Po tamtej nocy nastało wiele innych, kiedy zamiast na powałę, patrzył nocą na gołe niebo. Wszebora spała zazwyczaj obok, z głową wspartą na siodle i ramieniem oplecionym ochronnie wokół kruchego stworzenia, które było jej dzieckiem. W świetle księżyca jej włosy wydawały się siwe, a rysy gubiły szorstkość. Jeśli zasypiała przy gasnącym ognisku, żar nadawał jej oczom barwy świeżej żywicy, kiedy przyglądała się skwierczącym polanom spod półprzymkniętych powiek. Blizny na jej ciele były wtedy miękkimi smugami cieni. Kiedy o wilgotnym, szarym świcie wiedźmin się budził, na derce przy ognisku znajdował często tylko chłopca skulonego we śnie jak zwierzątko. Wszebora zostawiała po sobie na posłaniu znajomy zapach, ulotne ciepło i ciszę, w której łatwo było nasłuchiwać jej powrotu. Wiedźmin opierał się o drzewo, zamykał oczy i czekał cierpliwie na odgłosy jej miękkich, szybkich kroków. Wracała zwykle, kiedy błękitna mglistość świtu przechodziła w ostre, jasne światło poranka. Choć stąpała cicho i zwinnie, słyszał ją zawsze już z daleka. Wyłaniała się zza drzew z łukiem w garści i skórzaną sakwą na ramieniu i z zawsze tym samym, drobnym, zadowolonym uśmiechem prezentowała zdobycz – małego zająca, złowionego w strumyku pstrąga, dziką gęś. Z czasem przywykł do tych jej samotnych porannych łowów, ale za pierwszym razem, gdy po przebudzeniu nie znalazł jej obok, był zaskoczony i nieco nachmurzony. Nie powiedział na ten temat ani słowa, ale jego ponurość nie uszła jej uwagi.

– Wyduś to wreszcie, wiedźminie – mruknęła spokojnie, nie odrywając wzroku od dorodnego jarząbka, którego właśnie oskubywała z piór. Eskel siedział po drugiej stronie wygasłego ogniska z założonymi rękami, przyglądając się jej w milczeniu. Zmarszczył lekko brwi.

– Co niby mam wydusić? – zapytał szorstko. Wszebora uśmiechnęła się drobnym, znaczącym uśmiechem.

– No to, co cię tak gryzie od rana. Widzę przecie, żeś naburmuszony, jakbyś siadł na pszczołę.

Eskel milczał. Wszebora tymczasem skończyła oskubywać ptaka, wyprostowała się i przysiadła na piętach. Odgarnęła za ucho kosmyk włosów i spojrzała na wiedźmina w sposób, w którym było coś z pobłażliwej, łagodnej drwiny.

– Jakbym miała zgadywać, wiedźminie, to bym rzekła, że ci leży na wątrobie, żem poszła w las bez ciebie.

Zmarszczył się bardziej. Wszebora uśmiechnęła się szerzej.

– Nie słyszałem, jak wstawałaś – przyznał w końcu niechętnie. Wszebora zaśmiała się chrypliwie.

– Tyle to i ja wiem – rzuciła. W jej głosie leciutko dźwięczała wesołość. – Spałeś jak stary kocur na nagrzanym piecu. Czy to co złego?

Eskel spojrzał na nią spode łba.

– Jestem wiedźminem – mruknął ponuro. – Nie po to mam wyczulone zmysły, żeby...

– Żeby co? – przerwała mu, unosząc lekko brwi. Patrzył jej przez chwilę w oczy, skwaszony, pochmurny.

– Żeby chrapać, kiedy kobieta za mnie poluje – burknął, odwracając wzrok. Wszebora parsknęła.

– A, czyli o to chodzi. Coś mi się widzi, że nie tylko wiedźmińskie zmysły masz wyczulone, wiedźminie, ale i chłopską dumę – rzuciła, patrząc na niego z wciąż tą samą łagodną drwiną. Eskel, nieco już rozdrażniony, pochylił się w przód.

