Deszcz spadł niespodziewanie. Ludzie w parku zaczęli chować się w pobliskich budynkach, pod daszkami, mając nadzieję, że za chwilę przejdzie i będą mogli wrócić do swoich zajęć. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, gdy próbowali złapać Kazeshiniego, który chyba uznał to za najlepszą w tym momencie zabawę. Przemokli w ciągu chwili, gdy nieznośny psiak biegał dookoła nich przy akompaniamencie śmiechu Corrie i przekleństw Shuuheia.

Do kamienicy, w której mieszkała Corrie, dotarli, gdy rozlało się już na dobre. Najwyraźniej załamanie pogody miało potrwać jeszcze jakiś czas, więc nie było sensu chować się w gwarnych nagle kawiarniach i restauracjach, gdy żadne z nich nie miało ochoty przebywać w tłumie obcych sobie ludzi.

Corrie na bosaka weszła w głąb mieszkania, by przynieść ręczniki, nim wpuści ich dalej niż do holu, w którym Kazeshini już zostawił pełno mokrych plam. Shuuhei z trudem utrzymał go w jednym miejscu, a teraz wycierał z drugim ręcznikiem na własnej przemoczonej głowie.

– Chyba minie trochę czasu, nim się uspokoi – odezwała się Corrie. – Zdążycie wyschnąć.

– Nie chcę zawracać ci głowy.

– Będzie mi miło, jeśli zostaniecie. I tak nie mam żadnych planów na dzisiejszy wieczór.

Shuuhei chciał odmówić już chyba tylko z zasady niż z faktycznej niechęci do spędzania czasu w jej towarzystwie, skoro widywali się ostatnio niemal codziennie, albo chociaż wysyłali sobie mnóstwo wiadomości. Corrie była jedyną osobą, do której nie miał problemu się odezwać, a czyniła jego dni lepszymi, choć nadal nie miał pojęcia, skąd u niej tyle energii, skoro skrywała przed światem tak przykrą tajemnicę.

– To jest nas dwoje – odpowiedział w końcu, za co został obdarowany promiennym uśmiechem.

Zaraz się zmieszał, gdy Corrie spojrzała na niego uważniej, czego nie potrafił zinterpretować. Skrzywiła się i podrapała nerwowo po karku.

– Tylko nie mam niczego, w co mógłbyś się przebrać.

– Nie przejmuj się, wyschnie na mnie.

– Przeziębisz się. Dam ci koc, a ciuchy wrzucę do suszarki, żeby było szybciej.

Przeklął się w duchu za niedomyślność. Nie bardzo uśmiechało mu się paradować w jej obecności w samych gaciach, nawet jeśli zawinąłby się w koc. Przecież mógł przewidzieć, że dojdzie do tej sytuacji, skoro chyba przez chwilę rozważała, czy ubrania jej zmarłego chłopaka będą na niego pasować. Czy je w ogóle nadal ma – temu nie poświęcił ani jednej myśli, obawiając się, do jakich wniosków dojdzie.

– To nie jest najlepszy pomysł – powiedział spokojnie. – Nie boisz się?

– A powinnam się ciebie bać? – zapytała. – Zamierzasz zrobić mi krzywdę?

– Nie, oczywiście, że nie – zaprzeczył szybko, czując odrazę na samą myśl, że mógłby ją do czegokolwiek zmusić.

Uśmiechnęła się lekko.

– Wiem, jak to brzmi, Shuuhei. Nie umiem ci tego wyjaśnić, ale w twojej obecności czuję się bezpiecznie.

Nie miał na to argumentu. Nie rozumiał i może nigdy nie zrozumie, choć nie mógł powiedzieć, że to zaufanie, jakim go darzyła, nie łechtało jego ego, które powoli zaczynało przypominać o swoim istnieniu. Nie zamierzał tego w żaden sposób wykorzystać, nigdy by mu to nie przyszło do głowy, do tego za bardzo cenił tę znajomość. Była bodaj jedyną dobrą rzeczą, jaka przydarzyła mu się od powrotu.

Gdy przestał szukać wymówek, wysłała go do łazienki. Słyszał jej krzątaninę, a gdy zawinięty w koc do niej dołączył, była już przebrana w suche ubrania, a na stoliku czekał na niego kubek świeżo zaparzonej kawy. Kazeshini też spokojnie wylegiwał się na dywanie, nie zwracając na nich zupełnie uwagi. Shuuhei tylko westchnął na zachowanie psa, który już chyba uznał to miejsce za swoje.

