Otworzyła gwałtownie oczy, choć dookoła była tylko ciemność. Splątana kołdra po chwili pozwoliła, by sięgnęła ręką do włącznika nocnej lampki i dopiero wtedy dotarło do niej, gdzie jest. Mimo to łzy paniki nie chciały przestać płynąć, potrzebowała kilku minut na uspokojenie oddechu, choć koszmar tamtej nocy nie zamierzał jej opuścić aż do świtu.

To nie był pierwszy raz, gdy wracała do niej tamta noc. Na początku krzyczała do utraty głosu, płakała, rwała włosy z głowy. Raz rozbiła nawet lustro w przypływie histerii, gardząc własnym odbiciem. Z czasem pozostał jej jedynie strach tamtej nocy. I bezsenność. Nie potrafiła ponownie zasnąć, mając pod powiekami te sceny, czując w gardle zbierającą się żółć, nasłuchując wciąż, czy oprawcy nie nadchodzą. Nie pomagało racjonalne powtarzanie sobie, że przecież w jej własnym domu nikt jej nic nie zrobi.

Światło lampki trochę rozgoniło ciemność. Corrie obserwowała grę cieni na suficie, choć dłonie nadal jej drżały, a w płucach czuła irracjonalny uścisk. Powoli wstała i ruszyła do kuchni, włączając po drodze wszystkie światła. Nie spojrzała przy tym na zdjęcia w salonie, nie potrafiła powstrzymać bólu, które powodowały, a jednocześnie nie umiała ich po prostu ściągnąć. Tak jakby próbowała zapomnieć o tym wszystkim, co było kiedyś. A przecież to było jej życie. Jak mogłaby to porzucić?

Z kubkiem zielonej herbaty wróciła do sypialni i usadowiła się na parapecie. Napar przyjemnie ogrzewał zmarznięte dłonie, miała wrażenie, że były zimne od tamtej nocy, że przejęły zimno stygnącego ciała Izuru, którego tak rozpaczliwie wtedy przyzywała. Spojrzała na pogrążoną w mroku osiedlową uliczkę. O tej porze zawsze była pusta i cicha. Światło niewielu latarni sprawiało, że w pogodne dni mogła dostrzec kilka gwiazd. Migotały niewzruszone jej tęsknym spojrzeniem.

Czasami w takie noce zastanawiała się, czy gdzieś tam, w trzewiach miasta nie rozgrywa się podobny dramat. Nie słyszała krzyków, była zbyt daleko. Może tamtej nocy też ktoś spoglądał w gwiazdy, gdy ona traciła ukochaną osobę, a jej świat legł w gruzach. Może nie słyszał jej rozpaczliwego wołania o pomoc, bo był zbyt daleko, miasto skutecznie ukryło zbrodnię w mroku nocy, by jej skutki wskazać dopiero o świcie.

Pozostawiony w blasku nocnej lampki telefon zadrgał krótko, oznajmiając przyjście wiadomości. Corrie zostawiła kubek na parapecie i sięgnęła po urządzenie nieco zaskoczona, że ktoś o czwartej nad ranem próbuje się z nią skontaktować. A może to tylko jakiś alert przed zmianą pogody.

„Co robisz, gdy nie możesz zasnąć?" – brzmiała wiadomość, której nadawcą był Shuuhei.

„A więc Ty też nie śpisz" – odpisała szybko, wracając na parapet i do obserwacji pustej o tej porze osiedlowej uliczki.

Odrobinę ją to ucieszyło, że postanowił napisać, choć zaraz uświadomiła sobie, że to nie była pora, kiedy normalni ludzie żyją. Ale oboje nie byli normalni, zrozumiała to już przy pierwszym spotkaniu, potem się tylko w tym utwierdzała. Nie przeżyli tego samego, lecz coś równie traumatycznego, o czym nie musieli mówić wprost. Nie tej drugiej osobie, która nosiła tak samo bolesne blizny na sercu. Blizny, które nie zagoją się nigdy.

„Już myślałem, że Cię obudziłem."

„Nie spałam."

