Od autorki: Fiu, fiu, trochę to trwało! Wybaczcie, szkoła, siłownia, choroba i inne takie nieźle napsuły mi krwi, ale już jestem! Nowy, świeżutki rozdzialik - możliwe że pojawią się literówki i z góry za nie przepraszam, dajcie znać, jak jakieś dojrzycie. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, kiedy pojawi się następny. Mam nadzieję, że wcześniej niż ten, ale 9 będę już pisać na bieżąco, więc może być różnie. Potem mam mały zapas, to może uda się częściej wrzucać. W każdym razie wytrwałym dziękuję za czekanie i zapraszam serdecznie do czytania! ^^
Ciche, nerwowe kroki Eris niosły się po rozległym korytarzu posiadłości, gdy ze zniecierpliwieniem dreptała w tę i z powrotem przed głównym wejściem. Niemal wszyscy pozostali uczniowie czy nauczyciele korzystali w pełni z uroków weekendu i pięknej, letniej pogody, ona jednak jakoś nie potrafiła do nich dołączyć. Wiedziała, że nie miało to wpływu absolutnie na nic, lecz mimo wszystko wolała nie pokazywać się w takim stanie. Kto inny aż tak bardzo przejmowałby się przyjazdem rodziny do miejsca pełnego mutantów?
Odetchnęła, na chwilę przystając przy załomie korytarza i ciągle mając na oku drzwi. Przeczuwała, że gdyby Profesor nie przyjmował aktualnie gości, prawdopodobnie już dawno usłyszałaby jego uspokajający głos w głowie. I w całym tym stresie nawet nie wyczuła, kto zdołał się do niej niepostrzeżenie zbliżyć.
– Coś cię trapi, cher? – Podskoczyła lekko na dźwięk męskiego głosu i szybko odwróciła się do Remy'ego. Patrzył na nią z delikatnym półuśmiechem, a widząc wyraźne zmieszanie na jej twarzy, dodał znacznie bardziej miękko: – Nie trzeba być empatą, by od razu to zauważyć. Naprawdę jesteś bardzo ekspresywna, Eris. – Jego uśmiech nieco się poszerzył i Eris nie potrafiła powstrzymać się od odwzajemnienia go, gdy przypomniała sobie, jak sama mu o tym powiedziała pewnej nocy przy kartach.
Gambit odepchnął się zgrabnie od ściany i niespiesznie podszedł do skubiącej rękaw empatki. I gdy tak na niego patrzyła, zdała sobie sprawę, że mimo swojej reakcji, wcale nie zdziwiła się jego widokiem. Zdążyła już zaobserwować, że niemal ciągle na siebie wpadali –w dodatku niekoniecznie przypadkowo. A i tym razem miała wrażenie, że nie było to tylko dzieło przewrotnego losu.
Westchnęła, w końcu całkowicie odwracając się od drzwi, by skupić całą swą uwagę na pokerzyście.
– To dzisiaj rodzice z Patrickiem mają przyjechać – wyjaśniła, teraz pocierając ramiona dłońmi. Czerwone oczy śledziły ten ruch z dziwną, jakby niezadowoloną iskrą, lecz pod koniec jej słów pojawiło się w nich zrozumienie.
– Ach, oui, wspominałaś – przyznał. – Patrick to twój młodszy brat, oui?
Skinęła z lekkim uśmiechem, jednak nic więcej nie odpowiedziała. Tylko zerknęła przez ramię na drzwi i nerwowo przygryzła wnętrze policzkach. W oczach Remy'ego znów pojawił się ten zmartwiony błysk, a nim zdołała się zorientować, w niezwykłej aurze zalśnił odpowiadający temu blady, pastelowy błękit – i choć wyglądał nader pięknie, dziwnie nie pasował do żywej czerwieni i głębokiego fioletu.
– Nie powinnaś się tak bardzo stresować, cher – powiedział po chwili, miękko i z troską, która nieco zaskoczyła Eris. Wróciła do niego spojrzeniem i odkryła, że Remy zbliżył się do niej tak, by bez problemu móc odgarnąć z jej twarzy samotny kosmyk. – Nie pasuje ci ten mars na twarzy – dodał z uśmiechem, przeciągając ciemne pasmo przez palce – a twoja rodzina na pewno niedługo tu dotrze, cała i zdrowa.
– Masz rację – westchnęła cicho – ale to nie takie łatwe, nie potrafię tego od tak wyłączyć...