Corrie z kubkiem herbaty obserwowała deszcz za oknem. Zdawała się tym tak pochłonięta, że nie zauważyła jego wejścia. Chciał zapytać, o czym myśli, ale brakło mu odwagi. To nie tak, że nie mogła się jedynie zachwycać bądź oburzać na słotę, wydawało mu się jednak, że cokolwiek zaprząta jej głowę, nie jest czymś, o czym chciałaby rozmawiać. Sięgnął więc po kubek z kawą, która przyjemnie rozgrzała po zimnym, niespodziewanym prysznicu.

– Wszystko w deszczu wydaje się ostrzejsze – odezwała się Corrie. – Tak, jakby dopiero w deszczu było widać prawdę. A jednak jest w nim coś łagodnego. Ma to sens?

Spojrzała na niego przez ramię w kubkiem w połowie drogi do ust. Shuuhei odwzajemnił spojrzenie, zastanowił się.

– A musi? – zapytał, gdy nie wpadł na nic sensownego.

Nie chciał zbywać tematu, ale też nie do końca wiedział, co chodzi Corrie po głowie.

– Nie wiem – odparła. – Nie rozumiem tego. Nikt nie lubi deszczu, ale wystarczy sięgnąć po jakikolwiek film, a pada, gdy tylko ktoś umiera. A to wierutna bzdura. W prawdziwym życiu nigdy nie pada, gdy człowiek rozpacza. Inaczej cały czas by padało.

Shuuhei przystanął obok niej i spojrzał na widok za oknem – nic nadzwyczajnego, ot osiedlowa uliczka skąpana w tej chwili w deszczu. Myślą sięgnął do dnia bitwy, w której stracił wszystko, lecz nie mógł sobie przypomnieć, jaka była pogoda. Tuż przed na pewno parzyło ich słońce, ale gdy... Nie miał pojęcia, wszystko działo się zbyt szybko, a potem aura była jego najmniejszym problemem.

– Mówisz tak, jakby każdego dnia dochodziło do tragedii – zauważył cicho, odcinając się od myśli o tamtych dniach.

– Bo tak jest. Każdego dnia ktoś ginie, pozostawiając bliskich, gdzieś tam nadal trwa wojna. Nie wkurza cię, że telewizja tak kłamie?

– To konwencja artystyczna – westchnął, próbując jakoś ratować nastrój.

Nadal nie wiedział, do czego dziewczyna zmierzała, oburzając się na deszcz, ale najwyraźniej coś ją ugryzło. Nie chciał tego lekceważyć, nie miał jednak pojęcia, jak na to wszystko odpowiedzieć. Do tego całkiem niechcący obudziła w nim dość niechciane wspomnienia, o których nie był gotowy mówić.

Chciał zmienić temat, kiedy Corrie odezwała się ponownie:

– Tamtego dnia nie padało. Izuru umarł, a niebo było pogodne. Nie wiem, dlaczego tak dobrze to pamiętam, ale nie padało.

– Owszem, padało – odparł spokojnie.

Spojrzała na niego z niezrozumieniem, przez chwilę sądząc, że sobie żartuje. Niczego takiego jednak nie znalazła w jego twarzy. Shuuhei delikatnie pogłaskał ją po policzku.

– Deszcz łez – powiedział.

Uśmiechnęła się przelotnie, odstawiła pusty kubek na parapet i przytuliła do niego. Shuuhei na moment zesztywniał, ale zaraz objął ją lekko, spoglądając na wciąż mokrą ulicę. W tej chwili nienawidził siebie, że nie potrafił pocieszyć jej inaczej, nie znał jednak słów, które mogłyby chociaż odrobinę ulżyć Corrie.

Moment zadumy przerwało im burczenie w brzuchu Shuuheia, który automatycznie zrobił się czerwony. Corrie zachichotała, odsuwając się.

– My tu gadu gadu, a jedzenie się samo nie zrobi – powiedziała wesoło, jakby rozmowy sprzed chwili nie było. – Masz na coś szczególnego ochotę? Chociaż nie wiem, czy mam w lodówce odpowiednie składniki.

