W podziemnej bazie było ciemno i zimno. Szare, kamienne ściany lśniły złowieszczo w ostrym świetle żarówek, zaś w powietrzu unosiła się wilgoć i jakiś mdły, gorzkawy zapach, przywodzący na myśli lekarstwa. Kręte korytarze zdawały się ciągnąć w nieskończoność i każdy najmniejszy dźwięk niósł się po nich echem – a jednak cisza zalegała w każdym zakamarku.

– Charles nie wspominał, że może być opuszczona – mruknęła po jakimś czasie Raven. Wraz z Gambitem przeszli już sporą część labiryntu, schodząc na coraz to niższe poziomy.

– Profesor mógł nie wiedzieć – odmruknął cicho Remy. Jego złodziejskie zmysły pracowały na najwyższych obrotach, odkąd tylko przekroczyli próg wejścia. – Mogli też przenieść-shhh! – Przystanął, nakazując mutantce to samo. Wtedy usłyszeli cichy szmer i wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

Bezszelestnie ruszyli korytarzem, podkradając się do uchylonych drzwi. Zza framugi sączyło się światło, a w środku słychać było nerwowe kroki i szelest papierów, kartonów oraz jakieś dziwne pobrzękiwanie. Remy już wyjmował karty, lśniące energią, jednak Raven szybko złapała go za rękę i pokręciła głową. Pokerzysta spojrzał na nią, z konsternacją marszcząc brwi, ale wtedy wskazała na jego kij i w mig zrozumiał.

Fioletowa poświata zaczęła lśnić najpierw wokół dłoni Gambita, potem objęła drewnianą powierzchnię i rozeszła się aż po same końce, aż cała laska pulsowała energią. Wtedy Remy wyprostował się, z typową nonszalancją otwierając uchylone drzwi. Po pomieszczeniu rozszedł się huk. Nim ktokolwiek się zorientował, kij Bo uderzył o posadzkę i fala energii poniosła się przez powietrze, powalając wszystkich obecnych mężczyzn i burząc cały, uporządkowany układ pokoju. Papiery podniosły się i rozsypały, półki podskoczyły, poprzewracały się, a szafki otworzyły. Wszyscy jednak, prócz dwójki mutantów, leżeli nieprzytomni na posadzce, tak jak chcieli.

– Nieźle – rzuciła przez ramię Raven, przechodząc obok Gambita – Sprawdźmy, co było dla nich takie ważne... – Bez wahania zabrała się za przeglądanie porozrzucanych dokumentów.

– Merci – odpowiedział tylko Remy z uśmiechem i skinął, przyznając jej rację. Zanim jednak dołączył do Raven, przyjrzał się jeszcze leżącym mężczyznom.

Wszyscy, bez wyjątku, byli nieprzytomni – to nie ulegało wątpliwościom. Coś jednak kazało mu dokładniej ich zbadać – zwykłe przeczucie czy może złodziejskie przyzwyczajenie, w każdym razie nie dało się zignorować, więc zabrał się za przeszukiwanie.

– Co robisz? – spytała nieco podejrzliwie Raven, na chwilę odkładając papiery.

– Skoro zostali tu po coś wysłani, może któryś będzie miał przy sobie jakąś wskazówkę. Zawsze warto spróbować – wyjaśnił spokojnie.

Gdy podszedł do ostatniej osoby, w końcu coś rzuciło mu się w oczy. Ten mężczyzna był inny od pozostałych. Miał gładkie, czyste dłonie, zupełnie różne od zgrubiałych i szorstkich pozostałych, nie posiadał też przy sobie nic więcej, prócz zwykłego pistoletu i schowanego w kieszeni identyfikatora laboratoryjnego.

– Proszę, proszę – wymruczał Remy, podnosząc się ze swoim znaleziskiem w ręku – mamy tu chyba jakiegoś naukowca.

Raven poderwała głowę, nieco sztywniejąc. Wbiła wzrok najpierw w pokerzystę, a potem w nieprzytomnego mężczyznę, a po jej twarzy przebiegło coś na kształt wściekłości – lub może obrzydzenia – nim ponownie się uspokoiła.

