Długo to trwało, bo miałam szalony czerwiec, jednak już udało mi się przepisać rozdział, więc nie przedłużam i wstawiam. Nie jestem z niego zbyt zadowolona, ale mam nadzieję, że wszystkie potknięcia znalazłam i poprawiłam - jeśli jakieś znajdziecie, dajcie znać koniecznie! Dzisiejszy rozdział dostarczy Wam parę informacji o życiu Eris i można powiedzieć, że w pewnym sensie zamyka wprowadzenie. Mam nadzieję, że taki przegadany też się spodoba. Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania!

Klucze zachrzęściły w zamku, otwierając wejście do niewielkiego mieszkanka. Eris pchnęła drzwi i niemal od razu odetchnęła z ulgą. Minęło zaledwie kilka dni, a czuła się, jakby od dawna nie widziała swojego małego raju w środku niezatrzymującego się, miejskiego życia. I właśnie miała go bezpowrotnie utracić.

- Śmiało, rozgośćcie się – rzuciła do reszty zachęcająco.

„Póki jeszcze wygląda to jak mój dom", dodała już tylko w myślach, odwracając się z powrotem do swego mieszkanka. Zaraz też zaczęła rozglądać się wyczekująco po korytarzu i usłyszała cichy gwizd Raven.

- Dziewczyno, masz cudny gust. Te buty są piękne – stwierdziła, po czym skrzyżowała spojrzenia z Eris i ze znaczącym uśmiechem dodała: - Zabiłabym za takie, gdybym, wiesz, nie potrafiła sobie ich „wyczarować". – I puściła jej perskie oko.

Eris zaśmiała się, kątem oka dostrzegając, jak Remy wznosi oczy ku sufitowi.

- Więc pewnie spodoba ci się reszta mojej szafy, jestem dość wybredna – odpowiedziała i wskazała na drzwi w głębi korytarza. – Tam jest sypialnia. Jeśli chcesz, możesz zacząć mnie już pakować. Zadzwonię do domu i zaraz do ciebie dołączę.

- Robi się – rzuciła śpiewnie i skierowała się we wskazanym kierunku. – Zaraz sprawdzę, czym masz równie dobry gust! – zawołała jeszcze, zanim zniknęła za drzwiami, wywołując tym kolejny uśmiech Eris. Była za to wdzięczna Raven, mogła chociaż na chwilę odetchnąć od zaciskającego się na piersi stresu.

Za to Remy przez cały czas tylko przyglądał im się z wyrazem rozbawionego niedowierzania na twarzy, na sam koniec lekko kręcąc głową i mrucząc pod nosem:

- Des femmes…

- Na twoim miejscu bym nie komentowała – ostrzegła, już właściwie schowana wewnątrz salonu. – Ubierasz się zdecydowanie zbyt dobrze i w zbyt drogo wyglądające ubrania, by nie interesować się swoim wyglądem – dodała, dostrzegłszy jeszcze wcześniej lekkie uniesienie brwi Gambita.

- Nie przeczę, cherie, lubię dobrze wyglądać – odpowiedział, również wchodząc do jasno oświetlonego, przytulnego pomieszczenia. – Zwłaszcza gdy dzięki temu zyskuję uwagę pięknych dam.

- Doprawdy złote masz usta, Remy, ale to ci nie wystarczy – odparła ze śmiechem i wtedy z otwartego przejścia do kuchni wypadła puszysta, czarna i miaucząca wniebogłosy kulka futra. –Cassie! Moje ty śliczności! – Eris porwała kota w ramiona, tuląc i oglądając uważnie z każdej możliwej strony. – Musisz być strasznie głodny. – Donośnie miauczenie stanowiło jednoznaczną odpowiedź. – Chodź, zaraz ci coś przygotuję, telefon może zaczekać chwilkę, prawda? – zamruczała w wybitnie kocim stylu, a brwi Gambita uniosły się jeszcze wyżej, razem z kącikami warg. Z tymi słowami jednak zniknęła wewnątrz kuchni, by pozostawić go zmrożonego w miejscu.

