Eris miała dziwne, wytrącające z równowagi uczucie. Siedziała niemal dokładnie w tym samym miejscu, naprzeciw tych samych osób z Profesorem obok jak w dzień, w który po raz pierwszy obudziła się w Instytucie. Jedyną różnicą w ułożeniu osób w pomieszczeniu stanowił fakt, że tym razem Alex był obok niej i siedzieli na drugiej z sof. Nawet Logan stał dokładnie tam, gdzie tamtego dnia, ze znudzeniem wpatrując się w okno. I może gdyby nie nerwowa atmosfera, byłoby to nawet całkiem przyjemne uczucie, lecz z wszystkimi tymi niespokojnymi wibracjami Eris powoli zaczynała boleć głowa – a wcale nie trwało to tak długo. Może jakieś kilka minut raportu, po którym empatce prawie zrobiło się niedobrze, i kilka kolejnych siedzenia w ciszy, podczas których Charles czytał przyniesione z misji akta. I pierwszy raz wyraźne, blado błękitne poświaty zaczęły się przebijać przez złoto jego aury.
– To... nie jest coś, czego bym się spodziewał – powiedział w końcu, zamykając teczkę. Wolną dłonią potarł przymknięte powieki i zdawał się w tym momencie starszy o jakieś kilka lat, nawet jeśli wygląd temu przeczył. Westchnął cicho, zwracając się w końcu do przybyłej czwórki. – Znaleźliście coś jeszcze?
Remy i Raven wymienili krótkie spojrzenia. To oni głównie zdawali raport, bo Alex i Logan niczego nie znaleźli – baza okazała się całkiem opustoszała.
– Pojedyncze, niepełne akta różnych mutantów, niektóre dość stare. Hank je ma – odpowiedziała Raven ze ściągniętą twarzą. Eris pierwszy raz widziała niebieską piękność w takim stanie i zdecydowanie mogło to zmrozić krew w żyłach.
– Poza tym na miejsce przysłali jednego z naukowców – dodał Remy nieco bardziej gardłowym niż zazwyczaj, choć opanowanym głosem – pewnie żeby zabrał odpowiednie zapiski i przypadkiem niczego nie pominął...
Iskra złości zabrzmiała w jego tonie, tak samo jak rozbłysła w demonicznych oczach, lecz pomimo tego na zewnątrz wydawał się niezwykle spokojny. Wręcz przerażająco spokojny, jakby pod tym kryła się zimna furia. I choć inni wydawali się to w jakiś sposób wyczuwać, tak Eris czuła to naprawdę. Widziała i właściwie niemal doświadczała wściekłości, która się za tym kryła – ale nie tylko jej. Było tam też zmartwienie i troska, niczym paliwo dla tej furii, a to była niezwykle groźna mieszanka.
– Ufam, że czegoś się od niego dowiedzieliście? – Charles podniósł wzrok na pokerzystę i Eris prawie sapnęła, widząc, jak na chwilę aura Remy'ego faluje i jego złość nieco stygnie. Dokładnie wtedy nieco ulgi pojawiło się też w otaczających Profesora barwach.
– Oui, choć niewiele tego – przyznał Gambit, jakby przez ściśnięte gardło. – Wiemy prawie na pewno, kim był Mutant 58 i mamy podejrzenia, dlaczego tak im na niej zależało.
– Rozumiem – odpowiedział spokojnie Xavier i przez chwilę wpatrzył się w teczkę.
Eris nie miała wątpliwości, że wszystkiego pewnie zdążył się już dowiedzieć z myśli Raven bądź kogoś innego z pozostałej dwójki, lecz nadal nie rozumiała, czemu pozwolił jej przysłuchiwać się tym wszystkim zapewne tajnym informacjom. Czuła się zagubiona i skołowana, a ich aury wcale nie pomagały. Przez cały czas siedziała cicho, nie wtrącając się w rozmowę, zaczynała jednak tracić cierpliwość – i gdy akurat chciała zapytać, Charles się odezwał.
