Corrie poczuła ulgę, gdy wreszcie wyszły na świeże powietrze, choć zgiełk miasta ani trochę nie ułagodził kotłujących się emocji. Pewnie gdyby nie Rangiku, nie utrzymałaby maski spokoju, bo w tej chwili chciała tylko schować się i wyć z rozpaczy. Przyjaciółka delikatnie dotknęła jej dłoni, zwracając na siebie uwagę. Corrie spojrzała na nią i uśmiechnęła się lekko.

– Byłaś bardzo dzielna – odezwała się Matsumoto. – Jestem z ciebie dumna, bo wiem, ile cię to kosztowało.

Corrie odwróciła wzrok. Nie chciała o tym wszystkim myśleć czy rozmawiać, bo sama nie uważała, żeby zdobyła się na odwagę. Bała się, że jakiś szczegół może sprawić, że wszystko skończy się źle. Nie wyobrażała sobie tego.

– Corrie?

Odwróciła się zaskoczona, bo nie spodziewała się spotkać Shuuheia w tym momencie. Zagryzła nerwowo wargę, uciekając spojrzeniem, gdy przyjrzał jej się uważniej. Coś mu się w postawie dziewczyny bardzo nie podobało, a że nie odpisała na żadną wiadomość od rana, tym bardziej go martwiło.

To przypadek sprawił, że zawędrował do centrum, nie mając jakiegoś określonego celu. Kazeshini wyjątkowo grzecznie idący na smyczy też nie protestował przed dłuższą wycieczką, a teraz obszedł niezwracającą na niego uwagi Corrie.

W pierwszej chwili nie był pewny, czy to na pewno ona, ale zaraz pozbył się wątpliwości, choć był nieco zaskoczony. Corrie wyglądała inaczej w dość oficjalnych ubraniach, ciemny żakiet i spodnie w kant dodawały jej powagi, gdzieś też zniknął wesoły uśmiech, do którego tak go przyzwyczaiła. Podszedł więc z niezbyt dobrymi przeczuciami, ale nie mógł jej nie zawołać.

– Stało się coś? – zapytał, dostrzegając zaczerwienione oczy dziewczyny.

Płakała. Tego był pewien. Cokolwiek się stało, cokolwiek robiła, delikatny makijaż nie ukrył przed nim śladu łez, a to skręciło mu wnętrzności, choć nie miał pewności co do powodu.

Nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, bo w sumie jakoś nie potrafiła poprzedniego wieczoru wspomnieć o wszystkim. Sama nie była pewna powodu takiego zachowania. Czy było jej wstyd przed nim? A może chciała powstrzymać go przed deklaracją, że z nią pójdzie, bo wiedziała, że chciałby okazać jej w ten sposób swoje wsparcie. Teraz czuła się głupio, jakby złapał ją na czymś nieodpowiednim.

– Dziś była pierwsza rozprawa – odpowiedziała cicho.

Shuuhei nie do końca wiedział, jak powinien zareagować. Zerknął w bok, rzeczywiście stali niedaleko budynku sądu. Był zaskoczony, skoro nie wspomniała nic wcześniej. Do tego ta świadomość go ukuła, a przecież nie powinna. Miała prawo mu nie mówić, a on też nie wpadł na to, by o to zapytać.

Żadne sensowne słowa nie chciały przyjść, więc po prostu zbliżył się i chciał ją przytulić, kiedy pomiędzy nich wkroczyła Rangiku.

– Zostaw Corrie w spokoju – odezwała się powoli, akcentując każde słowo.

Shuuhei uniósł ręce w geście poddania.

– Nie miałem złych zamiarów – odparł, zaskoczony niechęcią kobiety.

Nie kojarzył jej absolutnie, ale domyślał się, że musiała być to przyjaciółka Corrie. Prawdopodobnie jedna z tych, które miały nieprzyjemność być świadkiem ich pierwszego, nieciekawego przecież spotkania.

