Autorska notka: Ten i parę następnych rozdziałów to jeszcze krótkie "przerywniki", którymi chcę zbudować relacje między postaciami i zarysować odpowiednio każdy, ważny charakter (oraz pobawić się dialogami, bo Remy do tego jest idealny, cóż począć, nie da się oprzeć tej pokusie). Później przejdę już do ważniejszych akcji i zacieśniania więzów między naszymi bohaterami, yey! Zapraszam do czytania i zostawiania opinii!

Delikatne światło przebiło się przez jej powieki, by leniwie odgonić resztki snu. Eris poruszyła się nieznacznie, ledwie powstrzymując zadowolone mruknięcie. Czuła pod twarzą miękki w dotyku materiał puchatej poduszki i podobny, okrywający całą jej sylwetkę, tak zachowujący przyjemne ciepło, że aż kusił ponownym odpłynięciem w ramiona Morfeusza. Z cichym westchnieniem przesunęła dłonią po pościeli, ucieszona, że wreszcie leżała w zwykłym i to bardzo wygodnym łóżku. I wtedy to sobie uświadomiła. Porwanie, celę, tajemniczy ratunek i to niezwykłe, rubinowe spojrzenie w czarnej oprawie.

Powieki Eris zatrzepotały szybko, rozwierając się w szoku. Nim mogła zebrać jakąkolwiek składną myśl, rozejrzała się z przestrachem po pomieszczeniu. Czuła, że nie jest gotowa na kolejne zagrożenie – ani psychicznie, ani fizycznie tym bardziej. Pokój jednak prezentował się całkiem zwyczajnie. No, nie do końca. Wyłożone boazerią ściany i piękne drewniane meble przywodziły na myśl, że właściciel tego miejsca musiał być co najmniej zamożny, jeśli nie bogaty. Mimo to wnętrze wyglądało przytulnie i ciepło, bez zbędnego przepychu, którego można by się spodziewać.

Podniósłszy się na łokciach, zauważyła, że na stoliku przy łóżku stała taca z kanapkami i szklanka soku, tylko czekając na spożycie. Ciemne brwi powędrowały ku górze na ten widok, ale nim zdołała się dokładniej przyjrzeć, znajoma energia przeszyła jej ciało przyjemnym dreszczem i ciche pukanie rozległo się w dotąd panującej ciszy. Podciągnęła się na łokciach do pozycji siedzącej akurat na czas, gdy Remy otworzył drzwi i zajrzał do środka. Uśmiech rozjaśnił jego ostro zarysowaną twarz – o chyba najpiękniejszych, wysokich kościach policzkowych, jakie w życiu widziała – i wsunął się do środka z gracją kota.

- Dobrze spałaś, cher? – zapytał tym swoim niskim, delikatnie schrypniętym głosem, który od razu zaliczyła do swoich ulubionych.

W pierwszej chwili zawahała się przed odpowiedzią, jednak otaczająca go aura kolorów wibrowała zachęcająco, pełna zadowolenia, ale z przebłyskami troski, i tej dziwnej, niezidentyfikowanej energii, tak niesamowicie fascynującej.

Później, Eris, Później. Jeśli będzie jakieś później – pomyślała.

- Nie najgorzej – odpowiedziała, trochę zaskoczona chrypką w swoim głosie. Niemal namacalnie wyczuła ogarniające ją, ciepłe spojrzenie. – Gdzie jestem? – zapytała szybko, nim zdołałby rozproszyć ją jeszcze bardziej.

- W Szkole dla Utalentowanej Młodzieży Xaviera – odparł melodyjnie, jakby wypowiadał tę formułkę już wielokrotnie. Eris uniosła brew nieco sceptycznie. – To bezpieczne miejsce dla nas wszystkich, nie tylko uczniów. – Kąciki jego warg zaokrągliły się nieco bardziej ku górze, po czym uważne spojrzenie przesunęło się po kobiecej sylwetce, wywołując delikatny rumieniec na porcelanowej skórze. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że leżała pod kołdrą w samej bokserce, którą nosiła pod koszulą, i bieliźnie.

- Znajdziesz tutaj wszystko, czego potrzebujesz. Przynajmniej na razie – dodał, ciepła nuta nadała przyjemną wibrację głębokiemu głosowi. – Zjedz, odśwież się, cokolwiek potrzebujesz. Będę czekał w pobliżu, gdy już będziesz gotowa.

- Na co? – Zmarszczyła brwi.

- Charles, nasz gospodarz, chce poznać kobietę, którą uratowaliśmy i która teraz okupuje jeden z jego pokoi, cher – mruknął z pewnym rozbawieniem.

- No tak – odmruknęła, odwracając wzrok na krótką chwilę. – Ja… dziękuję – dodała nieco ciszej, miękko, na powrót lokując spojrzenie w lśniących oczach Remy'ego.

Cień przebiegł po jego twarzy, ale znikł, nim mogła rozpoznać źródło.

- Gambit do usług, cherie. – Skłonił się teatralnie, w nonszalancko kokietujący sposób, na który nie mogła się nie uśmiechnąć.

- Remy podoba mi się bardziej.