– Eris – zaczął, podnosząc na nią spojrzenie – gdzie byłaś trzeciego lipca?
Empatka zamrugała nieco zaskoczona, ale potem ze zmarszczonymi brwiami poszukała w pamięci tego dnia.
– Na uczelni, miałam wtedy ważny wykład... to ma jakieś znaczenie?
– Jesteś pewna, że nic innego nie wydarzyło się tego dnia? – dopytywał Charles, jakby usilnie próbując jej o czymś przypomnieć. – Nic szczególnego nie wydarzyło się tamtego wieczora?
– Nie, nie wydaje mi... – urwała, jakby nagle część układanki wpadła na swoje miejsce, i prawie zawstydziła się z własnego gapiostwa. – To był ten wieczór, o którym dzisiaj mówiłam. Obroniłam... tego chłopaka. – Ostatnie słowa wymówiła nieco ciszej, prawie się rumieniąc. Nie czuła, by pasowało do niej to słowo.
Wszelkie możliwe zażenowanie jednak szybko wyparowało z głowy Eris, gdy poczuła nagłe szarpnięcie w aurze Remy'ego. Ze zdziwieniem spojrzała na pokerzystę, który odetchnął ciężko i zacisnął szczękę, przymykając na chwilę oczy. Raven i Alex też nie wydawali się tą wiadomością wniebowzięci.
– To źle? – zapytała trochę zdziwiona.
– Oczywiście, że nie, Eris – odpowiedział jej łagodnie Charles, ale na jego twarzy nie było uśmiechu. – Niestety, okazuje się, że to właśnie ściągnęło na ciebie uwagę nieodpowiednich ludzi – dodał jakby przepraszającym tonem, a ciemne oczy empatki rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wtedy Xavier otworzył akta i wyciągnął z nich parę stron, po czym podał Eris, wskazując odpowiednie fragmenty. Prawie zaschło jej w ustach, gdy zobaczyła, co się w nich znajdowało.
– 3 lipca, obiekt uratował człowieka przed napaścią... – odczytała cicho. Była w zbyt wielkim szoku, by czytać dalej, ale gdy w końcu się zmusiła, jedna rzecz szczególnie wbiła jej się w głowię. – Pięćdziesiąt osiem... – wyszeptała, prawie upuszczając kartki. Tylu ich było wcześniej. Wiedziała, że nie była pierwszą ofiarą, ale świadomość, na jak dużą skalę to się odbyło – to było zupełnie co innego. Zaciskając nieco palce na papierze, w końcu podniosła wzrok na Profesora. – Ale dlaczego?
– Chcą kontroli, to jasne akurat – odpowiedziała Raven, dość twardym tonem. – Nie wiemy nad kim i dlaczego, ale na pewno na tym im zależy. Inaczej nie szukaliby tak usilnie mutantów akurat umiejących wpłynąć jakoś na innych.
Po tym na krótką chwilę zapadła cisza, a Eris znów spojrzała na leżące na jej kolanach akta. Wtedy też dotarł do niej cichy głos Remy'ego.
– Byłaś pierwsza – powiedział, coś dziwnego brzmiało w tych słowach, zwłaszcza że wyjątkowo nie użył żadnego pieszczotliwego określenia. Gdy podniosła wzrok, od razu napotkała pełne niewypowiedzianych myśli oczy i jej własne serce zabiło nieco mocniej. – Kiedy się ocknęłaś, wysłali do ciebie kogoś, by upewnić się, czy faktycznie masz umiejętności, na których im zależało. Jak już mieliby pewność, wtedy... – urwał i choć Eris czuła, co za tym stało, nie mogła się powstrzymać.
– Wtedy? – dopytała cicho.
– Wtedy wzięliby cię na stół, próbowali dotrzeć do esencji twojej mocy – odparł w końcu przez zaciśnięte gardło.
