Uwaga: Olimpijscy herosi – Rick Riordan
Rozdział dedykowany jedynej w swoim rodzaju, cudownej Lortes, dla której jestem zdecydowanie zbyt paskudna przez większość roku… Wszystkiego najlepszego z okazji dotarcia już prawie do dwumiesięcznicy Twoich urodzin!
ROZDZIAŁ VII
Leo był zły. Usta wykrzywione miał bezwiednie w podkówkę, a pełna napięcia bruzda w czole ciążyła na gładkich zwykle rysach jego twarzy, gdy uparcie starał się utrzymać chwilową urazę i wciąż karać Reynę ciszą za jej haniebne przewinienie. Chociaż nie wiedział właściwie, czy ona nie traktowała może jego milczenia bardziej jak nagrody..?
- Tak dla formalności, ciągle jestem na ciebie obrażony - wyrwało mu się, a jedyną odpowiedzią, która od niej otrzymał, było powolne, uspokajające wciągniecie powietrza przez nos dochodzące od dziewczyny usadowionej wygodnie na grzbiecie jego spiżowego amigo, tuż za jego własnymi plecami. Reyna nie skomentowała w żaden sposób tej tragicznej wiadomości, co tylko potwierdziło jego przypuszczenia, że nie powinien już dłużej powstrzymywać się od mówienia, a raczej zmienić strategię na zmasowany słowny atak, który będzie w stanie w odpowiedni sposób wyrazić jego nieustające oburzenie.
Chłopak wykręcił się z pewnym trudem co najmniej o jakieś 120 stopni i utkwił poważne spojrzenie w jej oczach, których wyrazu nie był do końca w stanie odczytać. Jego towarzyszka siedziała najspokojniej w świecie, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i wysoko uniesioną brodą. Nie miała pojęcia, dlaczego tak bardzo uczepił się tego jednego szczegółu.
- Dlaczego nigdy wcześniej nie przywołałaś swoich automatonów?! - zapytał po raz kolejny z wyrzutem, a ona chyba tylko dzięki jakiejś cichej boskiej interwencji umiała powstrzymać się od wywrócenia oczami. Zupełnie nie umiała zrozumieć, czemu akurat wtedy postanowił sobie o tym przypomnieć, ani czemu aż tak przejął się tym jej błahym niedopatrzeniem, od dobrej pół godziny starając się wyraźnie wywołać w niej wyrzuty sumienia (bez pozytywnych rezultatów). Może i miałby na to jakiekolwiek szanse, gdyby ta nazbyt krzykliwa afera nabrała dla niej jakimś cudem choćby cienia sensu.
- W ten czy inny sposób, dowiedziałeś się w końcu o Aurum i Argentum. Co to za różnica, że stało się to dopiero dzisiaj? – zapytała spokojnie, obserwując uważnie, jak przez twarz chłopaka przemyka cień mieszanki niezidentyfikowanych emocji. Leo pokręcił głową, a jego wykręcony nienaturalnie tułów wrócił do swojego dawnego położenia. Ona po prostu tego nie rozumiała. Nikt, kto nie był dzieckiem kuźni, tego nie rozumiał.
- Po prostu trochę mi przykro, że ukrywałaś przede mną taką wystrzałową technologię… Jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy i takie tam… – westchnął głośno, wyraźnie przejaskrawiając powagę sytuacji, a Reyna nie wiedziała, który impuls zdobędzie w niej w końcu przewagę - ten, by pozwolić jednak oczom na szybkie kółko w tę i z powrotem, czy może by parsknąć śmiechem w jego kark. Leo Valdez i te jego teatralne reakcje… Zupełnie jak nadworny błazen, z którym w pewien sposób mgliście się jej kojarzył…
Wzdrygnął się lekko, gdy poczuł smukłą dłoń na swoim ramieniu. Nie spodziewał się tego. Już prędzej obstawiałby, że te palce zacisną się równie sprawnie na jego gardle, żeby go w końcu uciszyć. I tak wytrzymywała już całkiem długo jego talent do denerwowania. Był prawie pod wrażeniem!
- Przepraszam, że o tobie nie pomyślałam. Nie wiedziałam, że cię to tak zrani – Reyna starała się bardzo mocno, żeby w jej głosie nie było słychać rozbawienia. Szalony czy też nie, jego zawód był choć po części autentycznym uczuciem, a ona naprawdę nie miała na celu sprawić mu przykrości. Na jej szczęście, Leo nigdy nie umiał się za długo gniewać.
- No, już myślałem, że całą noc będę się musiał tak męczyć! – roześmiał się, błyskając całym garniturem bieli, gdy na krótko zerknął na nią ponad ramieniem. Reyna pokręciła tylko głową, uśmiechając się pod nosem.
Księżyc wisiał wysoko nad horyzontem jak wielka wojenna tarcza, a Festus przedzierał się dzielnie przez dające choć trochę ulgi, chłodniejsze już powietrze wysoko nad brzegiem oceanu i leżącego na jego skraju drugiego morza - pnących się ku niebu budynków ze szkła i stali. Leo poruszył się nagle niespokojnie w swoim miejscu, rzucając kilka przeciągłych spojrzeń to na przestrzeń pod nimi, to na komputer pokładowy. Gdyby nie to, że przyzwyczaiła się już do jego nadzwyczajnego (nawet jak na półboga) ADHD, Reyna mogłaby pomyśleć, że chłopak ma wielką ochotę zeskoczyć z grzbietu smoka.
Leo tymczasem skanował otoczenie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na lądowanie - takiego, gdzie nie byłoby większego problemu z ukryciem ogromnego spiżowego smoka, to przede wszystkim. Byłoby miło, gdyby w dodatku nie pobierali opłaty za pierwszą godzinę, no i żeby nie mieli problemu z szybkim dojściem do centrum, w swoim wynędzniałym stanie. Koszulka już dawno zespoliła się na amen z jego plecami, przemoczona potem, który spływał też wiadrami z jego czoła, tylko o włos nie zamieniając się w wodospad zalewający mu cały widok. Kiszki zaczynały już przygrywać zmęczeniu smętnym marszem pogrzebowym. Domyślał się, że Reyna nie czuła się wiele lepiej. Należało im się trochę odpoczynku.
A w miejscu takim jak to? Kto by nie chciał pokazać się w szalonej stolicy dobrej zabawy?
- Masz ochotę na wieczorny spacer po promenadzie w Miami? – zdążyła tylko zarejestrować, że Leo znowu wyszczerzył do niej zęby, zanim uchwyciła się odruchowo metalowych elementów w chwili, gdy Festus zanurkował gwałtownie w kierunku portu.
X X X
Oczywiście Fata nie pozwoliły im zapomnieć, że Reyna i Leo byli półbogami. Zwykła, leniwa przechadzka dwojga kompanów po całkiem miłym, późnym obiedzie - kogo nie ucieszyłyby pyszniące się wszystkimi kolami tęczy półprodukty z całodobowego supermarketu i kulinarna magia palców syna Hefajstosa? - wypełnionym jego głupimi żartami i jej barwnymi opowieściami o życiu w rzymskim obozie? Gdzieżby tam, to by było zdecydowanie zbyt nudne!
- Chyba… Chyba go zgubiliśmy..! – wysapał chrapliwie Leo, trzymając się kurczowo za bok i walcząc z miękkimi kolanami, żeby mimo wszystko nie osunąć się po chłodnym murze na bruk zaułka. To by było: a) absolutnie nieprofesjonalne, i b) totalnie obciachowe, kiedy Reyna wyglądała tak, jakby nawet się zbytnio nie spociła, gdy pędzili na oślep przez miasto, starając się odciągnąć bestię jak najdalej od wciąż zatłoczonych głównych ulic, nawet pomimo coraz późniejszej pory. Znowu - prawie tak samo, jak wcześniej z Chimerą. Ten schemat był im obojgu zbyt znajomy, by to całe bagno, w które wpadli, nie wydawało się oczywistym, parszywym żartem wrednego losu.
- Mam wrażenie… Wydaje mi się, że powinnam kojarzyć tego psa… - wymamrotała dziewczyna, marszcząc w skupieniu brwi, jej przyspieszony oddech już prawie kompletnie uspokojony i wyrównany. Zdawało jej się, że kiedyś musiała coś słyszeć o tropiącej ich bestii, a jej czerwone, świdrujące ją na wylot oczy wyglądały zdecydowanie zbyt znajomo, żeby to mógł być tylko przypadek… No i dlaczego wszystko wskazywało na to, że to akurat ona była celem, a każdy kolejny atak nigdy nie był wymierzony bezpośrednio w Leo..?
Z zamyślenia wyrwało ją rozpaczliwe parsknięcie śmiechem, które brzmiało trochę jak ostatni dech dogorywającego kurczaka, a nie jak coś, co mogłoby dochodzić od szanującego się, młodego syna Hefajstosa, ale nie winiła go. Nawet przy narzuconym odgórnie treningu, w Obozie Jupiter byli herosi o całej gamie sprawności fizycznej, a ci, którzy nie parali się z zamiłowaniem wyciskaniem czy biegami długodystansowymi, nadrabiali potencjałem militarnym z innych dziedzin. Nie było wątpliwości, że tak samo było z nim, oceniając chociażby po ich pozostawionym w pobliżu przemysłowych kontenerów szoferze i środku transportu w jednym, którego powrót do życia był w końcu dziełem nikogo innego, jak właśnie jej greckiego towarzysza.
