To nie tak, że Corrie nie chciała pomóc Rangiku w przygotowaniach do imprezy, którą przyjaciółka organizowała w swoim mieszkaniu. Najchętniej nie uczestniczyłaby w żadnej zabawie, ale na to Rangiku by jej nie pozwoliła. W końcu nie mogła do końca życia siedzieć sama w czterech ścianach i rozpaczać. Choć Corrie wiedziała, że Matsumoto miała rację, to coś w niej nadal się buntowało przed próbą powrotu do życia, które skończyło się nagle tamtej późnoletniej nocy.
Kroiła warzywa na sałatkę, słuchając jednym uchem rozmów dochodzących do niej z salonu. Kobiety śmiały się z czegoś i było to takie swojskie i miłe, że na chwilę można było zapomnieć, że cokolwiek złego im się przydarzyło. Corrie uśmiechała się mimowolnie, choć był to trochę smutny gest. Nie potrafiła już cieszyć się z tych spotkań jak dawniej, wciąż miała wrażenie, że od przyjaciół oddziela ją szklana ściana. Może ich obserwować, słuchać, ale już nie być wraz z nimi, nie tak naprawdę.
Wrzuciła pokrojonego ogórka do miski i spojrzała przez okno na gwarną ulicę, przy której mieszkała Rangiku. Zwykle o tej porze robili coś z Shuuheiem. Sama nie była pewna, kiedy te spotkania stały się nieodzownym elementem jej życia, niemal każdego dnia spędzali ze sobą trochę czasu już bez tej początkowej niepewności i niechęci ze strony mężczyzny. Lubiła patrzeć na niego, gdy się uśmiechał, słuchać, jak się śmieje. Chyba obojgu brakowało takiej normalności, w której cień tragedii przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Z nim u boku Corrie naprawdę chciało się żyć, choć ta przyjaźń w żaden sposób nie przypominała czasów, kiedy Izuru był jeszcze obecny obok.
Chyba za bardzo się przyzwyczaiła, że ma Shuuheia przy boku, bo teraz, gdy nie było go w mieście, najchętniej schowałaby się pod kocem i nigdzie nie wychodziła. Przy Rangiku to jednak nie było takie proste. Na szczęście Matsumoto nie zaczynała tematu Shuuheia, żeby nie doszło znowu do jakiegoś spięcia pomiędzy nimi. Corrie pomimo świadomości troski przyjaciółki jakoś nie potrafiła docenić tego gestu. A może problem był gdzieś indziej, a ona jeszcze tego nie dostrzegała?
Telefon oderwał ją od rozważań. Przez chwilę sałatka musiała zejść na boczny plan.
– Cześć, wujku.
– Brzmisz na wesołą, Corrie.
– Cieszę się, że zadzwoniłeś. Ostatnio więcej wiedziałam od Nanao, co u ciebie – powiedziała nie bez cienia nagany w głosie.
Mężczyzna zaśmiał się krótko.
– Wybacz, miałem sporo na głowie. Ty chyba też, co?
Corrie usiadła na parapecie w kuchni, uśmiechając się lekko, choć było w tym geście nieco niepewności.
– Pewnie słyszałeś od wujka Shunsuia, a on od Nanao o Shuuheiu – powiedziała cicho.
– Shunsui to więcej słyszał, jak Nanao skarży się, że jesteś lekkomyślna, ale niewiele mu chyba wyjaśniła. Trochę mnie to martwi, Corrie.
– To nie do końca tak, jak Nanao twierdzi – przyznała i opowiedziała mu całą historię, mając nadzieję, że choć jedna osoba nie powie jej, że robi źle.
Naprawdę ją to gryzło i od kilku dni nosiła się z myślą, by zadzwonić do wuja, który ją wychował i zawsze wspierał. Powstrzymywała się tylko ze względu na to, że wiedziała, że w chwili obecnej to dość ciężki czas, żeby zawracała mu głowę swoimi rozterkami. W końcu przez wiele tygodni musiał znosić jej napady histerii, porzucając własne życie.
Juushiro wysłuchał ją w milczeniu i dopiero, gdy Corrie powiedziała wszystko, co chciała, odezwał się:
– Sam nie do końca jestem przekonany, co jest właściwe w tej historii. Z jednej strony cieszę się, że jakoś powoli podnosisz się z tego, co się stało z Izuru, a z drugiej trochę się obawiam. Głównie dlatego, że go nie znam.
