Nie była pewna, w którym kierunku się udał, ale w końcu dostrzegła oddalającą się sylwetkę mijającą przystanek. Dogoniła go chwilę później nadal rozżalona i lekko zdyszana po biegu.

– Shuuhei, zaczekaj.

Złapała go za ramię, dopiero wtedy się zatrzymał i na nią spojrzał.

– Czemu za mną idziesz? – zapytał chłodno.

– Nie chcę, żebyś był teraz sam. Przepraszam. Mogłam się tego spodziewać.

– Powinnaś tam wrócić. To twoi przyjaciele.

– Ty też jesteś moim przyjacielem, a Shinji nie powinien się tak zachowywać. Przepraszam. To moja wina.

Shuuhei chciał coś warknąć, ale powstrzymał się, dostrzegając łzy w kącikach jej oczu.

– Przepraszam, nie powinienem się na tobie wyżywać – powiedział już spokojniej. – Rozumiem, kiedy jestem gdzieś niechciany. Starałaś się, to nie twoja wina, że tak wyszło, a tylko narobiłem ci wstydu. Lepiej pójdę do domu.

Nie chciał mówić, że spodziewał się podobnego scenariusza. To byłoby nie fair wobec Corrie, jakby jej dobre intencje nic nie znaczyły. W jakiś sposób rozumiał, że jej najbliżsi nie zamierzają akceptować jego obecności obok niej, choć był to naprawdę paskudny sposób, żeby to pokazać. Był też wkurzony, że w ten sposób ją skrzywdzili, nie myśleli w ogóle o jej uczuciach. Tak nie powinno być.

Tym razem Corrie nie wiedziała, jak miałaby go zatrzymać. Czuła się potwornie głupio, wiedziała przecież, że za każdym razem, gdy coś przyciągnie wspomnienia o wojnie, rozdrapuje rany, które przecież nigdy się nie zagoiły. Była naiwna, sądząc, że Shinji w imię przyjaźni ograniczy swoją niechęć do wojskowych, że nie zrobi niczego prócz zwyczajnych zaczepek, którymi raczył wszystkich i zawsze. Może nawet Rangiku go podpuściła, skoro była tak bardzo niechętna Shuuheiowi. Corrie była wściekła na nich oboje, na resztę też, skoro w żaden sposób tego nie powstrzymali, chciała na nich wrzeszczeć do utraty tchu, lecz to niczego by nie zmieniło. Przy tym wszystkim bała się, że Shuuhei tym razem naprawdę zerwie z nią kontakt albo stanie się coś gorszego. Nie potrafiła tego wyjaśnić inaczej, po prostu czuła, że nie chce go za żadne skarby zostawiać teraz samego.

– Odprowadzić cię? – zapytał, gdy w żaden sposób nie odpowiedziała.

Widział wyraźnie grę emocji w jej spojrzeniu. Wahała się, choć nie miał pewności, z jakiego powodu. Chyba chciała wrócić do Sakanae i jeszcze nagadać Shinjiemu, a jednocześnie chciała być tutaj.

– Nie chcę, żebyś był dzisiaj sam – powiedziała cicho.

– Corrie, to nie jest najlepszy pomysł, skoro oboje jesteśmy nabuzowani emocjami.

– Właśnie dlatego.

– Kazeshini został sam – przypomniał, choć zdawał sobie sprawę, że to dość słaba i oczywista wymówka.

– Możemy po niego pójść, jeśli nie chcesz mnie wpuszczać do siebie, ale nie odmawiaj mi, proszę.

– Dlaczego tak ci zależy?

Odwróciła spojrzenie, obejmując się ramionami. Dotarło do niej, że dookoła zrobiło się ciemno, a to za każdym razem przypominało o tamtym wieczorze.

– Nie jestem pewna, ale po prostu nie chcę, żebyś był dzisiaj sam – powiedziała cicho.

Przytulił ją, mając nadzieję, że to przyniesie choć odrobinę otuchy. Już samo to, że poszła za nim mimo pory, było zaskakujące, podejrzewał jednak, że w tamtej chwili po prostu o tym nie myślała.

