Rozdział 2.

Już od kilku dni wszyscy rozprawiali o zbliżającym się festiwalu, który rozpoczynał lato. Co roku na niego czekali, jakby oficjalnie pozwalał im na bezkarne wygrzewanie się w słońcu, gdy tylko była ku temu okazja. Latem nikt aż tak nie wymagał dyscypliny i lekkie występki niejednokrotnie uchodziły sprawcom na sucho przy akompaniamencie śmiechu i ostrzeżeń, że to już ostatni raz.

Corrie wyniosła się z raportami do ogrodu pod jedno z drzew wiśni. Słyszała gdzieś w tle codzienną krzątaninę Szóstki, nie zwracała jednak na nic uwagi skupiona na pracy. Pewnie dlatego nie słyszała nawoływań i drgnęła nerwowo, gdy poczuła dotknięcie w ramię. W ostatniej chwili powstrzymała się przed sięgnięciem po miecz leżący w zasięgu dłoni. Nie potrafiła w pełni pozbyć się tego odruchu, choć od wielu lat panował pokój.

Uniosła spojrzenie na Hisagiego, który uśmiechnął się przepraszająco.

– Wybacz, wydawało mi się, że słyszałaś, jak cię wołałem – wyjaśnił.

Uśmiechnęła się zaraz, kręcąc głową.

– Nic się nie stało. Co cię do mnie sprowadza?

– Praca i prywata. – Usiadł obok bez zaproszenia i podał przyjaciółce grubą teczkę. – Ankiety do Komunikatu – wyjaśnił. – Mam nadzieję, że nie dokładam ci tym roboty?

– Przyzwyczaiłam się, że to mój wkład w Komunikat, a i wszyscy doskonale wiedzą, co mają robić. No chyba że w tym roku zmieniliście nieco pytania.

Hisagi zaśmiał się nerwowo.

– Więc słyszałaś?

– Jedynie plotki, że kapitan Kyoraku próbował przeforsować nową kategorię, ale podobno Nanao go uciszyła i sprawa umarła.

– Mniej więcej tak było – odparł wymijająco. – Oddział dawno nie był tak głośnym miejscem, jak wtedy. Już myślałem, że nie wybrnę z tego.

– Czasami zastanawiam się, czy to na pewno kapitan Kyoraku jest generałem czy może jednak Nanao. – Zaśmiała się, przeglądając bezwiednie zawartość teczki.

– Chyba po prostu każdy potrzebuje kogoś, kto by go uzupełniał. – Wzruszył ramionami.

Corrie spojrzała gdzieś w niebo, zamyślając się na moment. Zaraz się jednak uśmiechnęła, ignorując myśl, która narodziła się pod wpływem słów Hisagiego.

– A ta prywatna sprawa? – zmieniła temat.

– Dzisiaj festiwal. Pójdziesz z nami? – zapytał.

Westchnęła ciężko. Ostatnio starannie unikała spotkań Stowarzyszenia Kobiet Shinigami świadoma, że festiwal będzie głównym tematem rozmów. I tak Rangiku zdążyła ją nawiedzić i przypomnieć o zbliżającej się dacie.

– Nie bardzo mam ochotę gdziekolwiek wychodzić – odparła cicho. – Wiem, że chcecie mi w ten sposób poprawić nastrój, ale… nie potrafię cieszyć się tym jak dawniej. Przepraszam, Shuuhei, ale odpadam.

Trochę przyklapł, choć nie mógł powiedzieć, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Przez ostatnie dziesięć lat Corrie albo zaszywała się w domu na czas festiwalu, albo niechętnie pozwalała się wyciągnąć, chowając wszystko pod pustym uśmiechem. To był bardzo smutny widok i Hisagi nie potrafił z czystym sumieniem przyznać, że go to nie bolało.

– Miałem nadzieję, że chociaż mnie nie odmówisz – powiedział. – Nie będę cię zmuszał, ale nie chciałbym, żebyś znowu siedziała sama, gdy reszta będzie się dobrze bawić. Przemyśl to jeszcze. Przyjdę później, żeby cię odebrać, bo mam nadzieję, że jednak zmienisz zdanie.