– Panujesz nad emocjami innych, jednak nie swoimi? – Uważny wzrok Remy'ego zdawał się całkiem nie pasować do cichych, miękko wypowiedzianych słów.
– Coś w tym rodzaju – potwierdziła, przeczesując włosy palcami, i odwzajemniła spojrzenie z małą iskrą nadziei w ciemnych oczach. – Pewnie nie znasz żadnych szybkich i skutecznych sposobów na pozbycie się stresu, co?
Sama nie wiedziała, czego oczekiwała w odpowiedzi, jednak niemal cwany uśmiech na wargach pokerzysty zdecydowanie znalazłby się gdzieś daleko na liście. W rubinowych oczach na chwilę zalśniły małe diabliki.
– Cóż, słyszałem, że ponoć przyjazne ramiona łagodzą stres lepiej nić cokolwiek innego. I chętnie zaoferuję ci swoje, cher.
Parsknęła cichym śmiechem i choć Remy patrzył na nią zdecydowanie zbyt ciepło i zachęcająco, dobrze wiedziała, że mimo flirciarsko-żartobliwego tonu był całkowicie poważny ze swoją propozycją. Widziała to doskonale w otaczających go barwach, które ponownie zaczęły wyciągać się ku niej i przyjemnie wibrować, i musiała powstrzymać się, żeby od razu nie skorzystać.
– Brzmi kusząco – przyznała na głos i już zadowolenie zaczynało lśnić w czerwonych oczach – ale skąd mogę mieć pewność, że nie wykorzystasz sytuacji w innych celach? – dodała półżartobliwie, a uśmiech, jaki otrzymała w odpowiedzi, rozgrzał jej skórę prawie jak czerwona energia jego aury.
– Zapewniam, ma belle, że moje intencje wobec ciebie są całkowicie szczere. Chcę tylko, byś poczuła się lepiej. – Ponownie wyciągnął dłoń, odgarniając z twarzy Eris niesforny kosmyk. Tym razem jednak opuszki jego palców lekko jak piórko przesunęły się wzdłuż skroni, przez linię szczęki i aż ku nasady szyi, przesyłając przez jej ciało delikatny, ciepły dreszcz. Ledwie powstrzymała się, by nie przymknąć powiek.
– Niech ci będzie, złodzieju, możesz skraść tę chwilę - zgodziła się, spod rzęs obserwując coraz bardziej rozjaśniająca się twarz Remy'ego.
– Będę cenić ją ponad wszelkie inne skarby – mruknął ciepło, po czym wplótł palce jednej dłoni między gęste, fioletowe kosmyki, a drugą przesunął przez talię aż na plecy empatki. Eris najpierw z wahaniem wtuliła się w jego szeroki, twardy tors, ale już po chwili całkowicie zmiękła pod wpływem delikatnego dotyku.
– Na pewno znajdziesz jeszcze cenniejsze – dodała po krótkiej chwili. Ramionami otoczyła go w szczupłym pasie, dłonie lekko zaciskając na gładkim materiale, i głęboko wdychała pikantny, nieco cytrusowy zapach. Zdała też sobie sprawę, że w przyciśniętym do jego piersi uchu słyszała wyraźny, mocny i szybki rytm bijącego serca, a w drugim chwilę potem poczuła ciepły oddech.
– Mam na to szczerą nadzieję, ma belle, ale tylko, jeśli będą pochodziły od ciebie – szepnął nisko i prawie skuliła się pod wpływem tego ledwie słyszalnie schrypniętego tonu. Była niemal pewna, że w tym momencie bicie jej serca już dawno prześcignęło Remy'ego.
Gdzieś w środku poczuła przerażającą świadomość, że cokolwiek teraz by zrobił, pewnie nie miałaby ani siły, ani chęci, by się przeciwstawić. Tonęła w otaczającej ich energii. W dodatku oprócz pulsującej gorącem aury, równie mocno odczuwała ciepło dłoni gładzących jej włosy i dół pleców. A nim w ogóle zdołała się zorientować, wargi Remy'ego zsunęły się niżej, na wrażliwą skórę tuż u nasady szyi – jeszcze nie dotykając, ale już drażniąc. Niemal widziała oczyma wyobraźni, jak końcem nosa przesuwa powoli wzdłuż karku, ogrzewając przyprawiającym o dreszcze oddechem. Ledwie zdołała powstrzymać ciche westchnienie, zaciskając palce nieco mocniej na materiale jego koszuli. Wtedy właśnie usłyszeli kroki na schodach do posiadłości. I jak każdy inny od razu by odskoczył, Eris całkowicie skamieniała.
