Dopiero gdy wydostali się z kniei na trakt, mogli przyspieszyć tempa i zacząć podróż na dobre. Wbrew obietnicy Wszebory, za to zgodnie z oczekiwaniami wiedźmina, przebiegała na ogół spokojnie. Eskel rozmyślnie wybierał jak najmniej uczęszczane, czasem wręcz odludne trakty. W pierwszej wsi, którą z daleka mijali, kupił obszerną, grubą pelerynę, która dobrze maskowała jego szramy, kocie oczy i dwie klingi na plecach. Dzięki temu mogli uchodzić za podróżującą rodzinę i nieliczni napotykani ludzie – wieśniacy i wędrowni kupcy – rzadko zdobywali się wobec nich na więcej niż przelotne, obojętne spojrzenie. Kiedy natomiast zdarzało im się trafiać na szukających zarobku i uciechy zbirów, wystarczyło, że zdejmował kaptur. Widząc, co jest pod nim, zwykle szybko tracili rezon. Jeśli nie, sięgał za plecy po stalową klingę. W jednym tylko przypadku zdarzyło się, że rzeczywiście musiał jej użyć.

Kompania, na którą się natknęli, obozowała pod rozłożystym dębem opodal traktu. Słyszał z daleka szczekliwe wrzaski i gardłowe śmiechy i czuł niosący się z wiatrem odór niemytych ciał i kwaśnego wina, ale nie zamierzał nadkładać drogi – las był w tym miejscu gęsty, pobrużdżony zapadlinami, na których konie mogły poskręcać nogi, a poza tym słońce wisiało już nisko. Chciał dotrzeć przed zachodem do najbliższej osady. Liczył na to, że banda, którą musieli ominąć, nie sprawi kłopotów. Mimo to, nim wyjechali zza zakrętu, półgłosem poprosił Wszeborę, by także ona naciągnęła kaptur peleryny, a Mironowi kazał siedzieć cicho, nie wiercić się, nie rozglądać ani w żaden inny właściwy dzieciom sposób nie zwracać na siebie uwagi. Sam pojechał przodem, zgarbiony i ze spuszczoną głową, by cienie mogły ukryć to, czego nie zasłaniała peleryna. Gdy wyjechali spomiędzy drzew na otwartą przestrzeń, przez chwilę zdawało się, że uda im się przejechać w spokoju – rozłożeni pod drzewem rozbójnicy, wyraźnie rozleniwieni winem i wieczerzą, nie zwrócili uwagi na niepozornych wędrowców. Nie unosząc głowy, Eskel rzucił w ich stronę przelotne, badawcze spojrzenie. Sądząc po posturze i tatuażach, które wyzierały spod sprutych koszul i stęchłych kapot, wyglądali na dezerterów albo byłych najemników. Wyglądali też, jakby mieli za sobą kilka chudych tygodni – niektórzy byli tak brudni i zarośnięci, że bardziej przypominali proszalne dziady niż bandytów. Niemal mijali już bandę, nieniepokojeni, kiedy Eskel poczuł na plecach spojrzenie – ciekawskie, łaskoczące skórę jak pełznący powoli robak. Obejrzał się ukradkiem w stronę obozowiska i natychmiast złowił spojrzeniem herszta bandy – barczystego chłopa o sumiastych wąsach i długich, splątanych kudłach – który bacznie się im przyglądał. Przez chwilę rozważał rożne możliwości – mogli po prostu popędzić konie, uciec, nim tamci się namyślą, czy warto ich zaczepiać. Gdyby był sam, pewnie by tak zrobił, ale Wszebora wiozła w siodle dzieciaka. Dzieci bywały kruche, zwłaszcza jeśli spadały z konia w trakcie galopu. Poza tym nie chciał ryzykować, że ściągnie bandę do wsi, w której zamierzali nocować, bo wyszedłby z tego o wiele większy burdel. Eskel zacisnął szczękę i ściągnął nieco lejce. Czekał. Wszebora, która jechała obok, zerknęła na niego kątem oka, ale nie powiedziała nic.

– Nie strach ci, żeś tak jeździsz po świecie samojeden, bracie? – usłyszeli za sobą dudniący, niemal jowialny głos. Eskel obejrzał się bez słowa i zobaczył herszta, który najwyraźniej uznał, że opłaci się ich napaść. Szedł ku nim rozkołysanym krokiem, a pozostali członkowie bandy skradali się za nim jak wilki za basiorem, który zwietrzył zwierzynę. Wyszczerzone w uśmiechu zepsute zęby herszta tylko potęgowały to wrażenie. Eskel zatrzymał konia.

– Odstąp – mruknął, kiedy banda znalazła się na tyle blisko, żeby go usłyszeć. Herszt uśmiechnął się szerzej, zatknął sękowate kciuki za pas.

– Coś mi się widzi, bracie, że wieziesz tam cosik ładnego.

– Nic wartego waszej uwagi – oświadczył z chłodnym spokojem. – Dajcie nam spokój.

