Niebotyczny, pulsujący pod czaszką ból powoli wyciągał Eris z omdlenia, kiedy ścierpniętymi ramionami próbowała rozpoznać swoje otoczenie. Szorstkie, nieprzyjemnie pachnące prześcieradło i przytłumione światło pod powiekami zdawało się całkiem obce, a kiedy otworzyła oczy, napotkany widok pewnie wyrwałby przekleństwo z jej gardła, gdyby nie było tak wyschnięcie, że nawet oddychanie sprawiało ból. Zamrugała, rozglądając się na wpół przytomnie. Pomimo przykrywającej wzrok mgiełki otępienia zdołała dostrzec, jak sterylne, malutkie pomieszczenie, w którym się znajdowała, aż nazbyt przywodzi na myśl celę. Ta ciasnota wraz z przytłumionym światłem i szarością kamiennych ścian przyprawiły Eris o nieprzyjemny, klaustrofobiczny lęk, jakby zaraz pokój miał zacząć się wokół niej zaciskać. Zimny dreszcz przebiegł po odkrytej skórze nóg, gdy bose stopy dotknęły betonowej podłogi. Przynajmniej nadal miała na sobie własne ubrania. Podarte, zabrudzone krwią i zmięte, ale własne. Tłumiąc przerażony jęk, podniosła się z twardej pryczy.

Cela była pozbawiona jednej ściany – zamiast niej od kolejnego pomieszczenia odgradzała Eris tylko gruba warstwa szkła. Nie mogła dokładnie zobaczyć, co znajdowało się dalej przez brak odpowiedniego oświetlenia, ale zdołała dostrzec błysk metalowych stolików i narzędzi chirurgicznych. Przełknęła odruch wymiotny, powoli podchodząc do szyby.

Czemu szkło? Dlaczego okno zamiast lustra weneckiego? Chcieli ją przerazić? Pokazać, co zrobią, jeśli od razu nie pójdzie na współpracę? A może składali tym obietnicę? Pytania kotłowały się w jej otępiałym umyśle, a zacisk na gardle wciąż wzrastał na sile. Słyszała o eksperymentach na mutantach i choć wielu sądziło, że umarły wraz z zamknięciem Traska, czuła, że to nie mogło być całkowitą prawdą – a teraz dowód miała tuż przed oczami.

Pospiesznie zaczęła rozglądać się po ocienionej sali z ledwie bijącą w sercu nadzieją na odnalezienie wyjścia lub jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Jednak drzwi były całkiem poza zasięgiem wzroku Eris, zaś oddzielająca celę szyba nie posiadała żadnej skazy prócz licznych zarysowań. Od wewnątrz. Oddech uwiązł jej w gardle, a wtedy półmrok sali rozproszyły promienie gdzieś z lewej strony. Zaraz potem lampy naścienne ożyły ostrym, białym światłem, oślepiając Eris na krótką chwilę.

Cofnęła się, odruchowo mrugając i zasłaniając twarz dłońmi. Gdy w końcu podniosła wzrok, przed szybą stał mężczyzna w kitlu. Niski i szczupły, o młodej twarzy. Wyglądał jak miły doktor z przechodni i tylko stalowe, twarde oczy zdradzały, że do takiego było mu daleko. Cóż, oczy i wibrująca od niego, chora fascynacja. Radość, ciekawość i ekscytacja wypływały z niego strumieniami spod przykrywki sympatycznej, spokojnej persony. Zacisnęła wargi, czekając na jego ruch.

Delikatne szczypnięcie zaskoczenie zabarwiło aurę mężczyzny. Uniósł brwi.

- Nie zapytasz, gdzie jesteś? Kim jestem? – zaczął łagodnie. Nie spuszczała wzroku z szarych oczu. Musiała się skupić, musiała… - Dlaczego tu jesteś? – kontynuował.

Zawahała się, ważąc w głowie odpowiedzi.

- Nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć – powiedziała w końcu. – Poza tym, prawdopodobnie sam mi powiesz. Przedstawisz łzawą historyjkę o wyższym celu, o tym, jak przysłużę się wielkiej sprawie i że to nic osobistego. Wyglądasz na ten typ.