Nie mógł się nadziwić, jak szybko zmieniała nastroje. W jednej chwili pełna zadumy i bliska łez, by w drugiej uśmiechać się tak radośnie i szczerze. Nie potrafił jej rozgryźć, choć podejrzewał, że ta zmienność to maska bądź skutek tego, co przeżyła. Może sama nie zdawała sobie sprawy, jak szalona się stała, choć wątpił, żeby ktokolwiek po czymś takim mógł zachować zdrowe zmysły. A może nie przejmowała się już tym, że widać, jak zakłada maskę za każdym razem, gdy próbowała odciąć się od myślenia o tamtej nocy.

– Zdaję się na ciebie w tej kwestii – odpowiedział. – Mogę też pomóc.

Uśmiechnęła się jedynie i zaraz buszowała po szafkach, sprawdzając, na co mogą sobie pozwolić. Shuuhei przysiadł na barowym krześle, koc trochę mu przeszkadzał, bo nie czuł się swobodnie z myślą, że mógłby się zsunąć w nieodpowiednim momencie. Nie tylko chodziło o to, że Corrie mogłaby go zobaczyć w negliżu, zdawał sobie bowiem sprawę, że przez ostatnie miesiące dość mocno schudł i wyglądał jak sama skóra i kości, a to nie był dość zachęcający widok.

Corrie zdawała się nie mieć takich dylematów. Nie zwracała na niego prawie w ogóle uwagi, krojąc kurczaka i warzywa i nucąc coś pod nosem. Chyba lubiła gotować, wyglądało na to, że nie potrzebuje pomocy, a może nawet by przeszkadzał, więc wolał po prostu obserwować. Potem zaoferuje się do zmywania naczyń, za czym w sumie nigdy nie przepadał, twierdząc, że to bezsensowna czynność. Czuł się jednak zobowiązany, skoro nie dość, że pozwoliła mu zostać, aż wyschną mu ciuchy, to jeszcze dla niego gotuje.

Kazeshini, wyczuwając, że robi się coś dobrego, opuścił swoje miejsce na dywanie i zaczął kręcić się pod nogami Corrie, co rusz trącając ją nosem.

– Nie żebraj żarcia – syknął na niego Shuuhei.

Corrie uśmiechnęła się tylko. Kawałek kurczaka ułożyła na małym talerzu, który postawiła na podłodze.

– Dla wszystkich wystarczy – uznała.

– Zaraz będzie znowu żebrał. Już ja go znam – prychnął Shuuhei. – Nie mogę z tym psem.

– Skąd w ogóle pomysł, żeby wziąć psa? – zapytała, rozgrzewając olej na patelni.

– Podobno miało pomóc w powrocie do normalności, ale póki co uprzykrza mi tylko życie. Z drugiej strony mam powód, żeby wychodzić z domu, a to już chyba sporo.

Corrie zaśmiała się cicho.

– Więc gdyby nie on, nie spotkalibyśmy się pewnie nigdy – uznała.

Z jednej strony Shuuhei chciał zaprzeczyć, że było w tym coś dobrego, skoro za pierwszym razem ją zaatakował, ale trochę nie potrafił, skoro już uznał jej obecność w życiu za odrobinę światła w ciemności.

– Chociaż raz czegoś nie spieprzył – odparł, na co Kazeshini warknął.

– Chyba mu się to nie spodobało – zażartowała.

– W nosie mam, co mu się podoba – odpowiedział buntowniczo Shuuhei. – To ja jestem jego właścicielem, nie na odwrót.

Kazeshini i na to zareagował. Zębami złapał za zwisający nad podłogą kraniec koca, w który owinął się Shuuhei, i zaczął ciągnąć.

– Hej, co robisz?!

W przeciwieństwie do Corrie nie było mu ani trochę do śmiechu w tej sytuacji. Dziewczyna dość szybko zlitowała się nad nim, układając kolejny kawałek kurczaka na talerzyku na podłodze.

– Kazeshini – zawołała psa. – Chodź, masz.

Zwierzak jeszcze przez chwilę ciągnął za koc, ale smakołyk skutecznie odwrócił jego uwagę od dręczenia swojego człowieka. Shuuhei westchnął ciężko i poprawił koc, który próbował zsunąć się z ramienia.

– Nienawidzę tego psa – mruknął. – Teraz jeszcze okazuje się, że jest łatwy do przekupienia.

– Dobre jedzenie każdego przekona – uznała Corrie z uśmiechem.