- Psa? – wydyszał Leo rozpaczliwie, dosłownie krztusząc się własnym chichotem. Na szczęście po chwili wyprostował się dzielnie, zanim zaczęła poważnie rozważać próbę zarzucenia go sobie na plecy i pędzenia na najbliższy ostry dyżur. – Nazywasz to bydlę psem?! A ja myślałem, że to ja mam specyficzne poczucie humoru!
Chłopak miał trochę racji w swoich zarzutach. Trudno było wrzucać do tego samego worka z drobniutkim chihuahua najeżone, czarne monstrum wielkości dorodnego kucyka, z ostrymi jak sztylety zębami i śliną cieknącą z warg godnym podziwu, pienistym potokiem (oczywiście gdyby ta wydzielina nie pojawiła się w jego paszczy tylko i wyłącznie po to, żeby łatwiej było mu rozerwać ich dwoje na strzępy). Nie dało się jednak zaprzeczyć, że, mocno wyrośnięte i krwiożercze, zwierzę było jednak bądź co bądź psem, i to w dodatku takim, który zdawał się doskonale wiedzieć, kogo przyszło mu tej nocy ścigać.
- Nieważne, jak go nazwiemy, musimy skupić się na wymyśleniu, co zrobić, żeby nas nie pozabijał… - pokręciła głową, przeszywając chłopaka ponurym spojrzeniem. – Znasz jakieś greckie mity, w których występowały psy?
Jedna z jego brwi wyskoczyła w górę jak klaun na sprężynie. Leo zmarszczył czoło i założył ręce na poruszającej się wciąż nie do końca spokojnie piersi, mierząc ją od stóp do głów pytającym wzrokiem. Wielu pewnie odwróciłoby oczy po zbombardowaniu tak intensywnym spojrzeniem. (Do grupy tej nie zaliczała się większość znanych jej półbogów. A już na pewno nie żaden znajomy pretor.)
- Ja? To ty z nas dwojga masz dużo bardziej imponującą wiedzę na temat tego… Jak to się mówi? Naszego dziedzictwa. Nie na darmo jesteście najlepszymi kumpelami z Annabeth – wzruszył ramionami. Reyna otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale w obliczu frustrującej pustki, jaka panowała aktualnie w jej głowie, nie pozostało jej nic innego, jak chwilę potem je zamknąć, zaciskając mocno powieki, żeby zmusić się do zwalczenia narastającej fali bezsilnej złości i skierowania wszystkich sił mentalnych na zadanie, które było w końcu tak istotne dla tego, czy mieli dożyć chociażby kolejnego poranka…
- Ja… Mam to paskudne wrażenie, że powinnam od razu go rozpoznać… - burknęła nieco zbyt ostro, wbijając czujne oczy w granatową ciemność za jego plecami, rozświetloną nieco dopiero przez przydymione światło ulicznej latarni na skraju ulicy, a przy wejściu do lichego zaułka, który zdecydowanie nie nadawał się do powierzonego mu przez ponure zrządzenie losu zadania – a było nim zostanie schronem wojennym dla dwojga nie całkiem zwyczajnych nastolatków, których na przekąskę wybrał sobie zupełnie niezwykły piesek.
Aurum i Argentum ciągle nie zmaterializowały się z powrotem u jej boku… Co oznaczało albo, że skuteczność ich dzielnych starań w starciu ze swoim gatunkowym kuzynem okazała się zadziwiająco wysoka… Albo, że obrażenia jej ukochanych towarzyszy nie pozwalały im powrócić na jakiś czas z tego tajemniczego miejsca, z którego tak dawno temu przybyli do niej po raz pierwszy. Reyna usiłowała odgonić uparte poczucie winy, że nie stawiała teraz razem z nimi czoła wrogowi. Co z niej był za dowódca, jeśli zostawiła swoich żołnierzy na polu bitwy..?
- Reyno..? Nie chcę być nachalny, ale… Co robimy? – Wzdrygnęła się, gdy do jej świadomości dotarł obraz Leo machającego ostrożnie ręką przed jej oczami, kiedy próbował wyrwać Rzymiankę z przedłużającego się zamyślenia. No tak. W końcu musiała powierzyć swoim automatonom tę samobójczą misję, żeby nie narażać Leo… Tak, wiedziała, że umiał walczyć, udowadniał to wielokrotnie. Jednak tym razem, dopóki nie wiedzieli niczego więcej o swoim przeciwniku i nie mieli żadnego, nawet szczątkowego, planu działania… Wolała, żeby nie narażał się zbytnio ponownie, jak wtedy, gdy prawie zginął, zadając ostateczny cios Gai.
- Ja… - Rzymianka zamarła, gdy wtem bardzo zainteresowało ją coś, co znajdowało się nad jego ramieniem, w mroku zaniedbanej alejki… Nie musiał się nawet odwracać, by prawda o tym, co tak przykuło jej uwagę, zdzieliła go w głowę szybciej i mocniej, niż nabuzowany adrenaliną trener Hedge rzucający się na niego przed telewizorem w czasie finałów, by wyrwać mu i przywłaszczyć sobie swoje ulubione paprykowe chrupki.
Do uszu Leo dotarło w końcu złowrogie, głuche warczenie, dokładnie w tym samym momencie, kiedy z ust jego towarzyszki wydobyła się szybka wiązanka po łacinie, którą bez trudu by zidentyfikował, nawet nie słysząc nigdy ani słowa w tym języku.
- Acha… Czyli teraz zostajemy karmą dla Puszka..? – chłopak parsknął bezgłośnym, wymuszonym śmiechem, zmuszając skamieniałe nogi, by obróciły uparty tułów w stronę ulubionego pupila Cioteczki Callidy, gdyby oczywiście jego ulubiona posępna staruszka wolała kiedykolwiek dla odmiany popatrzeć, jak ofiara z małego półboga hasa sobie radośnie po dywanie z morderczym predatorem, a nie tuli się do ciepełka pospolitej kołyski dla malców, jaką był rozgrzany do czerwoności kominek w salonie.
Nie miał już czasu czekać, aż Reyna doceni geniusz jego gorzkiego dowcipu. Potwór zaatakował.
X
Musiała przyznać, że sytuacja bardzo bezpośredniego zagrożenia życia, w jakiej się nagle (znowu) znaleźli, miała jednak swoje dobre strony. Nie wiedziała, czy to wyrzut hormonów stresu tak wyostrzył jej zmysły, a może jednak przyczyną olśnienia było to, że miała kolejną wątpliwą przyjemność, by obraz ścigającego ich natręta wypalił się porządnie w archiwach jej umysłu, ale jedna rzecz była pewna - jakaś tajemna siła dźgnęła w końcu porządnie jej neurony, zmuszając je do zdwojonego wysiłku na rzecz rozwiązania zagadki i wtedy w końcu… coś kliknęło cicho w jej głowie i nagle wiedziała dokładnie, z czym mieli do czynienia!
Oczywiście złą wiadomością było to, że przypomnienie sobie jego tożsamości nie sprawiło wcale, że Syriusz przeżył nagle cudowną przemianę duchową, machnął przerośniętą łapą na całą bolesną przeszłość i zaczął się do nich łasić, popiskując rozkosznie stawiającym włosy na baczność basem, o nie! Wściekłe posapywanie i morderczy uśmiech numer pięć nie pozostawiały wątpliwości, że jako przystawkę bestia upatrzyła sobie na dziś kuchnię meksykańską, a ślinka już ciekła jej na myśl o daniu głównym - krwistym befsztyku z rzymskiej wojowniczki!
Niczego innego nie mogła się spodziewać po pupilku swojego starego nieprzyjaciela Oriona… Podobno psy i ich właściciele podświadomie się do siebie upodabniali, co tłumaczyło zamiłowanie Aurum i Argentum do porządku i przestrzegania zasad. Niestety wyjaśniało to też idealnie, dlaczego czarne jak sama bogini Nox monstrum postanowiło zapolować tej nocy na pretor Obozu Jupiter…
Jakby idealnie zdawał sobie sprawę, że w końcu go poznała, pies zadarł śmiercionośny łeb do góry, ku gwiazdom, a chrapliwe powarkiwanie przekształciło się w jednej chwili w triumfalne, mrożące krew w żyłach, pełne żałości wycie. Według mitologii, gdy Orion zginął, został wyniesiony w niebo, tworząc gwiazdozbiór nazwany od jego imienia. Syriusza natomiast przemieniono w Psią Gwiazdę. Reynie prawie zrobiło się żal zwierzęcia, które kolejny już raz utraciło swojego pana, tym razem za sprawą jej samej…
Zwierzęca ochrypła melodia bólu i tęsknoty urwała się nagle, a bestia utkwiła czerwone, pełne nienawiści ślepia w jej oczach. W głowie Rzymianki rozległ się zapis głosu z przeszłości, tak czysty i wyraźny, jakby to sam myśliwy beocki stał znowu tuż obok niej:
- Zabiłem setki takich jak ty: dziewczynek bawiących się w wojnę, udających, że dorównują gigantom! Nie dam ci szybkiej śmierci, pretorko. Będę patrzył, jak płoniesz, podobnie jak ja płonąłem przez Łowczynie.
