Kilka godzin później całkowity mrok zapadł także nad Instytutem, pochłaniając wszelkie pokoje i korytarze już dawno po ciszy nocnej. O tej porze niemal wszyscy dawno zdążyli zapaść w głęboki sen, by zebrać siły na wesoły czas weekendu, ale jak zawsze znalazły się od tego wyjątki.

Eris siedziała w pościeli, cała się trzęsąc jak rozbitek wyciągnięty z arktycznego morza. Dojmujący chłód zdawał się przenikać jej tkanki i choć desperacko próbowała się ogrzać, nieświadomie tylko wbijała paznokcie w ramiona, zamiast je pocierać. Spazmatyczny oddech unosił pierś empatki, przerywany co jakiś czas suchym szlochem, a Instytut milczał.

W dość desperackim ruchu Eris uniosła rękę, wgryzając się w przedramię na tyle mocno, by igła bólu w końcu dotarła do jej świadomości i nieco otrzeźwiła.

„To nie było prawdziwe", równocześnie powtarzała w myślach, „To tylko sen. Zwykły koszmar…"

Ale on nie był wcale taki zwykły.

Miała tego typu koszmary, odkąd jej mutacja zaczęła się manifestować. Przejmujące, przytłaczające i całkowicie przerażające. Gdy się budziła, spocona i zdruzgotana, bardzo długo trwało, nim chociaż trochę się uspokoiła. I była niemal pewna, że co najmniej przypominało to atak czystej paniki. Na szczęście chociaż tym razem obyło się bez najgorszego punktu i jej policzki pozostały suche.

Gdy w końcu dreszcze zmalały nieco, Eris rozluźniła szczęki, opuszczając już wolne przedramię na jasną pościel. Czerwony, świeży ślad pulsował otrzeźwiającym bólem, aż nazbyt wyraźnie znacząc skórę jej prawej ręki. Co prawda nadal się trzęsła i nie mogła całkiem zapanować nad oddechem, ale czuła, że panika powoli zaczyna ustępować.

Eris odruchowo otarła suche policzki dłońmi i ostrożnie podniosła się z łóżka, znów doświadczając tego przytłaczającego uczucia, jakby ściany zbliżały się do niej z każdej strony, a w płucach zaczynało brakować powietrza. Dlatego jak najszybciej narzuciła na siebie pierwszą lepszą bluzą i prawie wybiegła z pokoju, zmierzając gdziekolwiek, byle poza mury Instytutu. Wędrówka przez korytarze zdawała się ciągnąć w nieskończoność, choć tak naprawdę trwało to tylko kilka minut, kiedy w końcu dotarła na taras wychodzący na dziedziniec. Przystając przy niewielkim, odgradzającym go murku, odetchnęła głęboko.

Ostatnią nocą, gdy wyszła na zewnątrz Instytutu, kierowało nią nieznane, naglące przeczucie, którego nie potrafiła zignorować. Było na równi ekscytujące co przerażające i wtedy z chęcią udała się w sidła losu, tym razem jednak…

Przymknęła powieki, pocierając lewy nadgarstek. Cienkie, ledwie wyczuwalne linie nie przynosiły spokoju, ale zawsze zdawały się przypominać.

– Chere?

Podskoczyła, odruchowo łapiąc się za przód bluzy. Głos był znajomy, miękki i cichy, ale Eris tak głęboko pogrążyła się w myślach, że nawet nie poczuła jego aury – a znajdował się tam od samego początku. Siedział w jednym z ustawionych pod ścianą foteli i wpatrywał się w nią uważnie, w dłoniach trzymając zastygłą w pół ruchu talię.

– Remy! – wydusiła trzęsącym się tonem, brzmiąc nadal na nieco przerażoną i próbując opanować oddech. Pokręciła głową, nagle znów zdolna wyczuć go pełną mocą, jego zmartwienie, troskę, niepewność… Przełknęła ciężko przez wrastającą ponownie panikę. – Ja… uch, przepraszam, że przeszkadzam, nie wiedziałam, nie czułam…

– Eris – przerwał jej łagodnie, podnosząc się z fotela. – Wszystko w porządku?

