Remy uwielbiał noc. Jej ciszę, spokój, czające się w nieznanym tajemnice i niespotykaną o żadnej innej porze, niemal mityczną otoczkę, jakby za dnia uśpiona magia budziła się do życia. Była jak kobieta. Obecna, lecz nieuchwytna, pełna sekretów i piękna w swej pozornie mrocznej naturze, a jednak rozświetlona tysiącami jasnych, skrzących się gwiazd, które zdawały mu się przyglądać. Nawet pochmurna i burzliwa nie umniejszała jego uwielbienia, tak zmienna, tak pełna charakteru, raz po raz rozdzierana ostrymi jak sztylety błyskami piorunów i wibrującym w piersi grzmotem. Nie umiał oprzeć się nocy, tak jak nie umiał oprzeć się pięknym kobietom. Taki był. Zwłaszcza gdy kierowała nim fascynacja tym, co pozornie nieosiągalne i owiane tajemnicą – niczym ukryty w najszczelniejszym skarbcu brylant, o którym każdy wie, każdy pożąda, a nikt dotąd nie zdobył. Będąc złodziejem niemal całe swe życie, okradał już prawie wszystkie możliwe skrytki świata – a te najbardziej niedostępne zawsze nęciły go najmocniej. I tym razem nie mogło być inaczej.

Przemykając po uśpionej posiadłości krokiem lżejszym od kociego, niemal czuł, że z każdym metrem przybliża się do celu, którego nawet nie był świadomy. Nieomylne przeczucie kierowało jego nogami przez cały Instytut aż na oświetlony blaskiem księżyca dziedziniec, gdzie w srebrzystym świetle dostrzegł znajomą sylwetkę.

Stała na niewielkim mostku wzniesionym nad jeziorem, oparta o kamienną balustradę. Jej kobieca sylwetka odcinała się na tle ciemnych koron drzew, grube loki spływały delikatnie po odkrytych ramionach, lśniąc głębokim fioletem i odbijającym się w nich, srebrnym blaskiem, który równie swobodnie igrał w gładkim materiale koszuli nocnej. Ostro zarysowaną twarz wystawiła w stronę pełnej tarczy księżyca i zdawała się głęboko pogrążona we wszechobecnej ciszy, jakby z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w szepty nocy. Nie mógł powstrzymać się od myśli, że wyglądała jak zbłąkana dusza, szukająca spokoju pośród mroków nocy, lub jak wampirzyca próbująca skusić go w swoje ramiona. Jeśli faktycznie nią była, szedł prosto w jej sidła.

– Znów nie możesz spać, ma belle? – wymruczał cicho, lecz Eris i tak drgnęła z przestrachem. – Wybacz, nie chciałem przestraszyć...

Wielkie oczy poderwały na niego spojrzenie, ale gdy dojrzała jego delikatny uśmiech, odetchnęła cicho.

– Nie, nic się nie stało – zapewniła na wydechu, delikatnie przekładając wagę ciała z jednej stopy na drugą, by odwrócić się w stronę Remy'ego. – Za bardzo się zamyśliłam i wyłączyłam, a nie powinnam. – Przeczesała gęste kosmyki i uniosła kąciki warg jakby z zawstydzeniem. Nie potrafił powstrzymać lekkiego rozbawienia.

– Mówią, że noc to najlepsza pora do rozmyślań, cher, nie ma się czego wstydzić – odpowiedział łagodnie. Zbliżył się bardziej i oparł o barierkę zaraz przy boku Eris. Z tej odległości nawet w delikatnym blasku księżyca potrafił dojrzeć iskrzący się fiolet wokół jej źrenic czy opadający na policzki cień rzęs. – Zwłaszcza że pewnie nie spodziewałaś się, iż ktoś cię tu znajdzie, prawda? – dodał z rozbawieniem, jednak szeroki i, paradoksalnie, trochę nieśmiały uśmiech Eris nieco zbił go z tropu.

– Jeśli mam być szczera, trochę przeczuwałam, że znów jakoś na siebie wpadniemy.

