Zostawiając śpiącą kobietę i chłopca za sobą, wiedźmin podszedł do wylotu jaskini, przysiadł na piętach tuż poza wlewającą się do środka plamą księżycowego światła. Oparł pięści na kolanach i pozwolił, by jego myśli ucichły, rozmyły się jak odgłosy jarmarku, który z wolna zostawia się za sobą. Pogrążył się w ciszy.

Kiedy cętki bladego światła na kamieniach zmętniały i zgasły, a potem na ich miejsce przez gałęzie zaczęła się przeciskać rześka, szklista od rosy łuna, Eskel podniósł się, zabrał swoje miecze i bezszelestnie wyszedł na zewnątrz. Las nabierał właśnie pierwszego porannego oddechu, w którym czuć było chłodną, szeleszczącą wilgoć. Wiedźmin ruszył powoli w gęstwinę, nasłuchując. Knieja o tej porze dnia była ospała i niemrawa. Dzięki temu polowało się łatwiej. Wiedźmin przykucnął w gęstym kłębie zarośli, znieruchomiał w cierpliwym oczekiwaniu. Miecz świsnął krótko i głucho.

Wracając do obozowiska, już z daleka słyszał, że nie śpią. Ze środka dobiegały stłumione odgłosy krzątaniny, chrobotanie, postukiwanie, rżenie i pochrapywanie koni, chrapliwy tembr Wszebory i cienki głos dzieciaka. Kiedy wszedł, oboje natychmiast na niego spojrzeli – Miron z mieszanką markotnej niepewności, podniecenia i przestrachu, Wszebora z obojętnością, która mówiła, że jego obecność nie wzbudza już emocji, jakby była czymś naturalnym i spodziewanym. Spodobało mu się to. Lubił widzieć jej spokój. Podszedł bliżej i pokazał jej dzikiego królika, którego trzymał za uszy. Zerknęła na niego, skinęła lekko głową, po czym wróciła do do tego, co robiła, zanim przyszedł. Na ziemi przed nią leżały pootwierane sakwy i juki. Niespiesznie, metodycznie przeglądała ich zawartość, niektóre rzeczy wyjmowała, przekładała, marszcząc w zamyśleniu brwi. Eskel domyślał się, że próbowała ocenić, na jak długo wystarczą zebrane w pośpiechu zapasy, czego najbardziej w nich brakuje, jak rozplanować podróż. Bo że musieli wyruszyć w podróż, nie ulegało wątpliwości.

Eskel położył upolowanego królika na ziemi, przysiadł na płaskim głazie, wsparł łokcie na kolanach i splótł dłonie. Przez pewien czas przyglądał się w milczeniu poczynaniom Wszebory, która, im dłużej przetrząsała torby i juki, tym bardziej wydawała się posępna i nachmurzona. W końcu odezwał się cicho:

– Nie martw się o zapasy. Mamy to, co najpotrzebniejsze – pieniądze, wodę, trochę jedzenia. Na razie wystarczy. Jak zbraknie, znajdę po drodze jakieś zlecenie.

Wszebora oderwała wzrok od sakwy, której zawartość właśnie przeglądała, wyprostowała się, odgarnęła za ucho kosmyk włosów i spojrzała badawczo na wiedźmina.

– Po drodze gdzie?

– Jak najdalej. Tak daleko, żebyś na pewno nie spotkała żadnego z byłych znajomków na targu czy jarmarku.

– Czyli gdzie? – powtórzyła szorstko.

Przez chwilę skrobał w zamyśleniu pokryty twardym zarostem policzek, rozważając różne możliwości.

– Na zachód – powiedział w końcu. – Do morza.

Wszebora zmarszczyła brwi, jej spojrzenie przybrało sceptyczny wyraz.

– Do morza? – powtórzyła bez przekonania.

Eskel skinął głową.

– Do Cidaris albo Verden. Na morskie targi, które tam organizują, zjeżdżają się ludzie ze wszystkich stron świata. Mieszkańcy są przyzwyczajeni do obcych. Nie boją się ich. Są bardziej otwarci i bardziej... Hm, postępowi.

