Rozdziały mogą zacząć pojawiać się troszkę rzadziej - przepisywanie to naprawdę niewdzięczna robota... Zachęcam do pozostawiania opinii i zapraszam do czytania kolejnej części przygód Gambita! Czy w końcu spotka widmo z wizji? Przekonajcie się sami ^^

Subtelna zmiana energii w budynku nie od razu przykuła jej uwagę. Otumaniona środkami uspokajającymi nie była w stanie utrzymać swoich barier, ale równocześnie widziała i czuła wszystko jak z rozmytą ostrością, odlegle i niewyraźnie. Zazwyczaj uznałaby to za zaletę, teraz jednak przeklinała, że nie jest w stanie rozszerzyć zasięgu empatii i określić, ile dokładnie osób znajdowało się w pomieszczeniu. Czymkolwiek nafaszerowali Eris, ograniczyło to jej umiejętności do minimum. Nie, żeby byli tego świadomi. Mimo to nadal potrafiła określić ogólną atmosferę i delikatne wahania – tylko że nie od razu zdawała sobie z tego sprawę. Dopiero gdy poczuła nagłe i całkiem niespodziewane szarpnięcie silnej, ciepłej energii na granicy wyczuwania, wyrwała się z letargu.

W pomieszczeniu za szklaną ścianą celi też nastąpiła zmiana. Dwie dotąd spokojne aury strażników ukuł niepokój i zaalarmowanie, po czym w powietrzu rozległy się stłumione odgłosy walki. Dokładnie w tym samym momencie, gdy do środka wszedł posiadacz niezwykłej aury.

Eris podniosła się z twardej pryczy i ostrożnymi kroczkami podeszła do szkła. Przycisnąwszy dłoń do szyby próbowała dojrzeć, co się dzieje, jednak z tego miejsca nie miała szansy zobaczyć wejścia. Emocje strażników szybko wygasły, jedna po drugiej, mimo to dalej czuła ciepłotę ich ciał i wiedziała, że żyją. Wypuściła powietrze w cichym westchnieniu zadziwienia i wtedy w jej polu widzenia pojawił się mężczyzna. Bardzo nietuzinkowy, musiała przyznać. Aura kolorów buzowała wokół jego sylwetki, wibrując zadowoleniem i niepokojem równocześnie, a była tak wyrazista, że prawie sapnęła z wrażenia. I pozwoliła sobie na niewielkie ukłucie nadziei, całą sobą chłonąc energię, którą emanował.

Gdy przybysz skończył szybkie rozeznanie pomieszczenia, jego wzrok w końcu padł na Eris. Sapnęła, w szoku wciągając powietrze do płuc. Te oczy… Mogła je dojrzeć idealnie nawet w półmroku. Czerwone, błyszczące tęczówki w czarnej oprawie zamiast białek, lśniące jak dwa rubiny w ciemności. Utknęła w ich niespotykanej głębi – jakby role się odwróciły i już nie ona była tą, która hipnotyzowała swoje ofiary. Nim chociaż mrugnęła, niewielki uśmieszek wykwitł na jego pełnych wargach.

- Nawet nie wiesz, jak dobrze zobaczyć, że nie zdążyli zbytnio cię uszkodzić, ma belle – wymruczał niskim, przyjemnym dla ucha głosem, który spłynął po jej ciele ciepłem niczym gorąca czekolada. Nawet pomimo przytłumiającej dźwięk szyby.

Podszedł krok bliżej, na co odruchowo się cofnęła, chwiejąc nieznacznie. Uśmiech zniknął z jego przystojnej, przyprószonej ledwie widocznym zarostem twarzy. Uniósł dłonie.

- Nie jestem tu, by cię skrzywdzić, cherie – powiedział spokojnie, podchodząc powoli i ostrożnie, jakby była dzikim zwierzęciem w klatce. – Właściwie to zamierzam wyciągnąć cię z tej klitki i zabrać w bezpieczne miejsce. I jestem jak ty.