Kolejne uszczypnięcie zaskoczenia. I coś na kształt rozbawienia.

- Tak, to prawda, rozgryzłaś mnie – przyznał. – A skoro już zdajesz sobie z tego sprawę, wiesz też, że będzie lepiej, jeśli… pójdziesz na współpracę.

- Czemu miałabym? I tak mnie zabijecie.

Pochylił głowę, jakby w geście przeprosin. Nawet nie mrugnąwszy, pociągnęła za niewidoczne dla nikogo innego poczucie winy i skruchę, a w stalowych oczach pojawił się nowy błysk. Dokładnie tak, jak chciała.

- Nie mamy wyjścia. Do badań potrzebne nam jest wszystko, co możemy zdobyć. – Zawahał się, nagle zdając sobie sprawę, że irracjonalnie próbuje się tłumaczyć. Odchrząknął. – Proces będzie łagodniejszy, jeśli nie będziemy musieli ze sobą walczyć, Eris. – Wzrokiem powoli zmierzył jej sylwetkę. – Mogę sprawić, że nie poczujesz bólu…

Ponownie musiała zdusić odruch wymiotny, nawet jeśli nie miała za bardzo czego zwrócić. Serce i żołądek podchodziły jej do gardła na samą myśl, co mógł insynuować. Musiała działać. Przestąpiwszy z nogi na nogę, wzbiła wzrok w jego zimne oczy i skupiła się całkowicie tylko na nim.

- Przyszedłeś na mnie eksperymentować?

Pokręcił przecząco głową.

- Zabrać cię do innego miejsca, gdzie rozpoczniemy.

- To tutaj wam nie wystarczy? – Uniosła brew. Pomieszczenie za szybą było aż nazbyt dobrze wyposażone, w rogu stała nawet przesuwana kozetka. W odpowiedzi otrzymała jednak niewielki uśmiech.

- To nie sala, gdzie wykonujemy naszą pracę. Moi zwierzchnicy chcieli dodatkowego efektu. Bzdura, jeśli mnie zapytasz o zdanie.

Zdławiła gorzkie parsknięcie. Niepewnie śledząc wzrokiem rysy na szybkie, odsunęła się powoli od szkła. W końcu westchnęła i pozwoliła mięśniom na rozluźnienie. Choć pozorne, dla niego nie było widać różnicy.

- Więc na co czekasz? Zabierz mnie stąd – powiedziała cicho, głosem niemal śpiewnym, by na sam koniec wbić wzrok w oczy mężczyzny i uwięzić go w swoim szachu. Nawet nie wiedział, kiedy wpadł.

Przez chwilę przyglądał się tej młodej kobiecie z ciekawością, nieświadom, że przez cały czas pociągała za delikatne niczym pajęczyna nitki, by doprowadzić do tej właśnie sytuacji – i dopięła swego. Ciche parsknięcie rozbawienia uciekło z gardła doktora. Podszedł do panelu po swojej prawej, obok szyby, a zaraz potem ta odsunęła się z cichym sykiem. Stalowe oczy spojrzały na Eris wyczekująco. Wyszła powoli, ostrożnie, skanując otoczenie nie tylko wzrokiem.

- Jesteśmy tu sami? – zapytała ledwie dosłyszalnie. Dłonie trzęsły jej się niemiłosiernie, ale z całych sił starała się nie poddać narastającej panice. Nie, gdy była już tak blisko…

Zawahał się i wtedy powietrze rozerwał trzask wyrywanych z zawiasów drzwi. Doktor padł na ziemię wraz z hukiem wystrzału, a przed jej oczami znów pojawili się zamaskowani mężczyźni. Poczuła znajome ukłucie, nim zdołała choćby jęknąć z zawodu. Potem obraz zaczął rozmazywać się przed oczami Eris i po raz kolejny osunęła się w czerń.