Nagła zmiana w zachowaniu Eris właściwie odebrała mu mowę. Z poważnej, dojrzałej kobiety w jednej chwili przemieniła się w małą dziewczynkę zachwyconą widokiem dawno niewidzianego przyjaciela. I choć niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę, od razu uznał to za niebywale uroczy widok. Potrząsnął głową, uśmiechając się lekko pod nosem. Ta znajomość mogła być ciekawsza, niż przypuszczał.

Podczas gdy z kuchni dobiegały go głosy sypanej do miski karmy i przytłumionego mruczenia – nie tylko kociego – a zza pleców i wnętrza sypialni pełne uznania nucenie, sam rozejrzał się po niewielkim salonie. Szara sofa, dwa fotele, mnóstwo czerwonych i fioletowych poduszek, stolik na kawę i telewizja. Wszystko wyglądało czysto i schludnie, a pomijając mnóstwo książek położonych to tu, to tam i zapełniających biblioteczkę przy jednej ze ścian oraz sterty papierów i rękopisów na stoliku, pomieszczenie wydawało się troszkę puste. Przytulne, ale pustawe, jakby właścicielka wcale nie przebywała w nim zbyt wiele.

Ze swojego miejsca mógł dojrzeć tylko fragment urządzonego w barwach kawy z mlekiem pomieszczenia, jednak nie zdołał podejść, by lepiej się przyjrzeć, kiedy Eris w końcu wychynęła zza progu kuchni z przepraszającym spojrzeniem.

- Wybacz, martwiłam się o niego. Trzy dni to jednak dużo, ale chyba jakoś sobie poradził…

- Oui, wyglądał nie najgorzej. Piękny kot. – Uśmiechnął się lekko, dodając niemal bez zastanowienia: - Remy też zawsze chciał mieć jednego, los jednak nie pozwolił.

Krótki błysk zaskoczenia w czarnych oczach szybko zniknął, zastąpiony unoszącymi się kącikami. I Remy musiał walczyć ze sobą, by nie spuścić wzroku.

- Wspaniałe stworzenia, prawda? – mruknęła z niemal sentymentem.

- Oui, prawda… - Skinął, a kiedy w końcu dojrzała, jak bardzo miękko na nią spoglądał, nagle przypomniała sobie, co miała zrobić. Potarła nerwowo nadgarstek, odwracając wzrok.

- Pójdę zadzwonić, ktoś już powinien być w domu… - Posłała mu ostatnie, niemal nieśmiałe zerknięcie przez ramię i zniknęła w korytarzu.

Numer rodzinnego domu wykręciła z pamięci, czując narastający ucisk w piersi. Sytuacja ostatnich dni ciągle brzęczała w jej głowie stłumionym echem, jakby nie wszystko jeszcze przebiło się do świadomości, a jednak uwierało nieprzyjemnie niczym głęboko wbita drzazga. Głuchy sygnał powtórzył się kilkakrotnie i kiedy już zaczynała tracić nadzieję, w słuchawce rozległ się kobiecy głos. Niemal podskoczyła z ulgi na dźwięk znajomego, ciepłego „halo?".

- Cześć, mamo, tęskniłaś? – zaczęła wesoło, nieświadomie bawiąc się rękawkiem pożyczonej sukienki.

- Gdybyś nas częściej odwiedzała, nie musiałabym tęsknić – odpowiedziała z nie całkiem poważną naganą. – Johnny dzwonił, żeby zapytać, czy do nas nie przyjechałaś. Coś się stało? – To musiał być szósty zmysł, że zawsze wyczuwała jej niepokój. Inaczej tego określić nie potrafiła.

- Można tak powiedzieć – westchnęła. – Patrick jest w domu?

- Nie – serce Eris na chwilę stanęło – pojechał z przyjaciółmi na jakiś festiwal, wróci dopiero za kilka dni. Czemu pytasz tak nagle? – Teraz pani Collet zaniepokoiła się jeszcze bardziej, jednak jej córka odetchnęła z ulgą.