Wibrująca wokół niego aura niemal krzyczała do Eris, że mówił całkiem szczerze, a jednak nie mogła powstrzymać się od odruchowej nieufności. Było w nim coś niebezpiecznego, ukrytego pod zewnętrzną warstwą, niewidocznego na pierwszy rzut oka, i choć niekoniecznie niebezpiecznego akurat dla niej, ciągle dryfowało na obrzeżach wyczuwania. Nie wspominając już o tym, jak bardzo pragnęła zatopić się w jego energii i poczuć ją całą sobą. A to – to było niebezpieczniejsze niż cokolwiek, czego nie potrafiła dostrzec.

Nim zdecydowała się na odpowiedź, pozwoliła sobie prześledzić wzrokiem wysoką, smukłą sylwetkę. Sposób, w jaki płaszcza opinał się na szerokich ramionach, a długie kosmyki opadały na nie w nieładzie, lśniące i gładkie, choć splątane. Iskra zadowolenia zabłysła w jego aurze, jakby wiedział, że właśnie podziwiała widoki. Odetchnęła, prostując się nieco.

- Wiem – odparła w końcu – i wierzę ci. – Dziękowała w duchu nie raz, że potrafiła również wyczuć, czy ktoś był mutantem. On na pewno był. Wskazała na swoją lewą stronę. – Tam obok powinien być panel sterujący celą. Pójdę z tobą, ale jeśli spróbujesz na mnie jakichkolwiek sztuczek…

- Tylko na tych, którzy staną nam na drodze, ma belle – oznajmił niemal wesoło, zyskując tym sobie bliżej nieokreślone mruknięcie ze strony Eris. Rozpracowanie panelu zajęło mu zaledwie chwilę, w której mogła zastanowić się, dlaczego tak się do niej zwracał. Po paru dniach w celi nie mogła wyglądać najlepiej, brudna, spocona i niebotycznie zmęczona; wolała nawet nie myśleć, jak wielkie ma worki pod oczami. Może w ten sposób już na starcie próbował sobie zaskarbić jej sympatię, pomyślała ze zwątpieniem, a może tak po prostu miał; wydawał się w tym całkowicie naturalny.

Szklana ściana rozsunęła się z sykiem i tajemniczy mężczyzna znów pojawił się w polu widzenia, kurtuazyjnie podając Eris dłoń.

- Ma dame? – Uśmiechnął się czarująco, jakby wcale nie byli w środku wrogiej placówki, z której powinni czym prędzej uciekać. Uniosła brwi, choć nie zdołała powstrzymać drgnięcia kącików własnych warg.

- Eris wystarczy, monsieur – mruknęła nieco niższym głosem, który zawsze podobał się mężczyznom, i podała mu dłoń. Uniósł ją do swoich uśmiechniętych ust, składając na knykciach lekki niczym muśnięcie pocałunek. Iskry przebiegły po skórze Eris na wskutek ledwie zaistniałego kontaktu.

- Dla ciebie Remy, ma cherie, przyjemność po mojej stronie.

Ponownie poczuła się uwięziona w tych niezwykłych oczach, tylko połowicznie świadoma efektu, jaki na nim wywoływała. Gambit sam nie potrafił oderwać od niej wzroku, zapatrzony w głębię czarnych, bezdennych tęczówek, oddzielonych od źrenicy tylko pierścieniem płonącego fioletu. I nawet w takiej chwili nie mógł się powstrzymać od myśli, jakby wyglądały w chwili uniesienia. Czy fiolet pochłonąłby całą tęczówkę, czy może stałyby się całkiem czarne? Gdy tylko wizja rozkwitła w umyśle Remy'ego, a przez ciało przeszedł przyjemny dreszcz, coś zabłysło w jej spojrzeniu. Nim jednak którekolwiek z nich zareagowało, w korytarzu rozbrzmiały ciężkie kroki.

- Merde!

Poderwał się do pionu, bez wahania chowając Eris za sobą i równocześnie sięgając do kieszeni. Drzwi rozwarły się z hukiem, a w wyrwie stanęli uzbrojeni po zęby strażnicy. Nim zdołali ich choćby dojrzeć, Remy wyciągnął dwie karty i posłał w ich stronę. Kolejny huk wstrząsnął pomieszczeniem, znacznie potężniejszy niż poprzedni, i karty eksplodowały w fioletowym blasku. Eris patrzyła z zadziwieniem, jak wybuch powala wszystkim naraz.