Herszt podrapał się po skołtunionej brodzie, nieporuszony ostrzeżeniem wiedźmina, obejrzał z zaciekawieniem przytroczone do końskich grzbietów bagaże. Zagwizdał z zadowoleniem przez zęby.

– Małe juki, ale dobre konie – zawyrokował. – Czuję nosem, bracie, że masz tam drogie kamyki albo jakie pachnidełka. Dajże, sprawdzim, czy mam rację. – Mówiąc to, sięgnął ręką do najbliższej torby, ale Eskel go ubiegł.

– Zabierz tę łapę, jeśli nie chcesz, żebym ci ją urżnął – syknął ostro. Herszt spojrzał na niego, zamrugał, a potem ryknął głębokim, rubasznym śmiechem.

– Grozisz mi, bracie? – zapytał, popatrując znacząco na swoich kompanów, którzy zebrali się za jego plecami. Eskel zsiadł z konia i stanął sam naprzeciw całej bandy. Patrząc hersztowi w oczy, ściągnął kaptur.

– Ostrzegam – powiedział cicho.

– Wiedźmin, kurwa. – Zuchwały uśmiech spełzł z twarzy bandyty. Herszt splunął gęstą flegmą, wyszczerzył zęby we wściekłym grymasie. – Nic to. – Raz jeszcze rozejrzał się po kompanach. – Hajda, braciszkowie. Wiedźminy też wożą złoto. A jak nie, tośmy się chociaż zabawim. – Wskazał głową na Wszeborę, która rzuciła mu zimne, pogardliwe spojrzenie.

Eskel wyciągnął miecz z pochwy i cofnął się o kilka kroków, by nie narażać Wszebory i Mirona. Zacisnął szczękę i pokręcił lekko głową. Naprawdę liczył na to, że obędzie się bez urządzania mordowni.

Nim zbójcy zdążyli do niego dopaść, nakreślił Yrden. Fala energii rozlała się wokół jak krąg na wodzie, w którą wrzucono kamyk. Członkowie bandy wbiegali z impetem w magiczną pułapkę i mrugali, zdezorientowani, kiedy ich ciała nagle zwalniały, a ruchy robiły się powolne i ociężałe, jakby ktoś wrzucił ich w głęboką wodę. Eskel ugiął kolana, zakręcił młynka mieczem i zaatakował.

Trudno było nazwać to walką. W czasie, który wystarczył na kilka uderzeń serca, wiedźmin powalił całą kompanię. Magiczne pęta, w które schwytał zbójców, sprawiły, że czuł się niemal, jakby walczył z kukłami na dziedzińcu Kaer Morhen. Ze spokojną, zwinną precyzją ogłuszał jednego po drugim i patrzył bez żalu, jak padają u jego stóp, charcząc i bełkotliwie przeklinając. Z rozmysłem nie celował w arterie i narządy, więc żadnego nie zabił – przynajmniej na razie. Jeżeli nie będa mieli szczęścia i traktem nie będzie jechał nikt, kto zechce im pomóc, rachuba mogła się zmienić.

Chowając miecz do pochwy, znów pokręcił lekko głową, spojrzał z pogardą na rozwleczonych po ziemi, obitych jak kundle zbójców. Nie powiedział nic, wsiadł z powrotem na konia i ścisnął go piętami, nie oglądając się więcej na sponiewieraną kompanię. Kiedy ruszyli w dalszą drogę, Wszebora przez jakiś czas się nie odzywała. Początkowo nie zwrócił na to uwagi – w końcu przez znaczną część czasu podróżowali w milczeniu – ale teraz zdał sobie sprawę, że cisza przestała być neutralna – było w niej coś ciężkiego i napiętego. Kiedy dotarli do karczmy i zasiedli nad kuflami grzanego wina, przyjrzał się Wszeborze z uwagą, próbując zrozumieć przyczynę, dla której atmosfera tak zgęstniała. Wszebora, wsparta łokciami na blacie ławy, pochylona nieco w przód, w odpowiedzi łypnęła na niego jakoś cierpko. Między brwiami znów miała tę swoją zmarszczkę i zacisnęła szczękę, tak że blizna na jej policzku zmieniła się w nierówny, pofałdowany szew. Eskel upił łyk ze swojego kufla, odstawił go na blat, wsparł rękę na kolanie i westchnął.

– Powiedz, o co chodzi – poprosił cicho. Wszebora milczała przez chwilę, skubiąc w zamyśleniu wyszczerbiony brzeg kufla. W końcu podniosła na niego ponure spojrzenie.

– Czemu to zrobiłeś? – zapytała szorstko. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

– Co zrobiłem?

Parsknęła ze zniecierpliwieniem, zmarszczyła się jeszcze bardziej.

– Poszłeś sam na nich wszystkich – warknęła. Eskel patrzył na nią przez chwilę, szczerze zdziwiony.