Czerwień jego tęczówek na chwilę rozpaliła się żywszym blaskiem.

- Mnie również, ma belle, zwłaszcza z twoich ust – niemal wymruczał, mrugając do niej zawadiacko. Parsknęła cichym śmiechem. – I choć wolałbym dotrzymać ci towarzystwa, dostałem jasne ostrzeżenie co do tego – łobuzerski błysk w rubinowej głębi był całkowicie jednoznaczny – znajdź mnie…

- Gdy będę gotowa, pamiętam – przerwała mu z rozbawieniem. – Postaram się wyglądać wtedy bardziej… odpowiednio.

Remy od razu wykrył, co kryło się pod jej słowami.

- Wyglądasz pięknie nawet teraz, cherie. – Może nawet zwłaszcza teraz, z rozrzuconymi, splątanymi kosmykami ciemnych włosów i tym różowym rumieńcem, jakby właśnie… Stop, Remy, nie teraz. – Będę czekać.

I z tymi słowami opuścił pokój, posyłając Eris ostatni, zadowolony uśmiech. Wtedy też jej brzuch zaburczał głośno, domagając się uwagi, więc już bez większego zahamowania sięgnęła po czekające jedzenie. Pozbyła się go w zawrotnym tempie, mrucząc z zadowolenia pomiędzy kęsami. Chociaż była sceptyczna co do słów Remy'ego, faktycznie chwilę później znalazła w łazience wszystko, czego mogłaby potrzebować. Swoich ubrań oczywiście nie dojrzała, jednak biorąc pod uwagę ich stan, nie mogła się dziwić. Zamiast tego na półce znalazła szarą, dopasowaną sukienkę z rozciągliwego materiału i parę płaskich butów, jako że jej własne dawno zaginęły, pewnie podczas samego porwania. Westchnęła z niezadowoleniem – naprawdę lubiła tamte szpilki.

Wchodząc zaraz pod prysznic, miała ochotę jęczeć z przyjemności. Woda zmywała cały brud, kurz i pot wraz ze strasznymi wspomnienia, równocześnie łagodząc zmęczone mięśnie oraz siniaki powoli rozkwitające na biodrach i żebrach. Była pewna, że minie sporo czasu, nim się ich pozbędzie. Zdała też sobie sprawę z przeszywającego bólu w ramionach, jednak z pewnym niepokojem nie potrafiła określić jego źródła. Mimo to bez pośpiechu korzystała z zalet prysznica, dokładnie skupiając jak najwięcej uwagi na włosach, którym wedle nieświadomych osób poświęcała zdecydowanie zbyt wiele czasu, i w końcu zakręciła kurek. Nawet nie przejęła się tym, ile mogło jej to zająć.

Rozczesując palcami wilgotne kosmyki, wyszła na korytarz, gdzie na samym jego końcu, oparty o parapet ogromnego, rzeźbionego okna stał zrelaksowany Gambit i tasował karty wprawnymi ruchami, jakby wcale tego nie zauważał. Wychwycił obecność Eris od razu, mimo że początkowo wydawał się głęboko pogrążony w myślach, a kłębek nerwów w jej piersi zacisnął się nieznacznie. Nagle z całą świadomością zdała sobie sprawę, że znalazła się w całkowicie obcym miejscu i wśród obcych ludzi. Intuicja jednak ciągnęła Eris w stronę mężczyzny o rubinowych oczach, więc jak zazwyczaj postanowiła zaufać przeczuciu.

Remy podniósł wzrok znad kart, które od razu zamilkły w jego dłoniach.

- Ach, cherie, wyglądasz oszałamiająco – powiedział, posyłając jej szeroki, znaczący uśmiech. Kąciki jej własnych warg również drgnęły ku górze. – Cieszę się, że pasuje… – Rubinowe oczy przesunęły się po kobiecej sylwetce i iskra zabłysła pośród feerii otaczających go barw. Tym razem bez płaszcza, w gładkiej koszuli o głębokim odcieniu fioletu i rozpiętej kamizelce prezentował się elegancko i prosto równocześnie, co luźno puszczone kosmyki mogły tylko bardziej komplementować. Z ich dwójki to raczej do niego użyłaby terminu „oszałamiający".

- Wybierałeś? – mruknęła cicho, delikatnie wyginając brew ku górze.

- Maczałem palce w wyborze, oui, ponoć mam do tego dobre oko.

- W pozbawianiu mnie poprzednich ubrań również? – Miało to zabrzmieć zaczepnie, jednak napiętej nuty nie zdołała zamaskować.

Choć wpierw parsknął cicho, uśmiech Remy'ego wraz z jego następnymi słowami tylko się poszerzył w sposób niemal grzeszny i gdyby nie ciepła, pocieszająca aura, mogłaby poczuć się nieswojo.

- Non, Raven mnie zastąpiła. Widzisz, wolałbym, by między nami nastąpiło to w przyjemniejszych okolicznościach. – Nachylił się nieco w stronę Eris i owionął ją przyjemny, nieco ostry zapach wody kolońskiej. Jak mieszanka przypraw, pikanterii i egzotycznej nuty cytrusów, coś, czego w życiu nie czuła i od czego bez problemu mogłaby się uzależnić.