- Wiem, że wciąż są wakacje, ale… znalazłam świetne miejsce, szkołę dla takich jak my. Mamo, wszyscy tu są tacy. Mogliby mu pomóc. Tutejszy Profesor na pewno chętnie wszystko by ci wyjaśnił i byłby w stanie dotrzeć do Patricka. – Zawahała się, marszcząc brwi. – Właściwie to jak on sobie radzi?

- Nie najgorzej, ale nie pilnuje medytacji. Opuścił się, odkąd się wyprowadziłaś. I, Eris, nie jestem pewna, czy będzie chciał wyjeżdżać w całkiem obce miejsce…

- Nie byłby sam – wtrąciła szybko, gryząc wnętrze policzka – poza tym na pewno szybko by się przekonał. Mamo, proszę, porozmawiaj z nim.

- Eris – głos pani Collet nagle jakby znacznie stwardniał. – Co się stało?

Na linii zaległa krótka cisza. Nie miała pojęcia, co mogła i powinna powiedzieć w podobnej sytuacji. W końcu jednak wypuściła głęboki wydech i postawiła na prawdę. Rodzicielka pewnie nawet przez telefon byłaby wstanie ją przejrzeć.

- Patrick nie jest bezpieczny – wyrzuciła na wydechu. – Polują na nas, mutantów, i wiedzą, kim jestem. Mogą was znaleźć i… - Poczuła, jak jej głos się łamie, a z głowy musi wyrzucać obrazy możliwych konsekwencji. Pani Collet za to od razu podniosła swój:

- Jesteś cała?! Bezpieczna?

- Tak, tak – zapewniła szybko, wymuszając na sobie choć pozorny spokój – przenoszę się w bezpieczne miejsce, tam, gdzie ci mówiłam. Nie musisz się o mnie martwić, jestem w dobrych rękach.

Zerknęła na wejście do salonu, chociaż z tego miejsca mogła dojrzeć tylko fragment sofy. Gdy jednak cisza przedłużyła się, z pomieszczenia dało się słyszeć delikatny szept po francusku, na którego dźwięk uniosła delikatnie brwi.

- Dobrze, wierzę ci – odparła po chwili pani Collet, przerywając zadziwienie córki. – Zadzwonię do tego Profesora i porozmawiam z Patrickiem, ale znasz go... I pewnie będzie chciał też skontaktować się z tobą, zanim podejmie decyzję.

- Pewnie, niech dzwoni. Dziękuję, mamo – odpowiedziała ciepło, co jej rodzicielka pewnie zbyłaby machnięciem ręki.

Podawszy resztę niezbędnych informacji i wymianie ostatnich zapewnień, rozłączyła się już z trochę lżejszym sercem. Nieświadomie wygładziła materiał sukienki, głęboko pogrążona w myślach. Świat walił jej się na głowę i z całych sił próbowała ignorować narastające pod powierzchnią emocje. Niczym gotujące się mleko groziły w każdej chwili wykipieniem na gładką powierzchnię opanowania, a na to nie była gotowa.

Przeczesała włosy palcami i wróciła do salonu. Widok siedzącego na podłodze Remy'ego z jej kocią pociechą na kolanach, głaszczącego Cassie'go i w pełni zadowolonego z zaistniałej sytuacji wywołał uśmiech na twarzy Eris.

- Nie wierzę, że już wkupiłeś się w jego łasi – powiedziała.

- Potrafię być przekonujący, cherie – odparł miękkim, ochrypłym głosem mogącym spokojnie konkurować z mruczeniem jej pupila. Podrapał kota za uszami po raz ostatni i delikatnie ściągnął go z kolan, wstając.

- Rozmowa się powiodła? – zapytał, zerkając na empatkę ciepło.

- Tak, całkiem nieźle. Chociaż będę musiała jeszcze przekonać Patricka… - westchnęła znacząco, zaskarbiając sobie kolejny uśmiech ze strony Gambita. Kąciki jego warg zakręcały się ku górze w tak przyjemny, czarujący sposób, że musiała powstrzymywać się od gapienia. A jednak to czerwone spojrzenie sprawiło, że ciepło rozlało się po jej policzkach.

- Na pewno nie będziesz miała z tym problemu, cher.