– A chciałbyś? – zapytała ostrożnie.
– Nie widzę przeciwskazań. To twój przyjaciel, więc chyba nie ma w tym nic złego, żebym go poznał?
– Nie, po prostu Rangiku i reszta zachowują się, jakby Shuuhei zamierzał zamknąć mnie w jakiejś piwnicy i zrobić krzywdę. Wiem, że po tym wszystkim moja wiarygodność pewnie spadła, ale to nie oznacza, że mają się tak zachowywać.
– Ludzie boją się nieznanego, Corrie – przypomniał łagodnie. – Tego, czego nie rozumieją. Możesz tego nie mówić głośno, ale wiem, że i ty masz czasami wątpliwości wobec niego.
– To nie tak. Nie do końca – zaprzeczyła. – Zdaję sobie sprawę, że jedyne, co nas łączy, to zrozumienie, że świat po tym, co nas spotkało, nie jest łatwy. Tak było na początku. I naprawdę chciałam być komuś znowu potrzebna. Komuś, kto nie będzie obchodzić się ze mną jak z pękniętym jajkiem. Nie chcę być dla nikogo ciężarem, ale mimowolnie jestem. Nie chcę sobie nawet wyobrażać tego, co pewnie przeszedł, bo to mnie przeraża, ale nie chcę, żeby był sam. Teraz już nie potrafię się odwrócić i odejść. Tylko nie wiem, co zrobić z niechęcią Rangiku i reszty.
– Pozwól im go poznać.
– A co jeśli nie będą chcieli?
– Uwierz w nich. To twoi przyjaciele. Chcą dla ciebie dobrze. Może nie stanie się to od razu, ale daj im szansę.
Corrie westchnęła. Odpowiedź na te wątpliwości była oczywista, a jednak nie podjęła dotąd tej decyzji. Trochę ze strachu, a trochę z egoizmu. Za bardzo przyzwyczaiła się, że siedzą tylko w swoim towarzystwie i jakoś nie wyobrażała sobie, żeby to miało się zmienić. Że pewnego dnia może usiądą razem z resztą na takiej imprezie, jaką właśnie szykowały u Rangiku, będą się razem wygłupiać, śmiać i pić wino. Chyba chciała mieć go tylko dla siebie, bo nie patrzył na nią przez pryzmat tego, co było wcześniej.
– Spróbuję, choć nie wiem, czy Shuuhei będzie tego chciał. Wciąż jest nieufny, kiedy chodzi o innych, a sam wiesz, że czasami wygłupy Shinjiego i reszty są mocno przesadzone. Nie chcę, żeby coś odwalili.
– Nie zrobią tego ze względu na ciebie. Jesteś ich przyjaciółką, a ciebie nie skrzywdzą przecież. Więcej wiary, Corrie. I ja też chętnie poznam Shuuheia przy najbliższej okazji.
– Będę o tym pamiętać, wujku, a teraz muszę skończyć tę sałatkę, bo jeszcze zostały koreczki, a jak się nie wyrobię, Rangiku mnie zabije, bo jak zwykle się uparła, że zrobi mi makijaż. – Zaśmiała się.
– Bawcie się dobrze, córeczko. Kocham cię.
– Ja ciebie też, wujku.
Niedługo później Rangiku rzeczywiście odciągnęła Corrie od kuchni, mając nadzieję, że przekona przyjaciółkę do przebrania się w sukienkę. Poniosła jednak klęskę, Corrie nie chciała nawet o tym słyszeć i została w błękitnych leginsach i kolorowej tunice z rękawami imitującymi kimono. Pozwoliła się jednak uczesać i umalować, choć nie czuła takiej potrzeby, skoro mieli bawić się we własnym gronie.
Wraz z gośćmi przybył gwar rozmów i śmiechu. Po dwóch pierwszych drinkach Rangiku wyciągnęła gry, zarówno te, w które grali do tej pory, jak i dwie zakupione niedawno, skoro wydawały się ciekawe. Z czasem towarzystwo podzieliło się też na mniejsze grupki rozprawiające na różne tematy nad kieliszkami. To była miła odskocznia od codzienności, kiedy nie mogli zapomnieć, że są już dawno dorośli i muszą wypełniać swoje obowiązki.