– Dobrze ci radzę, odczep się od niej – syknęła kobieta. – Przestań się wokół niej kręcić.

W tym momencie Corrie złapała ją za ramię, zrównując się z nią.

– Rangiku, wystarczy – powiedziała. – Wiem, że się o mnie troszczysz, ale Shuuhei nic złego nie zrobił.

– Nie? Mam ci przypomnieć, że cię zaatakował?

– Wyjaśniliśmy już to sobie – odparła Corrie, patrząc hardo na przyjaciółkę. – Proszę, nie wracajmy do tego. Szczególnie dzisiaj. Proszę.

Rangiku trochę przystopowała, widząc niemal błagalne spojrzenie dziewczyny, która raczej zużyła już całą pewność siebie, jaka jej została po przesłuchaniu. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego dopuściła do siebie tego wariata i za nic nie dała sobie tego wyperswadować. Choć może nie powinno jej to tak dziwić, w końcu Corrie zawsze była uparta i jak sobie coś wbiła do głowy, tylko Kira potrafił ją od tego odwieść.

– Spóźnimy się, a wiesz, że Nanao nie lubi czekać – dodała jeszcze Corrie, mając nadzieję, że ostatecznie przekona Rangiku.

– No dobrze.

Corrie uśmiechnęła się lekko zadowolona z obrotu wydarzeń. Zaraz też spojrzała na Shuuheia, który zdążył się cofnąć, gdy Rangiku przypuściła na niego atak. Na szczęście póki co jedynie słowny.

– Przepraszam, Shuuhei. Zdzwonimy się później.

– W porządku. Wiesz, gdzie mnie szukać, gdybyś potrzebowała mojego towarzystwa – mruknął.

Rangiku rzuciła mu groźne spojrzenie, ale już nic nie powiedziała. Shuuhei obserwował, jak odchodzą i czuł się trochę zawiedziony, że to nie on spędzi z nią to popołudnie. Zaraz się jednak zganił w duchu, przecież Corrie miała prawo widywać się z przyjaciółmi, których znała dużo dłużej niż jego, a w takim dniu jak dziś z pewnością to ich bardziej potrzebowała. Nie mógł wymagać od niej, żeby rzuciła wszystko tylko dlatego, że on miał takie życzenie. To była niedorzeczna myśl i zaraz się jej pozbył, bo w tym wszystkim nie chodziło o niego. To Corrie potrzebowała dzisiaj ciepła i drobnych przyjemności, by łatwiej było jej zaakceptować to wszystko.

Rangiku nie byłaby sobą, gdyby nie skomentowała tego przypadkowego spotkania już w lokalu należącym do Nanao. Corrie wiedziała, że kierowała nią troska, ale miała trochę dość wysłuchiwania, że Shuuhei nie jest wart jej uwagi. Owszem, może na wiele pytań nie znała odpowiedzi, lecz chodziło o sam fakt niechęci przyjaciółki do mężczyzny. Do tego jeszcze pragmatyczna do bólu Nanao nie oszczędziła Corrie kazania na temat znajomości z wariatami. Przynajmniej ona próbowała łagodzić naganę świadomością, że Shuuheiem kierowały dawne nawyki pogłębione przez traumę i to właśnie to może doprowadzić do kłopotów całkiem przypadkiem.

Mimo to Corrie czuła żal do przyjaciółek, że nie potrafiły spojrzeć na to łaskawszym okiem. Zwłaszcza w taki dzień jak dziś, kiedy naprawdę nie miała ochoty już z nikim walczyć. Z trudem udało jej się przekonać kobiety, że może wrócić do domu samodzielnie, zignorowała przy tym zaproszenie na wieczornego drinka w Sakanae. Chciała już tylko zostać sama z własnymi demonami, dać się pożreć, przerzuć i wypluć, a potem pójść spać, zapominając o wszystkim.