Prawie nie zauważyła, kiedy znów zaczęła się niekontrolowanie trząść – ale Remy zauważył. Przystanął w pół kroku od empatki, gdy potężny dreszcz właśnie wstrząsnął jej ciałem. Starał się pozostać spokojnym, ale ona czuła, że zaczynał go dopadać strach. Strach bezpośrednio połączony ze zmartwieniem.

– N-nie – wydusiła w końcu, znów obejmując się ramionami. Remy zrobił kolejny krok, ale zatrzymał się nagle.

– Chcesz… zostać sama? – zapytał łagodnie, całkowicie zaskakując tym empatkę. Nie spodziewała się tego, ale… Remy rozumiał. Widziała to, więcej – czuła. I zdołała tylko pokręcić głową w odpowiedzi.

W tym momencie Remy stał już właściwie naprzeciw Eris, badając uważnie wzrokiem trzęsącą się sylwetkę. Najchętniej od razu przyciągnąłby ją do siebie i zamknął w uścisku, ale nie mógł popełnić najmniejszego błędu, nie tym razem.

– Mogę…?

Ciemne tęczówki podniosły się na niego, zagubione i niepewne, jednak po długiej chwili w końcu skinęła i Remy poczuł, jak coś ciężkiego opada mu z piersi.

Delikatnie ujął dłonie Eris, powoli rozluźniając ich uchwyt i odciągając od jej własnych ramion. Z wahaniem, ale odpuściła i pozwoliła, by umieścił je na swojej talii. Zaraz potem jedną ręką otoczył pas empatki, a drugą położył na smukłych ramionach i ostrożnie przyciągnął ją do siebie. Ponownie trochę to trwało, ale kiedy po chwili nareszcie przełamała się i przylgnęła do niego całym ciałem, twarz chowając w materiale jego koszuli, niemal odetchnął z ulgą. Bo to było uczucie, które teraz zdominowało myśli Gambita. Ulga. I – wbrew sytuacji – radość; Eris znów była w jego ramionach. Zapewne doskonale też słyszała, jak mocno i szybko biło mu serce, ale może to nawet lepiej.

– Już dobrze, chere – wymruczał cicho, właściwie szeptem, i bezwiednie zaczął gładzić ciemne kosmyki. – Jestem z tobą, Eris, jesteś bezpieczna…

Eris zadrżała mocniej, słysząc miękki głos Remy'ego tak blisko ucha. Nie za bardzo potrafiła skupić się na słowach, ale ten ciepły, aksamitny ton, gorący oddech na włosach i delikatnie gładzące dłonie zdawały się działać jak nieznane lekarstwo. Nawet jego aura – tak przecież wyrazista, ekscytująca i pełna blasku –wpływała na nią kojąco. Może było to związane z emocjami, które od niego wyczuwała, a może z jego energią, która zdawała się wędrować ciepłem po skórze i przenikać do wnętrza, przez tkanki, kości, aż do samego środka, jednak niezależnie od przyczyny, znów poczuła się bezpieczna.

– Dziękuję – szepnęła.

Pierś Remy'ego uniosła się w bezgłośnym westchnieniu. Przycisnął wargi do jej włosów w lekkim pocałunku, a Eris z pewnym zaskoczeniem odkryła, że w jego aurze pojawiły się błyski poczucia winy.

– To nic, ma cherie – mruknął cicho – jestem tu dla ciebie…

Przymknęła powieki, gdy jej pole widzenia zaczęło się rozmazywać. Słyszała, jak serce Remy'ego mocno bije w jego piersi, a jej własne zaczyna dotrzymywać mu tempa. Nie mogła jednak pozwolić, by panika ponownie zaatakowała. Zwłaszcza że i sam Remy, pomimo uspokajającej, ciepłej energii, zaczynał odczuwać jakiś dyskomfort.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał cicho po chwili, ale Eris zajęło trochę, nim była w stanie wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.