Spojrzała na niego uważnie, ale odwzajemniła nieśmiało uśmiech. Hisagi podniósł się.

– Idę, muszę to rozdać jeszcze w kilku Oddziałach, a i ty pewnie masz jeszcze trochę roboty, nim będę mógł próbować przekonać cię ponownie.

– Aż tak ci zależy? – zapytała.

– Czy to coś złego, że chcę spędzić ten wieczór z przyjaciółką? Może to niewiele zmieni, ale może będzie odrobinę łatwiej choć przez chwilę. Cel warty starania.

Uśmiechnęła się z rozbawieniem.

– Pomyślę o tym, ale niczego nie obiecuję.

– Tyle mi wystarczy – odparł wesoło. – To zawsze jakiś krok do przodu. Widzimy się potem.

Corrie pokręciła głową, spoglądając za oddalającym się przyjacielem. Nadal nie miała nastroju na wyjście gdziekolwiek, ale już perspektywa spędzenia czasu w towarzystwie Hisagiego nie była taka zła. Zaraz jednak otrząsnęła się z tych myśli, wracając do przerwanej pracy.

Chyba trochę liczyła, że Shuuhei się nie pojawi. Normalnie wystawałby pod Dziesiątką, czekając, aż Rangiku się zbierze. Do tej pory dla Corrie było to nieco smutne, że po tylu latach starania związek przyjaciół umarł i nie wyglądało na to, żeby dało się go uratować. Wiedziała, że Hisagi był tym zdołowany, ale za każdym razem, gdy się widzieli, nie pokazywał tego zbytnio po sobie. Może dlatego nie zaczynała tematu, pozwalając, by angażował się bardziej w rozmowy o głupotach i troskę o nią samą.

Nie była jednak zdziwiona, gdy usłyszała pukanie w futrynę otwartych drzwi biura i zobaczyła przyjaciela.

– Liczyłem, że chociaż będę musiał się przekonać do wyjścia z domu, a ty tu jeszcze pracoholizm uprawiasz jakiś – zażartował.

– Robiłam porządki – odparła wymijająco. – Łatwiej to ogarnąć, jak Renji nie pałęta się pod nogami.

– Domyślam się. Mimo to moja propozycja jest nadal aktualna.

Corrie westchnęła. Kolorowy tłum, festiwalowe jedzenie i atrakcje jakoś jej nie pociągały, a z drugiej strony nie chciała niweczyć starań przyjaciela, którego nie zrażał jej brak entuzjazmu.

– Zanim się zbiorę, będziesz mocno spóźniony – zauważyła.

– Nic się nie stanie, jak zjawimy się później. Reszta i tak pewnie już poszła. Mieli na mnie nie czekać.

– Pewnie i tak nie wierzą, że mnie wyciągniesz i zaczęli się o to zakładać – mruknęła z niesmakiem.

– Możliwe, ale mam to gdzieś. Nie robię tego dla nich, tylko dla ciebie. I trochę dla siebie – dodał po chwili. – Nie chcę, żebyś siedziała sama, a może jak wyjdziemy chociaż na godzinę, zdarzy się coś dobrego.

Nie potrafiła zignorować tego niemal błagalnego spojrzenia Hisagiego. Nie do końca rozumiała, dlaczego aż tak mu na tym zależało, ale uznała, że nie będzie doszukiwać się powodów. Może po prostu szukał towarzystwa, które nie będzie mu przypominać o odejściu Rangiku.

– Jeśli jesteś gotowy zaczekać, pójdę z tobą na ten festiwal – powiedziała w końcu. – Ale nie obiecuję, że zostanę długo.

– Tyle mi wystarczy.

Uśmiechnął się szeroko i nie mogła nie odwzajemnić gestu, odkładając ostatnie teczki na miejsce. Wpuściła go do mieszkania, kierując się prosto do kuchni. Wyciągnął jej jednak czajnik z dłoni.

– Poradzę sobie – zapewnił. – Idź się szykować.

– Jesteś gościem.

