Od tamtego pamiętnego spotkania w nocy na tarasie sytuacja między Remym i Eris zdawała się nieco uspokoić, a przynajmniej tak to pozornie wyglądało. W przeciągu tych paru tygodni widywali się regularnie, jednak znacznie rzadziej i – co już niemal wcale nikogo by nie dziwiło na ich miejscu – często późnymi wieczorami. Remy brał udział w każdej możliwej misji, która w jakiś sposób mogła pomóc w znalezieniu porywaczy, a Eris sporo ćwiczyła bądź spędzała czas z bratem i Peterem, więc mijali się znacznie częściej, niżby wolał. Gdy zaś udało mu się spotkać empatkę samotnie i nakłonić do dłuższej rozmowy, musiał pilnować się, by nie przekroczyć wyznaczonych sobie granic – w końcu był gentlemanem i chciał, żeby znów poczuła się przy nim swobodnie. Dlatego trzymał lekki dystans. Siedział blisko, ale dawał Eris możliwość odsunięcia się, patrzył zawsze w jej niezwykłe oczy, udając, że nie widzi tego cudnego rumieńca, i ledwie trzymał ręce przy sobie.

Remy był bardzo kontaktową osobą. Uwielbiał okazywać czułość poprzez dotyk i wiedział dobrze, jak wielkim jest to czynnikiem w budowaniu ludzkich więzi – tym bardziej bolało go, gdy musiał się powstrzymywać przy kobiecie, której pragnął dać jak najwięcej. Ale to też musiało poczekać. Remy potrzebował wiele cierpliwości – na szczęście jako złodziej miał jej duże ilości. Jednak nawet dla niego takie podchody to czasem było za dużo, a w takich momentach jedynym, co mogło pomóc, okazywał się wysiłek fizyczny.

Świsnęło i niewielkim pomieszczeniem wstrząsnął potężny wybuch. Remy wyciągnął kolejne trzy karty, posyłając je w stronę nadbiegających żołnierzy. Kiedy huk powalił napastników, schował się na chwilę za ścianą, próbując wyrównać oddech. Ledwie obejrzał się przez ramię, kolejni mężczyźni pojawili się w zasięgu jego wzroku. Niewielki uśmiech uniósł kąciki warg Gambita, a w dłoniach z cichym sykiem rozsunęła się lśniąca metalicznie laska. Odliczając w umyśle, poczekał, aż pierwszy znajdzie się obok – świsnęło, kij podciął nogi żołnierza, a ten sapnął, z łoskotem uderzając o ziemię. Remy drugim końcem uderzył w jego czaszkę, posyłając mężczyznę w nieprzytomność, i zaraz pochylił się, ledwie unikając kul z pistoletu. Nim drugi napastnik się zorientował, oberwał z ogromną siłą w pierś, uderzył o ścianę i padł nieprzytomny. Trzeci wypuścił serię wystrzałów, ale Gambit już schował się za rogiem, wyjmując kartę. Odetchnął, czekając, aż skończą mu się naboje. Po chwili pistolet ucichł, a wtedy naładowany pocisk poleciał w stronę żołnierza i huk znów wstrząsnął pomieszczeniem.

Gdy tylko ucichło, Remy wychylił się zza rogu i z uśmiechem ocenił skalę zniszczeń. Około półtuzina ciał i co nieco ubytków tu i tam. Zadowolony, ruszył lekkim truchtem przez pokój do wyjścia i wybiegł na długi korytarz. Zaraz też cofnął się w próg, gdy kule świsnęły mu przed oczami.

– Merde! – syknął, przygotowując kolejną kartę.

Spokojnie ocenił, gdzie musiał znajdować się napastnik, i przykucnął. Wziął jeden, głęboki oddech, po czym wychylił się tylko na sekundę, sprawnym ruchem nadgarstka posyłając kartę w koniec korytarza. Żołnierz nawet nie pisnął, gdy pocisk wybuchł mu przed twarzą.