Ryk silników wypełniał kabinę odrzutowca, mieszając się z cichym dźwiękiem tasowanych kart. X-meni siedzieli w ciszy, a prócz początkowego omówienia misji nie zamienili już więcej ani słowa. Logan jak zwykle trzymał między wargami zapalone cygaro – wcześniej totalnie zignorowawszy ostrzeżenia i prośby Hanka – i co jakiś czas kręcił się na swoim miejscu, niezadowolony z obcisłego kostiumu, w jaki kazali mu się wciskać na każdą misję. Co jakiś czas zerkał to na jednego, to na drugiego z pozostałych mężczyzn, zawsze jednak wracając wzrokiem do sylwetki Gambita. Nie uszło jego uwadze, jak pomimo luźnej pozy nerwowo poprawia kasztanowe kosmyki lub spoczywający na nich kapelusz. Zdawał się też całkowicie nieświadom spojrzenia niższego towarzysza – albo bardzo dobrze je ignorował. Przynajmniej nie musiał biegać w obcisłym wdzianku jak reszta z nich, pomyślał Wolverine.

W końcu to Alex wykonał jakiś ruch. Wstał i skierował się do kokpitu, zapewne by wywiedzieć się od sterującego maszyną Hanka, ile jeszcze zostało im do celu. Gambit nawet nie drgnął, posyłając mu tylko krótkie spojrzenie spod ronda.

- Zawsze tak się nimi bawisz, gdy się stresujesz, Gumbo? – mruknął Logan, by przykuć uwagę Remy'ego. Ten uśmiechnęła się lekko, ale nie zaprzestał.

- Stary nawyk, mon ami, trudno się powstrzymać. – Karty na chwilę zamilkły w sprawnych dłoniach, a pomiędzy palcami zabłysła jedna z nich. Logan delikatnie uniósł brwi, jednak nie zdążył zapytać. Królowa Serc wróciła do talii i dźwięk tasowania znów wypełnił powietrze.

- Na pewno chcesz wejść tam sam? – zapytał po chwili, uważnie śledząc reakcję Cajuna.

- Czyżbyś się o mnie martwił, Wolverine? – odparł Remy, podniósłszy na niego rozbawiony wzrok czerwonych oczu. Logan parsknął cicho.

- Chciałbyś, Cajun. Profesor nie byłby zadowolony ze strat…

- Tak, tak, oczywiście, nie może sobie na nie pozwolić. – Skinął ze zrozumieniem, znów manewrując pojedynczą kartą między palcami. Wydawał się głęboko pogrążyć w myślach, nim dodał: - Muszę wejść sam. Większe szanse na opóźnienie alarmu.

- Ale nie stuprocentowe.

Remy potrząsnął głową.

- Nigdy takie nie są, zbyt wiele możliwości. W najlepszej z nich wychodzimy bez szwanku i bez alarmu, w najgorszej… - Wzdrygnął się wyraźnie. – Złapią nas wszystkich. Obie są wysoce nieprawdopodobne, ale jednak możliwe.

- Więc co, wybierasz najkorzystniejszą?

- Można tak powiedzieć, choć nigdy nie mogę być pewny, że wybrałem dobrze. To skomplikowany proces, mon ami, czasem bardziej dezorientujący niż wyjaśniający. – Zamilkł z niewielkim uśmiechem w stronę Logana, po czym wrócił do spoglądania w karty. Po raz kolejny ten sam wzór rozbłysnął pomiędzy innymi. Wolverine zmarszczył brwi, równie zirytowany co ciekawy.

- Zobaczyłeś coś jeszcze. – Bardziej stwierdził, niż zapytał. Gambit nie wydawał się zaskoczony.

- Tak, zobaczyłem… - przyznał cicho, karty zamilkły w jego dłoniach i w powietrzu rozeszła się dziwna, jakby napięta oczekiwaniem atmosfera. Logan uniósł brew.

- I co zobaczyłeś?

Nie, żeby lubił się wtrącać. Zazwyczaj nic go nie obchodziły rozterki innych, ale zdążył już polubić tego pokerzystę, a dar Remy'ego był zdecydowanie bardziej niż niezwykły. Kierowała nim czysta ciekawość. Tak przynajmniej to sobie tłumaczył.