Wszebora uniosła lekko brwi, robiąc minę, która jednocześnie wyrażała zniecierpliwienie i zaintrygowanie.

– Mówże po ludzku, wiedźminie – sarknęła.

– Powiedzmy, że tam nie będzie nikogo oburzać, że nie ma z tobą mężczyzny. Wyspiarska kultura jest trochę inna niż tutaj. Kobiety walczą jak mężczyźni, czasami nawet lepiej. Są bardziej niezależne. Zwłaszcza teraz, kiedy królową na Skellige została Cerys an Craite.

Zmarszczka między brwiami Wszebory podpowiadała mu, że nie całkiem dowierza jego słowom. Długo milczała, przyglądając mu się w zamyśleniu. W końcu mruknęła posępnie:

– Przecież ja nie znam wielkiej wody. Co za zajęcie tam znajdę?

Wzruszył nieznacznie ramionami.

– To samo, co tutaj. Nie musisz przecież od razu ruszać na morze. Możesz polować. Mięso i skóry to zawsze chodliwy towar.

Patrzyła na niego przez długą chwilę, badawczo, przenikliwie, mrużąc w zamyśleniu oczy. Potem zerknęła przez ramię na Mirona, który bawił się smętnie kilkoma patykami u wejścia do jaskini. Z jej miny trudno było cokolwiek wyczytać, ale wiedźmin domyślał się wahania, rozterek. Wiedział, że perspektywa, którą przed nią roztoczył, jest dla niej obca i niepewna. Odchrząknął. Drgnęła lekko, wytrącona z zadumy, i z powrotem skierowała na niego spojrzenie.

– Musisz mi zaufać – mruknął. – Nie możecie zostać tutaj. Na południu jest Nilfgaard. Granice jeszcze się nie uspokoiły po wojnie. Prędzej znajdziesz garnizon niż gościnną osadę. Na północy Redania, w której po zamachu na Radowida panuje burdel. Zostaje jeszcze Aedirn, ale coś mi się zdaje, że nie zdzierżyłabyś vengerberskich mieszczuchów w rajtuzach. Zostaje wybrzeże.

Wszebora zacisnęła usta i ciężko westchnęła. Splotła dłonie na podołku i zapatrzyła się gdzieś przed siebie, zamyślona. Długo milczała.

– Niech będzie, wiedźminie – stwierdziła w końcu. – Nie widzi mi się, bym miała umyślić co lepszego. Nigdym przecie nie wyjrzała daleko za własne sioło. Nie wiem, co dalej w świecie leży.

– Pokażę ci – obiecał, podnosząc się. Podał jej rękę i pomógł wstać. Widząc, że nadal zerka ze zmarszczonymi brwiami na pootwierane juki, złapał ją za łokieć i mruknął:

– Przestań się już tym zamartwiać. To niezłe zapasy. Damy radę.

Rzuciła mu krótkie, niezadowolone spojrzenie.

– Niewiele tego. A nad to morze to chyba szmat drogi?

Przesunął rękę na jej ramię i ścisnął lekko.

– Mówię ci, że damy radę.

– Ale...

– Nie będę się powtarzał.

Patrzyła na niego przez chwilę spode łba, ale w końcu pokręciła lekko głową i dała za wygraną. Odgarnęła z czoła włosy, obejrzała się na królika, którego Eskel zostawił przy jukach. Uśmiechnęła się z przekąsem.

– No, jak taką marniznę będziesz przynosił, to chudo mi wygląda ta podróż.

Zamiast zareagować na uszczypliwość, wyjął zza paska mały nóż i kucnął, by oporządzić królika. Wszebora przysiadła powoli obok. Przez jakiś czas w zadumie przyglądała się jego pracy. Milczeli oboje. Kiedy wreszcie się odezwała, jej głos brzmiał szorstko, ale wiedźminowi zdawało się, że kryje się w tej szorstkości coś przekornie czułego, jakaś miękka, ciepła nuta.

– Myślałby kto, że za stara już jestem, żeby dać się obcemu chłopu uwozić w nieznane.