Remy uważnie sprawdził, czy jeszcze kogoś nie było widać lub słychać w najbliższym otoczeniu, i szybko wznowił wędrówkę przez budynek. Spotykał coraz to nowych żołnierzy praktycznie na każdym rogu i, będąc całkiem szczerym, bardzo się z tego cieszył. Skupiając się na unikaniu ataków, wydzielaniu ciosów i rzucaniu własnych kart, nie musiał myśleć o niczym innym. Wszystkie myśli, wspomnienie i – od niedawna – dość absorbujące sny wyleciały z jego głowy, pozostawiając czysty instynkt walki. Cieszył się tym, w przeciwieństwie do wielu odbytych w ostatnim czasie misji. Uśmiechał się na widok wybuchającej, fioletowawej energii – mimo że kolor ten zdawał się przypominać tylko jedną osobę – i z satysfakcją powalał kolejnych napastników, jakby to były nic nieznaczące muchy.

Mógł w końcu wyładować jakoś całą frustrację, narastającą w nim przez ostatnie tygodnie za każdym razem, gdy widział ten różowy rumieniec, nie mogąc dotknąć jej gładkiej skóry, gdy uśmiechała się na ten swój sposób i patrzyła spod rzęs, gdy przygryzała wargę, przypominając mu, jak to było posmakować tych ust. I gdy w snach robił to znów i znów, czując ciepło empatki pod palcami, słysząc jej głos – bez tchu – wypowiadający jego imię, a budził się samotnie w rozrzuconej pościeli. Frustracja wypełniała go po brzegi, a jednak gdy spotykał Eris późnym wieczorem, lekko roztrzęsioną, udającą, że wszystko jest w porządku, czuł, że serce przyśpiesza mu o kilka uderzeń i wszystko inne wydaje się całkiem nieważne. Tak, był sfrustrowany, ale równocześnie zbyt zdeterminowany, by w czymś mu to przeszkodziło.

Obrócił kij sprawnie wokół siebie, powalając jednego mężczyznę nieprzytomnego na ziemię. Chwycił drugi koniec i odwrócił się na pięcie, z pełną mocą uderzając kolejnego. Ktokolwiek zdołał zbliżyć się do Gambita, niemal od razu padał od zabójczego ciosu. A gdy w napastnikach pojawiła się niewielka luka, fioletowawa poświata w sekundę przepłynęła od dłoni przez całą, metaliczną powierzchnię i kiedy Remy uderzył kijem o ziemię, fala energii poniosła się przez pomieszczenie, powalając całą resztę. Nieco szybszy niż zazwyczaj oddech unosił jego pierś, gdy podniósł wzrok, sprawdzając otoczenie. Właśnie się prostował, kiedy wokół rozbrzmiał metaliczny głos:

„Symulacja zatrzymana. Wejście nowego uczestnika, Id: Wolverine"

Remy obejrzał się przez ramię, unosząc brew z pewnym zaskoczeniem. Po chwili obok niego faktycznie pojawił się Logan, ubrany raczej zwyczajowo, ale – o dziwo–bez cygara. Zazwyczaj rzuciłby przy jego wejściu jakiś komentarz, tym razem jednak był zbyt rozstrojony, by taki zrobić. Wolverine albo tego nie zauważył, albo w ogóle się nie przejął.

– Masz coś przeciwko, Gumbo? – spytał tylko tym swoim szorstkim głosem, na co Remy uśmiechnął się lekko.

– Non, mon ami – odparł i bez zbędnych słów wznowił program, teraz z Loganem u boku.

Niemal natychmiast z drzwi naprzeciwko wypadło kilku uzbrojonych żołnierzy, odpalając pistolety w stronę Wolverine'a, który nie marnował czasu, rzucając się na najbliższych. Remy przez krótką chwilę mógł tylko obserwować, póki dwójka nie odłączyła się od grupki, zwracając do niego – ale on miał już dwie naładowane karty w dłoni. Jednym ruchem posłał pociski w ich stronę, wywołując kolejny huk, kiedy Logan ze zwierzęcym rykiem rozciął pierś ostatniego przeciwnika.

Zaraz potem niemal ramię w ramię przebiegli przez drzwi, którymi dostali się do nich żołnierze, i dalej w głąb kolejnego korytarza.

– Nie dość ci wrażeń ostatnio, Cajun? – zagaił niby bez zainteresowania Logan, chociaż posłał Gambitowi nieco podejrzliwie spojrzenie.