Nie spodziewała się więc, że pod kamienicą zobaczy Shuuheia. Opierał się o ścianę budynku z rękami w kieszeniach granatowej bluzy, na jednym z nadgarstków wisiała mu zapakowana czymś reklamówka. Uśmiechnął się lekko, gdy tylko ją zobaczył, ale nie podszedł, poczekał, aż dziewczyna sama podejdzie.

– Co tutaj robisz? – zapytała zupełnie zaskoczona.

– Pomyślałem, że poprawię ci nastrój dobrym jedzeniem. Może to nie będzie rozwiązanie wszystkich problemów, ale chociaż odrobinę wszystko ułatwi – odparł.

– I stałeś tu przez ten cały czas?

– Nie aż tak długo. Zaprowadziłem Kazeshiniego do domu, nie był zainteresowany chyba kolejnym spacerem, zrobiłem też zakupy, wymyślając, co mógłbym zrobić – wyjaśnił. – Bo w sumie wiem tylko, że nie znosisz persymony, a to daje dość duży rozrzut tego, co możesz lubić.

Kiedy tak na niego patrzyła, poczuł się nieco głupio. Czy pomyślała o nim jak o jakimś natręcie lub stalkerze? Sam nie był pewien, co nim kierowało, kiedy wrócił do domu i postanowił, że tym razem on jej coś ugotuje. Nie chciał zapraszać Corrie do siebie, do tego bajzlu, którego nie potrafił od miesięcy ogarnąć, a przecież nie wiedział, o której dziewczyna wróci do siebie, skoro poszła gdzieś z tą całą Rangiku. Mimo to stał tu jak jakiś idiota i na nią czekał od dobrej godziny, usilnie nie myśląc o tym, że robi z siebie głupka.

Corrie uśmiechnęła się ciepło. Ten spontaniczny w sumie gest ze strony Shuuheia poprawił jej nastrój dużo bardziej niż usilne starania przyjaciółek, które były dużo bliżej całej sprawy niż ten mężczyzna, który dziwnym trafem stał się już nieodłączną częścią jej życia. Wiedziała, że to trochę krzywdzące myślenie w stosunku do Rangiku i reszty, ale tak to właśnie odczuwała.

– Mogłeś napisać – zauważyła.

– Od rana nie odpisałaś na żadną wiadomość – przypomniał.

Otworzyła usta i zaraz je zamknęła. Teraz to ona poczuła się głupio.

– Przepraszam, nie miałam zupełnie głowy do zerkania na telefon, a był wyciszony od rana – wyjaśniła.

– Nie szkodzi. Wiesz, że mam dużo czasu. A jeśli pomysł jest zły, to nie będę ci przeszkadzał. Zrozumiem, że potrzebujesz czasu tylko dla siebie.

– Nie wygłupiaj się, po prostu chodź.

Wpuściła go do środka i dopiero w mieszkaniu zapytała:

– Co właściwie zrobisz?

– Spaghetti a'la carbonara, ale z kurczakiem zamiast bekonu. Nie znalazłem żadnego porządnego, to trochę zmodyfikuję przepis – odparł.

– Brzmi pysznie. Rozgość się w kuchni, a ja się trochę ogarnę.

– Jasne. Nie śpiesz się. Myślę, że sobie poradzę.

Corrie się uśmiechnęła, po czym zniknęła w łazience. Shuuhei natomiast ruszył do kuchni, mając nadzieję, że jego zdolności kulinarne nie umarły wraz z wszelkimi chęciami do życia po powrocie do kraju. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś gotował, a tym bardziej dla kogoś innego.

Wyłączył się na wszystko inne niż własna praca, więc drgnął niespokojnie, kiedy usłyszał uruchomienie czajnika gdzieś obok. Spojrzał na Corrie. Włosy zaplotła w niestarannego warkocza, oficjalny strój zamieniła na szare legginsy i za dużą niebieską bluzę, której rękawy podciągnęła do łokci. Uśmiechnęła się lekko.

– Kawy? – zapytała beztrosko, uruchamiając radio stojące na parapecie.

– Chętnie.

Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło zajęte przygotowywaniem jedzenia i napojów. Nie była to cisza niezręczna, choć Shuuhei widział, że Corrie jest wyraźnie zmęczona całym tym dniem.

– Nie zapytasz, jak poszło? – odezwała się, gdy usiadła na barowym krześle z kubkiem zielonej herbaty.

– Gdybyś chciała mi powiedzieć, zrobiłabyś to – odparł swobodnie znad patelni. – Nie mam jakoś prawa dopytywać o sprawy, które nie dotyczą mnie bezpośrednio. Poza tym jeśli dobrze zrozumiałem, byłaś wcześniej z przyjaciółmi, a że oni są bardziej zaangażowani w sprawę, pewnie nie uniknęłaś tego tematu. Mogę ci tego oszczędzić.

Kiwnęła tylko głową, ale nie skomentowała, a Shuuhei zrozumiał, że rzeczywiście nie potrzebuje tej wiedzy do szczęścia. Owszem, było mu nieco przykro, że wcześniej się z nim tym nie podzieliła, ale nadal byli do pewnego stopnia sobie obcy, niczego sobie nie obiecywali, więc nie miał prawa żądać od niej czegokolwiek.

– Zaraz będzie gotowe – dodał, wrzucając makaron do sosu.

– Pachnie ładnie – powiedziała i zaraz się zarumieniła, gdy zaburczało jej w brzuchu. – Przepraszam. Od rana nic nie jadłam.

– Za co? To chyba dobry znak dla moich zardzewiałych umiejętności – zażartował, na co zachichotała. – I mam nadzieję, że będzie smakowało, skoro to twój pierwszy dzisiaj posiłek. Nie żebyś ostatnio mnie za to ochrzaniła.

Corrie strategicznie upiła herbaty. Zaraz jednak zrozumiała, że Shuuhei tylko się wygłupiał, bo z uśmiechem potargał jej włosy. Westchnęła ciężko.

– No wiem. Rangiku próbowała wcisnąć we mnie chociaż rogalika, ale jakoś nie mogłam się przemóc. Cały czas miałam wrażenie, że zwymiotuję – przyznała. – Ale teraz jest już dobrze.

– Teraz nie musisz o tym wszystkim myśleć i sobie przypominać rzeczy, których nie chcesz – odparł. – Jedyne, co musisz, to zjeść wszystko. – Postawił przed nią talerz.

– Tak jest, kapitanie – zażartowała.

Shuuhei zaśmiał się, ale zaraz się zawiesił z drugim talerzem w połowie drogi na stół. Przed oczami miał wspomnienie siebie samego, jak ironicznie salutuje przed swoim dowódcą, który wytknął mu coś – teraz nie pamiętał, o co poszło – za co musiał szorować łaźnię w koszarach.

– Shuuhei?

Drgnął na dźwięk jej zaniepokojonego tonu. Corrie przyglądała mu się uważnie, przez co poczuł się głupio. Zaraz się jednak uśmiechnął, słabo i nieszczerze, żeby tylko nie zapytała.

– To nic – mruknął. – Coś mi się przypomniało. Wszystko ok.

Corrie odwzajemniła uśmiech, porzucając temat. Nie chciała go zmuszać do rozmowy, na którą nie był przygotowany i zdecydowanie nie miał ochoty. Odrobinę zakuło, że nadal niewiele wiedziała o jego przeszłości, skoro sama zdradziła mu aż tyle, ale z drugiej strony nie zobowiązała go do niczego, więc zaraz przegoniła to uczucie. Liczyło się to, co było teraz, nie przeszłość, na którą nie mieli już żadnego wpływu.

Shuuhei w końcu usiadł i zabrali się za jedzenie. Przez kilka minut było słychać jedynie muzykę w radiu i szczęk sztućców.

– Dawno nie jadłam czegoś tak dobrego – powiedziała, odkładając talerz do zlewu. – Jesteś świetnym kucharzem, Shuuhei.

– Dzięki. Cieszę się, że ci smakowało – mruknął, trochę zawstydzony komplementem.