Syriusz pragnął zemsty. Chciał odebrać jej życie w zamian za śmierć najbliższego mu człowieka. Jakaś szalona, maleńka część Reyny miała nieodpartą ochotę się poddać, zakończyć to wszystko i oddać wrogowi należną mu sprawiedliwość. Bądź co bądź, w tamtej walce słuszność leżała po stronie dziewczyny, ale Rzymianom nieobca była też wiara w to, że za każdą przelaną krew Fortuna żądała w swoim czasie zapłaty, w ten czy inny sposób... Może taki właśnie koniec był jej zapisany na kartach losu..?
Ale mimo wszystko, mimo tego, że nie miała nawet żadnej porządnej broni, żeby godnie stanąć do walki, mimo cienia lęku przed powracającą fortuną i zmęczeniem, bo w końcu ile razy w ciągu tak krótkiego czasu można walczyć do utraty tchu i nie opaść choć trochę z sił… Reyna nie mogła się zatrzymywać.
Niecałe półtora metra z przodu, Leo zrobił bezwiednie pół kroku w stronę zimnej, murowanej ściany. Chłopak zacisnął pięści, starając się najwyraźniej dodać samemu sobie odwagi, ale Reyna byłaby naprawdę niekompetentnym przywódcą, gdyby nie dostrzegła cienia wahania w jego postawie… Syn Hefajstosa był wojownikiem zasadzek i wynikających z nich pośrednich starć, nie gwałtownego ruszania do ataku, gdy zostawał wrzucony w sam środek śmiercionośnego zagrożenia.
Jej obowiązkiem było natomiast stawianie czoła takim nagłym sytuacjom. Reyna będzie bronić chłopaka przed Syriuszem - tak, jak w trakcie walki z Orionem zakryła własnym ciałem Mrocznego. I tak jak wtedy była gotowa zginąć, jeśli miało to ocalić życie jej przyjaciela.
Leo próbował chyba mimo wszystko, swoim zwyczajem, rozluźnić beznadziejną sytuację przy pomocy żartu, z którego zrozumiała jednak tylko dwa słowa, które wcale nie poprawiły jej nastroju: karma i Puszek… Niestety, bestia wyraźnie nie załapała dowcipu.
Całe ciało Rzymianki napięło się automatycznie w momencie ataku, gotując się na sus do przodu i odparcie szarży, ale Syriusz był szybszy…
Leo nie zdążył nawet pisnąć, a jego sparaliżowane dłonie jakby zapomniały, że mogą stać się miotaczami ognia, gdy jego pole widzenia wypełniło się nagle kłębowiskiem nastroszonego czarnego futra i błyskiem rzędu doskonale zaostrzonych kłów. Gdy znowu otworzył oczy, psisko leżało ciężko na boku w powiększającej się leniwie kałuży ciemnoczerwonej posoki, niecały krok od jego butów, a z jego grzbietu wysterczał grad strzał lśniących subtelnie w świetle księżyca. Chyba widział już gdzieś te zdobienia…
- Leżeć, niegrzeczny piesek! – nad ich głowami rozległ się znajomy ochrypły śmiech. Jak na komendę, poderwali oczy ku górze, a fala ulgi, która zalała serce Leona, mogła mierzyć się na wielkość chyba tylko z zastrzykiem radości wypełniającej gorącym strumieniem żyły Reyny. Na dachu przysiadła nonszalancko gromadka dziewczyn w wieku gimnazjalnym, oczywiście jeśli gdziekolwiek na świecie powstała kiedykolwiek placówka dla odzianych na srebrno, przemykających cicho w nocy jak ninja adeptek, które umiały zapewne mordować potwory na więcej sposobów, niż syn Hefajstosa umiałby wymyślić w ciągu jednego wolnego popołudnia.
Na tle granatowego nieba szczerzyła się do nich triumfująca twarz Thalii.
X X X
Łowczynie zabrały ich na dach przeszklonego wieżowca, do swojego ekskluzywnego penthouse'u, gdzie znudzony barman serwował co najmniej jakieś 85% wszystkich znanych (bezalkoholowych!) drinków świata, a kołnierzyk jego nieprzyzwoicie gładkiej koszuli był tak nieskazitelnie biały, że prawie przechodził już w czyste światło… Oczywiście tak byłoby, gdyby dziewczęcy oddział naprawdę był grupą znudzonych, zamożnych nastolatek z najlepszej prywatnej szkoły w Miami. Widocznie boskie nauczanie początkowe Artemidy zaliczało się jednak do grona publicznych placówek.
Zamiast tego Leo i Reyna podążyli za Thalią i jej towarzyszkami, o dziwo, w miejsce, skąd rozpoczęli swój nocny spacer - na dach jednego z magazynów portowych, ten najbardziej obskurny, położony najdalej na uboczu, jak się tylko dało. W końcu chłopak za nic nie chciał ryzykować, że jakiś snob postanowi przywłaszczyć sobie jego ukochanego smoka i ustawić go wśród swoich wypieszczonych superbryk, żeby zagłaskać najgenialniejszego automatona we wszechświecie na śmierć jako zwyczajny eksponat! Wystarczało mu już to, że nie do końca umiał pogodzić się z tym, jak to zabezpieczenia, w jakie wyposażył Festusa, nie dały rady ukryć go przed najlepszymi tropicielkami na świecie..!
Kiedy tylko udało jej się oderwać Leona od zgrzytającego przyjaźnie spiżowego pyska wielkości lodówki, córka Zeusa usadziła swoich gości wokół małej turystycznej latarenki, która stanowiła widocznie tymczasowe oznaczenie centrum dowodzenia sił bogini-dziewicy – gadżet nie do końca w stylu Artemidy, spodziewałby się raczej nabitej na pal głowy jakiegoś bogom ducha winnego chłopaka – ale musieli jej wybaczyć to niedopatrzenie, jako że wyraźnie wyczuwało się wśród wojowniczek, że chwilowo mini wojsko do lat szesnastu miało zdecydowanie poważniejsze zmartwienia na głowie…
Kilkoro dziewcząt krzątało się chaotycznie wokół, naprawiając połamane strzały i zszywając naprędce podziurawione ubrania. Jedna z Łowczyń opatrywała swoje koleżanki, których twarze wyglądały podejrzanie jak osmalone, a na ich ramionach dało się dostrzec zaczerwienienia, a nawet kilka paskudnych bąbli. Widocznie uznała, że mimo wszystko za bardzo się gapił, bo drobna półbogini imieniem Cassie, którą właśnie poznali, dźgnęła Leo nieco za mocno w żebra, oficjalnie – dając mu w ten sposób do zrozumienia, żeby wziął od niej butelkę z wodą. Mruknął słowa podziękowania i pospiesznie przyssał się do strumienia zbawiennej cieczy, starając się unikać jej intensywnie obrażonego spojrzenia.
- Co się stało twoim podopiecznym? Potrzebujecie naszego wsparcia? – Reyna nie miała zamiaru owijać w bawełnę ani udawać, że nie dostrzegali jak na dłoni strat, jakie oddział musiał ponieść bardzo niedawno, możliwe, że nawet na parę chwil przed ich niespodziewanym spotkaniem... Córka Bellony miała już zdecydowanie dość żywego ognia wymierzonego w swoich sprzymierzeńców jak na jeden tydzień. Trochę zbyt ciepłe przyjęcie, jakie zgotowała im Chimera, w zupełności jej wystarczało!
Thalia próbowała ukryć niezadowolenie pod maską lekkoduszności, co doprowadziło tylko do tego, że jej usta wykrzywił groteskowy grymas zamiast uśmiechu, a zbywające machnięcie ręką wyglądało tak, jakby już którąś godzinę odganiała się od wciąż tego samego natrętnego komara.
- Mam ci przypomnieć, kto uratował was przed ząbkami Syriusza, pani pretor? – próbowała się droczyć, ale zdradził ją niepokój czający się w tych elektryzująco niebieskich oczach, które przeskakiwały po kolei po wszystkich obecnych, a mimo to uparcie nie nawiązywały z nią kontaktu - Reyna zbyt wiele razy rozgryzła w ten sposób Jasona, żeby teraz dać się nabrać jego starszej siostrze! Córka Bellony przechyliła się podświadomie do przodu, starając się wywrzeć emocjonalną presję na upartej chyba tylko trochę mniej niż Nico porucznik bogini Łowów…
Sądząc po tym, jak jej ofiara zaczęła wiercić się niespokojnie w miejscu (co bardzo przypominało jej zwyczajne zachowanie jej miotającego ogniem greckiego kolegi), a w końcu zerwała się na nogi i stanęła przed nimi w ciężkim rozkroku z rękoma skrzyżowanym wojowniczo na piersi - tym razem Rzymianka mogła sobie z pewnością pogratulować umiejętnego zastosowania tej techniki manipulacji!