– Czyli mógł przyjść po swoje badania... – wywnioskowała spokojnie, lekki chłód zabrzmiał w jej głosie.

– Oui, możliwe – odparł Remy, zupełnie nie przejmując się zmianą w zachowaniu towarzyszki. – Przekonajmy się, co było takie ważne.

Podniósł się, wpierw dokładnie związując nieprzytomnych, i dołączył do przekopującej dokumenty Raven. Mnóstwo z tego, co przejrzeli, nie miała nic wspólnego z możliwymi eksperymentami, inne przedstawiały pomieszane i niepełne akta przetrzymywanych mutantów lub luźne zapiski ich dotyczące. Z każdymi kolejnymi podobnymi kartami złość gotowała się w nich coraz mocniej, ale mogli mieć tylko nadzieję, że Alex i Logan przeszukujący pozostałą część bazy zdołają odnaleźć uwięzionych, podczas gdy oni tkwili w tym miejscu.

Po kilku minutach bezowocnych poszukiwań Remy w końcu z lekką frustracją podniósł wzrok i jeszcze raz zaczął przeglądać pomieszczenie. Zdawało mu się wcześniej, że pięciu mężczyzn leżących na ziemi już przed nimi zdołało solidnie przetrząsnąć pokój i nic więcej nie znajdą, ale wtedy właśnie dostrzegł czarną, wepchniętą pod szafkę aktówkę. Leżała prawie pod samą ścianą, jakby została tam rzucona przez kogoś lub coś. Możliwe nawet, że sam zepchnął ją tam siłą uderzenia energii, to jednak nie miało teraz znaczenia.

– Co my tu mamy... - wymruczał pod nosem, po kolei wyciągając dokumenty. W większości były na nich dość niezrozumiałe dla niego zapiski, pełen chemicznych i technicznych pojęć, lecz w końcu natrafił też na takie, które pozwoliły mu złożyć wszystko w jedną całość.

– Mon Dieu – szepnął na wydechu.

– Co? Co znalazłeś? – podchwyciła od razu Raven, krzyżując z nim wzrok. Jej naglące spojrzenie wcale mu nie pomogło.

Przekartkował strony i wyrywkowo zaczął czytać:

– Dzień 235, nadal nie znaleziono odpowiedniego obiektu, brak umiejętności wpływania u Mutanta 35... Dzień 250, zwiadowcy obserwujący potencjalne obiekty nie dostrzegli pozytywnych wskazówek. – Zatrzymał się, przekładając kilka kolejnych stron. Wtedy właśnie jedna data szczególnie przykuła jego wzrok i serce na chwilę stanęło w jego piersi. – 20 czerwca, jeden z wywiadowców trafił na obiecujący obiekt. Mutant zdaje się mieć wpływ na ludzi wokół siebie, brak jednak jasnych danych na jej temat... Jej... – powtórzył bezwiednie, głosem ledwie przewyższającym szept. Trzymając z całych sił swoje nerwy na wodzy, przewrócił kolejną stronę.

– Eris? – wtrąciła cicho Raven, ale Remy tylko spojrzał na nią krótko znad papierów i czytał dalej:

– 3 lipca, obiekt uratował człowieka przed napaścią. Agresorzy odwrócili się i odeszli, mimo że kobieta nawet nie była uzbrojona i nie przedstawiała żadnego zagrożenia. Z obserwacji wynika, że wystarczyło tylko kilka słów, by odeszli. Mutant może okazać się brakującym ogniwem... 11 lipca, Mutant 58 zmusił dr Bollocka, by wypuścił go z celi. Doktor mówił, że nawet nie zorientował się, kiedy to zrobił. Prawdopodobnie kobieta znów użyła swojego wpływu...

Zamilkł, czując, jak bijące serce podchodzi mu aż do gardła i dudni, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Bo jeśli to był to, na co wyglądało, to mieli ogromne kłopoty.