Wzruszyła ramionami, jakby chciała zbyć swoje własne słowa, a Remy nie potrafił oderwać od niej wzroku. Prześledził spojrzeniem gładką twarz, miękką linię ust, długą szyję i zagłębienia przy obojczykach, na których spoczywały cienkie ramiączka koszulki, i potem z powrotem, przez oblany rumieńcem policzek, aż na przymrużone oczy, które zdawały się obserwować go z równym zaangażowaniem. Kiedy jednak zauważyła, że dojrzał jej mały zabieg, odwróciła spojrzenie, z zażenowaniem bawiąc się samotnym kosmykiem.

– Nawet w nocy zawsze jesteś perfekcyjnie ubrany – stwierdziła ni z tego, ni z owego, chociaż pytająca nuta przewinęła się w jej głosie. Remy zaśmiał się cicho.

– Czy uwierzyłabyś, gdybym powiedział, że to specjalnie na wypadek, gdybyśmy się spotkali, ma belle? – zapytał z rozbawieniem.

– Nie – odpowiedziała od razu, kręcąc głową i odwzajemniając wesołe spojrzenie z szerokim uśmiechem.

– Cóż, ale to po części prawda, lubię być przygotowany na niespodziewane spotkanie z piękną damą – dodał, wyciągając dłoń w stronę Eris. Odgarnął z jej czoła pukiel ciemnych włosów i przesunął palcami delikatnie niczym piórkiem po policzku, aż na linię szczęki i pod ucho, czując idealnie, jak zadrżała pod jego wpływem.

– Jak dotąd się pewnie opłaciło? – Uniosła brew znacząco, a w kobiecym głosie chyba pierwszy raz dosłyszał coś na kształt wyzywającej nuty. Zaskoczyła go tym. I jeszcze bardziej zaintrygowała, nie mógł temu zaprzeczyć.

– Jestem zdania, że schludny wygląd zawsze popłaca, cher – odparł, unosząc kącik warg w podobnym, nieco zaczepnym uśmiechu, by dać jej znak, że dokładnie usłyszał, co miała na myśli. Zanim jednak zdołała się speszyć, dodał już delikatniej: – Ale nie zawsze w sposób, o jakim mogłaś pomyśleć. Nawet rzadziej niż częściej, mógłbym powiedzieć.

– Naprawdę? – mruknęła powątpiewająco.

– Schlebiasz mi, cher, skoro sądzisz, że mam w tym taką łatwość. Mógłbym pomyśleć, że na ciebie też działam podobnie – stwierdził z rozbawieniem, mrugając do niej znacząco, aż rumieniec znów zabarwił jej policzki. Zaraz potem chwycił między palce ciemny kosmyk, delikatnie się nim bawiąc podczas następnych słów: – Chociaż też trochę mnie tym ranisz. To prawda, że uwielbiam przebywać w towarzystwie pięknych kobiet i adorować je, ale nieprawdą jest, jeśli myślisz, że jestem mężczyzną, któremu zależy tylko na jednym. To bardzo mija się z prawdą, cherie – podkreślił, choć wraz z każdym słowem ton jego głosu zmieniał się. Mówił coraz ciszej i bardziej miękko, delikatnie, a w czerwonych oczach lśniła nadzieja, że zdoła mu uwierzyć, choć żadna wcześniej nie potrafiła.

Eris wyraźnie się zawahała. Spuściła wzrok, zawstydzona swoimi własnymi myślami i podejrzeniami, do których przecież nie miała żadnych solidnych podstaw, po czym na chwilę przymknęła powieki. Remy jednak nie poganiał jej, tylko nadal bawił się pojedynczymi kosmykami, co jakiś czas niby przypadkiem muskając opuszkiem wrażliwą skórę pod uchem lub na szyi. W końcu Eris podniosła na niego spojrzenie, niemal emanując zawstydzeniem.

– Przepraszam, nie pomyślałam...

– Shh, cherie – zapewnił miękko – przyzwyczaiłem się już, że tak jestem odbierany. Opinie innych nie mają dla Remy'ego najmniejszego znaczenia, chyba że pochodzą od osób, które są mi bliskie – dodał nieco poważniej; kciukiem przesunął wzdłuż linii jej szczęki, delikatnie odchylając głowę Eris, by nie mogła odwrócić spojrzenia. Gdy w odpowiedzi na jego działania oblizała wargi, bezwiednie pochylił się ku niej, jak zahipnotyzowany śledząc ten niewielki ruch. Wtedy też drgnęła nerwowo i już wiedział, że znów przesadził.