- No dobra, niech ci już będzie! – Thalia westchnęła przeciągle, przymykając oczy i rozmasowując jedną ręką spięty kark. – A może akurat któreś z was będzie miało jakiś pomysł, jak dorwać tę wkurzającą starą histeryczkę…
Leo i Reyna wymienili pytające spojrzenia. Ta nieśmiertelna szesnastolatka stawiała już czoła całemu wachlarzowi najgroźniejszych mitycznych przeciwników, w tym złowrogiemu Likaonowi i jego wilkom, czy (samotnie!) małemu oddziałowi piekielnych sług Hadesa, tamtego pamiętnego dnia, na Wzgórzu Herosów… Kim była istota, która tak bardzo zalazła jej za skórę..?
Córka Zeusa zaczęła przechadzać się w te i wewte szybkim, żołnierskim krokiem, mrucząc pod nosem. Leo przypomniał sobie nagle, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Wtedy była taką samą nabuzowaną, drapieżną punkówą, jak teraz – no, może poza tym, że dochodziła do tego jeszcze oczywista, wszechogarniająca radość z odzyskania młodszego braciszka, którego myślała przez te wszystkie lata, że utraciła już na zawsze. A mimo tego, że Łowczyni zajmowała oczywiste miejsce na liście dziewczyn totalnie z za wysokiej półki, z którymi kiedyś bez wahania by się umówił, chłopak zorientował się, że do tej pory ani razu nie próbował jej jeszcze poderwać…
Ale jak ktokolwiek mógłby się temu dziwić? Serce chłopaka zostało na Ogygii, gdzie pilnowało, by to właśnie on został tym jedynym herosem, który dotrzyma przysięgi…
- Zaczęło się od kilku niegroźnych incydentów - wybita szyba w sklepie z odżywkami dla sportowców, zdemolowane maszyny w siłowni pod chmurką… – umysł Leo powrócił z oporem do rzeczywistości, gdy Thalia rozpoczęła właśnie wyjaśnienia, które wymusiła na niej tak sprawnie Reyna. Córka Bellony kiwała ostrożnie głową, potakując. Zdawały się jakby w ogóle nie zauważać tego, że przez chwilę nie przysłuchiwał się zbyt dokładnie rozmowie, a takie pominięcie jednak troszeczkę go zabolało (oczywiście nie na tyle, żeby się skarżyć, w końcu chłopaki nie płaczą, a już na pewno nie takie niegrzeczne bestyjki, jak on!)!
- Kiedy tego typu wypadki zaczęły się zdarzać coraz częściej i robiły się coraz bardziej paskudne, Artemida wysłała nas, żebyśmy zbadały dokładniej tę sprawę… – zacięta mina Thalii zdziwiła Leo, bo wyglądało to tak, jakby pani porucznik wspominała jakieś niedawne spięcie ze swoją boską opiekunką, a biorąc pod uwagę to, jak bardzo była zawsze w nią wpatrzona, nie mogło być to coś tak trywialnego, jak, powiedzmy, zwykłe obgadywanie - raczej poziom kradzieży bez pytania zostawionej na później ostatniej porcji lodów ciasteczkowych…
- I… Domyślam się, że odnalazłyście winnego..? – ponagliła ostrożnie Reyna, a córka Zeusa wypuściła powoli powietrze przez nos i pokiwała ponuro głową.
- Taa… Możliwe, że po prostu tego jeszcze nie wiedziała, kiedy dawała nam tę misję – dwoje wtajemniczanych w ostatnie wydarzenia herosów wyczuwało doskonale, że nawet sama Thalia nie umiała do końca uwierzyć w to usprawiedliwienie – W każdym razie nasza Pani zapomniała nam wspomnieć, że sprawcą tego całego zamieszania jest jej pupilka z dawnych czasów, Atalanta. A to nie jest dla nas najlepsza wiadomość…
Ręka Leo wystrzeliła prosto w górę, jakby już pierwszego dnia szkoły postanowił zapewnić sobie wielką, błyszczącą łatkę kujona na cały okres szkolnej edukacji. Jego była prawie-kandydatka na dziewczynę zmierzyła go w nagrodę spojrzeniem zmęczonego, zbitego z tropu nauczyciela, który wciąż jeszcze nie zapamiętał imion swoich najnowszych wychowanków, a ci już włazili z butami w jego blednące wspomnienia urlopu na tropikalnym wybrzeżu.
- Atlanta? Nie wiedziałem, że ten stan nazwano od jakiejś starożytnej laski – chłopak oparł się nonszalancko na wyciągniętych za siebie ramionach, dzięki czemu miał idealny widok na tęczówki Panny Nieśmiertelnej obiegające naprędce szczeliny jej powiek, by następnie utkwić ze spojrzeniem pełnym dezaprobaty w jego oczach, czemu towarzyszyła idealnie dopasowana wąska kreska zaciśniętych ze zniecierpliwieniem ust. Tak, Thalia wyraźnie go uwielbiała!
- A-TA-lanta, Leo – wyjaśniła naprędce, ignorując jego usta otwierające się, żeby zadać kolejne pytania, i przechodząc od razu do odpowiedzi – Jej ojciec co prawda nie był bogiem, ale jemu też nie bardzo przeszkadzała świadomość tego, że porzucił własne dziecko... Artemida pomogła ocalić niemowlę i zawsze była potem ulubioną boginią Atalanty – córka Zeusa wpatrywała się ponuro w światełko latarenki, przez chwilę nic więcej nie mówiąc. Być może myślała o czymś, czego żadne z nich nie umiało rozgryźć, a może po prostu zamierzała zakończyć na udzieleniu im tylko tych kilku skąpych informacji…
- Skoro zatem i wy, i ona jesteście związane z Artemidą, dlaczego powiedziałaś, że to, że sprawcą jest Atalanta, nie jest najlepszą wiadomością dla Łowczyń? – dociekała Reyna, nie zamierzając pozwolić, by tajemnicą pozostawały wciąż te elementy układanki, do których wyjawienia ich przyjaciółka wyraźnie wcale nie była już tak skora. Thalia parsknęła cichym śmiechem, ale gdy na nich znowu spojrzała, cienie na oświetlonej od dołu twarzy nadawały jej wygląd prawie tak promienny, że można by pomyśleć, że została właśnie przydzielona za karę na dwa miesiące dodatkowych robót w obozowej kuchni.
- A jak myślisz, czy pokonanie naszej seniorki to dla nas kaszka z mleczkiem? Ta starucha ugodziła pierwszą strzałą dzika kalidońskiego! I nie, Leo, to nie była taka sobie zwykła świnka, w łowach brało udział prawie dwudziestu sławnych bohaterów! Gdyby to było takie proste, nie pozwoliłabym na to, żeby doprowadziła dziewczyny do takiego stanu! – emocjonalna tama puściła, a Thalia wyrzucała z siebie szybko całą nagromadzoną gorycz – A wspominałam już, że zabijała swoich zalotników w czasie wyścigu, którego zwycięzca miał pojąć ją za żonę? Wbrew temu, jak teraz wygląda, zostało jej niestety całkiem sporo umiejętności z dawnych lat…
Maska, która stężała na twarzy Reyny, zaczynała już wytaczanie najnowszych trwałych śladów przewlekłego zmartwienia w postaci ponurych zmarszczek mimicznych na gładziźnie jej czoła. Pretor wiedziała, że Łowczynie Artemidy miały jeszcze gorsze mniemanie o mężczyznach, niż jej siostra i jej popleczniczki. Widocznie ich starożytna siostra musiała wziąć sobie bardzo mocno do serca zasady swojej bogini… Dziewczyna zerknęła niepewnie na Leo, zastanawiając się jak on, jako przedstawiciel zagrożonej płci, czuł się ze świadomością o grożącym im przeciwniku. On jednak zdawał się być tak wyluzowany, jak nigdy, wystukując stopą jakiś żywy rytm i mrucząc do siebie ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Była ciekawa, ile z tej nonszalancji przychodziło do niego samo, a w powstanie jak dużej części musiał włożyć jednak całkiem sporo wysiłku..?
- Moje panie, recepta jest prosta! – syn Hefajstosa nie mógł już znieść grobowej ciszy, jaka zapadła między ich trojgiem (jeśli nie liczyć powracającej raz za razem w pobliże źródła światła Cassie, która patrolowała teren jak obsesyjna ćma), więc postanowił sobie z nią poradzić w najlepszy znany sobie sposób - próbując rozluźnić atmosferę żartem, nawet, jeśli musiał bardzo się starać, żeby jego własny chichot nie zabrzmiał mimo wszystko zbyt nieprzekonująco..!
- Skoro już tu jestem, wystarczy tylko odnaleźć Atalantę, zaprezentować jej pełne spektrum przerażających umiejętności Kapitana Płomienia i świętować moment, w którym, oczarowana, złoży mi poddańczy pokłon! – na potwierdzenie tych słów przywołał gorący żywioł, który zatańczył wesoło w jego dłoniach, a jego blask nadał oczom chłopaka jeszcze bardziej niepokojący wyraz, niż zazwyczaj.
