Shuuhei dziwnie się czuł, gdy pytał Corrie, czy może jeszcze do Kurenaiów jeszcze przed jej powrotem do Seireitei. Była nieco zaskoczona, ale zgodziła się, nie pytając o nic. Nie wiedział więc, czy była wdzięczna za jego wsparcie czy rozdrażniona myślą, że znowu próbuje zaangażować się w jej życie.

Kapitan nie skomentował jego spóźnienia ani prośby o wolne, a Shuuhei niczego mu nie tłumaczył. Sam musiał to wszystko przemyśleć i jakoś się do tego ustosunkować. Nie mógł nadal udawać, że nic się nie zmieniło. Corrie miała córkę z Kirą i byłaby to wspaniała wiadomość, gdyby przyjaciel żył, nie zostawił Corrie tak bardzo zranionej.

Nie obwiniał Kiry o nic. Nie mieli na to wpływu, ostatnia wojna była krwawa i każdy z nich czuł, że może nie wyjść z tego cało. To, że trafiło akurat na porucznika Trójki, było złośliwością losu. Shuuhei chciał dla tej dwójki szczęścia. Wystarczająco wycierpieli, o zbyt wiele spraw musieli walczyć w czasach pokoju i zasługiwali na szczęśliwe zakończenie.

Nie potrafił też krytykować Corrie za to, co zrobiła. Nawet jeśli ona sama patrzyła na to inaczej, Shuuhei wiedział, że zrobiła wszystko, by Shizuka wychowywała się w przyjaznym, dobrym środowisku. Może w Pięćdziesiątym Szóstym okręgu Rukongai żyło się biednie, ale nie mógł powiedzieć, żeby Kurenaiowie narzekali. To był dom, w którym miłość i troska były na porządku dziennym i wiele innych rodzin mogła im tego tylko zazdrościć.

Nie wiedział też, jak sam by postąpił w takiej sytuacji. Jedynym dzieckiem, z którym miał ostatnio do czynienia bliżej, była rozrabiaka Abaraiów, choć nie czuł potrzeby bliższego z nią kontaktu. Nigdy sobie też nie wyobrażał, jakby to było mieć dziecko. Nie czuł się gotowy na takiego wyzwanie, a z Rangiku też nigdy o tym nie rozmawiali.

Myślał o tym przez całą drogę, ale nie wymyślił nic mądrego, więc na razie odpuścił, mając nadzieję, że rozwiązanie jego rozterek samo przyjdzie.

Z zaskoczeniem przyjął, że przed domem nie słychać i nie widać dzieciaków, które o tej porze z pewnością broiły, ile wlezie. Rozejrzał się, nieco dalej zobaczył jedynie Naoko rozwieszającą pranie. Gdy go dostrzegła, skinęła głową z lekkim uśmiechem.

– Dzień dobry, Hisagi-san. Corrie-chan i resztą grają w chowanego – odezwała się pierwsza, zostawiając na chwilę mokre yukaty. – Pewnie zajmie im to jeszcze trochę czasu. Zrobię herbaty.

– Proszę sobie nie przeszkadzać i się mną nie przejmować. Spróbuję ich poszukać.

Naoko uśmiechnęła się tylko, a Shuuheia zaraz dopadły wątpliwości, czy powinien ingerować w zabawę. Z drugiej strony nie chciał przeszkadzać kobiecie w codziennych obowiązkach, skoro chwilowo nie musiała kierować uwagi na pociechy, którymi zajmowała się Corrie.

Skierował się w stronę rzadkiego lasu, próbując wyczuć przyjaciółkę albo chociaż któreś z dzieciaków. Shiroyamę jednak ciężko było namierzyć, zawsze umiała się perfekcyjnie ukryć, gdy nie chciała być przez nikogo niepokojona. Było tak, odkąd pamiętał i jedynie Kirze wciąż udawało się ją namierzyć. Nie wiedział, jak przyjaciel to robił, choć równie dobrze to Corrie mogła tak manipulować swoją energią duchową, by Izuru mógł ją znaleźć za każdym razem, gdy tego chciał. Shuuhei nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał, zresztą ta teoria była trochę niemożliwa, nie znał nikogo, kto by miał aż taką kontrolę nad swoim reiatsu, a Corrie, choć całkiem biegła w sztukach panowania nad energią duchową, nie odstawała przy tym od najlepszych członków Omnitsukido.