– Zależy jakich, mon ami.– Remy uśmiechnął się na ten swój na wpół nonszalancki, na wpół cwany sposób, ani na chwilę nie tracąc rytmu. Logan prychnął, kręcąc głową, ale nie umknął mu dość niespotykany, jakby melancholijny błysk w czerwonych oczach.

Nim zdążył jednak cokolwiek powiedzieć, wpadli do kolejnego pomieszczenia z kilkoma przejściami, z których zaraz zaczęli wylewać się żołnierze. Większość zrezygnowała już z broni palnej na rzecz niemal równie śmiercionośnej w ich dłoniach broni białej. Remy zerknął na Wolverine'a z uśmiechem i wtedy rozpętało się ich własne, malutkie piekło.

Żołnierze padali jeden po drugim, jedni porozcinani ostrzami Logana, inni powaleni kartami lub bezpośrednio zabójczym w rękach Gambita kijem. Ich styl walki całkowicie się różnił, bardziej jeszcze dezorientując i przerażając pozostałych przeciwników. Wolverine walczył jak ludzka bestia, bezlitośnie i agresywnie, nie hamując w żaden sposób dzikich warknięć, które towarzyszyły niemal każdemu jego uderzeniu. Remy zaś... wyglądał prawie jakby występował w perfekcyjnie zaplanowanej, filmowej bądź teatralnej choreografii. Każdy jego ruch zdawał się idealnie wymierzony i celowy, a równocześnie całkowicie naturalny i płynny, jakby wykonany bez udziału myśli. Gdyby nie wszechobecne dźwięki uderzenia ciał o ziemię, krzyki, sapnięcia i warknięcie Logana, byłoby słychać tylko lekkie stąpanie Remy'ego i jego nieco przyspieszony oddech. Zdecydowanie każdy z uczniów chętnie zobaczyłby takie widowisko, ale na szczęście nie mieli takiej możliwości.

Nie wiedzieli, jak długo to trwało, jednak w końcu żołnierze przestali się pokazywać i baza ucichła.

„Symulacja zakończona. Wynik pomyślny."

– Chętny na jeszcze jedną, Gumbo? – Logan rzucił Gambitowi spojrzenie z ukosa, ale ten westchnął cicho i pokręcił głową.

– Non, mnie już na dziś starczy – odpowiedział na wydechu, składając kij i chowając go do kieszeni wewnątrz płaszcza. – Ale nie krępuj się, mon ami. I merci za towarzystwo. – Uśmiechnął się lekko, pochylając nieco głowę. Gdyby miał swój kapelusz, na pewno dotknąłby przy tym ronda.

Logan jednak zmierzył go uważnym spojrzeniem i nim Remy był wstanie wyjść, rzucił w przestrzeń:

– Wstrzymaj program!

„Program wstrzymany."

Remy zmarszczył brwi, odwracając się z powrotem do Wolverine'a. Nie spodziewał się tego, ale w sumie nie powinien się zbytnio dziwić – podejrzliwe spojrzenie praktycznie go nie opuszczało, jeśli tylko nie skupiało się na przeciwniku.

– Właściwie czemu tu dzisiaj zszedłeś, Cajun? – zapytał jak zwykle gburowato, zakładając ręce na piersi. – O ile wiem, praktycznie nie korzystasz z Danger Roomu.

– A czemu tak cię to zainteresowało, mon ami? – Remy uniósł brew, odgarniając lekko wilgotne kosmyki z czoła. Logan wyglądał, jakby miał ochotę zawarczeć.

– Czy mi się to podoba czy nie, jesteśmy teraz zespołem. I nie podoba mi się, kiedy widzę, że ktoś nie jest sobą. To stwarza zagrożenie – wyjaśnił chrapliwie, głosem twardym niemal jak rozkaz, ale Remy od razu wyczuł, że w pewnym sensie był to tylko powód-przykrywka. Kąciki jego warg drgnęły lekko na tę myśl, jednak bardzo szybko znowu spochmurniał.

– Potrzebowałem się trochę, jak to... ach, oui, wyładować – powiedział w końcu powoli, jednak charakterystyczna nonszalancja pozostała obecna w niskim głosie. Zaraz potem niewielki uśmiech wpłynął na jego usta. – I chyba nie stworzyłem zbytniego zagrożenia, non?

