– Wychodzę, kapitanie.

Corrie opuściła biuro w wyjątkowo paskudnym humorze, choć starała się tego po sobie nie pokazywać. Nie dość, że musiała ratować sytuację po tym, jak skacowany Renji zalał niemal wszystkie dokumenty na kapitańskim biurku, to jeszcze wszystko dzisiaj jakby robiło jej na złość.

Nie miała żadnych planów na resztę dnia, choć gdzieś z tyłu głowy kołatało się zaproszenie od Rangiku na babski wieczór. Nie żeby specjalnie unikała rudej przyjaciółki, ale jakoś nie potrafiła pozbyć się tego gorzkiego odczucia za każdym razem, gdy ją widziała. Nie była pewna, skąd się to wzięło, jednak wiedziała, od kiedy. I to było w tym wszystkim najgorsze, bo nie miała do tego żadnego prawa.

Zamierzała zaszyć się w mieszkaniu, jednak opłakany stan lodówki zmusił ją do pójścia po zakupy. Co prawda miała kilka innych opcji, jednak każda wymagała interakcji z innymi, a na to kompletnie nie miała ochoty.

– Corrie! – Odwróciła się i spojrzała na Hisagiego, który uśmiechnął się lekko. – Jak tam?

Wzruszyła ramionami, nie mając ochoty jakoś specjalnie się zwierzać komukolwiek.

– Coś ostatnio często spotykam cię przy barakach mojego Oddziału – zauważyła z odrobiną niezadowolenia. – Prześladujesz mnie?

– Nie, no coś ty? – odparł. – To chyba nic złego, że się tak przypadkiem spotykamy?

Corrie wyczuła kłamstwo. Zaraz też wrócił do niej tamten wieczór festiwalu zakończony łzami w jego mieszkaniu. Zrozumiała, że te wszystkie niby przypadki były aż nadto celowe.

– Gdyby to rzeczywiście były jedynie przypadki – prychnęła. – Jeśli wciąż dręczysz się tamtym wieczorem, przestań. To była chwila słabości, nic więcej. Nie musisz czuć się za mnie odpowiedzialny, Hisagi.

Shuuhei poczuł się odtrącony. Owszem, próbował jakoś pomóc przyjaciółce, nie chciał widywać jej w takim stanie jak wtedy, ale sposób, w jaki Corrie go właśnie odrzuciła, sprawił, że obudził się w nim gniew.

– W porządku – odparł o ton chłodniejszym głosem. – Rozumiem, kiedy jestem gdzieś niechciany. Po prostu myślałem, że pomagam, ale najwyraźniej tylko sprawiam ci problemy. Mogę sobie pójść, skoro tego chcesz.

Miał się odwrócić i odejść, kiedy Corrie złapała go za ramię. Gdy na nią spojrzał, odwróciła spojrzenie zawstydzona.

– Przepraszam – szepnęła. – Ja… To wszystko nie tak. – Nic nie powiedział, jedynie na nią patrzył. – Nie chciałam, żebyś czuł się zobowiązany tylko dlatego, że widziałeś mnie w tym stanie. To nie powód jednak, żeby się na tobie wyżywać. Przepraszam.

Shuuhei westchnął. Nie trzeba było być geniuszem, żeby dostrzec, jak bardzo Corrie próbuje schować się znowu za ten lodowaty mur, który stworzyła po wojnie z Wandenreichami. Zawsze tak było, chciała sprawiać wrażenie, że bardziej samodzielnej niż w rzeczywistości, być bardziej dla nich niż dla siebie. Już dawniej Shuuhei nie do końca rozumiał, skąd się to u niej wzięło, lecz nigdy nie odważył się zapytać.

– Nie przychodzę tu, bo czuję się zobowiązany, przychodzę, bo chcę spędzać z tobą czas – powiedział. – A jeśli zaraz spróbujesz wmówić mi, że nie czujesz się samotna, to naprawdę się obrażę i sobie pójdę spędzać popołudnie sam.

Ta świadomość w jakiś sposób uderzyła Corrie. Shuuhei rzadko kiedy wydawał się samotny, zwykle albo był z Rangiku albo wśród przyjaciół. A jednak teraz deklarował samotność, której mu nie życzyła. Zbyt wiele znała gorzkich wieczorów spędzanych w pojedynkę.