Corrie weszła do kuchni z pustymi talerzami, które od razu wrzuciła do zmywarki. Nie bawiła się zbyt dobrze, chociaż próbowała, nie chcąc niweczyć starań przyjaciół, z którymi rzadko się ostatnio widywała. Nikt nie miał jej tego za złe, przynajmniej nikt o tym nie mówił głośno, wręcz przeciwnie próbowali wciągać ją do zabawy i rozmów. Chwilami wszystko było w porządku, ale przychodziły też momenty, kiedy Corrie mimowolnie zawieszała się gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wspomnieniami, bo przecież nic już nie było takie samo.
– Chyba nie bawisz się zbyt dobrze dzisiaj. – Usłyszała za plecami i niemal upuściła ostatni z talerzy, który miał wylądować w zmywarce.
Spojrzała ponuro na właściciela głosu, który rozpoznała bez problemu. Gin Ichimaru nie zmienił się w ogóle od ich ostatniego spotkania i jak zwykle prezentował się nienagannie. To nie był pierwszy raz, gdy nie słyszała, jak podchodził, bo robił to cały czas wszystkim, a z największym upodobaniem Izuru, który wielokrotnie się na to skarżył.
Nie była zadowolona, kiedy zobaczyła go w drzwiach, ale nie mogła przecież zabronić Rangiku zaproszenia na imprezę własnego partnera, o którym nie raczyła Corrie powiedzieć wcześniej. Chciała go zignorować tak, jak to robiła przez cały wieczór, obawiała się jednak, że Ichimaru nie odpuści, skoro miał okazję i ją wykorzystał.
– Raczej nie mamy, o czym rozmawiać – odparła, opierając się o blat. – Nie wiem, na co liczysz.
– Jak zwykle szukasz we mnie najgorszych cech – stwierdził lekko, uśmiechając się lisio. – Chciałem tylko powiedzieć, że cieszę się, że sobie radzisz.
Corrie zacisnęła pięści, próbując opanować napływający gniew. Od samego początku nie znosiła Ichimaru, który nie tylko był redaktorem Izuru, ale też próbował dość aktywnie istnieć w ich życiu. Po tym, co się wydarzyło, wielokrotnie ją odwiedzał, choć nigdy nie widziała, żeby było mu naprawdę przykro z tego powodu. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że patrzenie na jej cierpienie go bawi.
– Już ci to powiedziałam. Zostaw mnie w spokoju. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, Ichimaru.
– Gin, masz... – Rangiku stanęła w drzwiach kuchni zaskoczona widokiem ich razem. – Wszystko w porządku?
– Tak, Rangusiu. Tylko sobie rozmawiamy z Corrienką. Jestem naprawdę szczęśliwy, widząc, że wszystko u niej w porządku.
Matsumoto chyba nie była przekonana, bo wyciągnęła z lodówki dwie butelki, które podała Ichimaru.
– Wracaj do reszty – poleciła sucho i dopiero, gdy zostały same, spojrzała na Corrie. – Wiem, że go nie lubisz, ale mimo jego charakteru, naprawdę się przejmuje. Nieraz pyta, co u ciebie. Nawet jeśli nie próbuje cię odwiedzać.
– Nie chcę, żeby mnie odwiedzał – prychnęła Corrie. – To twój partner, poza tym nic nas nie łączy i ja go nie potrzebuję w swoim życiu. Wystarczająco próbował mieszać pomiędzy mną a Izuru.
– Dobrze wiesz, że to wcale nie było tak. Nie do końca, ale to chyba nie jest dobry moment, żeby o tym rozmawiać. Wróćmy do reszty.
Corrie chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała w ostatniej chwili i podążyła za przyjaciółką do salonu, gdzie trwała już kolejna rozgrywka na planszy. Usiadła obok Renjiego, któremu wyjątkowo dzisiaj nie szło, ale znów czuła się jak oddzielona od przyjaciół szklaną ścianą. I bardzo chciała, żeby ktoś ją rozbił w drobny mak, bo ta samotność doprowadzała ją do szaleństwa. Czy to się jeszcze kiedyś zmieni?
– Pomóż mi – jęknął Renji, spoglądając na przyjaciółkę.
– To oszukiwanie – odparła.
– Ej no weź. To będzie współpraca. Zostaniesz współtwórcą mojego zwycięstwa.
Corrie spojrzała na planszę.
– Tego to się już nie da uratować – stwierdziła, podnosząc się. – A ja jestem zmęczona.
– Odwieźć cię do domu? – zapytał Shinji, szczerząc radośnie zęby.