Shuuhei naburmuszył się nieco, mając wrażenie, że dziewczyna się z niego nabija, a to mu się zdecydowanie nie podobało. Nie żeby umyślnie chciała zrobić mu na złość, wiedział, że to niewinne przekomarzanki, a on prawdopodobnie przesadzał, ale nie do końca odnajdywał się w tej sytuacji. Nie pamiętał, kiedy ostatnio z kimś tak swobodnie żartował, pozwalając na tę odrobinę kpiny pod swoim adresem, która nie urażała jego dumy. Czasami wydawało mu się, że to było w innym życiu, dawno temu, że prawie tego nie pamiętał. Niemal jak inne wcielenie.

Niezadowolenie zniknęło, gdy obiad był gotowy i musiał przyznać Corrie rację. Nie było to nic wyszukanego, wręcz przeciwnie, zresztą przygotowanie też nie zajęło zbyt wiele czasu, a jednak po raz pierwszy od miesięcy czuł smak jedzenia.

– Smakuje obłędnie – powiedział pomiędzy kęsami. – Dawno nie jadłem czegoś tak dobrego.

Uśmiechnęła się lekko speszona, ale zaraz odzyskała rezon.

– Mówi się, że jedzenie smakuje lepiej, gdy jesz z kimś i gotujesz z myślą o kimś – odparła.

– Po prostu świetnie gotujesz – uznał.

– Raczej nigdy nie byłam w tym dobra. Najczęściej tylko pomagałam – przyznała.

Shuuhei westchnął wewnętrznie. Nie miał na to argumentu. To nie była skromność, lecz brak pewności siebie, co go nieco zdziwiło, bo do tej pory Corrie zdawała się mimo wszystko dość przekonana o własnej wartości.

– Z drugiej strony to pierwszy raz od długiego czasu, jak coś mi smakuje – powiedział ostrożnie. – I nie pamiętam, kiedy ostatnio gotowałem. Dla samego siebie nie chciało mi się.

Kiwnęła głową, uśmiechając się lekko. Ślad bólu z jej oczu także zniknął, choć może tylko go zamaskowała, nie chcąc w to brnąć. Shuuhei nie miał pewności.

– Nie jest łatwo dbać jedynie o siebie – odparła. – Myślę, że rozumiem, ale powinieneś zadbać o siebie w tej kwestii.

Nie zamierzała mu mówić, że dostrzegła kryjącą się pod kocem chudość. Niemal od razu, gdy mokre ubrania zostawił w łazience, zdawało się, że chowały przed światem dość widoczne ślady przepaści, w którą wpadł. Tym bardziej nie chciała wspominać o fizycznych bliznach, które także rzuciły jej się w oczy. To nie był czas, by o tym rozmawiać.

Shuuhei zawstydził się, przypominając sobie o stertach opakowań z jedzeniem na wynos, które ledwo zaczynał, a potem odstawiał, czując niechęć do spożywania czegokolwiek, skoro zdawało się, że stracił zmysł smaku. Oczywiście wiedział, że powinien jeść, ale do tej pory zdawało mu się, że to i tak nie ma sensu, że w ten sposób tylko przedłuża swoją agonię.

W głosie Corrie nie było reprymendy. Powiedziała to tak lekko, jakby rozmawiali o pogodzie, a jednak zrobiło mu się głupio. W jakiś pokrętny sposób nie chciał jej tym martwić, a dostrzegał, że z niewiadomych nadal dla niego powodów dziewczyna się o niego troszczy. Nie miał pewności, czy było w nim tyle samozaparcia, żeby wrócić do gotowania dla siebie posiłków, ale jeśli nie spróbuje, nigdy się o tym nie przekona. Uśmiechnął się na myśl, że ktoś go w końcu zmotywował do ogarnięcia się.

– Masz rację – przyznał. – Chyba czas zebrać się do kupy. Następnym razem to ja gotuję.

– Masz już jakiś pomysł? – zapytała zaciekawiona.

– Pomyślę o tym. Powiedz mi, jeśli jest coś, czego nie lubisz.

– Persymony – odparła bez wahania. – Izuru ciągle ją znosił do domu. Jego redaktor ciągle mu ją wciskał w kilogramach. – Skrzywiła się gniewnie na tę myśl. – Zresztą to dziwny facet, chociaż mimo wszystko troszczył się o nas oboje w dość pokrętny sposób. – Spojrzała w okno zawieszona gdzieś we wspomnieniach. – Przestał przychodzić, gdy go wyrzuciłam z wrzaskiem po którejś z wizyt, gdy wyszłam ze szpitala. Zdaje się, że utrzymuje kontakt z Rangiku.