Logan mruknął coś niezrozumiale pod nosem, jakby prychnąwszy do siebie.

– Nie było źle – przyznał gburliwie i na to rozbawione iskry zatańczyły w oczach Gambita. Wolverine odchrząknął, poprawiając założone na piersi ręce. – Kłopoty w raju?

Pozbawiony humoru, właściwie wręcz wyzbyty jakichkolwiek emocji śmiech opuścił wargi Gambita.

– Chciałbym, by w raju, mon ami, chciałbym – westchnął, ponownie przeczesując palcami wilgotne kosmyki. W końcu oparł się o zimną ścianę jednym ramieniem i włożył dłonie do kieszeni ciemnych dżinsów.

– Chcesz o tym, uch, pogadać? – mruknął cicho Logan, unosząc jedną brew. Wyglądało to dość zabawnie, kiedy próbował okazać podobne zainteresowanie z tym jego wiecznie gburowatym i zmarszczonym w grymasie obliczem, ale Remy to doceniał.

Odetchnął, zastanawiając się nad tym, co mógłby powiedzieć. Wiedział, że Logan nie był ślepy i na pewno dostrzegł, jak obecnie wyglądała cała sytuacja. Nie pokazywał się często w ich pobliżu, ale gdy już tak było, zauważał praktycznie wszystko. I przyglądał się ludziom zdecydowanie częściej, niżby się przyznał przed kimkolwiek.

– Nie mam zbyt wiele do powiedzenia – zaczął po chwili z westchnieniem, wpatrując się w czubki swoich butów. – Ostatnio nie widuję chere zbyt często. A kiedy już się spotkamy... Coś jest nie tak – wyznał, podnosząc wzrok na Logana. Czerwone oczy lśniły zmartwieniem i lekką frustracją. – Ale nie chce mi jeszcze powiedzieć co takiego.

Logan zmierzył pokerzystę wzrokiem, w pewien sposób zaskoczony tak szczerą troską. To jednak sprawiło, że jego zatwardziałe serce też nieco zmiękło – nie, żeby kiedykolwiek się do tego przyznał.

– Musisz dać jej trochę czasu – stwierdził chrapliwie, świdrując Gambita wzrokiem.

– Oui, wiem o tym. – Remy skinął, znów odwracając spojrzenie w zamyśleniu. – Po prostu chciałbym jej jakoś pomóc. I ona o tym dobrze wie, a mimo to... – Pokręcił głową.

– Może ona nie jest jeszcze na to gotowa. – Wzruszył ramionami Logan. Gdy napotkał nieco zdziwione spojrzenie Remy'ego, spokojnie wyjaśnił: – Na to byś jej pomógł.

Remy uśmiechnął się lekko. Tak, myślał również o tej możliwości – to było naturalne, zważywszy na jej nieufność – ale nie spodziewał się usłyszeć tego od Wolverine'a. A usłyszeć coś od kogoś innego zawsze zdawało się nadawać temu większego prawdopodobieństwa, jakby wypowiedzenie myśli na głos sprawiało, że były bardziej rzeczywiste.

– Nie spodziewałem się podobnych słów od ciebie, mon ami, prędzej od Profesora – przyznał tonem już znacznie lżejszym.

– Coś o tym wiem – odpowiedział po prostu Logan, znów wzruszając ramionami. – Powinieneś się cieszyć, że wciąż z tobą rozmawia po tej akcji u Xaviera, Gumbo.

– Ach, oui, poniosło mnie – przyznał ze skinieniem Remy, zaraz potem kąciki jego warg drgnęły lekko. – Ale spotkałem Eris później, nocą, i coś... coś było bardzo nie w porządku. Nie widziałem jej jeszcze w takim stanie, w sumie nikogo tutaj, jakby się nad tym zastanowić... – jego głos się zniżył, ściszył, a w oczach pojawił się błysk. W myślach odtwarzał wspomnienie Eris, roztrzęsionej i niepewnej, jak powoli uspokajała się w jego ramionach.

– Coś się stało? – przerwał jego rozmyślania Logan, wpatrując się w Gambita.

– Nie powiedziała – odparł z ciężkim oddechem, zakładając ręce na piersi. – Nie miała ran, ale wiem, że ma blizny, chowa je pod rękawami.