– Mogę cię o coś zapytać? – Jej głos ledwie przebijał się nad ciszą nocy. Remy odchylił się lekko, ale nie spuścił spojrzenia z twarzy Eris, ani nie przestał delikatnie gładzić bladej skóry.

– Oczywiście, ma belle, pytaj, o co tylko chcesz – mruknął, prawie zbyt zaaferowany ciepłem jej oddechu na własnych wargach, by dokładnie przemyśleć sytuację. Obawiał się jednak, że Eris może...

– To prawda, że masz dar podobny do mojego? Perswazję? – zapytała z wahaniem. I dokładnie tego się obawiał.

Odetchnął, odchylając się nieco bardziej i cofając dłoń na ciemne kosmyki tylko po to, by po raz ostatni przeczesać je palcami.

– Od kogo to wiesz?

– Od Logana...

Westchnął. Mógł być pewien, że gdy Wolverine wyczuje zamiary Remy'ego i choć w niewielkim stopniu polubi Eris, od razu w jakiś sposób jej to przekaże. Wielki-mały brat gbur się znalazł...

– Tak, to prawda, cher – odpowiedział w końcu. Z bólem opuścił dłoń i oparł się na murku, by dać Eris dystans, którego wydawała się tak bardzo potrzebować. – Nie jest jednak tak mocna jak twoja. Potrafię skłonić kogoś do swojej woli wyłącznie poprzez mój głos. I zazwyczaj tylko, jeśli osoba ta nie jest tego świadoma.

– Twój głos to potężna broń i bez tego – stwierdziła miękko, z uśmiechem tak ciepłym, jakby chciała go pocieszyć, że wcale nie uważa tego za coś złego. I znów go zaskoczyła. Nikt jeszcze nie zareagował na tę wieść w podobny sposób.

– Cieszę się, że tak uważasz, cher...

Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że tej nocy Eris wydawała się inna. Jak parę dni temu na sali tanecznej. Bardziej pewna siebie, odważniejsza, bardziej... spragniona. Zwłaszcza gdy tym razem to ona przysunęła się w jego stronę i z nowymi iskierkami w oczach zapytała:

– Remy... jak myślisz, możliwe że nasze umiejętności się neutralizują? Czy wręcz odwrotnie?

Nim odpowiedział, przez chwilę pozwolił sobie zachwycić się sposobem, w jaki jego imię spłynęło z jej języka, miękko, ciepło, trochę bez tchu. Pozwolił sobie myśleć, że właśnie dała mu szansę, z której grzechem byłoby nie skorzystać.

– Co dokładnie masz na myśli, cherie? – Uniósł brew, jednak lekki uśmiech i tak wpłynął na jego twarz. Wydawało mu się, że to niemal bardziej zachęciło Eris do brnięcia dalej.

– Na przykład w sytuacji, gdy postanowilibyśmy użyć ich na sobie wzajemnie, w tym samym czasie – odpowiedziała, w prawie czarnych oczach zaiskrzyły się nowe diabliki, a Remy'emu coraz bardziej podobał się jej tok myślenia.

– Przyznaję, że nie mam pojęcia – odparł z równie diabelskimi iskrami w demonicznych oczach, a jego dłoń ponownie odnalazła drogę do ciemnych kosmyków. – Ale moglibyśmy sprawdzić, gdybyś tylko chciała, Eris...

– Tak? Więc czemu mam dziwne wrażenie, że sprawdzasz już od jakiegoś czasu, Remy? – mruknęła, spoglądając spod przymrużonych powiek w czerwone tęczówki.

– Może tak bardzo nie umiem ci się oprzeć, że robię to podświadomie – odmruknął, jego palce znów przesunęły się delikatnie na szyję i pod linię szczęki, powoli, intymnie. – A ty wciąż wydajesz się niewzruszona...