- Wow…

- Doceniam, cherie. – Gambit ponownie chwycił jej dłoń, badając twarz uważnym, nieco zatroskanym spojrzeniem. – Dasz radę biec?

- Jakiś czas, tak. Myślę, że tak.

Skinął i bez zbędnego gadania ruszył przez wyważone drzwi sobie tylko znaną ścieżką. Eris, nieco bardziej ożywiona, w końcu była w stanie wyczuć, że atmosfera w całym budynku zmieniła się znacznie. Gdy tylko o tym pomyślała, w powietrzu rozbrzmiał przeszywający alarm. Remy nawet nie mrugnął, prąc dalej i zatrzymując się jedynie, by sprawdzić dalszy odcinek korytarza. Kilku nieszczęśników, którzy napatoczyli się po drodze, spotkał ten sam los co pierwsze ofiary wybuchowych kart. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy Eris poczuła, że traci oddech, a nogi się pod nią uginają. Zaklęła cicho w duchu. Gdyby nie te głupie środki, podobny wysiłek byłby niczym. Spleciona z jej własną dłoń zacieśniła się, a Remy posłał Eris krótkie spojrzenie przez ramię. Wtedy właśnie wpadli do większego pomieszczenia, tak samo jak korytarz i jej cela o ścianach z ciemnego, chłodnego kamienia, jednak ze znacznie większą ilością ludzi w środku. Pięciu dobrze uzbrojonych mężczyzn.

Gambit pchnął Eris za szafę, równocześnie posyłając kartę w stronę dwóch przy stoliku, nim zdołali ich zauważyć. Trzech stojących bliżej wejścia sięgnęło po broń, jednak w dłoni Remy'ego już pojawił się długi, lśniący metalicznym i fioletowawym blaskiem kij. Gdy uderzył jednym końcem w posadzkę, powalając wszystkich potężną falą energii, Eris zdołała jakimś cudem wyczuć kolejne zagrożenie, nim drzwi z przeciwka otworzyły się z hukiem. Bez namysłu skoczyła przed zajętego pozostałymi Remy'ego. Pochwyciwszy aurę pierwszego mężczyzny w żelazny ucisk, skupiła na nim całą swoją uwagę.

Energią zaczęła opuszczać ją wartkimi strumieniami, jednak zacisnęła zęby i nie puściła. Za plecami ciągle czuła ciepłą, pulsującą wibrację i tylko ona pozwoliła jej zmusić strażnika do swojej woli. Odwrócił się na pięcie, wymierzają kamratowi solidnego sierpowego i powalając go nieprzytomnego na posadzkę, po czym sam padł uśpiony cichym rozkazem.

- Jak ty… - zaczął Remy, dobiwszy już dawno pozostałych, jednak Eris zachwiała się niebezpiecznie.

- Jestem jak ty, zapomniałeś, cher? – wydyszała i zatoczyła się, wprost w ramiona Gambita.

Złapał ją bez wahania i zaklął w duchu. Gdzie oni…

- LeBeau, jesteś tu? – rozległ się głos Logana i do środka wpadli dwaj mutanci.

- No w końcu, dłużej się nie dało? – syknął, biorąc młodą kobietę na ramiona. – Merde! Musimy szybko zwiewać, nie jest dobrze.

- Daj mi ją – zaoferował Wolverine. Remy zawahał się, podświadomie nie chcąc tracić jej ciepła. – Twoje karty bardziej nam się przydadzą, a ja uniosę ją bez problemu. Dalej, Cajun, nie ma czasu.

W końcu skinął, pozwalając, by Logan wziął Eris na ręce. Wszyscy razem wybiegli znów w labirynt korytarzy, w których kolejni strażnicy próbowali bezskutecznie ich powstrzymać. Fakt, że najwyraźniej chcieli odzyskać Eris żywą – i pewnie przy okazji ich pojmać – dał im niewielką przewagę, której potrzebowali, by kilka minut później wypaść na zewnątrz z podobnej do opuszczonego zamku bazy. Zawaliwszy za sobą przejście pociskiem energii Alexa, już bez większych przeszkód dotarli na znajomą polanę. Hank czekał na nich w środku odrzutowca, odpalając silniki, gdy tylko ujrzał ich sylwetki. Wbiegli, nawet nie oglądając się za siebie.