Remy poderwał głowę, zerkając na frontowe wejście.
– Twoi goście przybyli, cher – powiedział cicho i po raz ostatni przeczesał ciemne kosmyki tuż przy szyi Eris, po czym odsunął się całkowicie.
Drzwi rozwarły się i oczom pary ukazali się długo wyczekiwani przybysze. Eris jednak po całym tym zajściu jakoś nie potrafiła odetchnąć z ulgą na widok rodziny. Uśmiechnęła się tylko słabo i kątem oka dostrzegła wiecznie podejrzliwy wzrok brata, nim rodzicielka porwała ją w objęcia.
– Jak dobrze cię widzieć! Wszystko w porządku? – Pani Collet odsunęła córkę na wyciągnięcie ramion i przyjrzała się jej uważnie.
– Tak, mamo, wszystko w porządku – odpowiedziała z rozbawieniem. – Cześć, tato – dodała, również krótko przytulając się do ojca, gdyż ten nie za bardzo przepadał za czułościami. Wtedy właśnie, nim zdołała powiedzieć cokolwiek do brata, jej mama dostrzegła dyskretnie wycofanego Gambita, który przyglądał im się z pewnym rozbawieniem.
– A kim jest twój przystojny towarzysz? – zapytała śpiewnie, nagle rozpromieniona – wprost przeciwnie do Patricka.
– Remy LeBeau, lub Gambit w szerszym gronie, madame. – Skłonił się lekko w nieco starodawnym stylu, zyskując sobie jeszcze większe uznanie u pani Collet. – Przyjemność po mojej stronie – dodał i przywitał wszystkich już uściskiem dłoni. Gdy dotarł do najmłodszego członka rodziny, wyraźnie dojrzał zaciętość na jego twarzy.
– Patrick, brat Eris – przedstawił się sztywno nastolatek, bez mrugnięcia odwzajemniając spojrzenie demonicznych oczu. Remy'ego bardziej to bawiło, niż wywołało jakikolwiek inny efekt, pozostał jednak tylko przy lekkim uśmiechu.
– Ach, oui, Eris bardzo zależało, byś dołączył do Instytutu.
– Jak zwykle przesadza z opiekuńczością – zbył, rzucając siostrze znaczące spojrzenie z góry. Był wyższy od siostry, jednak brakowało mu jeszcze nieco do wzrostu pokerzysty.
– Nie ja jedna – odcięła się, równie znacząco sznurując wargi.
– Nasze dzieciaki – powiedziała z rozczuleniem pani Collet – takie opiekuńcze wobec siebie.
– Jakby nas już w ogóle nie potrzebowali, co, Marie? – zawtórował jej mąż. Eris i Patrick równocześnie westchnęli, kręcąc głowami.
– Tak, chyba już nie jesteśmy im potrzebni...
– Mamo... – mruknął zbolałym tonem Patrick.
– Tylko mi się nie wybierajcie na drugą stronę zbyt szybko – ostrzegła poważnie Eris.
Oboje machnęli rękami zbywająco, doskonale się przy tym bawiąc, po czym pani Collet nachyliła się nieco do Remy'ego.
– Wybacz sceny, dawno się nie widzieliśmy wszyscy razem...
– Nie ma czego, madame, to piękne, gdy rodziny są tak blisko. Remy nie miał tego za wiele i lubi widywać u innych – zapewnił z uśmiechem, lecz w jego aurze Eris wyraźnie dostrzegła ciemniejsze i chłodne odcienie.
Miny na twarzach państwa Collet zmieniły się niemal natychmiast, choć nie u wszystkich tak, jak emocje lśniące wokół ich sylwetek. Eris już widziała, jak jej mama otwiera usta, a w brązowych oczach błyszczy współczucie, ale w tym samym momencie inny głos poniósł się po holu.
– Państwo Collet, Patrick – odezwał się Profesor, witając przybyłych ciepłym uśmiechem – niezwykle się cieszę, że postanowiliście rozważyć przybycie tu.
– Eris bardzo zachwalała pańską szkołę – stwierdził pan Collet, zerkając na córkę.
– Mam nadzieję zatem, że sprostam tym pochwałom – odpowiedział z lekkim rozbawieniem Charles i wskazał drogę za sobą. – Zapraszam do gabinetu, tam wszystko omówimy. Eris, wezwę cię nieco później.
– Dobrze, Profesorze.