– Nie winię cię – powiedział cicho, ale pewnie. – Miałaś jak najlepsze intencje, ale wiem, że boli myśl, że przyjaciele cię zawiedli. Mają prawo mnie nie lubić, ale to nie daje im prawa cię ranić. Ale w tej chwili nie ma znaczenia, co ja o tym myślę. Nie musisz się o mnie bać, Corrie. To był wieczór pełny wrażeń, oboje powinniśmy odpocząć.

– Ale...

– Pójdziemy po Kazeshiniego i odprowadzę cię do domu.

– Zostaniesz? – zapytała z nadzieją.

– Jeśli cię to uspokoi. – Westchnął. – Ale nie gwarantuję, że to będzie spokojna noc.

– Nie szkodzi – odparła, odsuwając się nieco uspokojona. – Masz prawo. Zresztą ty przy mnie siedziałeś, gdy obudziłam się z koszmarów – dodała trochę zawstydzona.

Wciąż nie czuła się dobrze z myślą, że wyrwał ją z mary, która dusiła ją przez wiele nocy i nie dawała odpocząć. Zdawała sobie sprawę, że nie ukryje przed nim własnej traumy, nigdy nie zamierzała, lecz nie oznaczało to, że chciała dzielić się również tymi najgorszymi szczegółami. Może to egoistyczne podejście, lecz wolała, by znał jej uśmiech, który chwilami nie był tylko maską.

Mimowolnie złapała go za rękę, gdy szli w kierunku jego mieszkania. Nie rozmawiali, w obojgu wciąż buzowały emocje po wydarzeniach w Sakanae, a wypity alkohol, choć nie było go zbyt wiele, też nie pomagał w powrocie do normalności. Oboje mieli nadzieję, że cisza pomoże poukładać to wszystko, z czym niekoniecznie sobie radzili, że będzie łatwiej kiedyś zacząć temat i wyjaśnić sobie wszystko od początku.

Wahał się, gdy otwierał drzwi, ale nie chciał o tej porze kazać czekać Corrie przed mieszkaniem. To nie byłoby dla niej komfortowe, a nadal miała szkliste spojrzenie i niezbyt zadowoloną minę. Mimo to wpuszczenie jej tutaj było dla niego dość niezręczne.

– Poczekam – powiedziała, uśmiechając się lekko.

Shuuhei odwzajemnił kwaśno gest i wszedł głębiej do mieszkania, skoro Kazeshini nie zamierzał ułatwiać sprawy. Corrie oparła się o ścianę tuż przy drzwiach. Widziała stąd tylko kawałek pokoju – na stoliku leżało opakowanie po jedzeniu na wynos, zza widocznej kanapy, na której dostrzegła porzucony luźno koc, wystawał stos ubrań. Kusiło ją, żeby wejść dalej, ale nie chciała sprawiać Shuuheiowi jeszcze większego dyskomfortu, skoro do tej pory nie bardzo miał ochotę wpuszczać ją tutaj. W jakiś sposób go rozumiała, jej udało się jakoś zachować porządek, zresztą na początku to Rangiku i Momo – na wspomnienie przyjaciółek zakuło ją nieprzyjemnie – sprzątały po każdym napadzie histerii, ale ciężko było ukrócić bałagan wokół siebie, gdy człowiekowi nie chciało się żyć.

Kazeshini wypadł na nią niespodziewanie, domagając się uwagi. W tle słyszała przekleństwa z ust Shuuheia, który po raz kolejny odgrażał się, że pozbędzie się psa przy najbliższej okazji. Corrie wiedziała, że to czcze pogróżki, co by nie mówił, przywiązał się do psiaka, który wprowadził do jego życia trochę kolorytu, a teraz pozwolił im w końcu ochłonąć po Sakanae.

– Odpuść mu – powiedziała, łapiąc Kazeshiniego za obrożę, nim zdążył im umknąć. – Oboje wiemy, że go potrzebujesz.

– W ogóle – mruknął Shuuhei, zapinając smycz. – Nie znoszę tego psa. Zresztą doskonale wiem, że vice versa. Chcesz wziąć jakieś jedzenie na wynos po drodze? – zapytał, gdy już wychodzili.