- Wszystko gra? – zawołał Hank z kokpitu.

- Mamy ją – odparł lekko zdyszany Alex.

- Całą?

- Tak wygląda.

Logan ułożył Eris na siedziskach, od razu ustępując miejsca Gambitowi. Długie palce pokerzysty odgarnęły grube kosmyki z czoła młodej kobiety, gdy przykląkł przy jej głowie, szukając jakichkolwiek obrażeń. Prócz niemal trupiej bladości i cieni pod oczami wyglądała jednak na całą i nieuszkodzoną.

Odetchnął, pozwalając sobie na niewielkie odprężenie. Wtedy okolone gęstymi, ciemnymi rzęsami powieki zamrugały, a czarno-fioletowe oczy rozwarły się w szoku.

- Hej, hej, spokojnie, cherie, jesteś bezpieczna – powiedział łagodnie, delikatnie ujmując jej brodę i skierowując na siebie. Gdy skupiła na nim wzrok, coś na kształt obawy i troski zabłysło w niezwykłej głębi jej oczu.

- Jesteś… cały? – wydyszała ledwie dosłyszalnie, wiążąc swoje spojrzenie z jego. Przyjemne ciepło zacisnęło się na piersi Remy'ego, gdy dostrzegł tak wyraźną troskę na twarzy praktycznie nieznanej mu kobiety. Uśmiechnął się nieznacznie, a delikatny dotyk palców przesunął z brody na wysoką kość policzkową.

- Nawet niedraśnięty, ma belle, i to dzięki tobie – odpowiedział prawie półgłosem, jakby przeznaczał to tylko dla jej uszu. Twarz Eris od razu pojaśniała, tracąc zmartwiony wygląd dla ulgi, która wydała mu się niezwykle słodka.

- To dobrze. – Odetchnęła, ponownie odpływając w nieświadomość. Póki to jednak nastąpiło, ostatnie słowa słabo opuściły blade usta. – Nie idź nigdzie… daleko…

Remy zamarł, jakby poraziła go piorunem.

- Nie mam zamiaru, cherie…

I z tym odpłynęła całkiem. Na chwilę wcześniej miał wrażenie, że jeszcze zdołał dojrzeć cień zadowolonego uśmiechu, jednak równie dobrze mógł go sobie wyobrazić.

W zamyśleniu prześledził wzrokiem sylwetkę Eris, dostrzegając ponownie, że jej ołówkowa spódnica została całkiem rozdarta z jednej strony, odsłaniając w pełni długie nogi, a koszula miała podarte rękawy i nosiła wyraźne ślady pyłu na jasnym materiale. Skrzywił się nieznacznie, próbując nie myśleć, do czego mogli się posunąć i czy się odważyli. Nawet nie był pewny, czy powinien cieszyć się, że nie ośmielili się jej tknąć na tyle, by zmienić ubrania, czy pozwolić sobie na silną furię, co tak podarta garderoba sugerowała… Wzdrygnął się, zsuwając z ramion płaszcz.

- Jak zareagowała? – dobiegł go niespotykanie głęboki głos Alexa, gdy delikatnie nakrywał sylwetkę kobiety skórzanym okryciem. Westchnął i nagle znieruchomiał, marszcząc brwi.

- Zadziwiająco… spokojnie – przyznał.

- Więc raczej nie pozwolili sobie na nic więcej. Wyluzuj, Gumbo – burknął Logan.

Mruknął pod nosem bliżej nieokreślonym dźwiękiem, ale skinął, sadowiąc się na miejscu zaraz obok głowy mutantki. Wolverine zawsze brzmiał nieco gburowato, nawet jeśli intencje miał szczere, zdołał się już do tego przyzwyczaić.

- Więc… o czym mówiłeś? – Gambit uniósł brwi pytająco. – Z tymi niedraśnięciem dzięki niej. Potrzebowałeś pomocy? – ton Logana pod koniec nabrał kpiącej nuty, jednak to ciekawość głównie stała za jego słowami.