Shuuhei nie odpowiedział, nie wiedząc, co mógłby jej powiedzieć. Zaskoczyła go zdradzeniem kolejnej informacji o sobie, bo mimo tak wielu rozmów i spotkań w czasie tych ostatnich tygodni, wciąż nie za wiele o sobie wiedzieli. Zwykle dyskutowali o błahostkach albo krążyli wokół swoich problemów, nie określając ich bezpośrednio.

– Czym się zajmował twój chłopak? – zdecydował się zapytać, choć nie wiedział, czy to dobry pomysł.

– Pisał. Zwykle wiersze, ale zdarzało mu się też pisać nowele. Zaczął jeszcze w liceum. Zresztą tak się poznaliśmy. – Uśmiechnęła się przelotnie. – Wysłał nowelkę na konkurs, w którym sędziował mój wuj. Też jest pisarzem, choć zdaje się, że znanym głównie z jednej serii dla dzieci. „Prawda Bliźniaczych Ryb", nie wiem, czy słyszałeś.

– Gdzieś mi się obiło o uszy, chyba nawet czytałem pierwszy tom, ale byłem już za stary na takie bajki – przyznał. – No i w sumie to nie moje klimaty. Kiedyś zaczytywałem się bardziej w dark fantasy i sci-fi. Ty też piszesz?

– Nie, nie mam do tego drygu. – Zaśmiała się. – Chociaż kiedyś marzyłam o tym, żeby stworzyć coś równie pięknego jak „Prawdę...". To były moje ulubione opowieści na dobranoc. Nadal czasami wracam do historii Sougyo.

Nostalgiczny uśmiech powiedział Shuuheiowi więcej, niż pewnie Corrie planowała. Wspomnienie wuja i jego historii pisanych prawdopodobnie właśnie dla niej było wypełnione ciepłem i rodzinną miłością. Trochę jej tego zazdrościł, choć gdzieś w tym wszystkim brakowało mu jednej, dość istotnej kwestii. Nie wiedział jednak, czy powinien o to pytać na tym etapie.

– Twoja pierwsza miłość, co? – rzucił bez zastanowienia.

– Każda mała dziewczynka marzy o swoim księciu z bajki – odparła zaczepnie. – Masz z tym jakiś problem?

– Żaden – odpowiedział szybko. – Przepraszam, głupio palnąłem.

– W porządku. – Uśmiechnęła się ciepło. – W sumie to zawsze, gdy wspominam o „Prawdzie...", wychodzi ze mnie beznadziejna romantyczka.

– To nic złego. Wydaje mi się, że dzięki temu widać, że miałaś szczęśliwe dzieciństwo.

– Chyba tak. Miałam w życiu sporo szczęścia mimo wszystko. Nie mogę na to narzekać, chociaż wtedy wydawało mi się, że nie wszystko jest tak, jak być powinno. Ale teraz, z perspektywy czasu wiem, że byłam naprawdę szczęściarą.

Jej słowa przywołały ten sam gniew, który poczuł, gdy wyznała mu, co ją spotkało. Szczęśliwe dzieciństwo i całkiem zwyczajny okres dojrzewania. W żaden sposób nie zasłużyła na tę tragedię, nikt nie miał prawa niszczyć tej dziewczyny, bo to było po prostu niesprawiedliwe. Może była mu niemal całkiem obca, ale gdyby stanął naprzeciw jej oprawcom, nie wiedział, jakby zareagował i czy nad rozsądkiem nie przeważyłaby porywczość.

– Może to wścibskie pytanie, ale twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, że zostałaś sama w mieszkaniu po tym wszystkim? – zapytał ostrożnie.

– Wujek adoptował mnie, gdy miałam pięć lat. Nigdy nie poznałam swoich biologicznych rodziców – przyznała. – Nie czułam się jednak z tego powodu poszkodowana. Chciał, żebym się do niego przeniosła, do Tokio, ale jakoś nie potrafię zostawić tego wszystkiego, co tutaj mam, więc mieszkał ze mną przez kilka miesięcy, dopóki nie przekonałam go, że sobie poradzę. I tak zepsułam wiele jego planów w tamtym okresie.

– Wątpię, żeby tak o tym myślał. Wtedy najważniejsza byłaś ty.

– Wiem. – Uśmiechnęła się przelotnie. – Wiem też, że mnie o to nie obwinia. Nikt mnie o to nie obwinia, choć nie potrafię sobie wybaczyć. Może nigdy nie będę potrafiła.