– Mutant 58 – wychrypiał, przeglądając gorączkowo wszystkie pozostałe papiery zalegające w teczce. Znieruchomiał, gdy realizacja spadła na jego głowę niczym kubeł zimnej wody. – Nie ma jej akt...

– Może jeszcze są gdzieś tut...

Cichy jęk i sapanie dobyło się z podłoża, a nieruchomy dotąd naukowiec drgnął w krępujących go pętach. Remy okręcił się na pięcie, nawet nie czekając na reakcję Raven. Z kieszeni płaszcza dobył lśniącą już fioletowo kartę, nonszalanckim ruchem buta odwrócił doktora na plecy i przyłożył mu krawędź do gardła, nim ten w ogóle zorientował się, co zaszło.

– Bonjour, monsieur – powitał go pogodnym tonem, uśmiechając się serdecznie – może odpowie nam pan na kilka pytań? Zapewniam, nie potrwa to wcale długo.

Naukowiec zachłysnął się własnym oddechem, z przestrachem patrząc to na jedno, to na drugie. Ledwie powstrzymywał się przed zerkaniem na Remy'ego, a jednak za każdym razem, gdy napotkał wzrok demonicznych oczu, wzdrygał się szaleńczo i zdawał jeszcze bardziej kurczyć w sobie.

– Nic nie powiem – odparł słabo, jednak uśmiech Gambita tylko się poszerzył.

– Ależ powiesz, to przecież tylko nieistotne szczegóły, oui? – przekonywał miękko i nawet Raven musiała przyznać, że brzmiał niezwykle wiarygodnie ze swoją uprzejmością i elokwencją. Wiedziała jednak, że kryło się za tym również coś więcej. W końcu naukowiec skinął nerwowo, a Remy w drugiej ręce podniósł papiery z aktówki. – Dobrze wybrałeś, homme. Zaczniemy więc od czegoś prostego, oui? Mutant 58. Znałeś ją?

Drzwi gabinetu uchyliły się gładko przed Eris, wydając przy tym całkiem przyjemny, charakterystyczny dźwięk. Wnętrze pomieszczenia jak zwykle przywitało ją spokojem i uporządkowaniem wypełniającym każdy skrawek, a w samym jego centrum, za szerokim, dębowym biurkiem, siedział czytający książkę Profesor. Gdy przekroczyła próg, podniósł na nią ciepłe spojrzenie i odłożył lekturę na brzeg blatu.

– Eris – powitał ją i wskazał na miejsce naprzeciw siebie. – Proszę, usiądź.

– Dziękuję – odparła tylko trochę ciszej niż zwykle, ale Profesor i tak to wychwycił. Zmartwienie nieco zabarwiło jego aurę, gdy przyjrzał jej się uważnie.

– Wydajesz się dziś wyjątkowo przygaszona – powiedział miękko i Eris drgnęła wyraźnie. – Coś się stało?... Oczywiście, jeśli nie chcesz odpowiadać, nie musisz...

Empatka przez chwilę bawiła się mankietem koszuli, błądząc wzrokiem po wzorzystym dywaniku, nim w końcu odważyła się spojrzeć w oczy Xaviera. I nie znalazła tam nic, prócz szczerej, lecz niewymuszającej zachęty.

– Profesorze, przecież możesz spojrzeć w moje myśli – zaczęła, wzdychając lekko. – Pewnie nawet wiesz, odkąd tylko weszłam.

Telepata uśmiechnął się do niej ciepło.

– Nie, jeszcze tego nie zrobiłem, choć twoje myśli są bardzo głośne. – Eris zacisnęła wargi, czując, jak policzki zaczynają ją palić. – Wolałbym to jednak usłyszeć od ciebie – zakończył, cierpliwie czekając, aż sama się zdecyduje.

A decyzja wcale nie była dla niej taka łatwa. W pewnym momencie miała nawet nadzieję, że Charles po prostu odczuta jej myśli – nie musiałabym wtedy przeżywać tego ponownie, mówiąc. Wiedziała jednak, że miał rację. Wiedziała też, jak dokładnie mogła określić swoje zachowanie nocą, ale jakoś nie mogła tego przecisnąć przez gardło. Pocieszyła się tylko tym, że Charles prawdopodobnie i tak już się spodziewał, co powie – i nie powinien jej oceniać.