Była niemal pewna, że to stałoby się prędzej czy później, gdyby tam dłużej zabawiła, ale wypowiedziane na głos i tak prawie odebrało jej mowę. W słowach Remy'ego jednak kryło się coś jeszcze, ton, który nie dawał jej spokoju.
– Skąd to wiesz? – zapytała, nie spuszczając wzroku z czerwonych oczu. I zobaczyła w nich wyraźny błysk, choć nie była pewnego jego natury.
– Widziałem – odpowiedział tylko, a wraz z tym ton pokerzysty, jak i wyraz twarzy, znacznie złagodniał. Wydawał się bardziej zmęczony i zmartwiony niż wściekły, może nawet melancholijny.
Nie pytała o więcej – domyśliła się, o czym mówił. I pomimo wszystkiego, co wydarzyło się nocą, czego dowiedziała się teraz, znów zatlił się w niej płomyk wdzięczności. W końcu patrzyła na osobę, która ją uratowała.
– Dlatego sądzę, że mógłbyś częściej spoglądać w karty, Remy – powiedział po chwili Charles, zerkając na pokerzystę. – Dzięki twojej umiejętności Eris jest dzisiaj z nami i możemy mieć nadzieję, że ktokolwiek jest odpowiedzialny za te eksperymenty, jeszcze nie dostał tego, na czym tak mu zależy.
– Chyba że zdołał już znaleźć kogoś o podobnej mocy – wtrąciła Raven dość gorzko i Profesor westchnął cicho.
– Pozwolisz, że będę trzymał się nadziei, że jednak nie – odpowiedział, po czym skierował się do empatki. – Wybacz, że zrzuciłem na ciebie te informacje, ale sądziłem, że tylko fair będzie, jeśli się dowiesz – dodał, uśmiechając się do niej lekko. Eris próbowała ten gest odwzajemnić, ale średnio jej wyszło.
– I dziękuję za to – odparła, oddając Profesorowi trzymane kartki. – Ale teraz to już chyba nie takie ważne? Tutaj nie muszę się martwić, że znowu mnie dopadną...?
– Tutaj tak – przyznał Remy, nie pozwalając Charlesowi nic powiedzieć, a w jego głosie pojawiła się nowa, napięta nuta, która bardzo jej się nie spodobała – ale musimy uznać, że za murami Instytutu nadal na ciebie polują, chere. Tam mogą zgarnąć cię w każdej chwili.
– Sugerujesz coś? – włączył się Alex dość niespodziewanie i podejrzliwym wzrokiem zmierzył pokerzystę.
– Tak, sugeruję – odparł nader spiętym tonem, wręcz bezbarwnym, gdyby nie lekkie drżenie. – Eris nie powinna opuszczać Instytutu, póki osoba odpowiedzialna za to wszystko nie będzie gniła za kratkami albo gdzie indziej – zakończył grobowo i empatka ledwie zatrzymała szczękę przed samoistnym rozwarciem.
– Naprawdę tak sądzisz? – zapytała z równym niedowierzaniem Raven, w jej głosie jednak słychać też było oburzenie. – Nie możemy trzymać jej tutaj jak w więzieniu, dobrze o tym wiesz. – Remy zacisnął na chwilę wargi w cienką linię.
– Wiem, ale nie zawsze tu będę, by towarzyszyć Eris. Mamy swoje misje do odbycia – odparował, wywołując zdziwienie niemal u wszystkich. Nawet Logan odwrócił się od okna, marszcząc brwi w kierunku pokerzysty. Empatka nawet otwierała już usta, by się odezwać, ale nie zdążyła.
– Nie przesadzasz? Raven ma trochę racji – wtrącił ugodowo Alex – jeśli Eris potrzebowałaby wyjść poza Instytut, ktoś z nas również mógłby jej towarzyszyć. – Jego głęboki głos jako jedyny wydawał się spokojny, chociaż Profesor sam jeszcze nie wziął udziału w rozmowie, tylko przyglądał się ze zdziwieniem i zaciekawieniem równocześnie wszystkim wokół. Głównie jednak Remy'emu, który jakby nagle stracił panowanie nad sobą.