Shuuhei wiedział, że powinien ją jakoś pocieszyć w tym momencie, ale nie znał słów, które przyniosłyby ulgę, bo przecież sam sobie nie wybaczył tego wszystkiego, co wtedy zaszło. Jedyne, na co się zdobył, to położenie swojej dłoni na jej. Uśmiechnęła się na ten gest.

– No i gdybym przeniosła się do Tokio, nigdy nie poznałabym ciebie – dodała weselszym tonem.

– Nie wiem, czy to powód do radości – odparł. – Przekonamy się z czasem.

– Ja się tam cieszę. Nawet jeśli nie przepadasz za mną za bardzo – odpowiedziała przekornie.

Shuuheiowi zrobiło się głupio i już otwierał usta, żeby się usprawiedliwić, kiedy Corrie zaśmiała się. Mógł tylko westchnąć z rezygnacją, zupełnie za nią nie nadążał.

– A oprócz kpienia ze mnie, czym się zajmujesz, skoro nie piszesz? – zapytał.

– Zabrzmiało niemal jak obelga – zażartowała, odkładając naczynia do zlewu. – Zaczęłam filmoznawstwo, ale na razie zrezygnowałam i jedynie ci dokuczam. A ty? Co sprawiło, że wybrałeś taką ścieżkę?

Zaskoczyła go, bo to był pierwszy raz, kiedy rozmowa zeszła na jego życie, nim się poznali. W sumie był jej to winny, bo o niej wiedział już sporo, ona o nim prawie nic.

– Byłem problematycznym dzieciakiem, który nie widział się nigdzie, więc stwierdził, że wojsko to doskonały pomysł – wyznał. – I pewnie byłby, gdybym siedział w kraju zamiast w imię idei, które wydawały mi się szlachetne, nie wyjechał. Efekt sama widzisz. – Uśmiechnął się kwaśno.

– Żałujesz?

– Trochę. Zanim to wszystko się stało, wydawało mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy. Zwycięstwo, porażka, kogo to obchodzi? W kompanii dostałem nieźle po tyłku, ale poprzestawiało mi to w głowie. Pewnie gdybym nie wpadł na ten poroniony pomysł z wojaczką, dawno by mnie życie wykończyło – przyznał.

Chciał jej opowiedzieć więcej, ale jakoś nie potrafił się przemóc do szczegółów. Zamknął na chwilę oczy, by odegnać napływające wspomnienia z czasów, kiedy każdego dnia dowódca udowadniał mu, że „gówno wie i gówno rozumie". Chyba nie był gotowy, by się z tym zmierzyć.

– Chcesz coś pooglądać? – zapytała, wyrywając go z zamyślenia.

– To chyba niegłupi pomysł.

Dostrzegł, że Corrie chciała porzucić już ten temat, skoro oboje wyraźnie się z nim męczyli. Zgodził się bez wahania, bo nie wiedział, jak inaczej z tego wyjść, choć zdawał sobie sprawę, że trochę uciekali. Tylko czy ucieczka naprawdę była czymś złym w tym momencie?

Po jednym filmie włączyli kolejny, a potem trzeci i tak spędzili resztę deszczowego wieczoru, oglądając głupie komedie. Shuuhei dawno nie bawił się tak dobrze, wyśmiewając zwariowane rozwiązania niezbyt rozgarniętych bohaterów. Śmiejąca się obok Corrie chyba też nie żałowała tego czasu.

– Późno się zrobiło. Powinienem iść – odezwał się, gdy Corrie zatrzymała napisy końcowe.

– Możesz zostać – odparła.

– Nie wypada. Zresztą i tak się zasiedziałem.

– Jest późno. Nie chcę, żebyś chodził po nocy – powiedziała spiętym głosem.

Podniosła się z kanapy, splatając nerwowo dłonie. W pierwszej chwili Shuuhei nie wiedział, o co jej chodzi. Ta nagła zmiana nastroju nieco go zdezorientowała.

– Brzmię jak paranoiczka, prawda? – zapytała cicho.

To mu w końcu uświadomiło, co kryło się za jej zachowaniem. Delikatnie dotknął łokcia dziewczyny, nie chcąc wystraszyć, bo wydawało mu się, że wystarczy jeden gwałtowniejszy ruch, by całkiem się rozsypała.