– To nie jest śmieszne – syknął. – Gdyby jacyś rozbójnicy chcieli się podkraść do obozu, to...

– To usłyszałbyś ich z daleka, a potem porąbał na płaty słoniny, jak tamtych na trakcie – znów weszła mu w słowo, spokojnie, ale z przekonaniem.

Eskel rzucił jej zniecierpliwione spojrzenie.

– Czemu jesteś taka pewna? Skoro ciebie nie usłyszałem... – zaczął i urwał, widząc, że Wszebora kręci lekko głową. Podniosła się z ziemi, okrążyła ognisko i kucnęła tuż obok niego. Wsparła łokcie na kolanach i uśmiechnęła się lekko, pobłażliwie, jakby umykało mu coś oczywistego.

– Na moje, wiedźminie, twoje instynkty czujne jak zawsze – powiedziała cicho. – Ale myślę sobie, że może wiedzą lepiej od ciebie, że nie trza się zrywać i baczyć z mojego powodu.

Eskel patrzył na nią bez słowa, zbity z tropu. Wszebora wzruszyła lekko ramionami.

– Widocznie nabrałeś do mnie trochę ufności, wiedźminie. Przywykłeś, że siedzę obok w dzień i w ciemnicę, to i przestałeś dybać jak na jakie obce licho. Nic to złego.

Ledwie skończyła mówić, spomiędzy drzew poniosły się echem podniecone krzyki Mirona, który nawoływał matkę, by pokazać jej jakieś nowe znalezisko. Wszebora rzuciła wiedźminowi ostatnie spokojne spojrzenie, podniosła się, strzepnęła resztki pierza i oddaliła się w stronę, skąd dobiegało wołanie. Eskel patrzył za nią, chmurny, pogrążony w ponurych myślach. Musiał niechętnie przyznać sam przed sobą, że Wszebora się nie myliła. Rzeczywiście, samemu nie wiedząc kiedy, opuścił gardę i pozwolił, by jej obecność stała się czymś znajomym i naturalnym, jak ciężar mieczy na plecach albo zimny dotyk medalionu pod koszulą. Przywykł do jej cichego, nienachalnego towarzystwa, do zapachu jej ciała i rytmu oddechu, do jej uśmiechów, z których każdy znaczył co innego, do ciężaru jej głowy na piersi, kiedy przytulał ją do siebie, do jej chłodnego, bezpiecznego dotyku, do spokojnej przenikliwości, z jaką na niego patrzyła, do świadomości, że jest obok. Przywykł do niej. Oswoił ją. Teraz ta myśl zabulgotała mu w trzewiach jak zgaga, a potem opadła uwierającym ciężarem na dno żołądka. Niemal czuł w ustach jej metaliczny posmak. Nagle uderzyło go, jak bardzo był lekkomyślny, jak bardzo głupi i śmiesznie naiwny, sądząc, że może sobie bezkarnie pozwolić na taką bliskość. Wiedział przecież, przekonał się, jaka jest za nią cena. Wszebora nie była Yennefer, a on nie był Geraltem. Nie czekały na nich łzawe pieśni, tylko odraza i krew. Mówiły mu to sny, w których uparcie wracała do niego smutna, jasnowłosa dziewczyna, a za nią ogień i brzęk stali, mówiło mu to ciężkie, posępne spojrzenie Wszebory, które widywał, gdy czasem wieczorami milkła i pogrążała się w myślach. Nie wiedział – nigdy nie zapytał – co to były za myśli, ale z pewnością jej ciążyły. Odkąd zjawił się w jej życiu, wiele spadło na jej barki. Powinien był zrozumieć już dawno – jeszcze zanim to wszystko się tak zagmatwało, zanim musiał stanąć w jej obronie przed rozszalałym tłumem i szukać jej śladów w ciemnym lesie – że nie wolno mu się do niej zbliżyć. Nawet jeśli, podobnie jak on, dawno wyzbyła się złudzeń, nawet jeśli czasem się zdawało, że rozumie go bez słów, bo zniosła wystarczająco dużo trudu i zgnębienia, by umieć rozpoznać je w milczeniu, to jej świat – choć równie brudny, parszywy i niesprawiedliwy – wciąż nie był jego światem. Nie mógł do niego wejść, nie robiąc jej krzywdy, nie narażając na niebezpieczeństwo. Eskel rozmyślał o tym, nasłuchując bezwiednie niesionych echem spomiędzy drzew głosów – jednego cienkiego i ożywionego, drugiego głębokiego i chrypliwego, jak niski pomruk zadowolonego kota – i czuł, że gryzący ciężar w jego trzewiach hartuje się w zimne, twarde przekonanie. Podniósł się i zaczął się niespiesznie oddalać od obozu. W końcu przykląkł w cieniu rozłożystego świerku, wsparł ręce na udach i przymknął powieki. Pozwolił, by skłębione, ciężkie myśli uleciały mu z głowy jak porwana na drobne strzępy wata. Wokół niego panowała cisza, głosy spomiędzy drzew ucichły. Był – tak jak powinien – sam.