Kusiło go, by nie posłuchać zakazu Eris i zostać z dziewczynami w sypialni. Nie mógł zaprzeczyć, że ciekawość zżerała go od środka, co też mogła próbować przed nim ukryć. Miał jednak więcej przyzwoitości, niż reszta podejrzewała, i rozumiał pojęcie prywatności. Dlatego też przez pierwsze kilka minut kręcił się po salonie i zaglądał przez okna na ruchliwą ulicę, tasując karty prawie bez udziału świadomości, gdyż, niestety, czarna kulka sierści postanowiła zostać z paniami i nawet to rozproszenie zostało mu odebrane.

Z westchnieniem położył się na kanapie i nim się obejrzał, zaczął przysypiać. Wtedy jednak w mieszkaniu rozległo się pukanie. Krótkie i nerwowe, jakby gość wahał się, czy dobrze robi. Remy poderwał się w sekundę – senność zniknęła natychmiastowo. Z dłonią na talii spoczywającej w kieszeni wszedł w korytarz; Eris wyszła z sypialni już chwilę później. Wymienili krótkie spojrzenia i ruszyli równocześnie, w mig chwytając nić porozumienia. Eris podeszła do drzwi i chwyciła klamkę, zaglądając w wizjer, Remy przysunął się do ściany obok. Cienkie brwi powędrowały do góry, gdy empatka dostrzegła gościa. Czerwone oczy spojrzały pytająco.

- Znam go – wyszeptała, nachylając się do Gambita – to Johnny, znajomy z uczelni.

Skinął, jednak napięcie nie opuściło jego ramion.

- Może nie być sam – odparł i wypuścił cichy oddech, rozluźniając nieco palce. – Zrobimy tak, cher. Otworzysz i sprawdzisz swoim talentem, czy jest ich więcej. Potrafisz, oui? – Zerknął trochę niepewnie, ale potwierdziła.

- A ty? – zapytała, lecz niewielki, chytry uśmiech już uniósł kąciki pełnych warg.

- Eris? Jesteś tam? – rozległ się stłumiony głos zza drzwi, obawa i niepewność dźwięczały w nim nader wyraźnie.

- Cokolwiek zrobię, skup się na swojej części, cherie. Nie możemy ryzykować.

Zawahała się, ale tylko na sekundę, w końcu to nie ona miała lata doświadczenia w podobnych sytuacjach. Odetchnęła i szybkim ruchem otworzyła drzwi. Johnny zdołał tylko zrobić jeden krok za próg, nim całkiem stracił dech, gdy Gambit jednym ruchem przygwoździł go do drzwi. Ciche sapnięcie dobyło się z gardła mężczyzny, teraz przygniecionego jego ramieniem. W dłoni trzymał kartę, dokładnie na tętnicy gościa, by czuł ostrą krawędź, pulsującą ciepłą, niebezpieczną energią; w takiej pozycji Johnny mógł zobaczyć tylko ciemne kosmyki i lekko zaskoczoną Eris. Remy wyjrzał za drzwi, równocześnie zasłaniając ją swoim ciałem i cały czas trzymając w miejscu nieznajomego jedną ręką, a w drugiej przekładając karty między palcami.

- Ani rusz – powiedział przytłumionym głosem do młodszego mężczyzny, skanując otoczenie wzrokiem. Zadbał, by brzmieć stanowczo, ale też nadać głosowi nutę łagodności. Johnny znieruchomiał wedle przewidywań, jego zielone oczy szybko spoglądały to na niego, to na przyjaciółkę, ale nie protestował. „Mądry facet."

Remy jednak nie odważył się spojrzeć na Eris, zamiast tego miękko zapytał:

- Cher? – Mogłoby to zabrzmieć niemal pieszczotliwie, gdyby nie charakter sytuacji. A może nawet pomimo całej scenerii…

- Nie czuję nikogo więcej – odpowiedziała, otwierając lśniące fioletem oczy. Remy zdołał to dojrzeć tylko na sekundę, nim czerń znów zdominowała tęczówkę.