– Masz prawo się bać po tym wszystkim – powiedział łagodnie. – I mógłbym teraz upierać się, że przecież jestem byłym żołnierzem i umiem o siebie zadbać, ale wiem, że cię to nie uspokoi, Corrie. Nie chcę, żebyś była w niekomfortowej sytuacji, chociaż oboje zdajemy sobie sprawę, że pod twoją propozycją nie kryje się nic poza obawami. Dziękuję, że się o mnie martwisz. Masz rację, jest późno, więc zostanę, a rano zrobię śniadanie za to, że tak się mną zajęłaś.

Próbowała się uśmiechnąć, ale gest wyszedł jakiś słaby i niepewny. Chyba odetchnęła z ulgą, że jej nie wyśmiał za strach i głupie upieranie się przy swoim zdaniu.

– Przepraszam – szepnęła.

– Nie przepraszaj, nie masz za co. Nie zrobiłaś nic złego, Corrie. Troszczysz się o mnie. Tak robią przyjaciele.

Nie miał pewności, czy może tak nazwać tę relację, ale to było jedyne słowo, jakie teraz przychodziło mu do głowy. Bo czym właściwie byli? Dwojgiem obcych, których połączyła podobna samotność na krawędzi przepaści, gdy zawaliło im się życie.

Dziwnie się czuł, leżąc na kanapie w obcym mieszkaniu i próbując zasnąć ze świadomością, że Corrie śpi w drugim pokoju. Nie miał żadnych głupich myśli o dziewczynie, szybko by je zresztą przegonił, nie zamierzając realizować. To byłby paskudny wyraz wdzięczności, do tego zaufała mu na tyle, by go wpuścić do swego azylu. Chodziło raczej o pewną dozę niepewności, obcości. Wsłuchiwał się w dźwięki mieszkania, zza okna nie dochodził go żaden hałas, choć akurat to spowodowane było zapewne tym, że zobaczyć mógł tylko osiedlową uliczkę, która o tej porze była cicha i pusta. Może to go właśnie uspokoiło i uśpiło.

Ze snu wyrwał go przerażony krzyk. W pierwszej chwili był przekonany, że znowu był na polu bitwy, ale nic dookoła się nie zgadzało i szybko otrzeźwiał. Rozejrzał się w ciemności pokoju, sądząc, że może mu się po prostu śniło, ale krzyk się powtórzył. W tym momencie dotarło do niego, że to Corrie krzyczała.

Zerwał się z posłania i wpadł do jej sypialni. Nieco na oślep odnalazł włącznik światła, które go na moment oślepiło. Zaraz jednak dostrzegł szamoczącą się w pościeli dziewczynę. Po jej policzkach płynęły łzy, wyrzucała z siebie niezrozumiały bełkot, ręką zaczepiła o splątane włosy.

– Corrie.

Shuuhei potrząsnął jej ramieniem, chcąc obudzić, ale osiągnął jedynie to, że dziewczyna go zaatakowała. Wiedział, że jak tak dalej pójdzie, to zrobi sobie krzywdę, więc po prostu ją przytulił, blokując ruchy i nadal próbując ją dobudzić. Szamotała się jeszcze chwilę, odzyskując w końcu świadomość.

– Już dobrze, jesteś bezpieczna – szeptał jej do ucha, głaszcząc po splątanych włosach. – Już dobrze, Corrie.

Nie była pewna, co wyrwało ją z koszmaru, ale wystraszyła się, czując, że nie może się ruszyć. Odruchowo próbowała się wyrwać, jednak uścisk się tylko wzmocnił. Dopiero po chwili dotarł do niej szept i rozpoznała głos Shuuheia. Przestała atakować, a objęcie zelżało. Nie potrafiła jednak przestać płakać, choć próbowała.

– Przepraszam.

– Już dobrze, wszystko jest już dobrze – szeptał dalej.

Cierpliwie czekał, aż się wypłacze i uspokoi, głaszcząc po włosach i lekko kołysząc. Chyba dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo Corrie została roztrzaskana z powodów, których nigdy nie zrozumie. W ciągu dnia zachowywała pozory, uśmiechając się i żartując, w dzień się nie bała. Noc jednak obnażała wszystkie jątrzące się rany, z którymi sobie nie poradziła, bo jak miała sobie poradzić ze śmiercią ukochanego widzianą na własne oczy i z brutalnym gwałtem, którego doświadczyła. Mogła się go nie obawiać, twierdzić, że nie widzi w nim zagrożenia, lecz teraz kuliła się spięta i gotowa do ucieczki, gdyby tylko dostała taką możliwość i choćby jednym gestem dał jej do zrozumienia, że może ją skrzywdzić.