– Przepraszam – powtórzyła ze skruchą. – Zachowałam się okropnie.

– Jestem skłonny ci wybaczyć, jeśli towarzyszysz mi dzisiaj. Chyba że masz jakieś plany.

– Wiesz, że nie mam – odparła. – Nie licząc użalania się nad sobą.

– To możemy użalać się razem – uznał, pozwalając złości wyparować.

Corrie odpowiedziała wciąż nieco niepewnym uśmiechem, ale pozwoliła sobie na tę zmianę planów. Czuła się też nieco zobowiązana, skoro Shuuhei tak o nią dbał, by może jakoś mu pomóc przetrwać ten zły okres, o którym nie wspominał. Przecież dawniej tak było, to ona wyciągała ich z dołków, sprawiając, że to wszystko było nieco lżejsze do przeżycia.

Zgodzili się co do tego, że warto było zjeść coś dobrego i choć oboje lubili gotować, tym razem pozwolili sobie na luksus gotowego jedzenia. Każde z nich chyba chciało chociaż trochę uszczknąć z klimatu knajpy, w której zwykle spotykali się z przyjaciółmi. Tej normalności i prostej radości ze spędzania czasu z przyjaciółmi.

Shuuhei nic nie mógł poradzić na rodzącą się zazdrość, gdy zobaczył jakąś parę, która całowała się nad stolikiem. Odwrócił wzrok zły na siebie, że go to w jakikolwiek sposób rusza.

Corrie zauważyła to i spojrzała w stronę pary. I ją też to zakuło, choć dużo szybciej pogodziła się z rzeczywistością chwili. Przez ostatnie dziesięć lat musiała z tym żyć.

– Możemy stąd wyjść, jeśli czujesz się niekomfortowo – powiedziała spokojnie.

– I tak jestem tchórzem, więc może tym razem odpuśćmy sobie ucieczkę – odparł nieco ponuro.

– Miałam nie pytać, ale co się właściwie stało?

Shuuhei westchnął ciężko i rozlał sake do czarek. Podejrzewał, że Corrie znała wersję Rangiku, w końcu były przyjaciółkami. Sam nie czuł się zbyt dobrze z tą opowieścią, choć jednocześnie miał wrażenie, że jest Shiroyamie winny wyjaśnienia, skoro ostatnio wyciągnął z niej bolączki.

– Sam nie mam pewności. Chyba Rangiku nie o to chodziło, może się ze mną po prostu nudziła. Nie jestem przecież zbyt ekscytującym facetem.

Corrie szybko zrozumiała, co Shuuhei miał na myśli w ostatnich słowach – nie był Ichimaru. Choć minęło wiele lat od wojny z Aizenem i śmierci byłego kapitana Trzeciego Oddziału, wszyscy z ich otoczenia doskonale pamiętali tego srebrnego lisa i słabość do niego Rangiku. Gdy zaczęła w końcu na poważnie spotykać się z Hisagim, Corrie miała nadzieję, że serce przyjaciółki wyleczyło się z tej tragicznej miłości, ale najwyraźniej to nie działało w ten sposób.

– Nie mówiła ci? – zapytał, gdy Corrie się nie odezwała.

– Nie rozmawiałyśmy o tym. Ostatnio się rozmijałyśmy, a spotkania Stowarzyszenia omijam już od jakiegoś czasu – odparła. – Trochę głupio było pytać, skoro spędzasz ze mną niemal każde popołudnie od festiwalu.

Nie mówiła tego złośliwie, zwykłe stwierdzenie faktu, choć Shuuhei poczuł się z tym nieswojo. Prawda była taka, że uciekał przed własnym złamanym sercem do Corrie, która do dzisiaj wydawała się niezainteresowana sytuacją, za to sama od dłuższego czasu nieskutecznie próbowała wyleczyć własne strzaskane serce. I nie czuł się dobrze z myślą, że wykorzystuje ten fakt, żeby uciec od własnych problemów.

– Wychodzi na to, że miałaś prawo być na mnie zła, że się tak przyczepiłem – powiedział ze wstydem. – Koniec końców zachowałem się jeszcze gorzej i próbowałem cię wykorzystać, żeby o tym wszystkim nie myśleć. Przepraszam, Corrie.