Przez dłuższą chwilę nie odpisywał wpatrzony w telefon. W tych dwóch słowach dostrzegał coś, co go przerażało, choć usilnie tłumaczył sobie, że przecież mogła się jeszcze nie kłaść z tysiąca innych powodów. Może czytała książkę, oglądała film. Może była z przyjaciółmi. A jednak czuł, że sen Corrie został brutalnie przerwany przez coś, o czym być może nie chciała mu opowiadać. Nie znali się przecież ani zbyt długo ani zbyt dobrze. Nie do końca wiedział, co go podkusiło, żeby napisać akurat do niej o tej porze, gdy po raz kolejny tej nocy koszmary wyrwały go ze snu.

„Kiedyś lubiłam noc" – nadeszła kolejna wiadomość od Corrie.

„Ja też. Kiedy byłem młody i naiwny. Naiwny nadal jestem" – odpisał.

„Młody też :)"

Uśmiechnął się na tę wiadomość. Miło było popisać o głupotach, skoro nadal pod skórą czuł to wszystko, o czym najchętniej by zapomniał. Mimo wszystko Corrie sprawiała, że chciało mu się żyć normalnie.

„Czyli emerytura mi jeszcze nie grozi?" – napisał zaczepnie.

Corrie zaśmiała się krótko, gdy to przeczytała. To był chyba pierwszy raz, kiedy Shuuhei tak nieskrępowanie z nią żartował. Może łatwiej mu było, gdy dzielił ich ekran telefonu, a on nie musiał na nią spoglądać. Nie przeszkadzało jej to, ważniejsze, że rzeczywiście po drugiej stronie ktoś jest i nie ciągnie ich za język.

„Czujesz się emerytem?" – odpisała.

„A wyglądam na takiego?"

„Może trochę^^"

„Dzięki. Dopiero twierdziłaś, że jestem młody. Dobrze wiedzieć, że masz mnie za starucha"

Przez chwilę miała wrażenie, że posunęła się trochę za daleko i mimowolnie zrobiła mu przykrość. Nie, żeby pierwszy raz palnęła coś bez przemyślenia tego, a przecież nie chciała go zranić.

„Przepraszam. Piszę głupoty" – odpisała szybko.

„Nie czuję się dotknięty. Zresztą mam lustro w domu i odbicie nie wygląda jakoś specjalnie. Aż dziw, że jeszcze nie pękło;)"

Uśmiechnęła się uspokojona i upiła łyk zimnej już herbaty.

„Stanowczo się nie doceniasz. Kobiety lubią zbuntowanych" – napisała w drodze do kuchni.

„Ty też?"

Westchnęła ciężko i zapatrzyła się w czajnik. Nie odczytała tego jako jakiejś nadziei, wiedziała, że to tylko przekomarzanki, a jednak w jakiś sposób ją to ubodło. Chyba nie była gotowa rozmawiać o związkach nawet, jeśli nie zobowiązywało jej to do niczego. W sumie sama była sobie winna, skoro zaczęła, więc nie mogła winić Shuuheia, że mimowolnie przypomniał jej o tym, co straciła.

„To było głupie. Zapomnij" – przyszła kolejna wiadomość od niego.

„Robiłam herbatę. Chwilę mi zeszło"

Shuuhei wyczuł, że Corrie nie jest z nim w pełni szczera w ostatniej wiadomości i przeklął się jeszcze bardziej za głupio rzucone pytanie. Przecież to oczywiste, że dziewczyna nie chce rozmawiać na takie tematy po tym, co ją spotkało. Jak zwykle zachował się jak idiota. Czy chociaż raz nie może pomyśleć, zanim coś palnie?

Zauważywszy, że jego pan nie śpi, Kazeshini władował się na łóżko i wytrącił Shuuheiowi telefon z dłoni. Przeklął psa, który pomimo kolejnego upomnienia, nie zamierzał opuścić pościeli bardzo z siebie zadowolony. W końcu machnął na niego ręką, ponownie sięgając po telefon, na którym czekała już kolejna wiadomość od Corrie.

„Świta"

Dopiero teraz zauważył, że rzeczywiście w pokoju zrobiło się nieco jaśniej. Podniósł się i podszedł do okna, by spojrzeć na jaśniejący horyzont. Ten widok przypomniał mu inny wschód słońca daleko stąd. Wtedy też nie mógł spać, choć powód był całkiem inny. Pamiętał doskonale to napięcie towarzyszące mu przez całą noc, chłód broni, którą co chwilę dotykał, by upewnić się, że jest na miejscu, przyciszone rozmowy, czyjś śmiech z głupiego żartu kolegi. A potem huk pierwszego wystrzału kończący raz na zawsze ten spokój, strach, który go nie opuścił aż do teraz.