Odetchnęła, z ledwością wyduszając:

– Chyba... stchórzyłam.

Na chwilę przymknęła powieki, czując, jak ponownie wpada w wir tych wszystkich emocji i wspomnień, który próbował ją wciągnąć już od tamtej nocy. Gdy spojrzała potem niemal błagalnie w oczy Charlesa, w mig pojął, co chciała, by zrobił. I kiedy w końcu spojrzał w myśli empatki, westchnienie uniosło jego pierś.

– Ach, więc to dlatego... Cóż, przynajmniej wiem już, co też gnębiło naszego Gambita – stwierdził od niechcenia, z pewnym zadowoleniem obserwując, jak Eris poderwała głowę, a jej myśli czepiają się tej wypowiedzi.

– Gnębiło? – zapytała trochę słabo, po czym szybko odchrząknęła i zmarszczyła brwi. – Profesorze, nie mogłeś, ekhm, po prostu spojrzeć w jego myśli?

– Nie mogę – przyznał prosto Xavier z lekkim, jakby rozbawionym uśmiechem. – Energia Remy'ego chroni go przed telepatami. Jestem w stanie tylko przekazać mu prostą myśl, wiadomość, nic więcej.

Eris zamrugała, całkiem zbita z tropu. I nagle zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie go gnębiło – a jeśli tak, to co? Czy też jakoś przeżył wydarzenia tej nocy? A może po prostu sprawiał pozory?

„Nie" pomyślała. „Nie mógł sprawiać pozorów..."

A przynajmniej chciała w to wierzyć. Widziała go raz, rano, i nawet z tak sporej odległości była w stanie wyczuć, jak wiele emocji tłoczyło się w jego aurze. Potem już na siebie nie wpadli i nie wiedziała, czy aby na pewno miała na to ochotę. Tylko że w tej chwili był na misji. Spodziewała się, że gdy wróci, nie uda jej się unikać go w nieskończoność. Jeśli wróci...

Serce w jej piersi zaczęło nagle dudnić z taką mocą, że prawie sapnęła – i to na samą myśl, że mógłby nie wrócić i...

– Eris...

Drgnęła, słysząc cichy, lecz naglący głos Profesora. Niebieskie oczy wpatrywały się w nią ze zmartwieniem, a sam Charles pochylił się ku niej w międzyczasie. Na ten widok od razu się otrząsnęła i wstyd zaczął wspinać się różem po jej policzkach.

– Przepraszam, Profesorze, odpłynęłam...

– Nic się nie stało, Eris, nie przepraszaj – zapewnił ją łagodnie, po czym niemal natychmiast zmarszczył brwi i odchylił się. – Chyba tego nie przemyślałem – mruknął i zaczął manewrować kołami wózka za biurkiem. – Daj... mi chwilkę... O, tak lepiej. – Cały czas mówił, w miarę sprawnie omijając dębową przeszkodę i na koniec zatrzymując się przy siedzącej na fotelu Eris. Uśmiechnął się, choć nadal marszczył brwi. – O czym ja to... Ach, tak. Eris – chwycił jedną, chłodną dłoń w empatki między swoje i skrzyżował ciepłe spojrzenie z ciemnymi oczami – to nic złego, że się przestraszyłaś. Emocje to ogromna siła, tak ogromna, że ulegamy jej od zawsze i nie sposób tego powstrzymać. Zresztą, dobrze to wiesz. Sęk w tym, że to od ciebie zależy, czy postanowisz stawić temu czoła, czy dalej uciekać – zakończył łagodnie, delikatnie gładząc dłoń Eris, a ona nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Czy raczej – od barw i tej wszechobecnej nadziei, jaka biła od Profesora. Słuchała go, topiąc się w złocie i pomarańczy jego aury, a mimo to czuła, jak strach chwyta ją w żelazne pęta.

– To nie jest takie łatwe... – wyszeptała ledwie na głos.