– Ani myślę gdziekolwiek ją z tobą puszczać – odparła Rangiku, spoglądając na przyjaciela groźnie. – Piłeś.
– Zabrzmiało, jakbym tylko czekał, aż zostanie sama, a przecież jestem niegroźny w tym stanie.
Corrie zaśmiała się nerwowo.
– Dzięki za chęci, Shinji, ale śpię dzisiaj tutaj – powiedziała. – Więc jakiekolwiek byłyby twoje plany, odpadam. Bawcie się dobrze.
Krajobraz za oknem zmieniał się za każdym mrugnięciem, choć nie dawał ukojenia. Shuuhei wciąż czuł się nerwowy i niespokojny, spoglądając co chwilę na zegarek w telefonie i modląc się, by podróż już się skończyła. Chciał być już z powrotem w Karakurze, wyjść z tej poruszającej się ponad setkę kilometrów na godzinę puszki, którą w każdej chwili coś mogło wytrącić z torów, powodując katastrofę.
Wiedział, że niepotrzebnie panikuje za każdym razem, gdy któryś ze współpasażerów rzucał mu zaniepokojone spojrzenie, przechodząc obok, a to budziło w Shuuheiu dodatkową czujność. Starał się trzymać na wodzy wszelkie katastroficzne scenariusze, bo przecież w spokojnej Japonii nikt nie spuści na pociąg bomby, nie zaatakuje go, a jednak nie było tak łatwo wytłumaczyć sobie, że wszystko jest w porządku, kiedy umysł robił, co chciał. Shuuhei mógł się jedynie pocieszać tym, że do pociągu chociaż wsiadł bez większej paranoi, skoro każdy inny pojazd omijał szerokim łukiem, poruszając się po mieście na własnych nogach.
Jeszcze poranna podróż nie była aż tak ciężka jak ta powrotna. Chyba podwójna dawka wrażeń to za dużo dla niego, ale nie zamierzał rezygnować i zostawać na noc w bazie. I tak odkładał tę wizytę wystarczająco długo, więc postanowił zrobić to szybko i jeszcze szybciej wrócić do tej rzeczywistości, której stałym elementem była Corrie.
Myślał o niej, odkąd tylko wsiadł do pociągu do Karakury. Ostatnimi czasy widywali się codziennie, to stało się już ich rutyną, dzięki czemu czuł, że znowu zaczyna żyć. Corrie jak nikt inny sprawiała, że świat nabierał barw, a przeszłość była jedynie przeszłością, choć nie zapominał, że sama też zmagała się z własnymi lękami. Nie wiedział, skąd brała na to wszystko siłę, skoro bolesne wspomnienia nie dawały jej spać po nocach i cieszyć się rzeczami, które dawniej nie były obciążone strachem przed kolejną porcją bólu. Mimo to uwielbiał jej uśmiech, bo mimowolnie sam się wtedy uśmiechał. Potrafił, nadal potrafił się uśmiechać.
Nie sądził, że jedno spotkanie może aż tak zmienić życie. Na początku był temu niechętny. Nadal miał świadomość, że Corrie była krucha, mógł ją łatwo zniszczyć, gdyby pozwolił własnym demonom szaleć. A jednak upór, z jakim Corrie raz po raz wyciągała do niego rękę, sprawił, że nie chciał jej już odpychać. Potrzebował tej uśmiechniętej dziewczyny w swoim życiu, możliwe, że jedynie ona widziała w nim coś więcej niż zlepek wad i traum, przez które nie potrafił spojrzeć na siebie w lustrze.
Przy tym doskonale wiedział, że był trochę niesprawiedliwy w tym wszystkim. Corrie wpuściła go do swojego życia sprzed tragedii, wiedział o niej wiele rzeczy. Może nie bez trudu, ale opowiedziała mu o mężczyźnie, którego kochała i który zginął, próbując ją obronić przed bezsensownym okrucieństwem. Podzieliła się z nim poczuciem winy, które nie miało żadnego uzasadnienia, ale możliwe, że Corrie nie potrafiła sobie inaczej wytłumaczyć powodu, dlaczego to wszystko się stało, choć żadne z nich nikomu niczym nie zawiniło.