Dzieciaki też niełatwo było znaleźć – z pewnością przez lata wytrenowały ten nawyk pod okiem Corrie, by nie stać się łatwą ofiarą dla Pustych, którzy pojawiali się w Rukongai od czasu do czasu. Choć teraz było ich zdecydowanie mniej niż dawniej, gdy dopiero zaczynał służbę jako shinigami.

Zamyślony niemal przeoczył ukrytą wśród gałęzi pobliskiego drzewa drobną postać o jasnych włosach.

Shizuka dojrzała go już wcześniej. Miała nadzieję, że mężczyzna jej nie zauważy, ale gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, wiedziała już, że została odkryta. Skrzywiła się w ten sam sposób, w jaki krzywiła się zawsze Corrie, gdy coś szło nie po jej myśli, jak zauważył Shuuhei. Uśmiechnął się do niej lekko. Wciąż nie bardzo wiedział, jak się ustosunkować do obecności dziewczynki w ich życiu, nie mógł tak po prostu tego zignorować, a nie miał pewności, jak zdobyć jej sympatię.

Shizuka zeskoczyła sprawnie z gałęzi i otrzepała zieloną yukatę.

– Matka pana przysłała? – zapytała niezadowolona.

– Nie, zdaje się, że Corrie jeszcze nie wie o mojej obecności – odparł. – Twoja kryjówka jest bezpieczna.

Shizuka nadymała policzki i rozglądnęła się.

– Nie, jestem już spalona – powiedziała poważnie. – Nikt z nią nie potrafi wygrać. Równie dobrze mogę się poddać, bo zaraz tu będzie.

Shuuhei nie do końca rozumiał powód złości dziewczynki, skoro była to jedynie zabawa. Jednak zdołał już zauważyć podczas poprzedniej wizyty, że pomiędzy matką a córką był jakiś zgrzyt. Mógł się tylko domyślać, o co chodzi.

– Nie przepadasz za Corrie, prawda? – zapytał.

– Zostawiła mnie. Jest okropna i mnie nie znosi – odparła dziewczynka. – Ciocia Naoko powtarza, że matka mnie kocha, ale wiem, że to nieprawda. Gdyby tak było, nie zostawiłaby mnie.

Shuuhei chciał temu zaprzeczyć, doskonale widział targające przyjaciółką emocje, gdy mu o wszystkim opowiadała, ale podejrzewał, że Shizuka i tak mu nie uwierzy. Mała miała żal do matki, choć nie rozumiała całej historii, którą się za tym kryła. Obawiał się też, że Naoko niewiele była w stanie jej wyjaśnić, jedynie wciąż zapewniała o matczynej miłości.

– Każdy się czasami gubi – powiedział jedynie, po czym zmienił temat: – Co teraz zrobisz? Chcesz się znowu ukryć?

– Dlaczego pan ze mną rozmawia? – zapytała trochę ciekawa, trochę podejrzliwa. – Nie powinien pan szukać mojej matki? To do niej pan przecież przyszedł.

– Nawet ja nie mam pojęcia, gdzie w tej chwili może być Corrie – odparł. – Chyba jeden Kira tylko wiedział zawsze, gdzie jej szukać.

Shizuka poruszyła się niespokojnie na wspomnienie ojca, a w jej oczach Shuuhei dostrzegł odrobinę zaciekawienia. To tylko potwierdzało jego obawy, że dziewczynka nic nie wie o drugim rodzicu, Kurenaiowie go niemal nie znali, a wątpił, żeby Corrie była w stanie o nim wspominać, skoro w Seireitei unikała tego tematu jak ognia. Nie dziwił jej się, po czymś takim ciężko było się podnieść, choć Corrie chociaż próbowała jakoś żyć.