Jakby tylko czekając na rzucone wyzwanie, niecały kilometr od ich obozowiska ziemią wstrząsnęła fala uderzeniowa potężnego wybuchu, a słup ognia wyrzucił w powietrze jeden ze stojących tam do tej pory spokojnie kontenerów.
Palce Thalii zacisnęły się na łuku tak mocno, że zbielały jej knykcie. Podeszła do chłopaka, który gapił się teraz szeroko otwartymi oczyma na kolumny dymu znaczące miejsce kolejnego ataku.
- Twoja randka czeka, Kapitanie Płomień – poklepała go nieco zbyt mocno po plecach, odbiegając i wykrzykując komendy dla swoich żołnierzy.
X
Leo musiał przyznać to głośno i dobitnie – był absolutnym anty-fanem przemiany, jaka zdawała się zajść w Thalii, przynajmniej, kiedy chodziło o te konkretną sytuację! W starych, dobrych czasach, niebezpieczna dziewczyna nie wahałaby się wskoczyć z zaskoczenia na plecy wroga i rozpętać zażartą bitkę, która stałaby się potem najbardziej epickim źródłem opowiadań przy ognisku. A teraz?
Teraz Reyna dostała od Łowczyń nowy miecz z niebiańskiego spiżu (gdy próbował dociec, skąd go wytrzasnęły, Thalia wyraźnie musiał się powstrzymywać, żeby nie strzelić mu raz, a porządnie w jego zgrabny, acz równie wścibski nos) – nie była to może najwspanialsza sztuka broni na świecie, ale nie było wątpliwości, że chłopak musiał od teraz uważać na nieco bardziej odważne ze swoich docinków, kiedy pani pretor siedziała tuż za jego bezbronnymi plecami w czasie ich podniebnych podróży! A on? Jemu nie pozwolono nawet zabrać ze sobą Festusa!
- Wredna i denerwująca czy też nie, Artemida zdaje się mimo wszystko mieć sporą słabość do Atalanty – warknęła Thalia tonem nie znoszącym sprzeciwu, gdy Leo próbował protestować po ogłoszeniu, że jego przyjaciel smok ma bezwzględny zakaz brania udziału w tej potyczce.
- Nie chcę, żebyście od razu ją zaalarmowali i żeby to stało się zbyt brutalne, niż może być…- Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby jej samej te słowa przechodziły zbyt ciężko przez gardło, ale dokończyła niechętnie – Tym razem spróbujemy z nią pogadać… Zaatakujemy tylko, jeśli nas sprowokuje…
- Przecież ona już je sprowokowała, czy naprawdę któraś z nich musi umrzeć, żeby Thalia to przyznała?! – syknął Leo prosto w ucho Reyny, kiedy skradali się ostrożnie wśród kontenerów parę kroków za znajomą poruczniczką bogini. O mały włos nie zderzyłby się z jej plecami, kiedy Rzymianka zatrzymała się nagle na sygnał, który on musiał widocznie przeoczyć, zaaferowany własnym oburzeniem.
- Mądry strateg unika starcia do ostatniej chwili, zrywając rozmowy dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie ma już żadnej szansy na pokojowe rozwiązanie konfliktu – odparła przyciszonym głosem, wspaniałomyślnie ignorując tym razem fakt, że w tak ważnej dla zadania chwili jej towarzysz nie zachowywał się do końca jak idealny tropiciel – Thalia jest mądrym dowódcą – dodała, odwracając się od niego i odruchowo kładąc dłoń na rękojeści miecza (wciąż nie czuła się z nim do końca pewnie, ale nie miała innego wyboru), gdy zbliżali się bezszelestnie (w miarę możliwości chłopaka, który pewnie nie przetrwałby zbyt długo w szkolnej grupie baletowej) coraz bliżej swojego celu.
Zastanawiała się, czy w wybuchu nikt nie ucierpiał, i czy śmiertelna policja zbliżała się już do tamtego miejsca? Miała nadzieję, że zdążą załatwić tę sprawę, zanim zaroi się tam od niewinnych cywilów, którzy nie mogli mieć nawet pojęcia o potędze czyhającego zagrożenia…
Kilka kroków dalej do ich uszu zaczął dochodzić kobiecy głos… Wystarczyło kilka chwil nasłuchiwania, by Leo i Reyna wymienili zdezorientowane spojrzenia. Nie mogli dostrzec jej twarzy, ale Thalia przyczaiła się jeszcze niżej przy krawędzi przeżartego co nieco przez rdzę kontenera z wielkim, błyszczącym logo jednej ze znanych firm kosmetycznych wymalowanym na każdej zdatnej do celów marketingowych ścianie, wpatrując się zapewne w źródło dźwięku, który był… No właśnie.
Nie żeby kiedykolwiek spędzał za dużo czasu na wyobrażaniu sobie, jak starożytni przeciwnicy mogliby zaanonsować mu jego własną śmierć, ale na pewno to, co mogła im zaproponować Atalanta, nie znalazłoby się zbyt wysoko na liście prawdopodobnych, mrożących krew w żyłach typów! Zabójcza wojowniczka brzmiała na to zdecydowanie za bardzo jak przeciętna, sfrustrowana Amerykanka w średnim wieku.
- Głupi Melanion, najpierw słodkie słówka i złote jabłuszka, a teraz mało by mu oczy nie powypadały, kiedy gapi się na ten sterczący jak jakiś wielki odwłok tyłek tej… - w tym miejscu gniewnego monologu padł grad słów, przy których Reyna na pewno zasłoniłaby odruchowo uszy Nico własnymi rękoma, gdyby syn Hadesa znajdował się gdzieś w promieniu jakichś dwóch kilometrów od ich źródła. (Leo zrobiłby zresztą pewnie to samo z Hazel.) Nie pytając o pozwolenie, chłopak wyjrzał ostrożnie za róg, wychylając się nad nastroszoną, czarną głową Thalii.
Postać ludzka wydawała się niepozorna w porównaniu z płonącym kontenerem, który oświetlał ją od tyłu, oczywiście kiedy nie brało się pod uwagę, że to ona sama doprowadziła go do takiego nieprzyjemnego stanu… Atalanta splunęła na ziemię, jakby chciała oczyścić usta z brudu potoku najgorszych przekleństw, które dopiero co z siebie wyrzuciła, a od których co bardziej wrażliwym z pewnością zwiędłyby już dawno uszy.
- Przecież w „Drżącej fontannie namiętności" mówili, że Juan Ponce de León szukał na Florydzie Fontanny Młodości! Co niby może być lepszą kryjówką, niż samo Miami?! – narzekała głośno wysoka brunetka, która musiała być kiedyś naprawdę niezłą laską (jak stwierdził po krótkiej analizie wprawnym okiem), ale teraz dopadł ją niestety los tak wielu - klątwa zaniedbania, którego dopuszczały się często kobiety jakiś czas po usidleniu tego jednego jedynego… Atalanta wcisnęła się co prawda w top funkcyjny i spodnie do biegania, ale to nie sprawiało jeszcze, że tych kilka fałdek to tu, to tam, magicznie znikało! Poza tym jej buty sportowe wciąż lśniły nowością, dlatego Leo musiał niestety wątpić, że kiedykolwiek używała ich naprawdę do celu im przypisanego…
Thalia wciągnęła go z powrotem za kontener, zanim zdążył stracić równowagę i zwalić się na ziemię z łoskotem, który na pewno zaalarmowałby zirytowaną kobietę, albo zrobienia (świadomie czy też nie do końca) czegokolwiek innego, co mogłoby wydać jej ich pozycję jak na talerzu i zniszczyć jakiekolwiek szanse na ewentualną zasadzkę. Rozumiał idealnie, że ani porucznik Artemidy, ani rzymska pretor nie miały najmniejszego zamiaru szarżować naprzód bez żadnego planu, i tym razem z całym przekonaniem popierał tę postawę! Jego własna mama była aniołem, który zstąpił z niebios w kombinezonie mechanika, ale widywał stanowczo zbyt wiele sfrustrowanych trzydziestokilkulatek, których wolałby unikać szerokim łukiem. Za żadne skarby nie chciał jej oddać do tarmoszenia jednego ze swoich uszu, w końcu było jeszcze tyle albumów muzycznych, których nie zdążył porządnie przesłuchać!
- Dobra, powtórzymy, co do tej pory wiemy… – zaczęła Thalia pełnym napięcia szeptem, pocierając wciąż, z prawie obsesyjnym zapałem, swoją bransoletkę, która w magiczny sposób potrafiła zamienić się w lśniącą jak księżyc tarczę, Egidę. – Atalanta. Znana w całym świecie starożytna wojowniczka, której sprzyjała sama Artemida. W naszych czasach doprowadziła do kilku bardzo nieprzyjemnych sytuacji w obrębie praktycznie całego stanu Floryda. A teraz bredzi coś o telenowelach i jakimś Pontonie szukającym swojego źródła… – jej głos brzmiał tak, jakby sama nie wiedziała, czy ma się roześmiać, czy może jednak rozpłakać – Ma ktoś może jakiekolwiek pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi?!