Od tamtej pory starał się możliwie najbardziej ją odsunąć. Podczas jazdy odzywał się jeszcze mniej niż zwykle, częściej zresztą do dziecka niż do niej, a gdy rozbijali obóz, zwykle zostawiał ją z dzieciakiem przy ogniu, a sam nieco się oddalał i przysiadał, odwrócony tyłem do obozowiska, by medytować i nasłuchiwać zagrożeń. Unikał starannie wszelkiej bliskości, zwłaszcza intymnej, nie kochał się z nią więcej i niemal wcale jej nie dotykał. Wszebora nie komentowała tego nagłego zobojętnienia, nie robiła pretensji ani o nic nie pytała. Czasem tylko, kiedy jechała obok albo krzątała się przy ognisku, ich spojrzenia na moment się krzyżowały. Widział wtedy, że nie miała w oczach bólu ani pretensji, tylko chłodną, milczącą kpinę, i doskonale rozumiał, że jest śmieszny w tych próbach odcięcia się od niej, bo było na to za późno, wydarzyło się między nimi zbyt dużo. Ta świadomość tylko dokładała mu goryczy – tym większej, im bardziej zbliżali się do wybrzeża.

W końcu nadszedł ten moment, kiedy wiatr zaczął przynosić ze sobą wonie soli, ryb, mokrego drewna i dymu. Na jednym z ostatnich postojów Wszebora zrobiła się nieobecna i zamyślona. Głaskała po włosach chłopca, który leżał na jej kolanach, uśpiony twardym, głębokim snem po całym dniu podróży, i spoglądała na gęsty, ciemny las, zza którego za dzień lub dwa miało wyłonić się morze, a wraz z nim najbliższa osada i początek ich nowego życia. Siedziała bokiem do ognia, tak że część jej twarzy była pogrążona w cieniu, za to jasne oczy, jak zawsze, były dobrze widoczne, przyciągały wzrok jak małe srebrne ogarki. Wiedźmin przyglądał się jej ukradkiem i zdawało mu się, że widzi w tych oczach jakieś łagodne, smutne uczucie, melancholię, tęsknotę, może nostalgię. Wieczór był chłodny i spokojny, rozwibrowany cykaniem i szumem w pobliskich łąkach. Wzrok wiedźmina też raz po raz uciekał ku czarnej połaci lasu, za którą kryła się wielka było mu w tym cichym, wełnistym spokoju skupić myśli. Znów spojrzał na Wszeborę, a ona niespodziewanie odwzajemniła spojrzenie, wpatrzyła się w niego świdrująco, ze skupieniem i uwagą, które wytrąciły go z odrętwienia. Wychylił się w stronę ułożonej obok ogniska sterty gałęzi, wyciągnął jedną i wetknął ją w ogień. Poderwane z drew drobiny żaru zawirowały i zgasły. Wszebora nadal na niego patrzyła.