Shuuhei wciąż nie powiedział jej za wiele. Wiedziała, że był żołnierzem, że z nieswojej wojny wrócił jako strzępek człowieka, że stracił wszystko, co było dawniej ważne. Nie zdradził niczego na temat kapitana, jakby bał się, że wywołany zacznie go nawiedzać. Gdyby wierzył w życie pozagrobowe, pewnie nie zdziwiłoby go, że nawet po swojej śmierci dowódca miał wobec niego wiele słów krytyki. Z pewnością opieprzyłby Shuuheia za tę stagnację i przyzwolenie, by przeszłość zabrała mu teraźniejszość i przyszłość.
Tęsknił za tą szorstkością, która motywowała go do pracy nad sobą. Gdyby kapitan nie stanąłby na jego drodze, pewnie nigdy nie poukładałby sobie właściwie w głowie. Shuuhei był trochę ciekawy, co by powiedział na temat Corrie i tego, co ją spotkało. Podejrzewał, że tak jak i on, gdyby mógł, sam rozszarpałby sprawców na strzępy albo zagonił do najgorszej roboty, żeby dotarło do nich, jakimi śmieciami są. Pewnie też by go wyśmiał, że celuje zbyt wysoko, bo w żadnym wypadku nie ma nic do zaoferowania takiej dziewczynie jak Corrie. Nie słuchałby też, że przecież nie ma w tym nic romantycznego. Byli jedynie przyjaciółmi. Dziwnymi przyjaciółmi, których połączyło to, że ani jej ukochanego, ani jego kapitana nie ma już wśród żywych.
Mógł poprosić Corrie, aby pojechała z nim. Możliwe, że uczyniłaby samą podróż pociągiem łatwiejszą, ale nie chciał zabierać jej do jednostki. Nie potrafił zmusić się do pokazania jej tej części jego samego. Trochę się bał, że do Corrie dotrze okrutna rzeczywistość wojny, w której brał udział. Z jej perspektywy to mogło być abstrakcją, sam się tak czuł, nim wyjechał, a zderzenie z faktycznym obrazem było dość bolesne. Czy to zmieniłoby jej stosunek wobec niego? Nie był pewny i bał się sprawdzać.
Nie mógł też wszystkiego robić z jej asystą. Był dorosłym facetem i musiał sam o siebie zadbać, a nie obciążać tym młodszej od siebie dziewczyny, która sama zmagała się z traumą. Nie chciał być aż takim tchórzem i przegrywem, chciał udowodnić przede wszystkim sobie, że potrafi wsiąść do pociągu, załatwić swoje sprawy i wrócić bez robienia z siebie wariata. Od dawna wiedział, że nie może wiecznie pozwalać przeszłości sobą rządzić, choć dopiero teraz znalazł motywację, żeby znów spróbować żyć. Corrie była jego motywacją. Pomimo tragedii, która ją spotkała, stawiała kroki ku normalności. Była od niego dużo silniejsza, choć tak krucha, że nadal obawiał się, że nieopatrznym ruchem ją skruszy.
Tęsknił za nią. Widzieli się zaledwie wczoraj, a on nie potrafił wytrzymać nawet jednego dnia bez jej obecności obok. Rozważał, czy nie pójść do niej, gdy tylko dotrze do Karakury, ale zaraz uświadomił sobie, że będzie już późno. Nie chciał jej nachodzić o takiej porze, to nieodpowiednie i czułby się źle z myślą, że mógłby sprawić jej dyskomfort, nawet jeśli tego nie okaże. Miał przy sobie klucze do mieszkania Corrie, ale póki nie musiał, nie chciał ich używać. Zaufała mu, teraz chciał na to zaufanie faktycznie zasłużyć. Zobaczą się jutro w ciągu dnia.
Mimowolnie zerknął na telefon, ale nie znalazł tam żadnej nowej wiadomości od Corrie. Trochę było mu przykro z tego powodu, ale rozumiał, że dziewczyna miała przecież też swoje życie. Nie był całym jej światem, nie miał prawa żądać jej całkowitej uwagi. Ona też uszanowała to, że mógł być zajęty, skoro powiedział jej o podróży. Z pewnością nie chciała zawracać mu głowy, gdy załatwiał swoje sprawy. Za każdym razem dawała mu wystarczająco dużo przestrzeni, by czuł się komfortowo, ale nie było w tym niczego zachowawczego. Taka normalność pasowała im obojgu i nie było powodu, by to zmieniać.