- Juan Ponce de León był pierwszym gubernatorem Portoryko, i rzeczywiście przypisuje się mu poszukiwania mitycznej Fontanny Młodości. Przy ich okazji doprowadził do odkrycia półwyspu Floryda – zanim zdołała się ugryźć w język, Reyna podzieliła się z nimi czymś, co dawno temu usłyszała na wyspie swojego dzieciństwa, tak bardzo odległej jednak od możliwości nazywania jej „domem". – Ale… Nie wiedziałam, że zrobili z niego bohatera jakiegoś serialu… - dodała pospiesznie, starając się nie unikać ich spojrzeń na przekór temu znienawidzonemu, irytującemu impulsowi…
Na szczęście dla niej i jej pragnienia skrzętnego ukrywania bolesnych wspomnień z przeszłości, niewygodna w tej sytuacji, żywa zazwyczaj ciekawość jej towarzyszy wydawała się być mocno zdezorientowana w chwilach bojowego stresu. Nikt nie dopytywał dzięki temu, skąd wytrzasnęła ten szczegół tak bardzo odległy od zwyczajowego nauczania Lupy…
- Może to na kanale z pakietu antycznego..? – mruknął Leo, co, ku jego (i jej samej) wielkiemu zdziwieniu, sprawiło, że, jakieś pół kroku od ich trójki, milcząca do tej pory z wojowniczą miną Cassie parsknęła tylko nieznacznie stłumionym śmiechem. Thalia natychmiast zmroziła ją morderczym spojrzeniem, ale było już za późno.
- Kto tam jest?! Pokaż się! – do ich uszu dotarł chrapliwy pisk Atalanty, i nie było co nawet się łudzić, że gdzieś tam, w pobliżu, czai się jakaś inna grupka półbogów czyhających na kobietę, i że to właśnie ci drudzy powiadomili ją przed chwilą tak hojnie o swojej obecności. Co jak co, ale akurat słuch miała ona godny dzikiego kota, na pewno nie udałoby im się sprzedać jej takiego kitu!
Thalia nakreśliła w powietrzu palcami kilka pospiesznych sygnałów awaryjnych, z których Reyna, nauczona doświadczeniem militarnym, natychmiast odczytała, jakie działania ma podjąć ich pospiesznie (nie)zorganizowany miniaturowy legion. Leo nie miał niestety przyjemności brać kiedykolwiek udział w jakże zabawnych, wycieńczających ćwiczeniach wojskowych, więc postawił wszystko na naśladowanie Rzymianki i trzymanie kciuków, że niczego tym razem nie zawali. Żadnych żartów, póki nie będzie pewien, że odnalazł wspólną falę z poczuciem humoru usiłującej ich pozabijać mamuśki!
Kolejno pokazywane im palce i ten znajomy wyraz zdeterminowanych, jasnoniebieskich oczu: Liczę na was… Raz… Dwa…
Na „trzy" Leo wyskoczył jak cień za Reyną, która wraz z pozostałymi dziewczynami wyszła powoli zza oddzielającej ich od bezpośredniego starcia ściany. Dopiero wtedy dotarło do niego, że żadne z nich nie miało w rękach ani kawalątka broni, więc jeśli Atalanta znowu spróbowałaby swoich sztuczek, mieliby co najwyżej parę sekund na jakąkolwiek obronną reakcję. Zastanawiał się, która z nich jest bardziej szalona - ich tymczasowy szesnastoletni dowódca, czy może mimo wszystko zdziwaczała starożytna przyszłomężobójczyni!
Reyna dostrzegła mimowolnie, kątem oka, zdezorientowanie na twarzy swojego towarzysza Greka, który wydawał się prawie chować za jej plecami, choć nie wiedzieć dlaczego była przekonana, że nie robił tego świadomie. Wpatrywała się w niego uparcie, dopóki na nią nie spojrzał, a wtedy zmusiła stężałe w napięciu mięśnie do choć chwilowego rozluźnienia, które wystarczyło, by skinąć lekko głową i posłać mu delikatny uśmiech, które, miała nadzieję, dodały mu nieco otuchy (zwykła, nie-magiczna wersja jej własnego półboskiego daru). Cała sytuacja trwała może kilka sekund, a kiedy skupiła z powrotem wzrok na przeciwniczce, wyraz twarzy Atalanty zmieniał się właśnie z chwilowego zaskoczenia w niebezpieczną dla nich irytację...
- Atalanto! – zaczęła w tej samej chwili Thalia, unosząc wysoko ręce w pokojowym geście, zanim kobieta zdążyła zaatakować lub znowu się wymknąć, nie dając im choćby cienia szansy na próbę negocjacji – Przybywamy w pokoju! Ee… - zawahała się, a z jej czoła spłynęła powoli kropelka potu. Jej plan był zdaniem Reyny najlepszym, co możno było zrobić w tej sytuacji, ale kiedy przyszło do jego wykonania, już na samym starcie musieli się zmierzyć z oczywistą przeszkodą wagi ciężkiej - córka Zeusa była znakomitym przywódcą i świetną łuczniczką, mistrzowsko posługiwała się włócznią czy ojcowskim piorunem, ale niestety, przemawianie nie stanowiło jednej z jej najmocniejszych stron! Rzymianka prawie żałowała przez chwilę, że nie było z nimi Oktawiana…
- Pozwól nam proszę na chwilę rozmowy! – wtrąciła się, starając się nie zauważać i nie analizować zanadto reakcji pozostałych, a skupić się tylko i wyłącznie na nadaniu swoim słowom tyle siły przekonywania, ile to było tylko możliwe. Negocjacje dyplomatyczne, w których brała do tej pory czynny udział, były o tyle łatwiejsze, że za każdym razem obie strony chciały mimo wszystko utrzymania dyskusji, czego nie mogła do końca zagwarantować w przypadku doświadczonej przez długie lata swojego życia kobiecie nieprzewidywalnej jak dzika zwierzyna, którą z takim mistrzostwem udawało się jej łowić…
Na szczęście Atalanta wydawała się zaintrygowana, może nawet trochę obrażona tupetem grupki dzieciaków zakłócających jej spokój. Zmrużone do rozmiaru szparek oczy nie pozostawiały wątpliwości, że nie radowała jej ani trochę perspektywa pogaduszek, ale hej, przynajmniej ciągle nie uszkodziła żadnego z nich w któryś ze znanych sobie doskonale nieprzyjemnych sposobów!
- Rozmawiać..? Z wami..? – zamruczała, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby przynajmniej kilkanaście procent jej krwi pochodziło nie od istoty człekokształtnej, a raczej jakiegoś czworonożnego drapieżnika – Nie mam czasu rozmawiać! Muszę znaleźć to, po co tu przybyłam i wracać, zanim Melanion spróbuje chociaż pomyśleć o powtórce ze świątyni Zeusa, tym razem z tą lafiryndą w legginsach w panterkę! – fuknęła kobieta, odsłaniając nieskazitelnie białe zęby, a jej palce zakończone długimi, czerwonymi paznokciami wygięły się w szpony.
Co jak co, ale Leo miał już zdecydowanie dość błyszczących ząbków stanowiących bezpośrednie zagrożenie życia jak na jeden wieczór!
- Słuchaj, pani Atalanto, my tylko grzecznie prosimy o… - urwał, kiedy ręka Reyna powstrzymała go od zrobienia choćby jednego kolejnego kroku. Spojrzał na nią z wyrzutem, ale ona tylko pokręciła głową z zaciętą miną, dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby się wycofał. Nie wtrącaj się. Poradzę sobie z tym sama.
Bogowie, jak bardzo działały mu czasem na nerwy takie silne, niezależne dziewczyny, które z łatwością mogłyby pozbawić go przytomności jednym ciosem, gdyby tylko spróbował się do nich zbliżyć (co oczywiście nie powstrzymywałoby go od usilnych prób!)!
- Atalanto – zaczęła ponownie rzymska pretor, starając się utrzymywać podbródek na rozsądnej, nie przesadnie dumnej wysokości – Chcielibyśmy tylko dowiedzieć się, jaki jest cel twoich poszukiwań. Może gdybyśmy mogli jakoś pomóc, nie doszłoby już do żadnych zniszczeń… - zerknęła z ukosa na Thalię, która na szczęście bardzo dobrze radziła sobie z wczuciem się w jej improwizowaną przemowę, dzięki czemu ostatnie słowa Reyny doprowadziły do tego, że dziewczyna pokiwała z zapałem głową.