Ciche szczeknięcie Kazeshiniego i dźwięk upadającej u jego stóp smyczy skutecznie przywróciły Shuuheia do rzeczywistości. Spojrzał na psa, chcąc mu powiedzieć, że na pierwszy spacer jest jeszcze za wcześnie, ale zaraz dotarło do niego, że ten złośliwiec nie odpuści, skoro już wstał.

„Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem wschód słońca" – odpisał, gdy był już na schodach.

„Jest piękny, prawda?"

Nie wiedziała, co innego napisać, bo czuła, że świt też wiąże się z jakimiś wspomnieniami, o których być może nie chciał jej mówić. Przez chwilę zastanawiała się, czy są jakiekolwiek tematy, które mogliby poruszyć zupełnie neutralnie, bez ciągłych zacięć i uników, by nie drażnić niezagojonych ran, ale ostatecznie stwierdziła, że to chyba niemożliwe. Byli wrakami, które z jakiegoś powodu nadal egzystowały, bo trudno nazwać ten stan zawieszenia życiem. Poczuła smutek na tę myśl, świat potrafił być okrutny i niesprawiedliwy, skoro niszczył do tego stopnia ludzi z niewiadomych dla nich powodów.

Musiała przysnąć w fotelu, bo obudził ją dzwonek do drzwi. Przez chwilę nawet nie do końca wiedziała, co wyrwało ją tym razem ze snu, ale w końcu podniosła się i nadal zaspana poszła otworzyć, wcześniej sprawdzając tożsamość gościa przez wizjer.

Rangiku uśmiechnęła się, widząc przyjaciółkę w piżamie, rozczochraną i zaspaną. Nie był to pierwszy raz, gdy ją tak zastała, znała też powód, który nie napawał optymizmem.

– Nie mogłaś spać? – zapytała zamiast powitania.

– Obudziłam się w nocy i już nie mogłam zasnąć. Dopiero po świcie padłam – odparła Corrie, wpuszczając Matsumoto do mieszkania.

Nie zapytała o powód wizyty o tej porze. Rangiku często do niej zaglądała po tym, co się wydarzyło. Trochę pilnowała, czy Corrie czegoś nie odwali, trochę przemycała normalność do tej dziwnej stagnacji przyjaciółki i Corrie była jej za to wdzięczna. Mimo wszystko chwilami było łatwiej, kiedy miało się obok siebie taki wulkan pozytywnej energii jak Rangiku.

– Idź pod prysznic, a ja nam zrobię jakieś pyszne śniadanko. I nie ma gadania.

Corrie mogła się tylko uśmiechnąć, widziała, że z Matsumoto nie wygra. To też nie był pierwszy raz, więc pozwoliła się odrobinę rozpieścić. Ciepła woda rozluźniła zesztywniałe po spaniu w fotelu mięśnie, a owocowy żel pod prysznic przyjemnie drażnił powonienie. Przez szum przebijał się głos Rangiku, która śpiewała wespół z radiem jakiś popularny kawałek. Jak zawsze, gdy miała dobry humor i szalała w kuchni. Zresztą niedługo później nos Corrie został zaatakowany przez smakowity zapach jedzenia, na co odezwał się jej żołądek.

– Jak zwykle zrobiłaś śniadanie dla całej kompanii wojska – powiedziała, siadając na barowym krześle.

Wilgotne włosy puściła luźno, nie zamierzała ich jeszcze suszyć, skoro nie planowała żadnego wyjścia. Choć z Rangiku nigdy nie wiadomo.

– Musisz się zdrowo odżywiać – odparła Matsumoto. – Poza tym przesadzasz. Z pewnością jesteś głodna.

– Czując takie zapachy, każdy byłby głodny – zachichotała.

Rangiku pogroziła jej żartobliwie palcem.

– Uważaj sobie z tymi żartami, bo jeszcze stwierdzę, że za dobra dla ciebie jestem.

– I za wiele się nie pomylisz.