– Nie znamy się od dzisiaj. Nie przejmuj się tym. No już, uciekaj do tych dziwnych mazideł i całej reszty kobiecych spraw, na których się zupełnie nie znam.

Wykrzywiła się do niego i zaraz zniknęła za drzwiami swojej sypialni. Shuuhei uśmiechnął się pod nosem, przygotowując dla siebie herbatę. Dobrze było widzieć, że Corrie czasami zachowuje się jak dawniej, że te emocje, które wcześniej tak łatwo pokazywała, nadal się w niej gdzieś tlą. Zignorował przy tym ukłucie przypominające, że ta scena była podobna do tych, kiedy był z Rangiku. O tym nie chciał na razie myśleć.

Corrie wyrobiła się szybciej, niż się spodziewał. Błękitna yukata ze wzorem białych maków łagodziła nieco poważną minę, do której wszyscy się przyzwyczaili. Część włosów podpięła, wplotła w nie niebieską wstążkę, resztę pasm puściła luźno.

– Ładnie wyglądasz – powiedział z lekkim uśmiechem.

– Dziękuję, choć jakoś mi dziwnie bez munduru i miecza – przyznała niepewnie.

– W takim razie musimy częściej wychodzić – uznał swobodnie. – Gotowa?

Pokiwała głową, choć bez większego entuzjazmu. Hisagi tego nie skomentował, cieszył się z tych małych sukcesów, bo bez tego nic by się nie wydarzyło. A tak chociaż nadal miał nadzieję, że uda mu się choć na chwilę wyciągnąć ją z dołka. I tylko do myśli, że robi to też, żeby nie myśleć o własnym niepowodzeniu, nie chciał się przyznać.

Festiwal w Pierwszym Okręgu Rukongai był już tradycją początku lata. Stragany pełne jedzenia i atrakcji, kolorowe lampiony, które rozświetlać miały wieczór, muzyka i pokaz fajerwerków, gdy nadejdzie koniec dzisiejszej zabawy. Wszystko to miało w sobie jakąś magię, której nikt nawet nie próbował odzierać, każdy tego dnia chciał choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach i szarości codzienności.

Dla elity też był to czas, kiedy spotykali się wszyscy razem, co ostatnio nie było takie proste. Każdy z nich miał swoje życie i obowiązki, przez co rzadziej spotykali się w stałym, pełnym gronie. Nikt z nich nie mówił o tym głośno, lecz ostatnia wojna odbiła się na nich dosyć wyraźnie. Każdy z nich wyszedł z tej walki z bliznami, których czasem nie można było zobaczyć gołym okiem. A jednak tam były i sprawiały, że wszystko było trudniejsze.

Corrie i Shuuhei niespecjalnie szukali przyjaciół w tym tłumie. Szli powoli, spoglądając na stragany, od czasu do czasu rzucając jakąś uwagą, lecz głównie milczeli. Shiroyama zdawała się jakaś nieobecna, może nawet nad czymś zamyślona do tego stopnia, że w pewnym momencie została potrącona przez jakiegoś mężczyznę.

– Uważaj, jak leziesz – warknął na nią.

Nim Corrie zdążyła zareagować, Shuuhei złapał ją za ramię, żeby nie upadła, spoglądając przy tym na agresora.

– Jakiś problem? – zapytał pozornie uprzejmym tonem.

Mężczyzna chciał chyba coś odwarknąć, ale w porę zauważył szaty shinigami i ulotnił się w tłumie. Shuuhei spojrzał na Corrie.

– W porządku? Nie zrobił ci krzywdy?

Pokręciła głową, uśmiechając się lekko.

– Też nie uważałam – powiedziała cicho. – I dziękuję.

– Nie ma sprawy. Zastanawiam się, czy w ogóle znajdziemy ich w tym tłumie – zmienił zaraz temat. – Chwila nieuwagi i nawet my możemy się pogubić.

Wyciągnął do niej dłoń, którą przyjęła z uśmiechem.

– A tego byśmy nie chcieli – odparła lekko. – Masz ochotę na takoyaki? – Wskazała pobliski stragan.