Ledwie skończył, drgnął zaskoczony, czując lekki dotyk na torsie. Drobna dłoń Eris prześledziła linię zapiętych guzików koszuli aż do miejsca, gdzie nieco poniżej obojczyków rozchylała się i z premedytacją musnęła odkrytą skórę. Nawet nie był pewny, kiedy dokładnie przeszył go dreszcz.

– Nie potrzebujesz żadnych sztuczek, Remy – odpowiedziała, unosząc na niego spojrzenie spod rzęs – tylko trochę cierpliwości...

Mógłby ją teraz pocałować. Wiedział, że mógłby. Była tak blisko... Czuł jej lekko przyspieszony oddech na wargach. Czuł ciepło rezonujące od jej ciała, prawie przyciśniętego do jego. I czuł też, jak sercu dudni mu w piersi mocniej niż przypuszczał, że jest w stanie. Czy miała tak samo? Czy wiedziała, co właśnie wywołała? Czy tym razem nie odsunęłaby się, gdyby spróbował? Mógłby...

Zdążył tylko drgnąć lekko, kiedy zniszczyła wszelkie jego nadzieje prostym, niewielkim zabraniem dłoni. Odsunęła się, a na jej wargach błąkał się dziwny, jakby smutny uśmiech.

– Już zapomniałam, jakie to uzależniające...

Zmarszczył brwi, próbując zapanować nad swoim nagle ciężkim oddechem i szalejącym sercem. Nigdy wcześniej nie podejrzewał, że był zdolny do podobnych reakcji... Otrząsnął się, podejmując temat głosem znacznie bardziej gardłowym niż kiedykolwiek wcześniej:

– O czym mówisz?

– No, o tym wszystkim. – Machnęła ręką, jakby chciała objąć całą jego sylwetkę i przestrzeń między nimi. – Te wszystkie uczucia, aury... potrafią działać prawie jak narkotyk – wyjaśniła, a wstyd zabrzmiał nieco gorzką nutą w jej głosie. Zmarszczka między brwiami Gambita jeszcze się pogłębiła. Na ten widok Eris tylko zagryzła wnętrze policzka i już chciała odwrócić się, zbywając całą sprawę, jak już robiła przy nim nie raz, ale nie mógł jej na to pozwolić.

Przysunął się do empatki, delikatnie ujmując blady policzek i zwracając zmieszaną twarz w swoją stronę. Ciepłe spojrzenie skrzyżował z niepewnym, a palcami delikatnie zaczął gładzić niemal świetlistą skórę.

– Możesz mi powiedzieć, cher – zapewnił miękko – nie będę cię oceniał...

Przez chwilę prawie nie zareagowała. Tylko śledziła go uważnym, choć niemal przestraszonym spojrzeniem, na którego widok coś ściskało go w piersi. Nie chciał, by tak się przy nim czuła. By wstydziła się czegokolwiek. Pragnął wiedzieć o niej każdy szczegół, jakikolwiek miałby on być, zajrzeć w głąb i odkryć wszystkie sekrety. A najbardziej pragnął, by zrozumiała, że mówił szczerze.

W końcu odetchnęła i na chwilę odwróciła wzrok, jednak równocześnie zaczęła:

– Z perspektywy czasu to dość głupia historia – mruknęła i prawie uśmiechnęła się pod nosem. Remy nic nie powiedział, tylko przesunął dłoń na tył jej szyi i dalej gładził delikatnie. Eris chyba nawet nie zorientowała się, że po chwili sama się do niego przysunęła. – Kilka lat temu, jak wyjechałam na studia, byłam po dość... niemiłym czasie w moim życiu. To mnie zmieniło. Z uciekającej przed emocjami zmieniłam się w łaknącą ich. I to nie byle jakich. – Różane wargi na moment wykrzywiły się w gorzkim, kpiącym wyrazie, jakby drwiła sama z siebie. Zerknęła na Gambita tylko na chwilę, nim podjęła opowieść. – Zatrudniłam się w klubie. Nie mogłam się oprzeć atmosferze, jaka tam panowała. Zafascynowała mnie. W parę miesięcy zza baru weszłam na scenę i nauczyłam się rzeczy, o jakich nie śniłam. Dopiero po czasie poczułam, że zaczynam mieć dość. Kiedy wymagali ode mnie więcej, niż byłam w stanie zrobić. Nie chciałam się całkiem obnażać, chciałam tańczyć. Naiwnie liczyłam, że moje umiejętności wystarczą, żebym nie musiała się rozbierać... – Zamilkła, zaciskając usta w cienką linię. Pokręciła głową. – Ale wpadłam, z jednej strony każdego wieczora chciałam się zatopić we wszystkich tych emocjach, z drugiej zawsze potem dopadało mnie obrzydzenie. Miałam dość, czułam się brudna, oblepiona tym wszystkim. Nie spałam, zawalałam studia i ukrywałam się przed wszystkimi... Szczerze mówiąc, myślałam, że mi się nie uda stamtąd wyrwać.