- Eris, co je…

- Byłeś śledzony? – przerwał Johnny'emu, mimowolnie mocniej dociskając go do drzwi. Ten podniósł na niego wzrok i nie mógł nie sapnąć na widok demonicznych oczu. Kpiący uśmieszek drgnął na ustach Gambita. Johnny szybko pokręcił głową.

- Remy – wtrąciła Eris cicho – każdy może nas tu zobaczyć...

Skinął, hamując rozbawienie. Cofnął ramię i rozładował kartę, by potem pociągnąć młodego mężczyznę do środka, zatrzaskując za nimi drzwi. Nim się obejrzał, Eris jednak już zamknęła przybysza w ramionach. I to mu się nie spodobało. Ledwie powstrzymał lekki grymas, gdy ujrzał, jak do niego przylgnęła.

Johnny odpowiedział najpierw z wahaniem, jakby wyczuwając śledzący wzrok Gambita, po czym odwzajemnił uścisk ciepło, ale krótko.

- Boże, tak się cieszę, że jesteś cały – wymamrotała, odsuwając się od przyjaciela. – Nie powinieneś tu przychodzić! To niebezpieczne – dodała od razu, nieco podnosząc ton.

Johnny zmarszczył brwi, irytacja pomieszana z obawą i ulgą przepłynęła przez jego twarz. Remy nadal obserwował go uważnie.

- Eris, nie było po tobie śladu przez dnia dni! Zniknęłaś bez ostrzeżenia i ponoć nawet tu nie dotarłaś! Wiesz, jak się martwiliśmy? – Remy odnotował w myślach, że użył liczby mnogiej. – Co się z tobą stało? Gdzie byłaś? I co, do cholery, znaczy, że to niebezpiecznie tu przychodzić? – Eris przygryzła wargę w ten swój sposób, który był tak bardzo rozpraszający, choć pokazywał prawdziwe zmartwienie. Zerknęła w stronę Gambita pytająco, ale nim zdołał jakkolwiek zareagować, Johnny wskazał na niego i bez ogród rzucił: - I właściwie kto to jest? Z nim byłaś?

Oboje unieśli brwi w idealnej synchronizacji, jednak u Remy'ego towarzyszył temu niewielki uśmieszek. „Och, gdyby tylko…"

- Remy jest jak my – powiedziała łagodnie – i uratował mnie. – Znów zerknęła na Gambita, więc lekko skłonił głowę.

- Do usług, cherie.

- Co, chwila, jak uratował? Eris, co się dzieje?

- Polują na nas, mon ami – odparł, nim miała okazję, a jego głos wydawał się niespotykanie napięty pod zwyczajową nonszalancją. Brwi Johnny'ego podjechały ku górze, na twarzy odmalował się szok. – Polują i eksperymentują. Eris padła ich ofiarą, dlatego musi zniknąć.

Potwierdziła delikatnym skinieniem i na chwilę zapadła cisza. Oboje widzieli, jak w zielonych oczach tlą się pytania i trwa bitwa, które powinien zadać, póki jeszcze ma czas. Powoli jednak zrozumienie i rezygnacja zastępowały szalejąca burzę i było już wiadomo, że zaakceptował ich tłumaczenia.

- Więc się wyprowadzasz? – zapytał, tym razem głosem znacznie cichszym, bezbarwnym.

- Tak, tak będzie bezpieczniej. Jest takie miejsce…

- Zostanę. – Potrząsnął głową. – Jeśli dotąd nie odkryli, kim jestem, to nie powinni mnie znaleźć.

- Jesteś pewny?

- Tak. - Wyprostował się nieznacznie, jednak ciche westchnienie również uniosło jego pierś. - Jeśli nie muszę, nie chce zostawiać tego wszystkiego za sobą.

Eris skinęła ze zrozumieniem – gdyby mogła, pewnie postąpiłaby podobnie. Wtedy właśnie Raven wychynęła zza pleców Remy'ego i zdali sobie sprawę, że pewnie bacznie obserwowała zdarzenie. Nie zmieniła jednak swojej formy na całkiem ludzką, czym nieco zaskoczyła wszystkich prócz pokerzysty. Na twarzy Johnny'ego niemal od razu odmalowało się zaintrygowanie.