Pokręciła głową, uśmiechając się lekko.

– Nie mam żalu. Koniec końców każde z nas przed czymś ucieka i nie chce o czymś usilnie myśleć. Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz i sprawia ci ból. Przecież nie o to w tym chodzi.

– Nie wiem, może naprawdę czekałem, aż zapytasz, bo wiem, że mnie nie wykpisz, że wszystko zepsułem. Przecież Rangiku zawsze była moim marzeniem. Goniłem za nią, choć wiedziałem, że nie mam żadnych szans, byłem na każde jej skinienie, a gdy w końcu osiągnąłem cel, pozwoliłem, żeby wszystko się rozpadło – przyznał gorzko wpatrzony we własne dłonie splecione na blacie stolika. – Nie wiem, co się zepsuło, nie wiem, kiedy. Było dobrze, było cudownie, a w pewnym momencie zobaczyłem, że oddaliliśmy się od siebie i nie umiem tego naprawić. Koniec końców pozwoliłem Rangiku odejść, żeby była szczęśliwa.

– Unieszczęśliwiając siebie – zakończyła. – Zawsze chciałeś tylko szczęścia Rangiku i wszyscy doskonale o tym wiedzą. Nie chcę mówić tak, jakbym miała co do tego pewność, ale może szczęście Rangiku nie do końca było tym, co ty za nie uważałeś, Shuuhei. Na pewno jest coś, co moglibyście jeszcze zrobić, żeby ocalić wasz związek.

Sama nie była pewna, czemu daje mu taką radę. To oczywiste, że chciała szczęścia ich obojga i chyba wciąż wydawało się jej, że powinno być ono wspólne. A jednak cała ta rozmowa sprawiała jej głęboki dyskomfort ze świadomością, że jej własnego związku nie można było w żaden sposób ocalić. I było jeszcze to dziwne uczucie z wieczoru festiwalu, gdy spotkali się z Rangiku i resztą. Coś bardzo mrocznego i niedobrego, do czego nie miała żadnego prawa.

– Nie wiem – odparł. – Naprawdę chciałbym to naprawić, a jednocześnie wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli puszczę Rangiku wolno.

Na to Corrie już nie odpowiedziała zamyślona. Shuuhei zamówił im jeszcze jedną butelkę sake, mając nadzieję, że chociaż alkohol poprawi nastroje. Ta rozmowa, choć rozdrapywała świeżą ranę, przyniosła też odrobinę ulgi, że może nie wszystko zrobił źle. Nie dawał sobie jednak ponownej szansy na cokolwiek.

Przez jakiś czas milczeli. Corrie zerknęła w stronę pary, która była przyczyną ich rozmowy o Rangiku, jednak tamci shinigami już wyszli z knajpy. Westchnęła ciężko.

– To trochę niesprawiedliwe – odezwała się.

– Że wszyscy mają lepiej od nas? – zapytał Shuuhei, nie do końca wiedząc, co w rzeczywistości przyjaciółka miała na myśli.

– Też. Ale chodzi mi raczej, że jakoś im się udaje. Nawet Yumi i Ikkaku – dodała, dostrzegając przyjaciół wchodzących do knajpy.

– Myślisz, że oni razem? – zapytał Shuuhei, nie do końca potrafiąc sobie to wyobrazić pijanym umysłem.

– Nigdy ci to nie przyszło do głowy? – odparła. – Zawsze są razem, jeden za drugiego by zabił, Ikkaku wiecznie się zapierza, gdy ktoś im sugeruje, że powinni sobie kogoś znaleźć – wyliczyła.

– Sam nie wiem – zamyślił się nad tym. – No wiesz, przyszli razem z Rukongai, od lat trzymają się razem.

– Jeden jest gruboskórnym zabijaką, drugi ukochał sobie piękno – przypomniała Corrie. – Nie brzmi to jakoś, jakby jeden drugiego nie chciał zabić.

– W sumie to co nas to obchodzi? – zapytał w chwili trzeźwości.

Corrie wyłożyła się na stole z głupim uśmiechem na ustach.

– Nie jesteś tak po ludzku ciekawy, co sprawia, że uwielbiający się stroić Yumichika dołączył do oddziału samych brutali?