– Wiem, przyszedłem już tę drogę – odpowiedział niemal równie cicho, znów uśmiechając się pokrzepiająco. – I, wierz mi, Eris, uciekanie jest tylko pozornie łatwiejsze. Im dłużej uciekasz przed strachem, tym bardziej się nawarstwia i kiedy już braknie ci sił na ucieczkę, możesz mu nie podołać. To jak tocząca się z góry kula śniegu – na górze jeszcze ją złapiesz, na dole będzie już zbyt wielka.

– Chyba że góra będzie mała – odparła bez zastanowienia, zaskarbiając tym sobie cichy śmiech Profesora. Eris też uśmiechnęła się słabo, ale – o dziwo – poczuła się trochę lepiej.

– Coś mi się wydaje, że wiesz, o co mi chodzi – odpowiedział po chwili Profesor, patrząc na Eris.

– Chyba wiem... – przytaknęła, mimo że serce w jej piersi nadal trochę wariowało.

– To dobrze, cieszę się – odparł i wyprostował się w swoim siedzisku. – Masz ochotę na jeszcze parę właściwych ćwiczeń? Możemy wrócić do tej rozmowy, gdy będziesz chciała.

Skinęła i odetchnęła cicho.

– Czemu nie, w końcu po to tu przyszłam.

Profesor uśmiechnął się szeroko, całkiem w swoim żywiole, i oboje przeszli do właściwej sprawy. Eris ostrożnie opuściła swoje bariery, aż od energii innych nie dzieliła jej nawet najcieńsza warstwa, i całkowicie skupiła się na Charlesie, równocześnie starając się nie poddać jego aurze.

– Gotowa? – zapytał z lekkim rozbawieniem i Eris odwzajemniła uśmiech, skinąwszy. Z aury telepaty przypięła do niej kolejna fala przyjemnego ciepła. – Dobrze, to zaczniemy od podstaw. Muszę zrozumieć, dlaczego wpływanie na innych wywołuje u ciebie silną, negatywną reakcję. Podzieliłabyś się ze mną jednym z takich wspomnień? – zapytał łagodnie, jednak serce Eris i tak zaczynało ponownie wybijać coraz szybszy rytm z każdym jego słowem. Oczywiście, od razu to zauważył i ujął jej dłoń. – To nigdy nie będzie łatwe, Eris, ale możemy postarać się, by było łatwiejsze. Przywołaj jakiekolwiek wspomnienie, nie musi być jednym z najgorszych, może być bardzo łagodne. Tylko z efektem...

– Coś znajdę – odpowiedziała pewnie, choć umysł już zaczynał podsuwać zbyt wiele wspomnień.

Jak zawsze, pierwsze były najcięższe do wytrzymania, jeszcze z czasów szkolnych, szybko jednak wyparła je z myśli, by Charles ich nie dojrzał. Podświadomie przeczuwała jednak, że coś z tego i tak zdążył zobaczyć. Potem przeszukała najświeższe wspomnienia, od poprzedniej nocy, przez okropne godziny w bazie, aż po studia. I wtedy trafiła na jedno, które wydawało się najodpowiedniejsze.

– Chyba znalazłam...

– Więc, proszę, opowiedz mi.

– Jakiś miesiąc temu wracałam z uczelni, było już ciemno. W bocznej uliczce poczułam okropnie wściekłe, ale też przestraszone aury. Nie myślałam nad tym długo, tylko tam weszłam...

Głos Eris był zadziwiająco spokojny, a Charles powoli dał się wciągnąć w to wspomnienie. Widział, jak podchodzi do rysującej się przed nim sceny. Bezbronnego chłopaka i trzech rosłych mężczyzn z bronią i osłoniętymi twarzami. Zamierzali się właśnie na niego, póki głos Eris nie przeciął powietrza.

„Hej!" zawołała, podchodząc od strony chłopaka. Nie mógł się temu nadziwić, ale patrząc jej oczyma, doskonale widział i czuł, jak sięgnęła do ich aur, łapiąc je i zrzucając własne bariery. Gwałtowne emocje napastników natarły na nią z pełną mocą.