– Merde! Nie rozumiecie? To za duże ryzyko – wyrzucił niemal wściekle.
– Tak sądzisz? – Uniosła brwi Raven. – Może cię zdziwię, ale nie tylko ty potrafisz tu zadbać o siebie i innych – dodała gorzko, wyraźnie bojowo nastawiona.
– Nie to miałem na myśli – odparł równie grobowo, krzyżując twarde spojrzenie ze wzrokiem mutantki.
– To może nas oświecisz? Bo ja już nie wiem, o co naprawdę ci chodzi – odpowiedziała, cała się napinając.
Remy szykował się już do odpowiedzi, ale wtedy nieoczekiwany zupełnie głos przerwał tę nieprzyjemną rozmowę.
– Hej! A może dalibyście się wypowiedzieć zainteresowanej? – Gburowaty jak zawsze Logan spojrzał po sprawcach zamieszania, marszcząc brwi na tej swój groźny sposób. – Jakbyście nie zauważyli, siedzi tuż przy was – dodał gardłowo i tak Remy, jak Raven, w końcu dojrzeli, co właśnie zrobili. Remy zacisnął wargi, przeczesując ciemne kosmyki, a Raven odetchnęła ciężko. Chciała też coś dodać, ale nie zdążyła.
– Logan ma rację – wtrącił cicho Profesor, po raz pierwszy biorąc głos w tej sprawie. Zamiast jednak posyłać im karcące spojrzenia, zwrócił się do empatki ciepło: – Eris?
– Dziękuję – zaczęła cicho, spoglądając wpierw na Logana, który zbył to wzruszeniem ramion, po czym na Profesora, który zaś skwitował to swoim typowym uśmiechem.
Nie była jednak pewna, co chciała powiedzieć – i czy w ogóle chciała cokolwiek mówić. Od kilku minut czuła, jak serce dudni jej w piersi, a w głowie wiruje od tych wszystkich emocji. Nie przywykła do podobnych sytuacji i szczerze ich nie cierpiała. A Remy swoimi słowami... że ją zaskoczył, to byłoby mało powiedziane. Może i miał dobre intencje, ale jakoś w tej chwili... poczuła się zbyt dotknięta, by o tym myśleć.
– Wbrew pozorom rozumiem, jakie to zagrożenie – zaczęła, i chociaż nie chciała, by zabrzmiało to zgryźliwie, to i tak jakoś dotknęła tym pokerzystę. – Nie mam zamiaru sama nigdzie się zapuszczać, jeśli mogę tym ściągnąć zagrożenie na siebie albo w efekcie na innych. Poza tym... Remy – jej głos nieco zadrżał przy imieniu Gambita, a ich spojrzenia pierwszy raz tego dnia spotkały się na dłużej – odkąd mnie uratowałeś-uratowaliście, nie wyszłam poza teren Instytutu. Dlaczego nagle miałabym to zrobić?
Zawstydzenie rozbłysło w czerwonej głębi, tak jak w otaczających go barwach, niemal zupełnie innych niż w nocy czy jakiegokolwiek poprzedniego dnia, ale nie miała siły się nad tym zastanawiać. Miała już po prostu dość, nie była gotowa na takie rozmowy, zwłaszcza z nim, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.
– Eris... – zaczął, ale pokręciła głową.
– Nie tłumacz – przerwała napiętym, wręcz zdławionym przez ściśnięte emocjami gardło głosem, po czym odetchnęła cicho i spuściła wzrok. – Nie będę nigdzie wychodzić, jeśli naprawdę nie będę musiała, jak długo będzie trzeba. Mogę to zrobić – powiedziała już pewniejszym, choć nadal nieco zduszonym tonem. – A jeśli będę musiała, wyjdę tylko z kimś, kogo zatwierdzi Profesor. Tak chyba będzie najlepiej – zakończyła, spoglądając w końcu na samego Xaviera. Niepokój krążył w jego aurze bardzo wyraźnie, jednak dojrzała tam również zrozumienie, które zaraz potem zabarwiło też słowa.