– Nie – odparła, kręcąc krótko głową. – Wybacz, ale nie teraz…

– Shh, chere – przerwał jej, ujmując policzek Eris i delikatnie unosząc, by musiała na niego spojrzeć. A kiedy w końcu zaszklone oczy utkwiły wzrok w jego, cicho kontynuował: – Nie ma czego wybaczać, Eris. Masz pełne prawo nie chcieć o tym mówić, nie będę naciskał. Choć nie ukrywam, że bardzo chciałbym jakoś ci pomóc – zakończył, lekko, pieszczotliwie przesuwając kciukiem po szczęce empatki.

– Pomogłeś – odparła po prostu, zbyt rozemocjonowana, by lepiej wyrazić wdzięczność. Na to niewielki uśmiech wpłynął na usta Remy'ego, który znów przyciągnął ją do siebie, chowając nos w ciemnych kosmykach.

Przez kolejną chwilę trwali tak, ciesząc się wzajemnym ciepłem, lecz im dłużej to trwało, tym bardziej Eris czuła, jak jej pierś zaczyna ściskać zupełnie inny rodzaj stresu i to znajome, ekscytujące przyciąganie. Wspomnienie poprzedniej nocy i całego dnia tliły się coraz mocniej w głowie empatki, a to z kolei odpalało myśli, których w ogóle nie chciała mieć – nawet jeśli dzięki nim zapominała o koszmarach. Chciała cieszyć się uspokajającą obecnością Remy'ego, a znów zaczynała się wycofywać – i pokerzysta wydawał się doskonale to czuć. Jego ramiona objęły ją nieco ciaśniej, a miękki głos zabrzmiał w uchu Eris.

– Tak naprawdę to ja powinienem prosić o twoje wybaczenie, chere – mruknął nieco zrezygnowanym tonem. – Przepraszam za dziś, Eris, nie powinienem był… – urwał, wzdychając ciężko. Zabrakło mu słów, a to nie zdarzało się często.

Eris odsunęła się od Remy'ego, a przy tym dziwne, nieprzyjemne uczucie osiadło jej w piersi, jakby odrywała się czegoś niemal niezbędnego, a równocześnie miała ochotę uciec od tego jak najdalej. Gdzie przed chwilą otaczało ją cudowne ciepło, pojawił się tylko chłód nocy. Czerwone oczy zwróciły się na empatkę z wahaniem. Widziała w nich szczere przeprosiny i zdenerwowanie, które sama czuła.

– To nic – stwierdziła lekko zdławionym głosem i niewielki uśmiech wpłynął na jej wargi. Przepełniona nie do końca zrozumiałym zdenerwowaniem i wstydem, odsunęła się jeszcze bardziej, aż dłonie Remy'ego zsunęły się po ramionach empatki. – Rozumiem – podjęła w końcu, nabierając głębszy oddech. – Martwisz się i to… bardzo miłe. Dziękuję – zakończyła nieco cieplej, choć miała wrażenie, że jakoś nieskładnie. Spojrzenie Gambita jednak nie złagodniało mimo tych słów, wręcz odwrotnie – wydawał się jeszcze bardziej nieszczęśliwy.

– Tak, martwię się o ciebie, Eris. Zależy mi na tobie – odpowiedziała, jego ton jakby głębszy i nagle mocniej schrypnięty, kiedy pokonał odległość, jaką między nimi postawiła. Czerwone, wyraziste w swej ekspresywności oczy złapały spojrzenie empatki, nie pozwalając nawet drgnąć. – Wiesz o tym, chere. Więc dlaczego ciągle się ode mnie odsuwasz?