- Raczej kogo, mon ami – odparł Gambit, niewielki uśmieszek znów zabarwił jego wargi w ten specyficzny, zadowolony sposób, w oczach jednak krył się niespotykany cień. – Od lat widywałem ciągle tę samą postać, niewyraźną, odległą, jakby tylko czekała na odpowiedni moment… - Twarz mu nieco zrzedła podczas mówienia. Westchnął, przesuwając palcami po krawędzi kart. – Nigdy nie starałem się jej szukać, ale ciągle powracała pomiędzy innymi wizjami. Dzisiaj też ją ujrzałem.

- I to po nią lecimy? – Logan prawie parsknął, a jednak czuł, jak zadziwienie obejmuje jego umysł.

- Możliwe – odparł Remy dziwnie bez wyrazu, wracając do tasowania kart.

- Jak to możliwe? Nie wiesz, po kogo lecimy?

- Pojawiała się nieregularnie. Nie mam pewności, czy to znów nie jeden z tych nieznaczących urywków. Nigdy nie zobaczyłem jej twarzy… - Zamilkł, nieznacznie zaciskając wargi, a Logan przez chwilę pozwolił sobie poczuć się winnym zepsucia humoru Gambita. Znów zakręcił się na swoim siedzisku w próbie poprawienia kostiumu.

- To wiesz chociaż, po kogo lecimy? – zagadnął znów, zerkając na Remy'ego uważnie. Pokerzysta uśmiechnął się lekko pod nosem.

- Po damę w potrzebie, oczywiście.

- Odkrywcze, Cajun – parsknął Logan lekko zirytowany – wiesz coś więcej czy będziemy się musieli sami przekonać?

- Tylko tyle, że jeśli się nie pospieszymy, trafi na stół i nie będziemy mieli czego zbierać – odparł z westchnieniem.

- Świetnie… - burknął w odpowiedzi i ponownie oboje zamilkli.

Po chwili Alex wrócił, posyłając obu krótkie spojrzenie niebieskich oczu, w których lśniło coś bliżej nieokreślonego. Remy zakładał, że Summers najzwyczajniej w świecie nie czuł się przy nich zbyt komfortowo – za co nie mógł mu się dziwić – albo zdołał usłyszeć część rozmowy.

- Za pięć minut będziemy na miejscu – oznajmił tylko, po czym wrócił na swoje miejsce po prawej od Gambita.

Cisza znów zapanowała między mutantami, napięta i pełna oczekiwania, ale nie na tyle ciężka, by przygniatała swoją obecnością. Gdy Hank w końcu posadził odrzutowiec w bezpiecznej odległości od ukrytej bazy, podnieśli się, gotowi do akcji. Klapa otworzyła się, ukazując ciemniejący, lesisty krajobraz. Gambit zawahał się na sekundę, po czym ściągnął kapelusz i odłożył go na siedzisko. Ignorując uniesioną brew Logana, wyszedł na polanę pełną polnych kwiatów i zewsząd otoczoną wysokimi, liściastymi drzewami. Gdyby nie wisząca nad ich głowami misja, mógłby uznać to miejsce i klimat za całkiem romantyczny.

Poprawił płaszcz na ramionach, po raz ostatni sprawdzając, czy karty i złożony kij znajdowały się na miejscu. Wtedy dopiero odwrócił się do towarzyszy i rzucił niemal wesoło:

- Wchodzicie, gdy rozlegnie się alarm, nie wcześniej, oui?

- Znamy plan, Gumbo, prowadź. Ponoć nie ma czasu do stracenia – wyburczał Logan na swój gburowaty sposób.

- Oui, mon ami – potwierdził z uśmiechem – ma dame czeka na ratunek.

I z tymi słowami wszedł pomiędzy drzewa, a Wolverine ściągnął brwi, zastanawiając się, czy Remy nie ukrył przed nim czegoś istotnego. Albo kogoś.