Był wściekły i wiedział, skąd bierze się to uczucie. Głównie z bezsilności, że nic nie mógł dla niej zrobić. To już się stało, a on nie potrafił jej w żaden sposób poskładać, bo sam był rozsypany i pozwalał, by to ona wyciągała do niego rękę za każdym razem. Nie potrafił tego samego, był ślepcem i głupcem, sądząc, że z nią jest nieco lepiej.

– Już dobrze, jesteś bezpieczna.

Uspokoiła się w końcu, choć z tyłu głowy nadal miała powtarzający się od pół roku koszmar. Wyswobodziła się z jego ramion, ocierając mokre, czerwone policzki. Było jej nieco wstyd, że widzi ją w takiej sytuacji, ale sama na to pozwoliła, przekonując go, żeby został na noc.

– Przepraszam, obudziłam cię – odezwała się załzawionym głosem.

– W porządku, nic się nie stało – powiedział z pewnością, której nie miał. Chciał jednak, żeby poczuła się bezpiecznie. – Zrobię ci herbaty.

– Dziękuję – szepnęła.

Dopiero teraz Shuuhei zauważył Kazeshiniego, który zastygł w dość dziwnej pozycji z pyskiem na kołdrze, obserwując ich uważnie. Nie szczekał, nie hałasował, nie łasił się do Corrie, jak każdy normalny pies w takiej sytuacji. Po prostu siedział i na nich patrzył. To było nieco przerażające.

– A ty co? – rzucił do zwierzaka. – Waruj i pilnuj Corrie.

Dziewczyna wykorzystała moment, gdy została sama, by doprowadzić się do porządku. Otrzeć twarz z resztek łez, ujarzmić splątane włosy, poprawić skołtunioną pościel, w którą znów musiała się zaplątać we śnie, a z której Shuuhei ją wyciągnął.

Było jej głupio, ale też czuła wdzięczność, że mężczyzna się nad nią nie roztkliwia. Podejrzewała, że sam w takiej sytuacji nie chciał roztrząsać problemu, bo żadne z nich tego nie potrzebowało. Ta odrobina normalności, jaką mogli sobie wyrwać, musiała im wystarczyć.

Shuuhei potrzebował chwili, by zorientować się, co gdzie jest w kuchni, choć chciał jak najszybciej wrócić do Corrie. Zastanawiał się przy tym, co powinien jej powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Najwyraźniej herbata musiała wystarczyć.

Uśmiechnęła się lekko, gdy podał jej kubek pełny gorącego napoju, zrobiła mu miejsce obok i tym razem Shuuhei nie miał wątpliwości, czy powinien. Po prostu usiadł obok niej na łóżku, delikatnie dotykając się ramionami. Wiedział, że potrzebowała teraz czyjeś obecności nawet, jeśli o tym nie mówiła. Tyle wsparcia potrafił jej udzielić, skoro nie znał słów pocieszenia, które zaklęłyby rzeczywistość.

Milczeli każde pochłonięte własnymi myślami, grzejąc zmarznięte dłonie na kubkach gorącej herbaty. Corrie powoli się uspokajała, koszmar bladł, choć wiedziała, że nie opuści jej tak łatwo. Nie wiedziała też, czy potrafi zasnąć ponownie tej nocy, a chyba nie chciała pozbawiać Shuuheia reszty snu, bo nie wątpiła, że będzie przy niej siedział, aż zdobędzie pewność, że już się nie boi.

– Dziękuję – powiedziała cicho, nieco sennie już.

– Dasz radę zasnąć? – zapytał z troską, odstawiając kubki na nocną szafkę.

– Możesz ze mną zostać?

Chciał odmówić. Z wielu powodów nie powinien tutaj teraz być, ale chyba nie potrafił zostawić jej samej w tym momencie. Była zbyt bezbronna wobec własnych demonów.

– Zostanę z tobą, dopóki nie zaśniesz – obiecał. – Spróbuj chociaż się zdrzemnąć.

– Dziękuję.

Uśmiechnęła się promiennie i w tym momencie Shuuhei pomyślał, jak bardzo nie na miejscu był ten gest, bo przecież nic nie było dobrze. Nie potrafił jednak go odegnać, bo oboje potrzebowali odrobiny kłamstwa, by jakoś żyć dalej.