– Też tak myślę – przyznał – ale nie musisz się tu czuć jak więzień, Eris. Mam nadzieję, że to wiesz...
Skinęła, nie skomentowała tego jednak w żaden sposób. Wargi miała zaciśnięte i chociaż serce nadal dudniło jej w piersi ze stresu, nie był to jedyny powód.
– Przepraszam, ale pójdę już, mam dość na dziś – oznajmiła, nie bardzo przejmując się, czy wykaże się teraz totalnym brakiem kultury. – Profesorze, dziękuję za rozmowę – zwróciła się jeszcze do Charlesa, który jak zwykle nawet w podobnej sytuacji zdołał wykrzesać uśmiech.
– Nie ma za co, Eris. Dokończymy ją następnym razem – obiecał i empatka obróciła się na pięcie. Nawet nie zerknęła na pozostałych, tylko szybko opuściła gabinet, zadziwiająco lekko zamykając za sobą drzwi.
Profesor westchnął cicho i potarł czoło w roztargnieniu. Na pewno nie chciał, by tak to się wszystko potoczyło, ale teraz już nie mógł tego odwrócić. Może nie powinien od razu angażować w to Eris – była delikatna, w dodatku z własnymi rozterkami, a teraz miała ich tylko więcej. Inna sprawa, że nie spodziewał się takiej reakcji ze strony pokerzysty.
– Możecie się rozejść – oznajmił, zanim zdążyli dobrać się sobie nawzajem do skór. – Omówimy całą sprawę innym razem, na razie przetrawcie ją przez siebie, później o tym podyskutujemy.
Chociaż wszyscy – może prócz Logana – byli bardziej lub mniej niezadowoleni z zaistniałej sytuacji, zgodnie podnieśli się ze swoich miejsc i skierowali do wyjścia. Gambit niechętnie, ale podążył za resztą. Czuł na sobie wyraźnie twardy wzrok Wolverine'a i ciągle miał przed oczami przepełnione emocjami, czarne oczy Eris, w których dominowało uczucie na wskroś przypominające zawód – i klął w duszy jak szewc za to, że dał się ponieść w takim momencie, gdy powinni byli najpierw wyjaśnić sobie wydarzenia nocy na osobności, a zamiast tego wbił między nich kolejną przeszkodę. Wściekłość buzowała w nim aktualnie nawet bardziej niż kilka chwil temu, ale teraz kierował ją tylko w siebie.
– Remy, ty zostań – zatrzymał go cichy głos Charlesa, nim zdążył zrobić choćby dwa kroki.
Niewielkie ukłucie irytacji podburzyło jeszcze jego złość, ale odetchnął cicho i wrócił na swoje poprzednie miejsce na kanapie. Z jednej strony miał ochotę jak najszybciej popędzić przed siebie i dogonić Eris, z drugiej wiedział, że mógłby tym tylko bardziej wszystko zepsuć, a tego robić na pewno nie chciał. Dlatego zapadł się w skórzanej sofie, wzdychając ciężko, i ponownie przeczesał włosy drżącą nieco ręką. Gdyby ktoś się przyjrzał, mógłby też zobaczyć, jak wokół jego palców lśni ledwie widoczna, fioletowa poświata.
– Co się stało? – głos Profesora znów przerwał ciszę po krótkiej chwili, a Remy poczuł na sobie uważne, niebieskie spojrzenie.
Nagle też zdał sobie sprawę, że Xavier wiedział – lub przynajmniej domyślał się – że za jego wybuchem coś musiało stać. I jak zwykle się nie mylił.
– Widziałem to – wyznał w końcu, nadzwyczaj cicho i słabo. – Spojrzałem w karty, gdy wracaliśmy...
