły, odchodząc na zasłużony odpoczynek chwilę po tym, gdy ostatnie złote ziarenka przestały wirować w powietrzu wokół nich. Nico leżał na plecach na kamieniu obok niego, zasłaniając oczy przedramieniem, a chociaż naprawdę dał z siebie wszystko w tej walce, jego największym problemem nie były obrażenia czy opadnięcie z sił. Tym, co, a raczej kto drażnił go najbardziej, był Will, opatrujący jego drobne skaleczenia i otarcia, nie przestawiając głośno narzekać na to, że jego dobre rady jak zwykle zostały zignorowane.
- Jestem twoim lekarzem, a ty mnie nie słuchasz! – mówił z wyrzutem, a syn Hadesa syknął z bólu, gdy blondyn z wyjątkową zaciekłością oczyszczał jedną z największych ran – Jeszcze kilka takich akcji, i nie będzie czego z ciebie zbierać, Angelo! – nie przestawał piorunować go pełnymi wyrzutu spojrzeniami, ale, obserwując ich cicho kątem oka, Leo nie mógł się nie uśmiechnąć. Tylko przyjaciele, a może rzeczywiście coś więcej..? Tego nie mógł stwierdzić na pewno, ale wiedział, że więź łącząca tych dwóch półbogów i ich wzajemne oddanie były tym rodzajem relacji, której nie dało się nie przyklasnąć.
Chłopak uniósł głowę na dźwięk końskich kopyt truchtających lekko po asfalcie, a gdy Gwidon uniósł się z wdziękiem w powietrze, Reyna dołączyła w końcu do ludzkich przyjaciół. Usiadła po lewej stronie Leo i westchnęła cicho, rozcierając z zamkniętymi oczami wciąż nieprzyjemnie napięty kark. Dziewczyna nie odróżniała się wyglądem od pozostałych półbogów – była brudna, zmęczona i spocona, a pojedyncze, ciemne kosmyki uwolniły się z warkocza i przekleiły do wilgotnej skóry. Nie miała na sobie zbroi, a u jej boku nie lśniła śmiercionośna klinga z cesarskiego złota, ale mimo wszystko miała jednak w sobie tyle siły i szlachetności… Leo pomyślał, że to dziwne, że nie zwracał wcześniej uwagi na to, jak bardzo ta dziewczyna była niesamowita… Natychmiast kiedy ta myśl pojawiła się w jego głowie, chłopak poczuł, że płoną mu uszy i odchrząknął, mając nadzieję zmienić temat i zająć czymś swój dziwny umysł.
- Skąd wiedziałaś, co trzeba było zrobić? – zapytał Reyny, a ta otworzyła w końcu oczy i uśmiechnęła się. Nico podniósł się na łokciach, żeby mieć lepszy widok na jej twarz, a Will stał przed nimi z rękoma założonymi na piersiach – łagodne spojrzenie dawało nadzieję, że nie był już obrażony na syna Hadesa. Reyna objęła wzrokiem przyjaciół, rozkoszując się myślą, że wszyscy byli wciąż razem, a po chwili rozpoczęła tłumaczenie.
- Nico poradził mi, żebym przypomniała sobie, jak już kiedyś dawano sobie radę z Chimerą… To właśnie zrobiłam – powiedziała, splatając razem dłonie i pocierając bezwiednie kciukiem srebrny pierścień z symbolem Bellony. – Mitycznym pogromcą bestii był Bellerofont, syn Posejdona. Właściwie skopiowałam jego plan, tylko że jemu pomógł sam bóg Pegaz, a oszczep był zrobiony z ołowiu, który zalał wnętrzności Chimery w kontakcie z jej własnym ogniem – wzruszyła ramionami. Nie uważała, żeby połączenie kilku wskazówek, które udało jej się zapamiętać, było arcydziełem sztuki wojennej i szczytem jej możliwości. Musiała umieć zapewnić zwycięstwo całego legionu, więc ta potyczka powinna była być dla niej pestką. Nie wszyscy zdawali się jednak podzielać jej zdanie. Leo zagwizdał cicho z podziwem, szczerząc do niej zęby.
- No, no, pani pretor, gdyby chodziło tylko o dowództwo, już dawno aplikowałbym do Obozu Jupiter – mrugnął do niej, a Reyna wywróciła oczami, ale czuła, że kąciki jej ust miały inne plany, zdradzając światu, jak miłe ciepło wywołało w jej sercu jego pochlebstwo. Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo wtedy właśnie spokój czworga półbogów ponownie został zaburzony, tym razem jednak na szczęście przez sprzymierzeńca, a nie wroga.
- Festus, maleńki! – wykrzyknął radośnie Leo, zrywając się na nogi i podbiegając do spiżowego smoka, gdy ten wylądował z głuchym łupnięciem na asfalcie, a chociaż nie znała języka automatonów, jego poszczękiwania i metaliczny stukot przywodziły Reynie na myśl tylko radość Aurum i Argentum, gdy ukochane psy ponownie widziały ją po długiej rozłące. Ona, Will i Nico podeszli do szczebioczącej po swojemu dwójki. Słońce było już w trakcie wędrówki po zachodniej ćwiartce nieba, a wraz z nią zbliżał się nieuchronnie czas, kiedy półbogowie mieli ponownie się rozdzielić, każda para skupiona na swojej misji.