- Łowczynie Artemidy byłyby do twojej dyspozycji, pani… - wycedziła przez zaciśnięte zęby, zmuszając się do uśmiechu, gdy wskazywała dłonią na szczątki swojego oddziału. Jej z trudem skrywana niechęć była całkiem zrozumiała - córka Zeusa wciąż była zła na swoją seniorkę za straty, jakie poniosły jej podopieczne, nie mówiąc już o tym, że wrodzony upór wciąż nie pozwalał zagoić się gładko ranie, którą zadano w tym starciu jej dumie… Na szczęście kobieta-kot ożywiła się wyraźnie na wspomnienie swojej ulubionej bogini, dzięki czemu nie zwróciła już uwagi na nie do końca przyjazną aurę promieniującą wyraźnie od jej poruczniczki…
Głuche uderzenia wyczekujących w napięciu serc odmierzały półbogom chwile, w których Atalanta mierzyła każde z nich krytycznym spojrzeniem, jakby zastanawiając się, na którego osobnika miała rzucić się najpierw… Reyna miała wielką nadzieję, że polowanie zostanie jednak tej nocy odwołane…
W końcu, kiedy zaczynała już rozważać planowanie rychłej obrony, ramiona Atalanty opadły nagle z siłą zmęczonego westchnięcia, które wstrząsnęło całym jej ciałem, od czubka głowy do czubków sportowego obuwia, a po drodze... No, miało jeszcze do minięcia kilka innych nierówności terenu…
- No dobra, zaryzykuję… Może nawet zdążę wrócić na kolejny odcinek „Zmysłowego potwora z sąsiedztwa"… – wydęła lekko usta, zakładając ręce na piersi i wpatrując się w nich wyczekująco.
Wkrótce okazało się, że kiedy już udaje się nakłonić ją na zwierzenia, Atalanta nie przestanie mówić, dopóki nie streści dzielnemu słuchaczowi całego swojego życia, tego starożytnego i współczesnego, nie mówiąc już o jakimś tuzinie wtrąconych anegdot o swoich ulubionych serialach, których zasób był, na ich nieszczęście, naprawdę imponujący. Dowiedzieli się więc nieco więcej o jej kuzynie i mężu w jednym, Melanionie – szczegóły dopiero po 23:00! – o początkach ich związku, starciu z tatusiem Thalii, a także o skromnym hoteliku SPA, który prowadzili razem od kilku lat, gdzieś wśród lasów stanu Atlanta (Leo wiedział, że ta zbieżność imienia nie mogła być przypadkowa!). No i najważniejsze – młodzi półbogowie usłyszeli także o nowej, młodej recepcjonistce, która stanowiła w oczach Atalanty całkiem realne zagrożenie dla jej małżeństwa…
- Ona codziennie rano ćwiczy w ogrodzie, jakiś pilates albo inne nieboskie tortury, a mój kochany mężuś nagle odkrył w sobie pasję do wstawania bladym świtem, żeby przesiadywać na balkonie! Myślicie, że nie wiem, co to znaczy?! – warknęła kobieta, wyrzucając ręce w górę z frustracji, nie pozostawiając im innego wyboru, jak tylko potakiwać z zapałem i mieć nadzieję, że już niedługo wśród tego morza zbędnych szczegółów znajdzie się w końcu jakieś konkretne rozwiązanie wiszącego wciąż w powietrzu konfliktu…
- Ale… Jak to się wiąże z tym całym zamieszaniem, które robisz na Florydzie? – Thalia pierwsza się złamała, jako że jej cierpliwość miała widocznie swoje granice najbliżej poziomu desperacji, jaki nabudowywała w nich wszystkich stopniowo ta rozmowa.
- Jak to jak, przecież opowiadałam wam o tym, co doprowadziło do zabójstwa Marii Esperanzy Sanchez przez Selenę Sarę Ramirez w ostatnim odcinku czwartego sezonu remake'u oryginalnej „Drżącej fontanny namiętności"! – kobieta zamrugała kilka razy, wyraźnie zszokowana. Reyna nawet nie próbowała sprawiać wrażenia, że nie zgubiła się jeszcze w tej wiązance, ale na szczęście lata współpracy z kochanym przez wszystkich blond augurem nauczyły ją, jak idealnie udawać niesłabnące zainteresowanie tematem.
- No tak, poszło o ostatni flakonik wody z Fontanny Młodości, który Maria odebrała Selenie, kiedy dostrzegła na swojej pościeli pierwszy siwy włos… Chociaż potem okazało się, że należał on jednak do jej pokojówki! – Leo strzelił palcami, kiwając w skupieniu głową, a Reyna musiała zmusić wszystkie rezerwowe siły do powstrzymania swojej szczęki przed opadnięciem na betonową nawierzchnię, co zastąpiło tylko wpatrywanie się przez chwilę ze zdziwieniem w profil chłopaka, który nawet nie drgnął, jakby wciąż analizował z pasją zawiłości tamtej fabuły…
- No właśnie! – przytaknęła ochoczo Atalanta, wyraźnie zadowolona, że ktoś w końcu uznał jej ulubioną historię. – A ja poszukuję prawdziwej Fontanny, żeby ośmieszyć tę smarkulę i pławić się w przyjemności stawiania oporu Melanionowi, kiedy wróci do mnie na kolanach! – syknęła, a jej oczy rozświetliły się żółtawym blaskiem, jakby już widziała oczyma wyobraźni słodki obraz wszechwładnego upokorzenia, jakie zesłałby na tych dwoje triumfalny powrót pani domu, po liposukcji, z powiększonym i uniesionym tym, co trzeba, i kilkoma jeszcze tylko innymi kosmetycznymi poprawkami, które prawdopodobnie upodobniły by ją raczej do plastikowej lalki, zamiast przywrócić dawny blask… Co prawda o gustach się nie dyskutuje, ale słysząc, z jaką przyjemnością kobieta mówiła o sprawianiu innym przykrości, Reyna upewniła się tylko w przekonaniu, że nie miała wcale ochoty ponownie spotykać na swojej drodze tej jednej konkretnej wojowniczki Artemidy.
Inną sprawą było to, że coś podpowiadało jej, że ta cała Fontanna nie była wcale tak namacalna, jak tamta by tego chciała…
- Z tego, co mówiłaś, wydaje mi się, że twoja rywalka prowadzi zdrowy tryb życia, dobrze się odżywia i z zapałem ćwiczy… Wydaje mi się, że przede wszystkim dlatego Floryda uchodzi za symbol młodości i kultu pięknego ciała. Zwróciłaś uwagę, ile tu jest samych tylko siłowni? – wypaliła zniechęcona już nieco za bardzo pretor, zanim zdążyła porządnie zastanowić się, jak te dziarskie skądinąd słowa mogły wpłynąć na kobietę, która większość swojego czasu spędzała na śledzeniu swoich ulubionych telenoweli, a nie obfitym poceniu się w imię szlachetnej tężyzny fizycznej… Leo podejrzewał jednak, że sporą rolę w propagandowym wydźwięku tych słów zachęty odgrywało jednak wychowanie Rzymianki, dla którego dyscyplina i narażanie samego siebie z ochotą na cierpienie były chyba tak normalne, jak dla reszty świata zajadanie lodów przed ekranem co tydzień o tej samej porze...
Na szczęście on rozumiał idealnie pragnienie starożytnej Greczynki do podążania w tej kwestii na skróty!
Atalanta wyglądała przez chwilę tak, jakby ktoś (Reyna) wymierzył jej siarczysty policzek. Chwilę potem zjeżyła się cała jak ostro wkurzona kotka – końcówki jej włosów naprawdę uniosły się w górę, jak naelektryzowane! – i zaczęła powoli zbliżać się do nich na ugiętych kolanach, jakby już szykując się do skoku.
- Sugerujesz, że to ja robię coś nie tak, dziewczynko?! – syknęła przeciągle, świdrując Rzymiankę spojrzeniem głodnego mięsożercy. W ręce Thalii natychmiast zmaterializowała się Egida, a Łowczynie dobyły łuków. Dłoń Reyny spoczęła na głowni jej spiżowego miecza, a głowa starała się pozbyć przeklinających własną nierozwagę cichych głosów, żeby skupić się na odparciu szarży…
Dopóki Leo nie stanął między stronami konfliktu z rozłożonymi na boki ramionami, a wszyscy obecni zamarli, czy to zwyczajnie zdezorientowani, czy bardziej pod wrażeniem jego… No właśnie… Odwagi? Głupoty? On sam nie był tego pewien.
- Leo, co ty-! – usłyszał za plecami zduszony okrzyk swojej ulubionej pani pretor, ale nie miał zamiaru słuchać tym razem jej rozkazu, zamiast tego uciszając ją poprzez uniesienie jednego kciuka do góry i mentalne trzymanie drugiego, że tyłowi jego głowy uda się jakimś cudem przekazać jej swoją nie znoszącą sprzeciwów prośbę. Odpuść. Tym razem to zadanie dla mnie!