– Nie słodź, Corrie. A teraz wcinaj, póki ciepłe.

Przez chwilę ciszę przerywała tylko muzyka, a potem także świeże wydanie wiadomości w radiu. Rangiku przyglądała się przyjaciółce z uwagą. Cienie pod oczami spowodowane małą ilością porządnego snu wyraźnie odcinały się na pobladłej cerze, nie tryskała jak dawniej energią, choć i tak było lepiej, dużo lepiej niż po samej napaści. Przez myśl przeszło jej pytanie, czy Corrie kiedykolwiek naprawdę się podniesie z tego koszmaru, bo pomimo ich wsparcia tak łatwo było ją ponownie zranić. To ich małe słoneczko kruszało i nic nie mogli na to poradzić.

– Właściwie przyszłam z pewną sprawą – odezwała się, gdy po śniadaniu pozostała jedynie herbata stygnąca w kubkach.

– Coś się stało? – zapytała Corrie zaniepokojona.

– Ty mi powiedz. Ten znajomy, z którym przedwczoraj poszłaś na kawę. Renji go widział i jestem niemal pewna, że to ten facet, który cię zaatakował w parku. Mam rację?

Mogła się tego spodziewać, że któreś z nich ruszy za nią, żeby zobaczyć, kim jest nowy znajomy. Wiedziała, że Rangiku nie będzie zachwycona. Już tamtego wieczoru ciężko było ją przekonać, żeby ostatecznie nie dzwoniła na policję, skoro w całym zdarzeniu sporo było winy samej Corrie, która tak nieprzemyślanie zainterweniowała. Rozumiała, że się o nią troszczyli po tym, co się stało, a każdy obcy mógł być kolejnym potencjalnym zagrożeniem, a ona nie przedstawiła im go od razu.

– Tak, to był Shuuhei. To był trzeci raz, jak się widzieliśmy po tym wszystkim – przyznała.

– Corrie, ten facet jest niebezpieczny – oburzyła się Rangiku. – Mógł ci zrobić krzywdę.

– Na pewno niecelowo – wypaliła Corrie. – On nie jest zły.

– Nie, tylko czasami w amoku atakuje Bogu ducha winnych ludzi – sarknęła Matsumoto. – Ten facet jest nieobliczalny.

– Nie znasz go.

– Ty też nie, Corrie. – Rangiku westchnęła ciężko, widząc minę przyjaciółki. – Mogę zrozumieć, że widzisz w nim cechy wspólne ze sobą, ale nadal uważam, że to zły pomysł. Następnym razem może się nie powstrzymać, a nie chcę, żeby stała ci się krzywda. Wystarczająco wycierpiałaś.

Corrie musiała w pewnym stopniu przyznać Rangiku rację. Shuuhei nadal był niestabilny, z pewnością łatwo było sprowokować jego piekło, by znów go wciągnęło w swoje sieci. Ta nocna rozmowa bardzo mocno jej to uświadomiła. Nie pomagał też fakt, że znają się tak słabo. Po zaledwie paru spotkaniach nie można stwierdzić, kim jest ta druga osoba, to nadal w większości były założenia, które dopiero czas zweryfikuje. A jednak nie potrafiła widzieć w Shuuheiu zagrożenia, bo był tak samo zniszczony jak ona. Tak samo przerażony światem, który w ogóle nie przejął się ich tragedią, sobą, bo nie potrafił pozbierać rozsypanej układanki własnego życia.

– Rangiku, wiem, że się o mnie troszczycie. Doceniam to, naprawdę. Ale chcę samodzielnie podejmować decyzje. I jakoś nie potrafię go zostawić samemu sobie.

Matsumoto już nic nie powiedziała. Corrie zawsze była uparta, a jak coś sobie wbiła do głowy, nikt nie potrafił jej od tego odwieść. Prócz jednej osoby, ale Kiry już z nimi nie było. Teraz to oni strzegli przyjaciółki, która właśnie zaczęła im to utrudniać. Czy jednak mieli prawo ograniczać ją, skoro próbowała jakoś żyć po tym wszystkim?

– Idziemy na miasto – zarządziła, porzucając na razie temat Shuuheia. – Zaczynają się wyprzedaże.

– Rangiku...

– Nie marudź, tylko się ubieraj.