Shuuhei odwzajemnił uśmiech. W tym momencie atmosfera pomiędzy nimi oczyściła się i żartowali sobie jak za starych dobrych czasów. W Corrie wstąpiła jakby nowa energia, wszystko ją ciekawiło, wszystko musiała zobaczyć i ciągnęła za sobą Shuuheia, który nie potrafił się nie uśmiechać na ten widok. Dawniej przecież też tak było, choć wspomnienie, że to zazwyczaj Kira był przez nią ciągany od straganu do straganu, ukłuło go i nie bardzo rozumiał dlaczego. Zaraz jednak odrzucił tę myśl, by nie psuć sobie nastroju tego wieczoru.

Obserwował, jak Corrie z zachwytem ogląda ozdoby. Sam nie czuł wobec błyskotek niczego, choć gdy zobaczył szpilkę do włosów zakończoną kwiatem kamelii, zdecydował od razu i po chwili była już w jego posiadaniu. To zwróciło uwagę Shiroyamy.

– Komuś robimy prezenty? – zapytała kąśliwie, za uśmiechem kryjąc niechcianą myśl, że tego wieczoru była jedynie zamiennikiem.

– I mam nadzieję, że temu komuś przypadnie do gustu – odparł niezrażony jej tonem. – No chyba że gardzisz prezentem ode mnie. Będzie mi przykro.

Corrie zrobiło się trochę głupio, ale to też ukryła za śmiechem.

– Nie musiałeś.

– Ale chciałem. – Wsunął szpilkę w jej koka. – Pasuje ci.

– Dziękuję, Shuuhei. Dawno nie spotkało mnie coś tak miłego jak ten wieczór – przyznała.

– W takim razie musisz częściej ze mną wychodzić – odparł żartobliwie.

– Propozycja godna rozpatrzenia.

Miał coś odpowiedzieć, kiedy usłyszał swoje imię i za chwilę dołączyła do nich reszta towarzystwa. Rangiku uśmiechnęła się promiennie, przez co Corrie nieco się spięła.

– Już myśleliśmy, że nie przyjdziecie w ogóle – odezwała się Matsumoto. – A obiecałeś mi, Shuu, że przyprowadzisz Corrie.

Shiroyama uśmiechnęła się nieco wymuszenie, gdy tylko przyjaciółka na nią spojrzała. Musiała się bardzo pilnować, żeby czegoś nie powiedzieć, choć sama nie wiedziała, skąd nagle to uczucie zawiści.

– Ślicznie wyglądasz, Corrie-chan. Ta spinka dodaje ci uroku. Shuu ma nosa do takich szczegółów.

Zaraz też niemal bezwiednie poprawiła fryzurę przyjaciółki, która miała ochotę rozpuścić włosy na złość wszystkim dookoła.

– Dziękuję, Rangiku-san – powiedziała mimo to. – Ty też pięknie wyglądasz.

Na ramionach Corrie uwiesił się Renji, od którego czuć było sake. Shiroyama skrzywiła się lekko.

– No ładnie, ładnie – odezwał się Abarai. – My tu na was czekamy, zakłady już obstawiamy, a wy tu jakieś romanse odstawiacie. Ładnie to tak, Hisagi-san? – Spojrzał na Shuuheia.

Ten spojrzał nerwowo na uśmiechniętą wciąż Rangiku, a dopiero potem znów na Renjiego.

– Nie pieprz głupot, Abarai. I zejdź z Corrie.

– A co, zazdrosny o moją zastępczynię? – zakpił Renji. – Tak szybko sobie szukasz pocieszenia?

Corrie nie mogła tego wysłuchiwać. Odepchnęła Abaraia, krzywiąc się.

– Złaź ze mnie, durniu – warknęła. – Rukia wie, że już jesteś pijany czy wykorzystałeś moment, kiedy poszła odprowadzić Ichikę, co?

– Bez takich – ostrzegł Renji. – Ja tu z dobrymi intencjami przyszedłem, ale trzeba było tak od razu, że wam w romansach przeszkadzamy.