– A co innego miałem według ciebie zrobić? Pozwolić, żeby nas napadli? Zrobiłem, co było trzeba – stwierdził, trochę obojętnie, a trochę ze znużeniem. Nie przestawał patrzeć jej w oczy, nachmurzone i pociemniałe, ale nie umknęło mu, że zacisnęła dłonie w pięści. Nadal nie bardzo rozumiał przyczynę całego tego oburzenia. Nie naraził przecież ani jej, ani dzieciaka, nie stała im się żadna krzywda. Zrobił, co należało.

– Nie musiałeś – mruknęła ostro. – Mogliśmy po prostu odjechać, zanim by nas napadli.

Eskel pociągnął łyk z kufla, otarł usta wierzchem dłoni, wzruszył nieznacznie ramionami.

– Tak, a oni mogli pojechać naszym śladem. Spróbować ustrzelić któregoś z koni. Zrobić burdę w tej karczmie, w której właśnie siedzimy. – Pokręcił głową, spojrzał na nią poważnie. – Nie chciałem ryzykować.

Wszebora milczała, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w zawartość swojego kufla. Eskel bezskutecznie usiłował złowić jej spojrzenie.

– Na co właściwie jesteś taka zła? – zapytał w końcu, nieco już zniecierpliwiony. – Nie naraziłem przecież ciebie ani dzieciaka.

W końcu na niego spojrzała. Zamiast złości zobaczył w jej oczach ciężki, ponury smutek.

– Ale naraziłeś siebie – wychrypiała cicho.

– I co w tym takiego nadzwyczajnego? Przecież ci obiecałem, że...

– Obiecałeś, że nas ochronisz na trakcie, a nie że będziesz szafował żywotem – weszła mu ostro w słowo. Pokręcił głową, mimo woli cicho parsknął.

– Może nie zauważyłaś, ale jestem wiedźminem. To nie jest dla mnie nic specjalnie nowego – mruknął beznamiętnie. Wszebora zmarszczyła brwi, ostrym ruchem odgarnęła z czoła kosmyk włosów.

– Myślisz, że nie widzę, że nadal jeszcze utykasz, że krzywisz się czasem, siadając na konia? Że pijesz po kryjomu te swoje parszywe dekokty, od których żyły wychodzą ci na gębę i wywraca ci pewnie od nich flaki na lewą stronę? Nie jesteś w pełni sił, a lecisz bez potrzeby do zwady...

– Więc o to chodzi? – Teraz to on jej przerwał. Znużenie i frustracja zaczęły powoli przeradzać się w szorstki, chłodny gniew. – Bałaś się, że się dam zaszlachtować i zostawię cię z tym samą?

Wszebora przez chwilę piorunowała go spojrzeniem, wyraźnie rozsierdzona, ale w końcu przymknęła powieki, ciężko westchnęła. Kiedy otworzyła z powrotem oczy i pochyliła się niżej nad blatem, spojrzenie znów miała spokojne, matowe od przygnębienia, a nie iskrzące złością. Wyciągnęła rękę i mocno zacisnęła palce na jego przegubie.

– Bałam się tylko o twoją skórę. Że się bez potrzeby ukrzywdzisz – szepnęła chrypliwie, patrząc mu w oczy. Eskel był zbity z tropu. Wszebora westchnęła raz jeszcze.

– Chcę tylko kamrata, wiedźminie – oświadczyła cicho. – Nie rycerzyka na białym koniku, co rzuci się dla mnie w każdą zawieruchę. Nie musisz mi nic udowadniać. I nie będziesz dla mnie bez sensu ginąć.

Eskel długo się nie odzywał. W końcu podniósł wzrok na Wszeborę, która wpatrywała się w niego uważnie, cierpliwie, wyczekując reakcji.

– Mój koń nie jest biały – mruknął, wychylając resztę napitka. – Na drugi raz po prostu zostawię cię z takimi francami samą. I niech się wtedy martwią.

Parsknęła. Eskel odstawił kufel na blat i spojrzał w dół, na małą, okaleczoną dłoń, która spoczywała spokojnie na jego przegubie. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Wszebory. Palce na jego nadgarstku zatoczyły drobne, powolne kółko. Wiedźmin dopił swoje piwo i podniósł się zza stołu. Wszebora zrobiła to samo. Ruszyli na piętro karczmy, gdzie Miron spał w wynajętej izbie. Kochali się tej nocy, leniwie i spokojnie, a kiedy skończyli, nie pozwolił jej przenieść się do drugiego łóżka. Leżeli w chłodnej ciemności, słuchając stłumionych odgłosów biesiady, które dobiegały z oberży pod ich pokojem. Eskel wodził dłonią po nagich plecach Wszebory i wpatrywał się w powałę. Patrząc tak, bezwiednie przywoływał w myślach inny strop, ten, pod którym nie tak dawno się obudził, obwieszony pękami ziół i rogów, barwny i pachnący lasem, jakby ktoś udekorował go na święto. Wspomnienie zielonego, cierpkiego zapachu było jak żywe – tchnęła nim leżąca obok kobieta. Eskel przygarnął ją nieco bliżej i zamknął oczy. Kiedy zasnął, po raz pierwszy od dawna nie śniły mu się pożoga i krew. Nie śniło mu się nic.