Kiedy ostatnio jakiś usłyszał? I to tak szczery i spontaniczny? Corrie ciągle go zaskakiwała. Przeżyła tragedię, nadal nie uporała się z traumą po tym wszystkim, a za każdym razem pokazywała mu, że nie jest skupiona jedynie na sobie, ale dostrzega go. I to nie jedynie jego własną traumę, ale jego jako osobę, którą mógłby być, gdyby uporał się ze wszystkimi swoimi demonami. Sprawiała, że było mu łatwiej z samym sobą wytrzymać.

Corrie pozmywała, po czym ze świeżą herbatą usiedli przed telewizorem i znaleźli sobie jakiś film do oglądania. Chyba oboje potrzebowali takiego wieczoru, kiedy mogli zapomnieć o świecie za drzwiami.

Telefon Corrie dzwonił od kilku chwil, lecz dopiero teraz dziewczyna zwróciła na to uwagę. Shuuhei zapauzował film i poszedł do kuchni, żeby zrobić im jeszcze coś do picia.

– Siedzimy w Sakanae. – Usłyszała na powitanie. – Dołącz do nas.

– Nie, dzięki, Renji – odparła. – Jestem zajęta.

– Corrie, nie możesz siedzieć dzisiaj sama. Przyjadę po ciebie.

– Nie mam ochoty nigdzie iść. Renji, bawcie się dobrze, ale ja odpadam. Na razie.

Rozłączyła się, zanim przyjaciel cokolwiek odpowiedział. Westchnęła ciężko, gdy zobaczyła, że Renji nadal próbuje się do niej dodzwonić, ale odrzuciła połączenie. Doceniała ich starania, ale czasami ją przytłaczali próbami zapełnienia jej czasu, by tylko nie myślała o tym, co się wydarzyło.

– Wszystko w porządku? – zapytał Shuuhei oparty o regał.

– Tak. Chcieli mnie wyciągnąć na drinka.

– Na mnie nie musisz się obracać. Mogę wrócić do siebie i zacząć ogarniać w końcu mieszkanie – odparł.

– Po prostu nie mam ochoty nigdzie iść – wyjaśniła. – Gdybyś nie wyszedł z inicjatywą, pewnie siedziałabym tu sama, ale jestem szczęśliwa, że przyszedłeś.

– To na pewno w porządku?

– Tak. Myślę, że tak. Kocham ich, ale czasami potrzebuję też czasu dla siebie. Bez ich troski i prób skierowania mojej uwagi na coś innego. Jest dobrze.

Shuuhei nie skomentował bardziej, spoglądając na zdjęcia na ścianie. Przez myśl przeszło mu, jakby to było, gdyby poznał ją wcześniej, kiedy jeszcze jej ukochany żył. Czy też by się zaprzyjaźnili i spędzali razem czas? Jaka wtedy była? Czy to wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby stanęli na swojej drodze, nim zostali zniszczeni przez świat, który przeszedł nad tym do porządku dziennego?

Zaraz otrząsnął się z tych myśli, gdy usłyszał wyłączający się czajnik. Chwilę później postawił przed nimi kubki z herbatą i kontynuowali seans. Nie było sensu zastanawiać się, co by było gdyby. Cieszył się tym, co miał teraz, bo te chwile były szczególnie cenne.

Nie minęło pół godziny, gdy usłyszeli dzwonek do drzwi. Shuuhei spojrzał nieco zdezorientowany na Corrie, która westchnęła ciężko. Przez chwilę walczyła sama ze sobą, żeby udawać, że ich nie ma, ale podejrzewała, że intruz sobie nie pójdzie. Wstała więc i ruszyła otworzyć drzwi, za którymi stał Renji.

– Czemu nie odbierasz telefonu? – zapytał na wstępie, spoglądając w głąb mieszkania.

– Mówiłam ci, że nie chcę nigdzie iść.

Renji nieproszony wpakował się do środka, marszcząc brwi na widok Shuuheia, który stanął w drzwiach do salonu.