Shuuhei uniósł brew, mając ochotę coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnował – to nie była jego tajemnica i nie powinien się nią dzielić z innymi.

– A może spróbuj go poderwać – zasugerowała Corrie, nadal brnąc w ten temat. – Od razu będzie wiadomo, jak im wiatr wieje.

– Nie sugeruj takich rzeczy, Corrie. To niedorzeczne.

– Ej no, bylibyście ładną parą. Estetyczną – zachichotała z własnego żartu.

– Obejdzie się – prychnął.

– Nudziarz – odparła, prostując się.

W tym czasie nieświadomi ich dywagacji Ikkaku i Yumichika podeszli bliżej. Zauważyli oboje już wcześniej i nie zamierzali udawać, że jest inaczej. Zresztą obecność Shuuheia i Corrie razem w knajpie mówiła sama przez się, co się dzieje.

– Znowu chleją na smutno – stwierdził Madarame. – Nie wstyd ci, Hisagi, upijać Corrie?

– Zazdrosny, Ikkaku? – zasugerowała Shiroyama. – Wystarczy słowo i będziemy miło spędzać czas.

Uśmiechnęła się przy tym dość sugestywnie, przez co Madarame skrzywił się paskudnie, a Ayasegawa zachichotał mimowolnie.

– Zaoferuję własne towarzystwo – odezwał się, wyciągając do kobiety rękę. – Piękniejsze, a może przy okazji otrzeźwiejesz trochę, gdy odetchniesz świeżym powietrzem. No chodź.

– Nie jestem aż tak pijana – zaoponowała Corrie.

Jednak nieugięte spojrzenie Yumichiki sprawiło, że podniosła się nieco chwiejnie i dała się wyprowadzić, pozostawiając Shuuheia w towarzystwie Ikkaku.

Usiedli na ławce przed knajpą. Wieczorne powietrze nagrzane było słońcem kończącego się dnia, dookoła rozbrzmiewał przyjemny dla ucha gwar codzienności.

Corrie odchyliła głowę, spoglądając w niebo. Szum w uszach sprawiał, że wyłączyła się na chwilę, choć była w pełni świadoma obecności Yumichiki obok.

– Jesteś na mnie zły? – zapytała.

– Nieładnie tak podrywać kogoś na oczach partnera – odparł Ayasegawa. – Choć wiem, że jesteś pijana.

Corrie zachichotała.

– Czyli miałam rację – uznała wielce z siebie zadowolona.

– Dawno nie widziałem cię aż tak pijanej – kontynuował Yumichika, ignorując uwagę przyjaciółki. – Ostatnio chyba tuż po wojnie. To rodzi pytania.

– Nic się w tej kwestii nie zmieniło – odparła spokojnie. – Wciąż głupio tęsknię. Czy to, co robię, jest złe?

– Martwi nas raczej, że ktoś może chcieć to wykorzystać.

– Umiem się bronić. Poza tym Shuuhei nie odstępuje mnie ostatnio na krok – zauważyła, choć jednocześnie brzmiało to jak skarga.

– A tego to nie sposób przeoczyć – odparł Yumichika, uśmiechając się półgębkiem. – Gdzie ty, tam i on. I trochę to pocieszające, że nie jesteś z tym wszystkim sama, lecz z drugiej strony wszyscy wiemy, jak długo gonił za Matsumoto.

– Nie jestem nim zainteresowana w ten sposób – powiedziała. – Po prawdzie, chciałabym, żeby do siebie wrócili, żeby był szczęśliwy. Nie wiem jednak, jak mu pomóc. Chyba już nie umiem pomagać. Samej sobie nie umiem pomóc. – Ostatnie zdanie wyszeptała ze świadomością, że w przyznaniu się do tego pomógł alkohol. Na trzeźwo nigdy by tego nie powiedziała.

– Czasami szczęście znajduje się w innym miejscu, niż nam się wydaje.

Corrie nie odpowiedziała wpatrzona w niebo. Powoli trzeźwiała, wracała jej jasność myśli i słowa, na które się ważyła w czasie tego wieczoru. Zaczęło być jej głupio, że na to pozwoliła.

– Nie powinnam z nim siedzieć tyle czasu – mruknęła. – Tracę przy nim czujność i pozwalam sobie na słabość.

– To źle?