Charles na chwilę przymknął powieki, wypuszczając powietrze z płuc w niewielkim westchnieniu. Nie odezwał się jednak, czekając, aż Remy będzie kontynuował. A pokerzysta wyprostował się wyraźnie w swoim siedzisku i wbił wzrok w przeciwległą sofę, jakby myślami wrócił do wspomnień.
– Rozkładałem karty kilka razy, za każdym razem wychodziło to samo. – Spuścił wzrok na swoje ręce, które zaplótł między kolanami. – Porywali ją, znowu. Ci sami ludzie. Nie była sama, ale ktokolwiek z nią był... nic to nie dawało...
– Nawet z tobą? – dopytał łagodnie Charles, ale Remy szybko pokręcił głową.
– Widziałbym, gdybym tam był, ale za każdym razem to ktoś inny... Nie widzę jej tylko dokładnie...
– Jej – powtórzył Profesor, marszcząc brwi z konsternacją – czyli wizji?
Gorzki, zupełnie niepodobny do niego uśmiech rozciągnął twarz Gambita w dość brzydkim grymasie, wręcz wykrzywiając cały jej wyraz. Było w tym też jednak dużo skrywanego żalu i to chyba najbardziej zadziwiło telepatę.
– Tak jakby – odparł wymijająco, a zaraz potem spiął się, a cała jego postawa jakby stężała. Charles niemal widział, jak wokół Remy'ego zaczyna tworzyć się delikatna poświata, lecz zaraz potem uderzyły go myśli, które nie należały do niego, i niemal sapnął z zaskoczenia. Gambit właśnie dał mu dostęp do swoich myśli z własnej woli i podczas gdy mówił dalej, Xavier widział po kolei obrazy z jego głowy. – Widzisz, Profesorze, w moich wizjach od lat pojawia się pewien czynnik wspólny, w paru podobnych sytuacjach. Miałem już kiedyś te wizje, bez żadnych szczegółów. Teraz widzę, kto jej towarzyszy, ale dalej nie widzę, kim jest. Rzecz w tym, że... – Na chwilę urwał, jakby zbierając odwagę, by wypowiedzieć tych kilka słów: – Jedna z tych wizji doprowadziła mnie do Eris...
Remy zamilkł, zamykając z powrotem swój umysł na telepatę, a ten westchnął cicho. Myśli i wizje, które otrzymał, wystarczyły mu, by wysnuć podobne wnioski. Doskonale pamiętał ten wieczór, gdy zaproponował Gambitowi spojrzenie w karty – więc sam niejako doprowadził do tego wszystkiego. Jeśli to, oczywiście, była prawda.
– Myślisz, że Eris to kobieta z twoich wizji? – dopytał spokojnie, ale pewne napięcie też zabrzmiało w jego głosie.
– Oui, jestem prawie pewien – potwierdził, pocierając dłonią kark. Westchnął i na chwilę pozostał w tej pozycji, próbując jakoś uspokoić swoje galopujące serce.
Nigdy nie był tym emocjonalnym typem. Porywczym, ekspresywnym, głośnym i takim, którego wszędzie było pełno, w dodatku w centrum uwagi, ale nie emocjonalnym. A teraz? Miał wrażenie, jakby od poprzedniego dnia zdążył wznieść się na szczyt fali radości, by zaraz potem spaść w głębiny samego, wzburzonego oceanu, zimnego i nieprzyjaznego jak nic, czego ostatnio doświadczył. I to wcale nie było dla niego wyolbrzymienie. W dodatku aktualnie zachowywał się zupełnie niepodobnie do siebie i musiał temu szybko zaradzić, inaczej bał się, że zniszczy to, o co ostatnio tak się starał.
Eris...
– Powinieneś z nią porozmawiać – odezwał się znów Profesor, wyrywając go z zadumy.
Remy podniósł wzrok, napotykając łagodne, jak zazwyczaj zachęcające spojrzenie. Nie wiedział, jak Xavier to robił, że potrafił tak szybko wejść w rolę doradcy, pocieszyciela i, chyba przede wszystkim, przyjaciela.