Corrie otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Cały dobry nastrój z niej uleciał, spojrzała po przyjaciołach i nagle zrobiło jej się strasznie głupio, choć nie do końca rozumiała, dlaczego.

– Wracam do domu – oznajmiła.

– Ej, jeszcze się z nami nie napiłaś.

– Abarai, zamknij się już – warknął gniewnie Shuuhei, spoglądając za oddalającą się przyjaciółką. – Jakbyś od czasu do czasu pomyślał, zanim coś powiesz, może wszyscy traktowaliby cię poważniej.

– O co ci chodzi, Hisagi-san? Corrie wie, że żartowałem.

Shuuhei chciał jeszcze odpowiedzieć, że chyba niekoniecznie, ale wolał nie tracić czasu. Pobiegł za Corrie, która zdążyła już zniknąć w tłumie. Mógł przewidzieć, że któreś palnie coś głupiego i wszystko zepsuje, skoro wciąż tak ciężko było wyciągnąć Corrie zza tego muru, którym się otoczyła po śmierci Kiry. Chciał, naprawdę chciał, żeby ten wieczór był dla niej po prostu miły, a wyszło jak zawsze.

Dostrzegł ją dopiero, gdy przekroczyła bramę Seireitei i wtedy dogonił.

– Corrie, zaczekaj.

– Czemu za mną idziesz? – warknęła, nie odwracając się. – Daj mi spokój.

Hisagi złapał przyjaciółkę za ramię i odwrócił do siebie. Z zaskoczeniem przyjął, że była bliżej płaczu, niż się spodziewał. Przygarnął ją do siebie. Próbowała się wyrwać, ale szybko dotarło do niej, że Shuuhei jej nie puści.

– Przepraszam, chciałem poprawić ci humor, a nic z tego nie wyszło – szepnął. – Nie uciekaj przede mną, proszę.

– Powinieneś tam wrócić. Bawić się z nimi.

– I zostawić cię samą z tym, co cię dręczy? Kiepski ze mnie przyjaciel, ale chyba nie potrafię odwrócić się teraz od ciebie, chociaż tego właśnie chcesz.

Schowała twarz w jego piersi, żeby tylko ukryć wzbierające w kącikach oczu łzy. Bezwiednie zacisnęła dłonie na ubraniu przyjaciela, czując, jak to wszystko zaczyna ją przerastać. Naprawdę nie chciała nikogo martwić swoim stanem, zmuszać do troski o nią. To przecież ona zawsze wyciągała do nich dłoń z uśmiechem i nadzieją, że będzie lepiej.

– Przepraszam – wyszeptała. – Tak bardzo się starałeś, żeby ten wieczór był miły, a ja wszystko zepsułam. Nie powinnam była tak zareagować, ale chyba już nie potrafię inaczej. To wszystko mnie przerasta.

Shuuhei przytulił ją mocniej, ignorując zupełnie dochodzący z Rukongai poblask i huk sztucznych ogni. To nie było tak ważne, jak drżące od płaczu drobne ramiona ukryte w jego własnych. Choć pragnął, by Corrie odsłoniła przed nim swoje uczucia, nie znał słów, które mogłyby ją jakoś podnieść na duchu. Liczył jednak, że chociaż obecność drugiej osoby nieco złagodzi to wszystko, z czym musiała się mierzyć, odkąd miłość jej życia zniknęła.

– Nie musisz mnie za nic przepraszać – powiedział cicho. – Spełniłaś moją egoistyczną zachciankę, a Abarai jest po prostu głupi. I w tej chwili pijany. Nie musisz się też wstydzić łez. Czasami każdy z nas dociera do granic wytrzymałości i nie ma w tym nic złego.

Odsunęła się nieco, spoglądając na niego. W zaczerwienionych, mokrych oczach odbijał się blask sztucznych ogni. Shuuhei nie powstrzymał się przed pogłaskaniem wilgotnego policzka, wtuliła twarz w jego dłoń jakby mimowolnie.