Wtedy wszystkie skłębione, splątane emocje pokerzysty zwaliły się na nią bezlitosną falą, a oddech na krótką chwilę uwiązł jej w gardle, niemal dusząc. Były tak przejmujące i prawdziwe, że nie potrafiła na nie nie odpowiedzieć, a równocześnie nie miała pojęcia, jak to zrobić.

– Ja… – spróbowała, ale głos ponownie ją zawiódł.

Wiedziała, co było głównym powodem. Oczywiście, że wiedziała. To jednak wcale nie sprawiało, że potrafiła się od tak przyznać do swojego strachu – nawet jeśli noc wcześniej wypowiedziała już te słowa.

Remy westchnął cicho, jakby z bólem. Zamiast, jak się spodziewała, unieść rękę do jej twarzy, ujął dłoń empatki, delikatnie gładząc kciukiem wierzch.

– Eris… czy ten pocałunek nic dla ciebie nie znaczył? – To było dość niedorzeczne pytanie, ale nie mógł się powstrzymać, by go nie zadać. Zszokowana reakcja Eris dała mu odpowiedź, na którą tak bardzo liczył, zanim jeszcze w ogóle otworzyła swoje słodkie usta.

– Co? – sapnęła. – Oczywiście, że znaczył!

– Więc dlaczego, Eris, s'il te plait, powiedz mi…

Rzadko był tak zdesperowany i zdeterminowany, by poznać odpowiedź. Rzadko też tak naciskał, ale przeczuwał w głębi duszy, że bez tego empatka znów by mu umknęła prędzej, niż zdążyłby się obejrzeć. A do tego nie mógł ponownie dopuścić – nie bez pokazania, że to wcale nie była dla niego gra.

Obserwował więc, jak emocje przesuwają się po twarzy Eris, jedna po drugiej. Widział tam obawę, ale też coś na kształt zrezygnowania – które chyba zabolało najbardziej – aż po dziwną, odległą maskę, jakby próbowała się nią od niego odciąć. Przez chwilę gryzła jeszcze wnętrze policzka, po czym westchnęła cicho i w końcu usłyszał słowa, których się obawiał.

– Nie jestem dziewczyną na jedną noc, Remy – powiedziała, i choć starała się tego nie pokazać, w jej głosie zabrzmiał ból. – Dlatego nie mogłam, nie potrafiłabym tak…

– Wiem o tym, Eris – przerwał empatce, nim całkiem zatraciła się w swoim strachu i emocjach. Nowy błysk zalśnił w jego czerwonych oczach i, o dziwo, poczuł, że nadzieja znów kiełkuje mu w sercu. – Nie chcę z tobą jednej nocy, ma belle, to byłoby wręcz obraźliwe – niemal prychnął pod koniec swoich słów.

Eris zmarszczyła brwi i rozchyliła wargi, jakby chciała coś powiedzieć, ale prawie od razu zrezygnowała. Uważnym, nieco niedowierzającym wzrokiem prześledziła twarz pokerzysty, który spokojnie czekał, aż znajdzie, czegokolwiek szukała, po czym w końcu cicho podjęła:

– Nie chcesz…?

– Non – potwierdził, powstrzymując już igrający w kącikach warg uśmiech. – Chcę znacznie więcej, Eris – dodał miękko, pieszczotliwie i z premedytacją obniżając głos przy imieniu empatki. Nieco znów pewniejszy siebie, uniósł wolną dłoń do jej policzka. Nie odsunęła się, a to przesłało miły dreszcz przez jego ciało.