Rodzice bez wahania ruszyli za dyrektorem, ale Patrick obejrzał się jeszcze na siostrę. Empatka posłała mu zachęcający uśmiech i dopiero wtedy odwrócił się z ociąganiem. Nie uszło też ich uwadze, jak po raz ostatni zerknął nieufnie na Remy'ego.
– Wiesz, cherie – zaczął po krótkiej chwili – jak nigdy cieszę się, że to akurat młody Summers może zabić spojrzeniem. Już dawno bym wyparował – stwierdził niemal z westchnieniem.
Eris roześmiała się w głos, a czerwone oczy tylko śledziły jej radosną twarz z uwagą.
– Musisz mu wybaczyć, praktycznie zawsze taki jest dla obcych – odpowiedziała lekko.
– Pewnie zwłaszcza dla takich, którzy przystawiają się do jego pięknej siostry – odparł od razu z szerokim uśmiechem, znów zaskarbiając sobie lekkie parsknięcie, i jakby odruchowo przy następnych słowach pochwycił między palce kosmyk jej włosów. – Rozumiem go całkowicie, cher – dodał z pewnym rozczuleniem – zareagowałbym bardzo podobnie w takiej sytuacji.
I znów to zobaczyła. Chłodniejsze barwy pod głębokim fioletem i czerwienią, przeplatane z delikatną, ciepłą nutą pomarańczy. Rozumiała tę mieszankę bardziej, niż chciała przyznać.
– Masz rodzeństwo? – zapytała łagodnie, zerkając na Remy'ego z uprzejmą uwagą i lekko unosząc kąciki warg.
– Non – odparł przeciągle – tylko bliskich ziomków z Gildii. I ojca. Zawsze był tylko Remy i mon pere... – mówił znacznie wolniej niż zazwyczaj, niżej, lecz w zupełnie inny sposób od znanego jej, uwodzicielskiego tonu. Był w tym pewien żal, ale i czułość. Słodko-gorzkie nuty, których dawno nie słyszała. A u Remy'ego – nigdy.
– Byliście blisko? – Nieświadomie ściszyła głos, nie spuściła jednak wzroku z jego twarzy.
– Oui, mon pere był bardzo zajętym człowiekiem, ale starał się spędzać z Remym jak najwięcej czasu. Przewodził Gildią i uczył mnie, bym mógł kiedyś zająć jego miejsce. Ponoć nieźle się w niego wdałem – opowiedział, zakańczając z na wpół gorzkim, na wpół ciepłym uśmiechem, który śmiało odwzajemniła.
– Nie wątpię – przyznała. – Zawsze potrafisz mnie podejść.
Oboje zaśmiali się cicho.
– Miło mi to słyszeć z twoich ust, cher.
Nie potrafiła na to odpowiedzieć. W tej krótkiej chwili coś się w nim zmieniło. Jakby ta rozmowa wyciągnęła na światło dzienne tę twarz Remy'ego, którą pozwalał oglądać tylko nielicznym – lub nawet nikomu. Widziała to w lśniących oczach.
– Też wdałam się w tatę – zaczęła – a Patrick w mamę, ale raczej tylko z wyglądu. Charakterami wszyscy różnimy się diametralnie, istne starcie przeciwieństw – mówiła, a kąciki jej warg wędrowały coraz wyżej, zaś Remy cały czas przyglądał się temu z fascynacją. Potem jednak zmarkotniała nieco. – Rodziło to trochę konfliktów, a kiedy w grę weszły jeszcze nasze mutacje... przez jakiś czas nie było łatwo.
– Wasi rodzice to ludzie, oui? – upewnił się, uważnie studiując każdą zmianę na twarzy Eris.
– Tak – skinęła – nie bardzo wiedzieli, jak nam pomóc... ale bardzo nas wspierali. Byłam pierwsza, oczywiście, i miałam kilka chwil, gdy to wszystko – machnęła ręką w dość ogólnikowy sposób, wzdychając z drżeniem – za bardzo mnie przytłoczyło. Gdyby nie myśl, że Patricka może spotkać to samo... Dla niego postarałam się nad tym zapanować – żeby mu potem jakoś pomóc. – Przełknęła ciężko, nagle nerwowo roztrzepując włosy i zaraz potem pocierając nadgarstki. Gdy wyczuła jednak, jak wokół Remy'ego diametralnie zmienia się energia, szybko strzepnęła ręce i podjęła już niby lekkim tonem: – A teraz słyszę, że nie pilnuje głupiej medytacji! W ogóle nie chce słuchać moich rad. – Pokręciła głową, ale nie odważyła się spojrzeć w rubinowe oczy.