Tym razem jej wargi wygięły się w kpiącym uśmieszku.

- Zawsze jesteś taki bezpośredni w uwodzeniu kobiet?

- Non – zaśmiał się – widać przy tobie, cherie, tracę wszystkie swe umiejętności. – Mrugnął do niej zawadiacko, po czym odepchnął się lekko od framugi i kurtuazyjnie podał jej swoje ramię. W odpowiedzi tylko parsknęła lekko, dobrze wyczuwając na półżartobliwy ton w całej ich rozmowie.

Jego aura działa na Eris w zupełnie niespotykany dotąd sposób. Miała ochotę zatopić się w niej i odkryć, dlaczego wydawała się tak ciepła, mocna i kusząca, a zarazem w pewien sposób niebezpieczna. Zawsze miewała lekkie opory przed kontaktem fizycznym z innym, jednak bijąca od niego energia uspokajała ją, wręcz przyciągała, tak że spojrzawszy w lśniące niepisaną obietnica rubiny, wyciągnęła dłoń i ujęła Remy'ego pod łokieć. I tylko przez chwilę pozwoliła sobie na uznanie dla silnych ramion i bijącego spod materiału koszuli ciepła. Gambit z uśmiechem ułożył drugą dłoń na wierzchu jej własnej i rozchylił wargi lekko w zadziwieniu, gdy nagle przyjemny dreszcz przebiegł po jego skórze. To coś nowego…

- Spodoba ci się tutaj – zaczął, odzyskując rezon i odganiając niepotrzebne myśli. – Charles wytworzył tutaj istny raj dla mutantów.

- Ten… Charles brzmi jak niesamowity człowiek – stwierdziła miękko, jej oczy tylko na sekundy odrywały się od fascynująco ekspresywnej twarzy Remy'ego.

- Oui, zdecydowanie. Wszyscy żyją tu w spokoju dzięki niemu. – W głosie Gambita zabrzmiał podziw i uznanie, ale też inna, prawie rozbawiona nuta. Uniosła brwi z pewnym sceptycyzmem.

- Wyglądasz raczej na osobę, która woli żyć w ruchu niż spokojnie.

- To przez moje karty? – zażartował.

- Po części – przyznała z uśmiechem – ale głównie przez twoje zachowanie wcześniej, jakbyś przywykł do takich akcji. To było… dość imponujące, muszę przyznać.

- Schlebiasz mi, cherie, to była drobnostka – zbył, jednak duma i zadowolenie promieniały do niego jak od słońca.

- A jednak potrzebowałeś troszkę wsparcia – wtrąciła tylko nieco uszczypliwie – inaczej twoja piękna prezencja mogłaby ucierpieć.

- I za to jestem ci niezwykle wdzięczny, zwłaszcza że tak bardzo ci się podoba, ma belle – wymruczał prosto do ucha Eris, ogrzewając skórę i wilgotne kosmyki oddechem. Zadrżała, bezwiednie przymykając powieki na tylko nieco zbyt długo. – Chciałbym cię zapytać, jak to zrobiłaś, ale już jesteśmy i Charles pewnie sam wolałby o tym usłyszeć – dodał, już wyprostowany, i zapukał pewnie w sporych rozmiarów drewniane drzwi. Nim jednak zdołała usłyszeć odpowiedź, Remy otworzył i wskazał, by weszła.

Niemal natychmiast miała wrażenie, jakby serce podeszło jej do gardła. Do tego momentu nie czuła krzty stresu, który powoli rósł w piersi całkowicie niezauważony, by potem zaatakować z całą swoją mocą. Mimo to wziąwszy głęboki oddech, Eris opuściła nieco ochronne bariery i przekroczyła próg gabinetu. Wibrujące punkty barw, ciepła i energii zdradziły jej ilość obecnych osób jeszcze zanim całkiem weszła i była w stanie ich dojrzeć, a stanowili zdecydowanie niesamowity widok.

Najbliżej niej, na kanapie siedziała wygodnie rozłożona kobieta o skórze w niesamowicie głębokim odcieniu błękitu i gładkich, czerwonych kosmykach pięknie kontrastujących z cerą. Otaczały ją równie żywe i radosne barwy, które od razu wpłynęły na Eris pozytywnie. Dalej przy oknie stał niski, acz potężnie zbudowany mężczyzna – wokół niego wyczuła dziwnie znajomą, spokojną i silną aurę; zupełnie, jakby już gdzieś go spotkała. Przy biurku znajdowali się pozostali dwaj mutanci, z czego wyczuwszy energię jednego z nich znów miała wrażenie, że już ją czuła, choć była w jaśniejszych barwach. Jednakże to siedzący za biurkiem profesor przykuł całą uwagę Eris. Miał najbardziej niesamowitą aurę, jaką w życiu widziała – lśniła tak głębokim, żywym złotem, że wydawała się aż nierzeczywista. Wszystkie pozostałe, otaczające go barwy wydawały się nieistotne przy takim blasku.

Od razu wiedziała, że mogła mu zaufać.