Jej głos pod koniec ucichł, a Remy miał wrażenie, jakby przez cały czas słuchania wgłębiał się coraz bardziej w uczucia Eris. Jakby nagle podzielił umiejętność empatki albo sama nieświadomie przekazywała mu swoje emocje. Nawet przez tę krótką chwilę miał wrażenie, jakby to go całkowicie przerastało. A jak ona musiała się czuć, przez wszystkie lata wyczuwając każdego wokół? Wolał sobie tego nawet nie wyobrażać.

Zachęcająco pogładził kark Eris, lekko przeczesując ciemne kosmyki, i prawie przyciągnął ją bliżej siebie. Już niemal stali przytuleni, kiedy podjęła:

– Wtedy przyjechał do mnie Patrick. Jakimś cudem o wszystkim się dowiedział, podejrzewam, że Johnny maczał w tym palce, i znalazł mnie podczas jednego wieczoru w klubie. Dość szybko wybił mi to wszystko z głowy, potrafi być bardzo przekonujący, jeśli chce... – Pełen rozczulenia i miłości uśmiech wpłynął na usta Eris, a jego serce zerwało się nagle dziwnie mocno. Znów pokręciła głową i zaśmiała się cicho. – Zdałam sobie sprawę, jak słaba byłam, że wpadłam w coś takiego. Od tamtej pory praktycznie nigdy nie opuszczam swoich barier i unikam podobnych sytuacji. Tak jest łatwiej... – Wróciła spojrzeniem na czerwone oczy, lśniące feerią emocji, jakich dawno nie czuł. Cokolwiek zobaczyła w jego aurze, cokolwiek poczuła, Gambit dojrzał, jak oddech na chwilę uwiązł jej w gardle, nim cicho dodała: – Wiesz, co jest najbardziej przerażające? Twoja aura... Remy, nie mogę cię zablokować. Choćbym chciała, nie potrafię. A mam wrażenie, że może być bardziej uzależniająca niż wszystkie inne...

– To źle, ma belle? – zachrypiał miękko, zdziwiony brzmieniem własnego głosu. Spojrzenie, jakie wtedy napotkał, pełne niepewności i pragnienia zarazem, prawie przeciągnęło go za granicę samokontroli.

– Nie wiem – odparła drżącym głosem, jej wzrok zdawał się szukać czegoś. Pozwolenia? Potwierdzenia? Może zachęty? Remy pochylił się, stykając razem ich czoła i muskając nosami, drugą dłoń prawie bez udziału świadomości przesunął wzdłuż boku Eris, na talię. Przez cienki materiał aż nazbyt dobrze czuł ciepło jej skóry. Przełknęła ciężko ślinę, z wahaniem kładąc własne dłonie na torsie Remy'ego. – Boję się – przyznała ledwie słyszalnie, a jednak mimo to prawie przylgnęła do jego sylwetki. – Po prostu boję się znów wpaść...

– Nie masz się czego bać, ma cherie, nie przy mnie – mruknął, wplatając palce w grube kosmyki. Eris zadrżała. Jej usta rozchyliły się, jakby chciała coś powiedzieć, lecz nie potrafiła, a kiedy po raz ostatni zerknęła w demoniczne oczy, dostrzegł w tym jednym spojrzeniu wszystko, czego potrzebował.