„Wypad stąd, dziewczynko, nie twój interes!" sarknął jeden, drugi zaś uśmiechnął się do niej lubieżnie.

„Albo zostań i dostarcz nam rozrywki..."

„To wy odejdziecie" odparła spokojnie, a chłopak przy jej boku spojrzał na nią z przerażeniem. Charles doskonale czuł, jak podczas całej tej sceny Eris zaczęła manipulować ich emocjami. Jak chwyciła się pokładów strachu i zaczęła ja rozwijać, przysłaniając wściekłość. „Tkniecie nas, a w mgnieniu oka pojawi się tutaj cały oddział policji" dodała chłodno. Dwaj z nich zaczęli patrzeć po sobie niepewnie, ale jeden wykroczył do przodu.

„Jakoś w to nie wierzę, dziewczynko."

„Prowadzę sprawę niedaleko, mam na sobie podsłuch. Przekonaj się" wyzwała, teraz prawie całą swoją uwagę skupiając na nim, który zdawał się dowodzić pozostałej dwójce. Stworzyła chwilową więź, wlewając w niego strach i myśli, jakie za nim podążały. Pociągnęła za kiełkujące w nim obawę i zwątpienie, a potem przeniosła to na innych. Wtedy nagle wszyscy trzej poderwali się, jakby coś usłyszeli, i wycofali się, rzucając przekleństwa pod nosem. A Eris... buzowała od strachu, adrenaliny i wszystkich, okropnych rzeczy, które wyczuła w napastnikach. Lecz ostatnim, co Charles poczuł, nim się wycofał, było, jak szybko opadła z całej energii, jakby ktoś nagle odpiął jej dostęp do źródła.

– Nie mogłam potem spać przez kilka nocy albo śniłam wciąż o tym samym... – zakończyła nieco drżącym głosem, a Profesor westchnął cicho i uśmiechnął się.

– Postąpiłaś bardzo odważnie – powiedział ciepło – mało kto by się na to zdobył. – Eris uśmiechnęła się z wdzięcznością, a Profesor podrapał się w podbródek w zamyśleniu. – Zdaje się, że gdy chciałaś na nich wpłynąć, połączyłaś się równocześnie z ich aurami, tak? – Skinęła.

– Tak, idzie to wtedy trochę w dwie strony...

– Mimo to w jakiś sposób wasze aury i emocje pozostają od siebie odrębne... Powiedz mi, Eris, zawsze używasz swojej hipnozy i również manipulujesz czyimiś emocjami? – zapytał z nieskrywaną ciekawością, a wokół jego głowy pojawiła się żółta poświata, oznaka kiełkujących pomysłów.

– Ja... tak, chyba tak... – Próbowała sobie przypomnieć, czy kiedyś nie ingerowała. Jakieś wspomnienie ciągle jej umykało, dziwnie rozmyte, aż po chwili w końcu wróciło z pełną mocą. Niemal sapnęła, przypominając sobie to krótkie zdarzenie. – W bazie... – Podniosła wzrok, napotykając wyraźnie zainteresowane spojrzenie Charlesa. – Nie zastanawiałam się, co robię. Gdy... chwyciłam aurę strażnika, po prostu zmusiłam go, by zrobił, co chciałam. Czułam go przez chwilę, ale... sama nie wiem, nie wpływałam na emocje, tylko... – Sfrustrowane westchnienie dobyło się z gardła empatki, gdy szukała odpowiednich słów, ale nie potrafiła w żaden sposób ich opisać. W końcu z rezygnacją opadła na oparcie fotela. – Nie wiem, nie umiem tego określić.

Charles uśmiechnął się z pewnym samozadowoleniem pod nosem i przyjrzał się mutantce nieco ciekawiej. Wydawała się świadoma swoich darów i ich pożytku, a jednak nadal miotała się, nie mogąc sobie z nimi poradzić. Nie była empatką tylko z mocy, ale i z natury. Jakby zbyt wrażliwa na tego typu dar, który niósł ze sobą wielki ciężar, wymagający przecież sporej siły psychicznej. Profesor był niemal pewien, że posiadała wielkie jej pokłady, tylko nie umiała do nich dotrzeć.