- Jeśli zmieniłbyś zdanie, zadzwoń albo przyjedź - zapewniła z wyciągniętą w jego stronę wizytówką - zawsze będziesz mile widziany…? - Uniosła brwi pytająco.

- Johnny, Johnny Rewick – odparł szybko, odbierając od niej tekturkę i wyciągając dłoń do odpowiedniego przywitania. Uścisnęła go z uśmiechem, lecz nim zdążyła się przedstawić, sam nie wytrzymał: - Ty jesteś tą mutantką, która ocaliła prezydenta, prawda? Widziałem Cię wtedy w telewizji. Wow, naprawdę, niesamowita umiejętność! – Zachwyt wyraźnie słyszalny i widoczny na twarzy mężczyzny wystarczył, by wywołać uśmiech u obu pań, choć u wspomnianej wydawał się nieco bardziej gorzko rozbawiony. Eris wyczuła, że pod tym kryło się coś jeszcze, w jej aurze ujrzała chłodniejsze, nieprzyjemnie wibrujące emocje, i mogła tylko domyślać się ich źródła.

- Cieszę się, że tak myślisz. Jestem Raven, tak swoją drogą – odpowiedziała, a kącik niebieskich warg drgnął niebezpiecznie nim podjęła znacząco, wskazując też dyskretnie na wizytówkę: - W razie czego wiesz, gdzie nas szukać.

- Cóż, może faktycznie rozważę dołączenie do was…

- A twoją umiejętnością jest…? – Remy wtrącił z uprzejmą ciekawością, Johnny jednak wydawał się tym dziwnie zdenerwowany. Nie umknęło pokerzyście, jak szybko zerknął na przyjaciółkę i z powrotem na niego, a w zielonych oczach błyska nowa emocja.

- Widzę aury, trochę jak Eris, ale inaczej. Tak… bardziej klasycznie – wyjaśnił oględnie, również gestykulując przy tym nieco.

- Relacje między ludźmi też w nich dostrzega, ja tego nie potrafię. – Uśmiechnęła się do niego lekko, jakby chciała zachęcić, by powiedział coś więcej. Johnny odwzajemnił gest, jednak jego czujny wzrok szybko wrócił do Remy'ego.

- A ty? Czułem, że karta, którą przyłożyłeś mi do gardła, była ciepła – to twoja sprawka?

Powstrzymał się od rzucenia kpiącej odpowiedzi, znów tasując talię bez namysłu, i odparł:

- Oui, manipuluję energią. Naładowałem nią kartę, jak tę – między palcami uniósł pojedynczą, lśniącą fioletowawą poświatą dwójkę karo – gdybym jej nie rozładował, w końcu by wybuchła. Może nie tak imponujące, jak zmiana kształtu, ale równie przydatne.

Blask zanikł, a karta wróciła na swoje miejsce, za to w oczach Johnny'ego ponownie rozgrywała się bitwa. Nim jednak zdołali coś dodać, westchnął cicho i kąciki jego warg uniosły się nieznacznie. W mig załapali, co właśnie przebiegło przez umysł mężczyzny.

- Cóż, wychodzi na to, że jednak faktycznie z wami będzie bezpieczniejsza… - Podrapał się po szyi jakoś niezgrabnie, a Eris mogła tylko patrzeć z rozczuleniem.

- Będzie, mon ami – potwierdził znacznie poważniej Remy, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z zielonych tęczówek. – Nie pozwolimy, by cokolwiek złego spotkało cherie. Daję słowo - zapewnił, skłaniając lekko głowę, i Eris dostrzegła, jak w jego aurze czerwień rozpala się z nową siłą. Przejęła prym wśród innych barw, płonąc z pasją i siłą, jakiej nigdy jeszcze nie widziała. A to sprawiło, że napięcie trzymające żelazny ucisk na jej sercu chociaż na chwilę zniknęło bez śladu, zastąpione ciepłą, przyjemną iskrą nadziei, że Remy naprawdę mówił, co dyktowało mu serce. Nadziei, że naprawdę będzie mogła poczuć się bezpieczna.