- Taak, wszyscy doskonale znamy tę nierealną śpiewkę! – puścił oko do Atalanty, zauważając z satysfakcją, że kobieta się zarumieniła (wypierał z głowy myśl, że mogła to być jednak czerwień wściekłości…) – Życie nie jest bajką, w której wszyscy mamy zawsze czas i ochotę na ćwiczenia, ale ja mogę ci pomóc przejść przez to wszystko szybko i bezboleśnie, w dodatku nie będziesz musiała w tym czasie nawet rezygnować z oglądania ulubionego serialu! – zaintonował tonem telemarketera, modląc się do wszystkich znanych i nieznanych sobie bóstw o to, żeby nie załamał mu się głos, albo, co gorsza, żeby nie wybuchnąć mimo wszystko szaleńczym śmiechem, jak zazwyczaj, kiedy trafiał na te nagrania…
- Co… O czym ty mówisz? – burknęła kobieta, wpatrując się jak urzeczona, gdy grzebał pospiesznie w kieszeniach pasa, rozpaczliwie walcząc ze soją twarzą, żeby utrzymała jeszcze przez jakiś czas gwiazdorski uśmiech numer dwanaście, którego zwykle nie używał, bo zawsze wydawał się mu zbyt tandetny i nieszczery - ale pasował za to idealnie do czaru, który starał się teraz rzucić!
- Wystarczy mi tylko godzina twojego czasu, moja piękna, tylko sześćdziesiąt minut ze mną, żeby sprawić, że twoje ciało zyska blask pobłogosławiony przez samego nieziemskiego boga poezji - mnie! – Leo podniósł głos, gdy zalała go fala ulgi, kiedy jego palce zacisnęły się w końcu na urządzeniu wielkości smartfona, na które trafił kiedyś przez przypadek, szukając w naglącej potrzebie otwieracza do konserw (nie pytajcie). – A oto, mi bella, twój własny, jedyny na tym świecie model elektronicznego trenera osobistego boga Apollina! – rzucił jej ostrożnie metalową skrzyneczkę, decydując się jednak zachowywać wciąż, na wszelki wypadek, bezpieczną odległość. Potem wycofał się prędko tak, żeby zrównać się z dziewczynami, nie spuszczając jednak oczu z kobiety, która z nieufnym zaciekawieniem badała darowany jej przedmiot.
Atalanta wcisnęła guzik, a po chwili wrzasnęła i upuściła urządzenie, gdy z ekranu wyskoczył ludzkiej wielkości hologram boga łucznictwa, który uśmiechał się do niej pogodnie, ubrany w jaskrawe body i opaskę na czoło na modłę kaset do ćwiczeń z lat 80-tych. Sądząc po tym, jak momentalnie kobieta wyprostowała się, eksponując wdzięki, jakby kompletnie ignorując fakt, że był to tylko komputerowy zapis dawnej chwilowej pasji Apollina, która nigdy nie wyszła nawet na boskim VHS, kobieta zaliczała się na ich szczęście do sporego grona kobiet, które na pytanie, czy umówiłyby się z tym facetem, pobiłyby ankietera i porwały go na zakładnika, zanim to ciacho nie zgodziłoby się wziąć z nimi ślubu. Ciekawe, co jego siostra miała do powiedzenia na temat swoich ulubienic czujących co rusz miętę do swojego irytującego brata bliźniaka!
- Odnalazłem dla ciebie Fontannę Młodości, Atalanto, znalazłem sposób, dzięki któremu wrócisz do dawnej nieskazitelnej formy! – zawołał Leo, mając wielką nadzieję, że i w tej sytuacji wystarczyło po prostu pokazać sfrustrowanej osobie najbardziej pociągającą ją drogę, która umili trudną przeprawę do osiągnięcia wymarzonych rezultatów - w końcu nie zawsze dawało się unikać męczarni, ale zawsze można było próbować zrobić wszystko, żeby cierpienia były choć trochę bardziej znośne!
Oczywiście zakładając, że naprawdę udało mu się przekonać Atalantę, żeby powstrzymała się od wysadzenia całego stanu w powietrze, co najpewniej zapoczątkowałaby poświęceniem tej ziemi ich krwią! Bo jeśli nie, porażka byłaby tylko i wyłącznie jego winą, a taka powtórka z rozrywki bolałaby bardziej, niż sama śmierć…
Nadeszła chwila prawdy. Brunetka podniosła powoli głowę, a spomiędzy burzy kosmyków błysnęły na powrót dwa rzędy sennego marzenia każdego ambitnego ortodonty…
X X X
- Dzięki za pomoc z tą wariatką, naprawdę nie wiem, co jeszcze musiałoby zostać rozwalone, żeby w końcu się zmęczyła i dała spokój… – Thalia uściskała ich na pożegnanie (jeśli chłopak miałby narzekać, przy Reynie zdawała się włożyć w to nieco więcej uczucia, ale nie miał zamiaru być aż tak małostkowy!), dzieląc się wcześniej z osobliwą dwójką wszelkimi niezbędnymi, pozostałymi Łowczyniom zapasami, które miały im pomóc w najbliższym etapie dalszej podróży. Dziewczyna nie wypytywała ich na szczęście o jej okoliczności tak zaciekle, jak wyraźnie miał na to ochotę Nico, za co oboje byli jej bardzo wdzięczni.
Reyna wdrapywała się właśnie na grzbiet Festusa, podczas gdy Leo wklepywał jakieś dane w jego interfejs. Córka Zeusa czekała tylko, aż wzniosą się w powietrze, żeby móc dołączyć do swoich podopiecznych i dopilnować, żeby Atalanta nie zmieniła jednak zdania po drodze do domu. Sądząc po chichotaniu, które dochodziło z miejsca, w którym usadowiła się na dachu ze swoim boskim elektronicznym trenerem, na szczęście się na to nie zanosiło.
- No dobra, pasy zapięte? W takim razie jesteśmy gotowi do drogi na południe! – Leo wyszczerzył do niej zęby, a Reyna zauważyła, że szeroki uśmiech stawał się dla niej na to coraz bardziej odruchową odpowiedzią…
- Zaraz, na południe? – Thalia zmarszczyła brwi, zaniepokojona. W oka mgnieniu radosny spokój, który rozświetlał jeszcze przed chwilą jej oczy, zastąpił ponury woal przewidywanego zagrożenia, niebezpieczeństwa, które wyraźnie utożsamiała z tamtym kierunkiem podróży… Reyna sama nie czuła się najlepiej, zbliżając się tak blisko do tamtego miejsca, ale czy mogło tam na nich czekać coś jeszcze poza starymi, nie gojącymi się nigdy do końca ranami..?
- Czyha tam na nas coś groźnego, tak? – zapytała wprost Rzymianka, gładząc bezmyślnie pochwę, która skrywała zimną klingę z metalu nie tak dobrze znanego niestety jej i jej zmysłom wojownika, jak cesarskie złoto... Leo wiercił się niespokojnie na swoim miejscu, gapiąc się pytająco to na nią, to na ich stojącą wciąż u boku spiżowego smoka przyjaciółkę.
Po chwili zastanowienia, Thalia uśmiechnęła się lekko i machnęła ręką, zarzucając na głowę kaptur, gdy jej niesforne kosmyki wzburzył lekki wiaterek nadchodzącego świtu. Niebo zmieniało powoli barwę z granatowej, przez fioletową, aż do odcieni różu, niewątpliwie zwiastując rychły początek kolejnego gorącego dnia w mieście, w którym mieli zatrzymać się tylko na parę chwil, a te jak zwykle przedłużyły się w godziny wypełnione walką o przetrwanie, ale też dodającym sił spotkaniem z sojusznikami – ot, zwyczajny dzień w niezwykłym życiu herosa!
- To nic konkretnego, kilka pogłosek o tajemniczych zniknięciach i takich tam… - córka Zeusa próbowała zbyć całą sytuację własną lekceważącą postawą, ale nie była w stanie ukryć do końca iskierki powagi wciąż lśniących ponuro w jej ukrytych już teraz w cieniu oczach. – Po prostu… Uważajcie na siebie.
- Za siebie nie poręczę, ale ta pani, o tu – Leo wskazał kciukiem na dziewczynę za swoimi plecami – Z nią na pewno nie zginę, prędzej ona sama mnie w końcu wykończy! – roześmiał się, a Reyna pokręciła tylko głową, zbyt zmęczona przepychankami słownymi z Atalantą żeby się mu tym razem odgryzać.
Odwróciła się przed siebie dopiero wtedy, kiedy obóz Łowczyń zmienił się w maleńką kropeczkę wśród krajobrazu, który zostawiali za sobą, szybko przemieszczając się w kierunku nowej nieznanej, a wschodzące słońce pieściło przyjemnie ich twarze, zanim jeszcze nabrało wystarczająco dużo sił, by parzyć.
Żadne z nich nie mogło wtedy myśleć o tamtej jednej jedynej linijce starej przepowiedni, która się nigdy nie spełniła…
Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie…
ZJeM, 20.10.15-16.08.16
Od ZJeM:
Zgadnij kto to? No komu mogłoby tyle zająć napisanie kolejnego rozdziału swojej historii, co? Czasem trudno się zmusić do fabularnego wysiłku umysłowego, zwłaszcza, kiedy nie czuje się presji ze strony wyczekujących czytelników, haha!
Ale jestem. I kiedyś, w przyszłości, wrócę do Was z kolejną częścią wyprawy. Radzę zapiąć pasy, bo powinno się zrobić naprawdę gorąco… ;)
Dzięki za czytanie i niesłabnącą cierpliwość!