Remy jednak, wręcz przeciwnie, nie spuszczał z Eris wzroku. Mógł tylko domyślać się, skąd brał się tik z nadgarstkiem i co miała na myśli przez przytłoczenie, ale jej reakcje starczyły, by dać mu jasne podejrzenia. I choć nie znali się długo, poczuł, jak coś ściska mu wnętrzności na ten widok. Nie chciał dopytywać – nie, gdy nie była na to jeszcze gotowa. Zapragnął jednak czegoś innego – dać jej szczęście. Przynieść radość i ukoić złe wspomnienia. Niezupełnie świadomie poprzysiągł sobie, że nie zostanie kolejnym powodem dla bólu. Nie, on miał zupełnie odwrotny plan.
Delikatnie ujął nadgarstek Eris, który wciąż pocierała. Przesunął palcami wzdłuż gładkich linii, ale wzroku nie spuszczał z czarnych oczu. Lekko przeczesując ciemne kosmyki wokół kobiecej twarzy i delikatnie muskając przy tym policzki, powiedział cicho:
– Patrick ma ogromne szczęście, mając tak niesamowitą siostrę, cher.
Instytut wyglądał naprawdę solidnie. Ogromny, przestronny i dobrze wyposażony, w dodatku jego mieszkańcy wszyscy byli jak on – mniej lub bardziej. Oczywiście, nie chciał porzucać dawnych przyjaciół i miejsca, w którym spędził kilka ostatnich lat, ale gdy w końcu po łzawym pożegnaniu udało mu się wyrwać z objęć matki i rozejrzeć po posiadłości, stwierdził, iż wcale nie było tam tak źle. Ilość mutacji, jaką ujrzał w uczniach tylko przechodząc korytarzem, wprawiła Patricka w istne zdumienie. I naprawdę nie chciał przyznać, że zaczynał mu się podobać pomysł siostry. W końcu – to jego siostra. Była zdecydowanie zbyt nadopiekuńcza.
– Siema! To ty jesteś ten nowy? – Szybkie jak błyskawica pytanie uderzyło w niego wraz z podmuchem wiatru i prawie wpadł na chłopaka o bardzo osobliwym stylu. Do tego miał srebrne włosy, na których spoczywały dziwaczne gogle, i wyszczerz, jakiego chyba w życiu nie widział. – Brat naszej bogini, co?
– Proszę? – bąknął skołowany, a uśmiech srebrnego jeszcze bardziej się poszerzył.
– No, bogini. Eris, bogini chaosu? Co ty, mitologii nie znasz? Przypadkiem usłyszałem waszą rozmowę i...
– Tak, to moja siostra – przerwał ten potok słów, marszcząc przy okazji brwi.
– Nieźle, to musimy się zakumplować. Pietro jestem, ale możesz mówić Peter – przedstawił się, wyciągając dłoń i mrugając do niego zawadiacko.
– Patrick...
– Rany, stary, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że moja siostra dopiero dorasta do naszego wieku. No, jedna z sióstr... – przerwał, nagle jakoś zafrasowany, ale myśli Patricka były już zupełnie gdzie indziej.
– Sugerujesz coś? – zabrzmiał nieco ostrzej, niż chciał, ale to i tak wywołało tylko kolejny wyszczerz.
Nim jednak Peter był w stanie coś odpowiedzieć, dobiegł ich inny głos.
– Patrick! – przywitał nowego ucznia Alex, którego miał już okazję poznać w gabinecie Profesora. Summers uśmiechnął się do chłopców lekko. – Widzę, że poznałeś już Petera. Nie naprzykrza ci się za bardzo?
– Tylko zachwycam się jego siostrą. – Podniósł ręce obronnie, choć jego mina bynajmniej nie pokazywała skruchy, a w czarnych oczach tylko lśniły złośliwe iskry.
– Ty też?! – Patrick nieco uniósł głos, a oni nagle spojrzeli na niego zaalarmowani.