– Powiedział pan, że się z nim przyjaźnił. Kira był moim tatą, prawda? – zapytała nieśmiało.

– Jesteś do niego bardzo podobna.

– Nikt mi o nim nic nie mówi. Wiem tylko, że nie żyje.

– Zginął przed twoimi narodzinami podczas wojny – odpowiedział. – Corrie bardzo długo nie mogła się po tym pozbierać, zresztą do tej pory się nie pozbierała.

– Jaki on był? – zapytała Shizuka, mając nadzieję, że nie zostanie zbyta.

Shuuhei przez chwilę nie odpowiedział zawieszony we wspomnieniach. Jemu też brakowało przyjaciela, wspólnego zapinania smutków, wygłupów, gdy byli już tak pijani, że nie przejmowali się swoją pozycją, rozmów o kobietach, które wprowadzały w ich życie nieco chaosu.

Gdy zaczął opowiadać, Shizuka chłonęła każde słowo, choć oboje zdawali sobie odrobinę sprawę z tego, że nie wszystkie te opowieści były przeznaczone dla dziesięciolatki. Mimo to Shuuhei nie chciał jej w żaden sposób okłamywać czy tworzyć nieprawdziwego obrazu Kiry w jej oczach.

Nie zauważyli nawet zbliżającej się Corrie, która z zaskoczeniem przyjęła tę scenę. Przez chwilę ich obserwowała, a znana opowieść o dniach, kiedy ich największym problemem był pewien srebrny lis, obudziła nostalgię. Sama nie potrafiła już o tym mówić, zbywała pytania córki, zmieniała temat, byle nie wracać do utraconych chwil, choć wiedziała, że to tylko pogorszy i tak nie najlepsze stosunki pomiędzy nimi.

Shuuhei takich oporów nie miał, choć chwilami zawieszał opowieść z dziwnym, nie do końca radosnym uśmiechem. On też chciał wrócić do dni, kiedy wszystko było prostsze.

Pierwszy zauważył stojącą niedaleko Corrie. Nie przerwał jednak opowieści, której finał oboje znali. Uśmiechnął się do niej z tą odrobiną niepewności, która narodziła się już jakiś czas temu, gdy po raz kolejny Corrie próbowała wypchnąć go ze swojego życia jak pozostałych.

– A ja zastanawiałam się, dlaczego Shizu przestała się ukrywać – odezwała się Shiroyama. – Już myślałam, że to jakaś pułapka.

Dziewczynka nie odpowiedziała, odwracając od matki spojrzenie. Sama nie zauważyła, kiedy zabawa w chowanego przestała mieć znaczenie.

– Mam nadzieję, że nie przyszedłem za wcześnie – odparł Shuuhei, nie chcąc pozwolić niezręcznej ciszy całkiem opanować sytuacji.

– Akurat na obiad, a potem możemy wracać. Jesteście ostatni, resztę już zagoniłam do domu, więc może nie każmy im czekać.

W milczeniu dołączyli do reszty Kurenaiów, którzy nieświadomi napięcia pomiędzy Corrie a Shizuką wesoło rozmawiali. A może nikt z nich nie chciał poruszać tego tematu, by nie rozzłościć żadnej z nich.

– Tym razem to Shizuka wygrała? – zapytała Naoko.

– Nie, znalazła mnie – mruknęła dziewczynka.

– Nie da się wygrać z Corrie-nee – oznajmił Suzuku. – Jest za dobra w te klocki, a wszyscy tego od lat próbujemy. Shinigami to jednak coś.

– To tylko zabawa. Nie traktujecie tego tak poważnie – odparła Corrie. – A teraz siadać do jedzenia.