- Wpadliśmy na grupkę maruderów. Nic trudnego, zdjąłem ich bez większych problemów, ale gdy byłem zajęty, pojawili się kolejni. – Oczy utkwione miał w twarzy Eris, choć trochę nieobecne. – Nie zdążyłbym umknąć na czas, co najmniej jedna kula na pewno sięgnęłaby celu, ale jakimś cudem ona weszła na linię strzału i nagle nie celował już we mnie. Obezwładnił drugiego strażnika i zemdlał, przynajmniej tak mi się wydaje.– Przeczesał swoje splątane, przydługie kosmyki palcami. Nadal czuł pod nimi chłód jej skóry. – Cokolwiek zrobiła, wyczerpało ją na tyle, że sama też zemdlała. Resztę już znacie.

- Telepatka? – podsunął Alex po chwili, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w nieprzytomną kobietę. Remy wzruszył ramionami.

- Może…

- Przedstawiła się chociaż? – mruknął ponownie Logan, kurtuazyjnie postanawiając tym razem darowanie sobie kolejnego cygara. Odpowiedział mu krzywy, nieco zawadiacki uśmiech.

- Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, by się poznać…

- I chwała Bogu – wtrącił Wolverine – nie wiadomo, do czego by jeszcze doszło…

- Ale tak – kontynuował jakby nigdy nic, tylko nieco wyżej unosząc jeden kącik warg – imię zdołała podać. Eris. – Zerknął na nieruchomą sylwetkę z łagodniejszym wyrazem twarzy. – Zaraz potem nam przeszkodzono.

Logan skinął, odchylając się w swoim siedzisku, i już nie podjął tematu. Remy poświęcił mu ostatnie, krótkie spojrzenie, po czym przeniósł wzrok na sylwetkę wspomnianej mutantki. Stanowiła dość nietuzinkowy widok nawet wycieńczona i w podartych ubraniach. Miała w swojej aparycji i postawie coś, co przypominało mu o czasach arystokracji. Wyglądała jak kobieta z wysoko postawionego rodu, o ostrych, szlachetnych rysach i bladej, porcelanowej cerze, nieco tylko pozbawionej kolorów z wycieńczenia. Rozsypane wokół niej włosy stanowiły dla tego ładny kontrast – ciemne, grube loki, o innej barwie, niż początkowo myślał. W pierwszej chwili uznał je za czarne, upodabniające piękną, tajemniczą nieznajomą do figury pokroju wampirzej damy, jednak w ostrym świetle wewnątrz odrzutowca dojrzał, że błyszczały głębokim fioletem. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy mogły być naturalnej barwy, tak jak wyjątkowe oczy. Było w tej myśli coś kojącego, przyjemnego, a równocześnie skrajnie niepokojącego, czego źródła aktualnie nie potrafił umiejscowić w niczym konkretnym. Bez większego namysłu przeczesał gęste, fioletowe kosmyki, czując wyraźnie ich miękkość i gładkość nawet pomimo niekoniecznie najświeższego wyglądu. Niemal od razu poruszyła się nieznacznie, jakby poczuwszy delikatną pieszczotę.

Brwi Gambita powędrowały ku górze, a dłoń zamarła, zaplątana w ciemnych pasmach, jednak prócz tego drgnięcia Eris nie wykazała już żadnych oznak przytomności. Wtedy zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie po prostu zapadła w sen, by zregenerować zużytą energię. Niewielki uśmiech znów uniósł kąciki jego warg i przesunął kciukiem po gładkiej skórze jej policzka, rozświetlając opuszek fioletowawym blaskiem. Ciche, ledwie słyszalne westchnienia opuściło gardło śpiącej. Niemal od razu nachyliła się do ciepłego dotyku, jakby chcąc jeszcze bardziej się w niego wtulić. Nie potrafił zatrzymać zadowolenia, które zaczęło wypływać z niego gęstymi falami. Logan z naprzeciwka burknął coś pod nosem, teatralnie odwracając wzrok, jednak został całkowicie zignorowany. Remy z uśmiechem kontynuował pieszczotę, chłonąc widok wtulonej w jego dłoń kobiecej twarzy, pięknej, szlachetnej i tak bardzo bezbronnej. I po raz pierwszy zakiełkowała w nim nadzieja, że tym razem mógł zobaczyć w kartach coś znacznie, znacznie więcej.