- Nie będziemy was spowalniać… Kto wie, ile potworów czai się jeszcze na tę dziewczynkę – Reyna wyściskała Nico (który nie zaprotestował, ale uparcie ignorował też słodki uśmiech syna Apollina, którym ten uparcie go obdarzał) i uścisnęła dłoń Willa, wymieniają z tym drugim porozumiewawcze spojrzenie, które mówiło: „Proszę, zaopiekuj się nim". Blondyn skinął głową, uśmiechając się jeszcze szerzej, a potem ta dwójka pożegnała się szybko z Leo. Dziewczyna pokręciła głową. Ach ci chłopcy i ich opory przed okazywaniem sympatii!
- Powodzenia, cokolwiek jest celem waszej wyprawy – odparł Will, gdy grecko-rzymskie duo wdrapywało się już na grzbiet spiżowego smoka. – A jeśli będziemy mogli coś dla was zrobić, zawsze możecie skontaktować się z nami przez iryfon – zaoferował, a choć nie miała tego wcześniej w planach, w głowie Reyny wykiełkował nagle pewien pomysł.
- Właściwie… Czy mogłabym was prosić o pewną przysługę..? – zapytała, pozwalając, by Leo pomógł jej z zapięciem basa bezpieczeństwa. Will pokiwał ochoczo głową, a Nico uśmiechnął się półgębkiem, wpatrując się w nią z zagadkowym wyrazem twarzy. Wiedziała, że chciał dowiedzieć się, o co chodziło z tą dziwną wyprawą. Ale to nie był czas i miejsce na wyjaśnienia. Obiecała sobie jednak, że pierwszą rzeczą, którą zrobi po powrocie, będzie opowiedzenie mu całej historii, ze wszystkimi szczegółami!
- Jasne, o co chodzi? – zapytał syn Hadesa w chwili, gdy Leo i Festus byli już gotowi do drogi. Reyna zawahała się, sama nie była do końca przekonana, że to, o co miała go poprosić, przyniesie w ogóle jakikolwiek efekt… Ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała wykorzystać każdej okazji, by uspokoić choć trochę targające nią wciąż, mimo wszystko, wyrzuty sumienia.
- Poproście w moim imieniu obozy, żeby nam zaufały. Obiecajcie im, że odpowiem za to, co zrobiłam – zignorowała Leo, który próbował zaprotestować, ciągnąc dalej – To może trochę potrwać, ale zrobię to, co należy. Możecie to dla mnie zrobić? – zapytała, choć znała ich, a na pewno Nico, na tyle dobrze, że wiedziała już, jaka będzie odpowiedź. Była wdzięczna przyjaciołom, że nie próbowali jej o nic wypytywać. Nie miała ochoty znowu przeżywać w swojej głowie tych wszystkich nieprzyjemności… Konieczności odwrócenia się plecami do własnych ideałów, a raczej tego, że, mimo oporów, to właśnie zrobiła…
- Możesz na nas liczyć – zapewnił Nico, a chwilę później Leo kazał Festusowi wznieść się w powietrze. Szybko, bez problemów nabierali prędkości, a miasto pod ich stopami oddalało się coraz bardziej i bardziej, gdy szybowali w kierunku wielkiej, uśmiechniętej złotej kuli. Syn Hefajstosa nie mógł się nadziwić, że gdzieś tam mogliby znaleźć ojca Willa, jeszcze bardziej roześmianego, niż jego syn, roztrzepanego, gwiazdorzącego boga, adepta gry na Valdezinatorze.
Reyna nie odzywała się do niego już od dobrych kilku minut, a Festus nie miał żadnych ekscytujących raportów do przekazania. Leo zdecydował więc za nich, że nie wytrzyma już dłużej monotonnego dźwięku pędu powietrza. Postanowił przełamać ciszę w swoim stylu, czyli oczarować pretor dobrym żartem z pokaźnego arsenału Leona Valdeza.
- A więc lubisz pegazy, tak? – zapytał, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu na widok jej uniesionej w pytającym wyrazie twarzy brwi. – Latające koniki? Gdzie twoja różowa sukienka, pani pretor? – zaśmiał się krótko, a ona prychnęła z pogardą, wydymając w niezadowoleniu wargi. Kiedy myślał już jednak, że przesadził i powinien zacząć odkręcać złośliwy komentarz, ona pochyliła się powoli do przodu, zatrzymując się ledwie kilka centymetrów od jego twarzy.
- Uważaj, żeby ten konik i jego jeździec nie zrobili ci krzywdy, Valdez… - wyszeptała mu do ucha chłodnym, złowrogim tonem, a groźba nie brzmiała do końca tylko jak żartobliwa riposta… Leo nie udało się powstrzymać od wzdrygnięcia się.
Dźwięk jej śmiechu wynagradzał mu jednak każde ryzyko, na jakie się naraził.
ZJeM, 04.02-14.06.15
Od ZJeM:
Jest bardzo prawdopodobne, że przesadziłam nieco z ukazaniem Chimery jako tak niebezpiecznego, trudnego do pokonania przeciwnika. Nie pamiętam dokładnie, jak opisał ją Riordan w „Złodzieju pioruna". Mam jednak nadzieję, że to aż tak bardzo nie razi. ;)
Jak wiedzą ci, którzy trochę mnie znają, potrafię się ostro pogubić we własnych historiach… Dlatego dociekliwym wyjaśniam, że zamiana osoby Willa na Lou Ellen w rozdziale I była konieczna ze względu na to, co wyobraźnia nakazała mi umieścić tutaj. ;)
Mam nadzieję, że ten rozdział wynagrodził Wam choć trochę koszmarnie długie oczekiwanie… Jestem paskudna, wiem. ;) Mimo wszystko…
DZIĘKI ZA PRZECZYTANIE!