– Co on tu robi? – zapytał. – To przez niego nie chcesz nigdzie iść?

– Renji, daj spokój. Shuuhei nie ma z tym nic wspólnego.

– Nie ma? Zaatakował cię, nachodzi. Rangiku nam wszystko powiedziała – warknął.

– Rangiku przesadza. Renji, nie chcę się z tobą kłócić. I tak nigdzie dzisiaj nie pójdę.

– Ja też stąd nie pójdę, dopóki on się stąd nie wyniesie. – Zrobił krok w stronę Shuuheia. – Jeśli myślisz, palancie, że owiniesz sobie Corrie wokół palca, grubo się mylisz. Nie zostawimy jej na twojej łasce. Masz stąd wypierdalać i to w tej chwili.

Shuuhei nie odpowiedział, nie zareagował też, kiedy Renji szarpnął go za bluzę. Nie pozwolił się jednak ruszyć z miejsca. Trochę rozumiał tę niechęć, ale nie chciał robić sobie z przyjaciół Corrie wrogów, bo to nikomu by nie pomogło.

– Głuchy jesteś? Wypierdalaj stąd – warknął Renji zirytowany brakiem reakcji.

– To do Corrie należy decyzja, kogo chce we własnym domu – powiedział spokojnie Shuuhei.

– Corrie jest dla ciebie za dobra i dlatego cię nie wyrzuci.

– Renji, przestań. – Dziewczyna złapała przyjaciela za rękaw kurtki. – Puść go w tej chwili.

– Nie wtrącaj się – warknął na nią Renji, odpychając ją od siebie.

Corrie nie była przygotowana na siłę tego ruchu, nie zdążyła złapać równowagi i wpadła prosto na szafkę z butami, obijając boleśnie biodro.

U Shuuheia zadziałał instynkt. Nim się spostrzegł, Renji wylądował na drzwiach z nożem na gardle i wybałuszonymi z zaskoczenia oczami. Nie poruszył się jednak, czując chłodną stal na skórze.

Corrie też zamarła na ten widok. W postawie Shuuheia było coś takiego, że bała się odezwać, a gdy w końcu się przemogła, w jej cichym głosie zagościł strach:

– Shuuhei, nie.

To go otrzeźwiło. Spojrzał na Renjiego, który nie śmiał się poruszyć, potem na przerażoną Corrie i zrobiło mu się strasznie głupio, bo nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Schował nóż i odsunął się od mężczyzny.

– Chyba rzeczywiście powinienem już iść – powiedział cicho.

Nim któreś z nich doszło do siebie na tyle, by się odezwać, wyszedł z mieszkania, czując obrzydzenie samym sobą. Strach w oczach Corrie był wystarczającym dowodem, że wszelkie starania z łatwością można o kant stołu rozbić. Nigdy z tego nie wyjdzie, już zawsze będzie najpierw reagował, a potem myślał i w końcu komuś naprawdę zrobi krzywdę. Najgorsze, że być może będzie to Corrie, jeśli pozwoli, by nadal dziewczyna egzystowała w jego życiu, a nie chciał jej skrzywdzić. W żaden sposób sobie na to nie zasłużyła, powinna mieć już tylko łatwiej po tym wszystkim.

– Shuuhei, poczekaj!

Nie zareagował na wołanie dziewczyny, choć słyszał, jak zbiega za nim po schodach. Nie zatrzymał się, nie zwolnił, dając do zrozumienia, że nie chce rozmawiać. Mimo to Corrie go dogoniła i złapała za ramię.

– Poczekaj, nie idź – poprosiła. – Shuuhei, stój.

Zatrzymał się w końcu i spojrzał na nią. Wybiegła z mieszkania tak jak była, boso, choć wieczór był jeszcze chłodnawy. W jej oczach widział zarówno strach, jak i determinację.

– Nie powinnaś za mną wychodzić – powiedział chłodno.