– Pragnę cię, przyznaję, ale nie tylko cieleśnie. Jesteś piękna, Eris, tak zewnętrznie, jak jestem pewien, że wewnętrznie. Widać to w twoich oczach, w tym jak pomagasz, komu możesz, jak martwisz się o bliskich i ciepło podchodzisz właściwie do wszystkich, nawet osobników takich jak Logan – podjął łagodnym, niemal rozczulonym tonem, choć na wspomnienie pewnego gbura także rozbawionym. Eris miała ochotę mu wtedy przerwać, ale tylko na chwilę wzniosła oczy ku niebu i zaraz wróciła do tych czerwonych, skrzących się, tonąc w ich głębi. – Chcę cię poznać, ma cherie, w każdym tego słowa znaczeniu. Dowiedzieć się, jaki jest twój ulubiony kolor, dlaczego wybrałaś takie studia. Czemu nie możesz spać po nocach… – Na chwilę przerwał, przesuwając pocieszająco kciukiem po policzku Eris. Czuł pod palcami, jak jej skórę rozgrzewa rumieniec, a oddech się zmienia; zwłaszcza przy ostatnich słowach. – Ale, chyba najbardziej chcę zobaczyć znów tę radość, którą widziałem, gdy ze mną tańczyłaś. To był niesamowity widok, ma belle, tu es incroyable.

Głos Remy'ego z każdym słowem zdawał się cichnąć, aż po delikatny, miękki szept, który przepłynął po skórze empatki przyjemnym dreszczem. Miała wrażenie, jakby jakimś cudem wszedł jej pod skórę, rozgrzał od wnętrza, gdzie od dawna czuła tylko chłód. I nie wiedziała już, czego chciała, a czego potrzebowała, i czy to nie było przypadkiem to samo.

– Remy, ja… – znów urwała. Znów niezdolna tego powiedzieć, niezdolna ułożyć jakiejkolwiek składnej odpowiedzi.

Na usta Remy'ego wpłynął delikatny uśmiech, a dłoń spleciona z jej własną zacisnęła się lekko.

– Boisz się? – wtrącił, unosząc nieznacznie brew. Eris oblizała nerwowo wargi, czekając na jego następne słowa. – Nie chcę na ciebie naciskać, Eris – kontynuował – to twój wybór. Ale pamiętaj, proszę, co dziś powiedziałem, chere. Chcę, byś była szczęśliwa. I nie chcę też, byś płoszyła się przy każdym naszym spotkaniu – końcówkę dodał nieco żartobliwie, choć naprawdę tego chciał. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby przed nim ciągle nie uciekała.

Eris chwilę w ogóle się nie odzywała, ale w końcu odwzajemniła lekki uśmiech pokerzysty, dochodząc równocześnie do jakiejś konkretniejszej decyzji.

– Postaram się więcej nie płoszyć – odpowiedziała, zabrzmiała jednak bardziej nerwowo niż żartobliwie.

– Byłoby mi bardzo miło – przyznał cicho Remy. Ich spojrzenia w końcu skrzyżowały się na dłużej i Eris poczuła, że mogłaby tak zostać z nim z całą chęcią. – Przemyśl to, ma belle, bez pośpiechu – dodał, jego głos i uśmiech pełen delikatnej zachęty.

Eris drgnęła na to, nieco speszona, ale skinęła powoli.

– Przemyślę – obiecała, zdziwiona, jak ciepło i miło zabrzmiał jej głos. A uśmiech, jaki wtedy rozświetlił twarz Remy'ego, sprawił, że ledwie uspokojone serce empatki znów zaczęło swój szaleńczy bieg.

– Merci, chere – szepnął, ostatni raz przeciągle przesuwając palcami po policzku Eris. – Powinienem iść – stwierdził też z pewnym rozbawieniem i zanim całkiem cofnął swe dłonie, pochylił się, składając lekki pocałunek na czole Eris. – Bonne nuit, ma cherie.

Wtedy dopiero całkiem się odsunął i, jak zazwyczaj skłaniając głowę w pożegnaniu, odwrócił się do wnętrza Instytutu. A Eris nie mogła oderwać od niego wzroku, nadal czując na skórze ciepło jego warg i dłoni oraz ten przyjemny dreszcz, który przebiegł jej ciało.

– Dobranoc, Remy… – szepnęła, kiedy właśnie przekroczył próg i zniknął wewnątrz Instytutu.