– Bez Izuru to wszystko zdaje się nie mieć najmniejszego sensu – przyznała. – Wciąż robimy to samo, a jednak w tej rutynie czegoś brakuje. Coś nie pasuje. Nie mam powodu, by wpaść do Trzeciego Oddziału, nie mam dla kogo robić kolacji. Nie ma ramienia, do którego mogłabym się przytulić w chłodny wieczór. I jestem tak strasznie zła na wszystko dookoła, że to mnie zabrano szczęście, a inni nie odczuli tego w ten sposób. Wiem, że to absurdalne uczucie, ale nie potrafię się go pozbyć. Próbowałam sobie tłumaczyć, że przecież wszyscy zasłużyli sobie na spokój po Aizenie i Wandenreich, ale to boli, tak strasznie boli, kiedy patrzę na Renjiego przytulającego Ichikę i całującego Rukię. I pytam, dlaczego to nie mogę być ja. I jest mi z tym tak strasznie źle, bo czemu jestem zazdrosna o szczęście przyjaciół? Czemu się na nich wściekam, że im się udało?

– Nie ma w tym nic złego. To ludzkie, choć może rzeczywiście nieco krzywdzące, ale masz prawo czuć się z tym źle, skoro bezpowrotnie utraciłaś ukochaną osobę. Nie powiem ci też, że rozumiem, przez co przechodzisz, bo jednak to całkiem coś innego, ale zdaję sobie sprawę, jak bardzo świat wygląda nieciekawie w twoich oczach.

– Nie chcę się tak czuć – prychnęła. – Już wolę nic nie czuć. – W tym momencie dotarło do niej, jak wiele powiedziała. Zaczerwieniła się i odwróciła gwałtownie, by nie patrzeć mu w twarz. – Zresztą nieważne. Wracam do domu.

Shuuhei złapał ją za ramię.

– Nie idź – poprosił. Spojrzała na niego zza ramienia. – Nie chcę, żebyś była dziś wieczorem sama. I ja też nie chcę być sam tego wieczoru. Wiem, planowałem to inaczej, ale może uda nam się to jeszcze jakoś uratować. Herbata nie jest takim złym pomysłem, a nie będziemy musieli już przed nikim udawać, że jest dobrze. Możesz sobie pozwolić na łzy, a ja będę udawał, że nic nie widzę, jeśli tego chcesz. Możesz to wszystko na mnie zrzucić, jeśli tego potrzebujesz. Możemy nie mówić nic przez resztę wieczoru, ale proszę, nie idź nigdzie sama.

Wiedział, że brzmi jak ostatni desperat, ale nie miał pojęcia, jak inaczej miałby ją przekonać, by nie uciekała. Podejrzewał, że jeśli pozwoli jej teraz odejść, Corrie resztę wieczoru spędzi, płacząc w poduszkę. Niczym sobie na to nie zasłużyła, tak nie powinno być.

Przez chwilę tylko na niego patrzyła, przez co poczuł się głupio. Nie miał prawa jakoś bardzo wchodzić z buciorami w jej uczucia, skoro nie chciała się nimi dzielić. Tylko coś w nim buntowało się na myśl, że miałaby być dzisiaj sama.

– Dlaczego nie potrafię się wyrwać i po prostu sobie pójść? – zapytała.

– Może po prostu nie chcesz? – odparł z nadzieją.

– Może. Spróbujmy uratować ten wieczór.

Uśmiechnął się z wdzięcznością. Milczeli resztę wieczoru, gdy szli nieśpiesznie do jego mieszkania, gdy Shuuhei robił herbatę, a potem siedzieli obok siebie. Corrie oparła się o jego ramię, pozwalając sobie na ciche łzy. Od czasu do czasu głaskał ją po włosach, dając do zrozumienia, że wciąż jest do jej dyspozycji, gdyby chciała się czymś z nim podzielić. Do niczego jej jednak nie zmuszał, a gdy zasnęła zmęczona płaczem, przykrył troskliwie kocem. I może nie do końca podobało mu się to, co zobaczył, gdy wpuściła go w końcu za ten lodowaty mur, ale nie zamierzał się wycofywać. Nie jeśli wciąż była szansa, by jakoś ją ocalić.