– Wiem – przyznał – ale nie sądzę, by chciała teraz ze mną rozmawiać.
– To możliwe – potwierdził jego obawy Charles, a jednak w głosie telepaty wcale nie było zniechęcającej nuty – ale nie czekałbym z tym zbyt długo na twoim miejscu, Remy. Macie sobie sporo do powiedzenia, wyjaśnienia, lepiej nie zostawiać ich, by rozrosły się w bardziej szkodzące myśli.
Ciche westchnienie opuściło wargi Gambita, nim skinął lekko, zgadzając się ze słowami Profesora. Miał rację. Jak niemal zawsze zresztą.
Chciał już wstać, podziękować za tę krótką rozmowę i odejść, kiedy pewna myśl przykuła jego uwagę. Wyprostował się nieco i z powrotem spojrzał w niebieskie oczy.
– Profesorze?
– Tak?
– Zachęcasz mnie, bym porozmawiał z Eris – zaczął, ciekawość wyraźnie brzmiała w jego głosie – kiedy niemal wszyscy inni chętniej zobaczyliby, jak w ogóle się do niej nie zbliżam. Dlaczego?
Na to Charles uniósł kąciki warg w lekkim rozbawieniu.
– Nie jestem innymi, Remy, mam swoje własne zdanie – powiedział nieco uszczypliwie, wywołując w końcu uśmiech również u pokerzysty, ale potem dodał już całkiem szczerze. – Widziałem, jak się starasz, i widzę też, że ci zależy. Ufam również Eris. Widziałem aury jej oczyma, wiem, że potrafi odróżnić dobrego człowieka od złego i widzi więcej, niż ktokolwiek z nas mógłby się spodziewać. I ufa tobie, Remy – zakończył ciepło, patrząc, jak mina Gambita zmienia się z każdym jego słowem. Niestety, gdy skończył, z zaskoczenia zrzedła ona w zawiedzioną.
– Mogłem to dzisiaj zniszczyć... – mruknął ze zrezygnowaniem.
– Mogłeś – przyznał – ale nie sądzę. W końcu... Eris widzi aury, prawda? Jeśli miałeś szczere intencje, zobaczyła to. – Remy podniósł na niego wzrok, jakby nie dowierzając, a równocześnie chcąc bardzo w to uwierzyć. Charles znów uśmiechnął się lekko. – Porozmawiaj z nią, szczerze. Doceni to.
Czerwone oczy jeszcze chwilę wpatrywały się w niego, po czym skinął lekko, w końcu nabierając znów nieco swojego typowego podejścia.
– Zrobię to – oznajmił pewnie i podniósł się z sofy, poprawiając płaszcz dalej spoczywający na jego ramionach. Na koniec odetchnął cicho i uniósł kąciki warg w tak dobrze znanym wszystkim geście. – Merci bien, Professeur – podziękował, po czym skłonił lekko głowę, jak miał w zwyczaju, i opuścił gabinet.
A gdy tylko znalazł się daleko za drzwiami, Charles westchnął głęboko, odwracając wózek w stronę biurka.
– Nareszcie...
_
Od autorki: Nie zliczę, ile miałam wątpliwości odnośnie tego rozdziału. Trochę z nim zaimprowizowałam - no i pozmieniałam ogólną koncepcję - więc się nieźle stresuję, czy się Wam spodoba... I czy postacie i dialogi wyszły wiarygodnie xd Ale stwierdziłam, że warto troszkę zamieszać, żeby nie było tak kolorowo - co o tym sądzicie?
Dajcie znać, jak się Wam podobało! A może nie podobało? Chętnie poczytam wszystkie opinie ^^ Do następnego, moi kochani czytacze ^^
P.S. Poprawiałam ten rozdział kilkukrotnie, ale jak dostrzeżenie jakieś gafy - szczególnie literówki, bo to moja największa zmora - koniecznie napiszcie!