Pomimo wiedzy, że to dzisiaj Corrie wraca do Seireitei, dzieciaki próbowały jak najbardziej opóźnić ten moment. Jedynie Shizuka siedziała gdzieś z boku zajęta jakąś książką zupełnie nieprzejęta całym zamieszaniem. I chyba tylko Shuuhei zauważył, jak co jakiś czas zerka na matkę nieco tęsknym spojrzeniem. Zresztą w oczach Corrie dojrzał tę cichą rezygnację, kiedy dotarło do niej, że Shizuka sama nie przyjdzie się pożegnać.

Może z tego powodu w czasie powrotu Corrie była cicha i zamyślona. Zresztą im byli bliżej Seireitei, tym mniej w niej było z tej radosnej, beztroskiej dziewczyny, która wracała w obecności Kurenaiów. Shuuheiowi nie podobała się ta cisza pomiędzy nimi, ale obawiał się, że nawet jeśli zacznie rozmowę, Shiroyama szybko utnie temat.

– Nie chcesz wracać? – pytanie wyrwało mu się z ust mimowolnie, gdy przekraczali południową bramę białego miasta.

Corrie spojrzała na niego uważnie, lecz na początku nic nie odpowiedziała. Shuuhei poczuł się nieco głupio, ale zaraz zrobiło mu się przykro, że Seireitei stało się dla przyjaciółki przykrym obowiązkiem. Jednocześnie nie dziwił się, te wszystkie wydarzenia, które miały tu miejsce, odbiły się na nich wszystkich. Wciąż doskonale potrafił przywoływać kolejne obrazy rzezi i plam krwi, które zostały po przejściu Quincych.

– To nie tak, że nie chcę – odezwała się w końcu. – Wizyty u Naoko-san i dzieciaków to takie moje oszustwo. Jakby nic się nigdy nie wydarzyło, sen, z którego człowiek nie chce się budzić, ale musi. Rzeczywistość jest tu i tego nie zmienimy.

Nic na to nie odpowiedział, nie wiedząc, czy jakiekolwiek słowa będą sensowne w tym momencie. I było to tak bardzo niesprawiedliwe, że chciał zrobić cokolwiek, żeby było jej łatwiej, choć nadal nie miał pojęcia, co to mogłoby być.

– Nie musisz się tym przejmować – dodała, widząc jego zatroskane spojrzenie. – Masz własne problemy przecież.

– Zanadto się narzucam? – zapytał. – Może nie powinienem się wpraszać dzisiaj. Zdaje się, że chciałaś trzymać Shizukę z daleka od shinigami.

– To nie do końca tak – odparła. – W sumie to jestem wdzięczna, bo ja nie potrafię o nim mówić, a Shizu zasługuje, żeby poznać ojca chociaż z opowieści, skoro nigdy go nie spotka.

– Podejrzewam, że nie tylko jego obecności jest spragniona – zauważył cicho.

– Wiem, ale nie jestem pewna, czy kiedykolwiek będę potrafiła spełnić jej oczekiwania. Chciałabym, naprawdę chciałabym, wiem jednak, że wystarczająco wiele zawaliłam, żeby liczyć na jej wybaczenie.

– Za surowo się oceniasz. Akurat ta cecha się w tobie nie zmieniła, choć pojęcia nie mam, skąd ci się to wzięło. – Pokręcił głową. – Więcej wiary w siebie, Corrie.

Uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi. Wciąż nie określiła jasno, czy ma do niego jakieś pretensje, że się tak pcha do jej życia, ale tym razem postanowił nie naciskać na przyjaciółkę. Nie czuł, żeby miał do tego prawo.

– Zaproponowałbym kolację, ale podejrzewam, że chcesz spędzić trochę czasu sama ze sobą, zanim wrócisz do pracy.

– Właściwie to obiecałam Rangiku i reszcie dziewczyn, że wyjdę z nimi na drinka – przyznała, wzdychając ciężko. – Obawiam się, że jak tym razem zdezerteruję, wproszą się do mnie, a to się może skończyć dla kogoś tragicznie. Kapitan Kuchiki nie jest tak tolerancyjny jak kapitan Hitsugaya.

– Jakbyś potrzebowała kryjówki, będę u siebie.

– Dzięki, do zobaczenia.