Prawie jęknął, w końcu czując ciepłe wargi między swoimi. Delikatne, gładkie, tak bardzo niepewne, a jednak spragnione jak żadne inne. Eris uniosła się na palcach, drobne dłonie przesuwając przez cały jego tors, aż na szyję, by móc przylgnąć do niego całym swoim ciałem. W odpowiedzi tylko pochylił się bardziej, dłonie zaciskając mocniej w grubych kosmykach i na cienkim materiale, za wszelką cenę starając nie dać się nie ponieść. Ale to było za dużo nawet dla Remy'ego. Lekkie, niepewne muskanie szybko zmieniło się w niecierpliwy, gorący pocałunek dwójki osób zbyt spragnionych, by przejmować się czymkolwiek prócz palącego od wnętrza pożądania. Gdy w końcu Eris rozchyliła wargi, dając porwać się jego namiętności, a z jej gardła dobył się cichy jęk, myślał, że oszaleje. Jeśli już nie oszalał.

Nim jednak całkiem stracił głowę, już na granicy wytrzymałości, z ciężkim oddechem zaczął wolniej przeczesywać ciemne kosmyki i zsunął pocałunki niżej, na szczękę i szyję empatki. Muskał delikatnie, intymnie, czując pod wargami pulsującą w żyłach krew i dudniące w jej piersi serce, rytmem dorównujące jego własnemu. Choć tak bardzo pragnął więcej; pragnął zatopić się w tej namiętności, którą właśnie odkryli, zdobyć duszę i ciało dotąd niedostępnej Eris, pokazać, udowodnić, że nie musiała niczego się bać, czuł, jak powoli sztywnieje w jego ramionach, jak oddech staje się urywany i płytki w inny niż dotąd sposób. I wtedy usłyszał jej głos:

– Remy...

Zachrypnięty od pragnienia i drżący z niepewności na granicy strachu. Mimo że nie był empatą, miał wrażenie, jakby sam czuł dokładnie to, co właśnie przeżywała. I coś boleśnie zacisnęło się na jego piersi.

– Nie bój się, Eris, ma belle – wymruczał niemal błagalnie z wargami tuż przy jej uchu, ale to nic nie dało. Cofnęła się, zabrała ręce, a jego żarzący się wzrok napotkał szeroko otwarte oczy. – Proszę, Eris...

– Ja... przepraszam, Remy – wyrwała się jak oparzona – przepraszam, nie mogę.

Uciekła, nim zebrał odwagę, by ją chwycić. Nie zdążył. Z każdym słowem czuł, jakby wbijała mu kołek w serce – i było to uczucie, którego tak intensywnie dawno nie doświadczył. Mógł je porównać tylko do bólu, jaki towarzyszył mu, gdy został wygnany z własnej Gildii. Paraliżował. Zostawiał w szoku na tyle długo, by nie mógł zareagować; a potem było już za późno.

Odwrócił się, uderzając pięścią w kamienną balustradę. Huknęło, a w powietrzu zabłysła fioletowa poświata. Gdy uniósł dłoń, niegdyś gładką powierzchnię zastał pełną rys, pęknięć i skruszonych odłamków. Śladów bólu, o którym nigdy nawet nie pomyślałby, że kiedykolwiek będzie dane mu doświadczyć...

_

Od autorki: Dziś wyjątkowo moje gadanie na końcu, bo paroma pytaniami chcę zachęcić Was do zostawienia paru słów. Więc - jak się Wam podoba? ^^ Osobiście lubię ten rozdział najbardziej ze wszystkich, które dotąd napisałam. A po drodze też miałam co do niego kilka wątpliwości - np. czy nie powinien pojawić się dopiero gdzieś później i nie lecę z akcją między bohaterami zbyt szybko.

A Wy, jak myślicie? Remy się pospieszył? A może to Eris po prostu jest jakaś przewrażliwiona? Dogadają się w następnym rozdziale?

Chętnie poznam Wasze opinie! Bardzo, bardzo chętnie, więc moi nieliczni czytacze, zostawcie jakieś swoje przemyślenia - kto wie, może się sprawdzą ;p