– Nie widziałem żadnych, gdy nie miała rękawów. – Logan zmarszczył nieco brwi.

– Bransolety – wyjaśnił Remy – a same blizny są prawie niewidoczne. Też nie mogłem ich dostrzec, póki nie wyczułem, gdzie są.

Wolverine odchylił głowę, zrozumienie przebiegło po jego twarzy, i oboje na dłuższą chwilę zamilkli. Remy pogrążył się we wspomnieniach, a Logan obserwował go uważnie. Odkąd poznał Cajuna, widział go tylko w tej nonszalanckiej pewności siebie, z zawadiackim uśmiechem i oczami, w których lśniła niezaprzeczalna inteligencja i spryt – gdy ktoś patrzył na niego z daleka, widział rozluźnionego, trochę aroganckiego pokerzystę, z bliska jednak dostrzegał, jak bardzo mógł być przy tym niebezpieczny. Ale w tym momencie Remy nie przypominał tego faceta, który nawet w chwilach ciężkich, podczas misji czy planowania, nadal miał w sobie tę nonszalancję. Szczerze się martwił, a to całkiem odmieniło nie tylko jego ogólną prezencję, ale też spojrzenie Logana.

– Muszą być stare – wychrypiał w końcu, wyrywając Gambita z wnętrza jego głowy, na co ten spojrzał na niego z konsternacją. – Blizny. Muszą mieć swoje lata – wyjaśnił i Remy skinął, przyznając Loganowi rację.

– Powiedziała mi raz, mimochodem, że najbardziej starała się być silna dla Patricka, żeby nie przeszedł tego tak samo. Mogę sobie tylko wyobrażać, co miała na myśli – powiedział cicho, jego głos nieznacznie bardziej miękki, a równocześnie jakby bardziej schrypnięty. Cajuna zawsze zdawały się cechować pewne przeciwieństwa, Logan stwierdził w duchu.

– Eris widuje się teraz z Profesorem, on jej na pewno pomoże – dodał już na głos, uważnie obserwując reakcję. Jakaś jego część spodziewała się zazdrości, ale Remy tylko westchnął cicho.

– Mam na to szczerą nadzieję, mon ami – przyznał, a jego wargi uniósł lekki, jakby smutny uśmiech. – Wolałabym nie dawać Patrickowi kolejnych powodów do twierdzenia, że chcę jakoś skrzywdzić jego siostrę...

Logan parsknął śmiechem, przytakując głową w rozbawieniu.

– Chłopak cię nie lubi, Cajun, tu masz rację – potwierdził chrapliwie.

– Oui, ale na jego miejscu też pewnie byłbym podejrzliwy – odpowiedział prosto Remy, trochę tym zaskakując, ponownie, Wolverine'a. Jego uśmiech tylko poszerzył się na to nieznacznie. – Na szczęście nie mam rodzeństwa, oui? – dodał już na ten swój nonszalancko-kpiący sposób, ale nim Logan zdołał chociaż mruknąć w odpowiedzi, Remy z gracją odepchnął się od ściany, skłaniając lekko głowę. – Merci za towarzystwo, mon ami. – I skierował się do wyjścia, ogłaszając swoje odejście.

– Jasne – zdążył tylko odmruknąć Logan, nim program swoim komputerowym głosem obwieścił:

„Wyjście uczestnika, id: Gambit"

I z westchnieniem uruchomił kolejną symulację.

Miał dość interesowania się na najbliższy tydzień. Albo dwa.

Od autorki: Długo kminiłam, czy wstawiać ten rozdział w całości czy w częściach, jednak w końcu postanowiłam podzielić go na dwie części - całość ma aż 13 stron, także... Dzisiaj nieco krócej, a następna część będzie znacznie dłuższa, znacznie bardziej treściwa i wyjawi sporo sekretów, więc bądźcie czujni! ^^ I mam nadzieję, że ta krótsza część też Wam przypadła do gustu! Trochę sfrustrowanego Remy'ego dla odmiany chyba nikomu nie zaszkodziło, co? ;p

Co myślicie? Macie jakieś podejrzenia/przewidywania na to, co Wam przygotowałam? Jak Wam się podoba Wolverine? Dajcie znać! I dziękuję wszystkim za wszelkie komentarze i gwiazdki 3