– Eris – zwrócił łagodnie uwagę empatki, czekając, aż zwróci na niego spojrzenie – słyszałaś kiedyś o energii Chi?

Eris zamrugała z pewnym zaskoczeniem, ale kojarzyła ten termin.

– Trochę... kiedyś... To, tak jakby, energia ducha?

– Tak – skinął z zadowoleniem – pojęcie energii Chi, siły, energii życiowej, funkcjonuje w kulturach świata już od bardzo dawno, głównie jednak w kulturach wschodu. Według wierzeń Chińczyków to energia, która płynie w nas od chwili, gdy zaczyna bić nasze serce bądź gdy bierzemy pierwszy oddech, i stale utrzymuje nas przy życiu – wyjaśnił pokrótce, widząc, jak z każdym słowem ciemne oczy Eris zaczynają coraz bardziej błyszczeć. – Wydaje mi się, choć to tylko moje spekulacje, że twoje umiejętności mogą mieć z nią coś wspólnego. Może nawet bardziej niż z naszym rozumieniem hipnozy.

Charles zakończył na tym, dając empatce chwilę, by przetrawiła jego słowa. A Eris czuła, że mógł mieć rację. Zawsze miała wrażenie, że jej darów nie dało się dokładnie sprecyzować – były bardzo „ulotne", zależne, za każdym razem ich użycie wyglądało trochę inaczej, choć podobnie. Dlatego pomysł Profesora wydawał się mieć głębszy sens. Przypomniała sobie aury Patricka, Alexa i Remy'ego – we wszystkich widziała barwy i obszary zdające się odzwierciedlać ich moce. Chciała nawet od razu o tym wspomnieć, ale Xavier wyprostował się i znacznie poważniejszym tonem przerwał jej myśli.

– Będziemy musieli dokończyć tę rozmowę innym razem. Wybacz, Eris.

– Coś się stało? – zapytała z lekką obawą, jednak Charles uśmiechnął się tylko lekko, a wtedy drzwi do gabinetu rozwarły się.

W progu zjawili się, wracający z misji, Alex, Logan i Raven, z Gambitem na samym czele, który tym razem nie miał na twarzy swojego typowego uśmiechu.

– Profesorze! – Jego głos brzmiał na napięty, kiedy powitał Charlesa skinieniem głowy. Zaraz potem dostrzegł siedzącą naprzeciw biurka Eris i wyraźnie zesztywniał. Zaskoczenie, niezrozumienie i szereg innych emocji przesunął się przez jego aurę, nim empatka zdołała oderwać od niego wzrok.

– Remy – powitał go również Profesor. – Jak poszło?

– Właśnie o tym musimy porozmawiać – odpowiedziała Raven nagląco, prawie wchodząc mu przy tym w zdanie. Telepata zdziwił się lekko, ale po chwili zrozumienie zaświtało w jego oczach.

Skołowana Eris w tym czasie wpatrywała się w każdego po kolei, wyraźnie widząc stres, obawę i niezadowolenie w ich aurach, więc uprzejmie zapytała:

– To może ja już pójdę?

Nie spodziewała się jednak, że Xavier westchnie cicho i zmęczonym głosem odpowie:

– Obawiam się, że to też może dotyczyć ciebie, Eris.

Od autorki: Trochę to trwało, no ale w końcu się udało! Trochę inaczej, trochę dłużej i mam nadzieję, że zadowalająco ;p Co o nim myślicie? Czy Remy i Raven dowiedzieli się czegoś istotnego? Czy Eris przypadkiem nie przesadza? Dajcie znać!

Ze spraw bardziej technicznych - to ostatni rozdział, który miałam napisany na zapas. Ostatnio też bardzo słabo z moim pisaniem, więc nie wiem, jak to będzie z rozdziałami... Dlatego bardzo chcę podziękować za ostatnie gwiazdki i komentarze, bo one dały mi kopa, by ten rozdział przepisać i wrzucić. Więc - dziękuję!