– Co teraz, wiedźminie? – zapytała cicho. Jej głos był miękki, ale pozbawiony wyrazu – ani zgnębiony, ani pogodny. W oczach za to nadal miała tę spokojną melancholię, przez którą jej spojrzenie wydawało się cięższe, choć nie mniej uważne niż zawsze. Zastanowił się przelotnie, co widzi, kiedy tak mu się przygląda. Zazwyczaj, kiedy na niego patrzyła, miał niewygodne poczucie, że te szare, przenikliwe oczy dostrzegają wszystko, co chciałby ukryć, wszystkie naiwne słabości i ponure sekrety. Teraz jej spojrzenie mu nie przeszkadzało, bo nie było już nic do ukrycia. Wszystko, czym się gryzł, cała frustracja i poczucie winy, przestało mieć znaczenie, wywietrzało i zostawiło go pustym i obojętnym jak to czarne niebo nad nimi. To wszystko już nie miało znaczenia.

– Eskel.

Drgnął i spojrzał na nią, mimowolnie unosząc brwi. Jego imię wciąż dziwnie brzmiało w jej ustach.

– Jutro dojedziemy do najbliższej osady – stwierdził cicho. – Jeśli uznasz, że chcecie zostać, to tam was zostawię.

Wszebora milczała przez chwilę. Jej spojrzenie ześlizgnęło się na śpiącego chłopca. Głaskała go jeszcze przez chwilę po ciemnych włosach, a potem powoli, ostrożnie, tak by go nie obudzić, wychyliła się po leżącą obok sakwę. Wyciągnęła z niej duży skórzany bukłak, a kiedy go odkorkowała, wiedźmin poczuł zapach alkoholu. Upiła łyk, otarła usta wierzchem dłoni i rzuciła mu bukłak.

– Nie o to pytałam – mruknęła chrypliwie, szukając jego spojrzenia. Eskel zapatrzył się w ogień, czując, że jest obserwowany.

– A o co? – zapytał w końcu, niechętnie, nieco bardziej szorstko, niż zamierzał.

– O ciebie – odpowiedziała ze spokojem. Eskel milczał. Obrócił w rękach bukłak, który od niej dostał, ale się nie napił. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko trzask ognia i parskanie koni. W końcu Wszebora odezwała się znowu.

– Co zrobisz, jak zejdzie ci frasunek o nas z myśli? – zapytała. Usłyszał w jej głosie ciekawość, ale łagodną, nienachalną. Wzruszył ramionami.

– Wrócę na szlak. Jest jeszcze dużo wsi i dużo kuroliszków, które zżerają ludziom krowy.

Wszebora przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się nad tym, co powiedział.

– Nie jesteś zmęczony? – zapytała w końcu, przyglądając mu się uważnie. Zmienił zdanie co do bukłaku. Wyciągnął korek i upił duży haust, pokręcił lekko głową.

– To nie ma znaczenia – stwierdził obojętnie. – Nie ma dla wiedźmina nic poza szlakiem.

– Dla każdego wiedźmina czy tylko dla ciebie? – zapytała cicho. Jej słowa zawisły w powietrzu, zatrzepotały nad ogniem jak ćmy, musnęły go w skórę ciekawskimi skrzydełkami. Eskel nie patrzył na Wszeborę, ale czuł na sobie jej spojrzenie, spokojne, uporczywie przenikliwe. Znów czuł się pod tym spojrzeniem odsłonięty i skrępowany, jakby podświadomie wiedział, że Wszebora dostrzega coś, czego sam nie chciał widzieć. Wstał.

– Sprawdzę, co u koni – mruknął szorstko i nie patrząc na nią, ruszył w mrok, poza krąg światła rzucany przez ognisko. Milczące, uważne spojrzenie podążyło za nim jak cień – czuł je wyraźnie na karku, ale Wszebora więcej się nie odezwała. Pozwoliła mu odejść. Był jej za to wdzięczny.