– Patrick... – powiedział ostrzegawczo, choć w pewien sposób łagodnie, Alex i wtedy zdał sobie sprawę, że zaczyna nad nim falować powietrze jak nad ogniskiem. Odetchnął, skupiając łaskoczącą energię w samym centrum, tak jak nauczyła go Eris. Podczas tej krótkiej chwili, ciągnącej się dla niego jak wieczność, ani drgnął, całkowicie poświęcony wyciszeniu wewnętrznego ognia, aż poczuł, że gorąco ustępuje wraz z lekkim mrowieniem na skórze. Gdy to nastąpiło, mógł już tylko poczuć, jak płomień pali jego wnętrzności od środka. Do tego już zdążył dawno przywyknąć.
– Wow, stary, niezła sztuczka – wyterkotał od razu Peter, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu. – Iluzja, zakrzywianie rzeczywistości? Moja siostra tak umie.
Patrick zamrugał szybko, wytrzeszczając lekko oczy, aż sens w końcu dotarł do jego zamglonego płomieniem umysłu.
– Nie, nic nawet bliskiego – mruknął niezbyt chętnie.
– Peter, mógłbyś? – Alex posłał chłopakowi znaczące spojrzenie, a na jego głębokie westchnienie dodał: – Patrick na pewno sam ci pokaże, w swoim czasie, ale teraz chciałbym z nim porozmawiać. – Uniósł brwi, posyłając mu spojrzenie jasno mówiące „lepiej nie przeciągaj struny". Peter w końcu wzruszył ramionami.
– Dobra, niech ci będzie – westchnął i klepnął Patricka w ramię. – Znajdziemy się później! – I zniknął, nim mogli choćby mrugnąć.
– Nie wiem, czy to mnie pociesza – mruknął pod nosem młody mutant i Alex uśmiechnął się ze zrozumieniem.
– Peter to niezły wrzód na tyłku, co? – zagadnął z rozbawieniem i prawie roześmiał się na minę chłopaka. – Potrafi być irytujący i często denerwuje innych dla zabawy, ale można na niego liczyć. A takich osób coraz mniej. – Zerknął na ucznia, który wpatrywał się z zaangażowaniem w pobliski obraz. – Tak jak twoja siostra – dodał, bacznie obserwując reakcję.
Patrick spiął się niemal natychmiast i posłał mu podejrzliwe spojrzenie spod byka. Alex powstrzymał uśmiech od znacznego poszerzenia.
– Też mam rodzeństwo – powiedział, wskazując, by kontynuowali drogę na dziedziniec. – I również młodszego brata, ale niestety nie miałem z nim dobrego kontaktu, z różnych powodów. – Westchnął cicho, ale potem spojrzał na Patricka nieco cieplej. – Przekonała mnie, żebym wszystko sobie z nim wyjaśnił. To naprawdę dobra osoba. I widać, że się o ciebie troszczy. – Położył mu dłoń na ramieniu na krótką chwilę, jakoś próbując dodać otuchy.
– Ta, czasami aż za bardzo – przyznał przeciągle – ale to jednak moja siostra. Też czasami... przesadzam. – Odetchnął i podrapał się po karku w wyraźnym geście zmieszania, po czym znów przybrał groźno-podejrzliwy wyraz twarzy. – Ale nie masz zamiaru też się do niej przystawiać?
Tym razem Alex roześmiał się w głos.
– O to nie musisz się martwić – odparł szczerze i Patrick odetchnął cicho z ulgą. Chociaż może wolałby, gdyby był to faktycznie Summers, a nie ten... koleś o czerwonych oczach, którego imienia nie pamiętał.
W tym czasie zdołali już dotrzeć na dziedziniec, jak zawsze zapełniony ludźmi. Dzień powoli dobiegał końca, mimo to wszyscy bawili się w najlepsze, nieraz bez krępacji używając swoich mocy. Patrick patrzył na to z niekrytym zafascynowaniem.
– Więc – podjął już nieco poważniej Alex – co się stało tam, w środku? – Ze zmarszczonymi brwiami uważnie wpatrywał się w chłopaka. – Wytworzyłeś niezły gorąc... Energia?
Patrick pokręcił głową krótko.
– Ogień.
– Ach, więc piromania – mruknął Alex, kiwając głową jakby do siebie. – Moja moc też jest niszczycielska, może nawet znacznie bardziej. – Patrick spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale nic nie powiedział. – Mogę wziąć cię pod swoje skrzydła, jeśli chcesz. Profesor na pewno by nam pomógł.
– Ale... na pewno chcesz? Moja moc...
– Na pewno nie jest gorsza od mojej, uwierz. Nie bez powodu nazywają mnie Havoc. – Posłał mu znaczące spojrzenie i Patrick w końcu uśmiechnął się lekko.
– Okey, zastanowię się.