Eskel zerknął nad nią znad króliczej tuszki i zobaczył, że uśmiecha się do niego drobnym, cierpkim uśmiechem. Uniósł lekko brwi.

– Gdyby nie ta ponura mina, można by cię nawet wziąć za podlotka – rzucił spokojnie, wycierając nóż w kawałek szmaty. Wszebora pokręciła lekko głową i po raz pierwszy tego ranka cicho, chrypliwie się zaśmiała. Potem poszukała wzrokiem syna i gestem przywołała go do siebie. Eskel, który zajął się właśnie układaniem małego ogniska, podążył na chwilę za jej spojrzeniem, zerknął na przycupniętego po drugiej stronie jaskini dzieciaka, przyjrzał mu się uważniej. Jak na dziecko, któremu kazano w środku nocy uciekać z domu, galopować na złamanie karku i kryć się w ciemnym lesie, wyglądał zaskakująco spokojnie. Był blady, wyraźnie znużony i trochę markotny, ale nie płakał. Tylko skulone ramiona i kolana podciągnięte pod brodę, jakaś ogólna struchlałość, sztywność postawy zdradzały, że chłopaka coś dotknęło. Wiedźmin pomyślał przelotnie, że w tym upartym, cichym napięciu bardzo przypomina swoją matkę. Ona też płakała i krzyczała bardziej do środka niż na zewnątrz.

Przywołany gestem Wszebory, Miron podniósł się niechętnie i przydreptał do nich z ociąganiem, popatrując nieufnie to na matkę, to na wiedźmina. Przystanął, lekko kołysząc zwieszonymi ramionami i wpatrując się we własne stopy. Zmarszczył brwi i nadął usta, jakby intensywnie i poważnie nad czymś rozmyślał. W końcu podniósł głowę.

– Kiedy wrócimy do wsi? – zapytał, utkwiwszy w matce wyczekujące, ponure spojrzenie. Wszebora wyciągnęła rękę i pogładziła go po ciemnych włosach.

– Nie wrócimy – oświadczyła cicho i spokojnie. – Nie możemy.

Chłopiec się zmarszczył, strząsnął buńczucznie rękę matki.

– Czemu nie? – zapytał głośniej i bardziej natarczywie. – Chcę do domu.

Wszebora pochyliła się ku niemu, zamknęła zaciśnięte piąstki w uścisku własnych dłoni.

– Starego domu już nie ma – wyjaśniła cierpliwie. – Będziemy mieli nowy dom. Lepszy.

Chłopiec patrzył na nią nieufnie, chmurny, nieprzekonany. Oczy to ciemniały mu od strachu i złości, to rozszerzały się mimowolnym zaciekawieniem.

– A gdzie? – zapytał w końcu.

– Daleko stąd. Pojedziemy na długą, długą wyprawę.

Miron zasępił się na długą chwilę. W końcu spojrzał na matkę ze zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami.

– A będą przygody? – zapytał, ni to markotnie, ni to z nadzieją.

Wszebora uśmiechnęła się lekko, rzucając Eskelowi ukradkowe spojrzenie. Nie wiedział, o czym pomyślała, ale uśmiech był ładny – niewymuszony i łagodny. Wszebora przyciągnęła syna do siebie, posadziła go sobie na kolanach, objęła ciasno ramionami, oparła policzek na czubku jego głowy.

– Będą, dzieciaku – mruknęła miękko. – Przecie jedzie z nami wiedźmin, tedy muszą być przygody.

Duże brązowe oko łypnęło na wiedźmina podejrzliwie nad ramieniem Wszebory. Chłopiec namyślał się długo, zanim w końcu zawyrokował:

– Dobrze.

Eskel skinął lekko głową. Lekkim skrętem nadgarstka nakreślił Igni. W wilgotnym półmroku zasyczały snopy iskier, zaimprowizowane ognisko zajęło się migoczącym, przyćmionym płomieniem. Eskel spojrzał na Wszeborę, której rysy, ogrzane ciepłym, pomarańczowym światłem, wygładziły się i złagodniały. Miron, którego wciąż do siebie tuliła, wpatrywał się w ogień jak urzeczony. Wydawała się spokojna, więc on też czuł się spokojny.