– Wiem, że nie chciałeś nikogo skrzywdzić. Broniłeś mnie.

– A jednak się mnie boisz – zarzucił i gdy powiedział to głośno, zabolało podwójnie.

Przez chwilę nie odpowiedziała, odwracając spojrzenie. Nie puściła jednak jego rękawa.

– To prawda, że się wystraszyłam. Rzuciłeś się na niego tak nagle... Ale wiem, że nie zrobiłeś tego specjalnie. Już wszystko dobrze.

Zrobiło mu się głupio, że wyżywa się na niej, choć wkurzony był na samego siebie. W jej oczach dojrzał desperację, bo nie wiedziała, jak go przekonać, żeby nie zrywał tej kruchej więzi, która ich łączyła. Której oboje potrzebowali.

– Przepraszam – powiedział szczerze. – Głupio to wszystko wyszło. Nie chciałem cię wystraszyć, ale sama widzisz, czasami kompletnie wyłącza mi się myślenie i działam instynktownie. Lepiej, żebym sobie już dzisiaj poszedł. Muszę ochłonąć. Ty zresztą też. Chciałem, żeby ten wieczór był miły, a wyszło kiepsko. Przepraszam. Pójdę już.

– Nie musisz – szepnęła.

– Muszę. Muszę ochłonąć. Zadzwonię rano. Obiecuję.

Corrie patrzyła na niego błagalnie i naprawdę chciał z nią wrócić do mieszkania, skończyć film i zapomnieć o tym, co się stało, ale to nie było takie proste. Czuł, że za dużo wrażeń może tylko wszystko skomplikować, potrzebował dystansu do tego, co się stało, a wątpił, by go nabrał, będąc z nią.

Corrie w końcu puściła jego rękaw, choć robiła to wbrew sobie. Miała wrażenie, że jeśli pozwoli mu teraz odejść, już nigdy nie wróci, a tego nie chciała. Potrzebowała go w swoim życiu, choć nie do końca potrafiła nazwać relację pomiędzy nimi.

– Dobrze. W takim razie do usłyszenia jutro – powiedziała.

Uśmiechnął się niemrawo, po czym ruszył w swoją stronę. Corrie jeszcze przez chwilę go obserwowała, a gdy zniknął za zakrętem, wróciła do mieszkania, gdzie czekał na nią Renji.

– Poszedł – powiedziała bezbarwnie. – Ty też powinieneś już iść.

Renjiemu zrobiło się trochę głupio. Widział, jak przyjaciółka nie bacząc na nic, wybiega za Shuuheiem i wtedy dotarło do niego, że cokolwiek by nie powiedział, nie zmieni jej zdania na temat tego faceta.

– Przepraszam – powiedział szczerze. – Niepotrzebnie go sprowokowałem, ale nie podoba mi się, że siedzisz z nim tu sama. Corrie, wiem, że szukasz jakiegoś powrotu do normalności po tym wszystkim, co się stało. Kira był moim najlepszym kumplem, pół życia się z nim znałem i nadal jest dziwnie, kiedy myślę, że go nie ma. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki byłem wściekły, kiedy okazało się, że nic nie mogłem dla was zrobić. Wszystko stało się tak nagle i... Corrie, straciłem już przyjaciela, nie chcę stracić też przyjaciółki. Ten Shuuhei to były żołnierz, jest niebezpieczny i niestabilny, a nosi ze sobą nóż. Jaką masz gwarancję, że następnym razem mu nie odwali i czegoś nie zrobi? A ty tu z nim siedzisz sama. Jak myślę o tym, że znowu może cię spotkać coś takiego... – Zamilkł, gdy zobaczył w spojrzeniu Corrie czystą rozpacz.

– Idź już sobie, Renji. Chcę zostać sama – powiedziała cicho.

Wiedział, że oponowanie niczego nie zmieni. Przytulił przyjaciółkę, która nie oddała gestu, po czym wyszedł cicho z mieszkania. Dopiero wtedy opadła na kolana, zanosząc się płaczem.