A jednak kusiło go, żeby do niej napisać. Zapytać, co robi. Podzielić się swoimi odczuciami wobec podróży. Może nawet zadzwonić tylko po to, by usłyszeć jej głos. Zaraz się jednak za to zganił, bo to zaczynało iść w złą stronę. Przecież przeżyje jeden dzień sam ze sobą, do tego wieczoru, gdy zetknęli się po raz pierwszy, a o którym wolałby zapomnieć, jakoś żył, więc czemu teraz miałoby być inaczej?
Schował telefon zły na siebie, że zachowuje się jak desperat. Zwalił to na stres podróży, a naprawdę nie chciał kłopotać tym Corrie. W przeciwieństwie do niego miała jakieś życie, z którego mogłaby skorzystać, skoro nie pałęta się jej pod nogami.
Gdy tylko zdradliwe urządzenie znalazło się znowu w kieszeni, zasygnalizowało nadejście wiadomości. I o ile jeszcze przed chwilą Shuuhei ociągał się z ruchem, tak w tym momencie telefon niemal od razu znalazł się w jego dłoni.
„Nudzę się" – napisała Corrie.
Te dwa słowa sprawiły, że Shuuhei poczuł się szczęśliwy i potrzebny. Chyba chwilowo nie chciał tego rozważać bardziej.
„Też nie mam zbytnich rozrywek w tej puszce, której nie ufam za grosz" – odpisał.
„Pociągi są bezpieczne"
„Najniebezpieczniejsi są ludzie"
Przez chwilę nie odpowiadała i Shuuheiowi zrobiło się nieco głupio. A jeszcze kilka chwil temu wmawiał sobie, że nie będzie zrzucać swoich dzisiejszych trosk na jej ramiona.
„Przepraszam, marudzę" – napisał.
„Każdy z nas się czegoś boi. Masz do tego prawo, Shuu"
„To nie znaczy, że mam Ci zrzucać kolejny swój problem na głowę. W końcu jestem starszy, choć niekoniecznie mądrzejszy"
„Widziałam się dzisiaj z redaktorem Izuru" – napisała kilka minut później.
„Tym od persymonek?"
„Tak. Okazuje się, że Rangiku się z nim spotyka od jakiegoś czasu:("
„Ma do tego prawo, jeśli go lubi"
„Wiem! Tylko on jest dziwny"
Shuuhei uśmiechnął się lekko, choć z odrobiną autoironii.
„Ty widujesz się ze mną" – odpisał.
„To co innego"
Westchnął, czując, że Corrie jest bliska obrażenia się na niego. Może byłoby łatwiej jej to wyjaśnić zwykłą rozmową, ale nie chciał tego robić w pociągu.
„Nie miałem na myśli niczego złego. Po prostu tak jak ty troszczysz się o Rangiku, tak ona o ciebie. Żadnej z was nie podoba się ta druga osoba, która zbliża się do przyjaciółki. Chyba potrafię to zrozumieć"
„Przepraszam. Ja go po prostu nie lubię"
„I masz do tego pełne prawo. Tak samo jak Rangiku ma prawo być z nim szczęśliwa. Związki to w ogóle dziwna sprawa"
„Byłeś kiedyś w jakimś?"
Shuuheia odrobinę zatkało na to dość osobiste pytanie, ale w sumie zawsze, gdy ze sobą pisali, było łatwiej zahaczać o bardziej drażliwe tematy.
„Nie licząc czasów liceum, raz. Bardzo krótko. Rozstaliśmy się niedługo przed tym, jak wyjechałem"
„Wyjazd był powodem?"
„Nie. Nie mieliśmy dla siebie w ogóle czasu, więc to nie miało sensu"
„Przepraszam, chyba nie powinnam o to pytać"
„Ciekawość to nie grzech. Nie każdemu jest pisana wielka miłość"
„Może po prostu swojej jeszcze nie spotkałeś?"
„Może"
Corrie już na to nie odpisała, a Shuuhei powoli zaczął się zbierać do opuszczenia pociągu, skoro za parę minut miał dotrzeć do Karakury. Znów kusiło go, żeby zajść do Corrie i nogi same poniosły go z dworca pod kamienicę dziewczyny. Tam się dopiero zawahał, nie miał pewności, czy wizyta o tej porze to najlepszy pomysł. Spojrzeniem odnalazł okna mieszkania przyjaciółki, ale nie paliło się w nich światło. Mogła już spać, więc nie chciał burzyć jej tych godzin odpoczynku. Westchnął na własną głupotę i ruszył do domu ze świadomością, że nim sam będzie mógł się położyć, czeka go jeszcze spacer z Kazeshinim.