– Nie chce ci się gotować?

– Myślę, że możemy sobie pozwolić na tę odrobinę lenistwa dzisiaj. – Uśmiechnął się lekko, nie chcąc wracać do przykrych spraw. – Po drodze jest całkiem niezła burgerownia.

– Niezdrowe żarcie? – Uniosła brew rozbawiona.

– Piliśmy, więc takie będzie najlepsze. Nie daj się prosić. Wiem, że chcesz.

Corrie roześmiała się i w końcu kiwnęła głową. Zły czar prysł. Znów rozmawiali o głupotach w czasie drogi do mieszkania dziewczyny, nie pozwalając, by rozgaszczająca się noc kompletnie zepsuła im ten dzień.

Mieszkanie było ciche, zbyt ciche, kiedy Corrie się obudziła. Najchętniej wtuliłaby się jeszcze w poduszkę, ale ten bezruch ją zaniepokoił. Jeszcze w piżamie ruszyła do salonu, gdzie nie zastała nikogo, na stoliku za to dostrzegła kartkę. „Wyprowadzam tego zbója. Wrócę ze śniadaniem" – głosiła wiadomość, na którą Corrie się uśmiechnęła. To było miłe mieć na kogo czekać i z kim spędzić poranek.

Mimowolnie spojrzała na zdjęcia. Zaraz jednak pokręciła głową, odrzucając tę jedną, głupią myśl, która urodziła się w tym przypływie sympatii. Była kompletnie niepoważna i należało o niej czym prędzej zapomnieć, żeby sobie nie utrudniać.

Wyszła z łazienki akurat w momencie, gdy usłyszała pukanie. Zdziwiła się trochę, bo przecież Shuuhei dostał od niej klucze już jakiś czas temu i wyglądało, że wykorzystał je, żeby zamknąć za sobą, gdy wychodził z Kazeshinim. Mimo to poszła otworzyć. Kolejnym zaskoczeniem był Renji, który stał na jej progu.

– Mam nadzieję, że nie przychodzę zbyt wcześnie – odezwał się wyraźnie spięty.

– Po co przyszedłeś? – zapytała chłodno.

– Chcę przeprosić. Wpuścisz mnie?

Przez chwilę się wahała. Wciąż była zła na przyjaciół za Sakanae, jednak głównie było jej przykro, że się na nich tak bardzo zawiodła. W końcu nie kazała im od razu polubić Shuuheia, mieli się z nim tylko spotkać.

– Wejdź – powiedziała w końcu.

Renji obrzucił podejrzliwym spojrzeniem złożony na sofie koc, ale nie skomentował tego szczegółu, całą uwagę poświęcając Corrie. Ta nie pozwoliła mu dojść do słowa.

– Nie chcę waszych przeprosin. Zresztą to nie mnie powinniście przepraszać.

– Corrie, to wszystko głupio wyszło. Hirako przesadził, a Matsu go tylko podpuściła. Tylko że wszyscy czuli tak samo, że nie mamy wpływu na tę zmianę.

– To nikogo nie usprawiedliwia – mruknęła.

– Wiem, ale przyznasz, że więcej czasu ostatnio spędzasz z nim niż z nami.

– I co z tego? Nie wolno mi? Jak chciałam, żebyście go poznali, to odwaliliście mi numer – warknęła. – Po co właściwie przyszedłeś, Renji? Sprawdzić mnie?

– Tak – powiedział zgodnie z prawdą. – Każdy z nas... Nie, ja zdaję sobie sprawę, że wciąż tkwisz w żałobie po Kirze. Że nie jest dobrze, bo jak mogło być dobrze po czymś takim. Corrie, wiem, że nie potrafię ci pomóc. Tu potrzeba specjalisty i kogoś o większej empatii niż moja, ale nawet ja dostrzegam, jak krucha jesteś. Nie wychodzisz, gdy jest ciemno, zawieszasz się, gdy ktoś mówi o Kirze bądź coś go przypomni. To nie jest normalne, ale tak po prostu jest. Nie mamy na to wpływu, bo to musi się zagoić.

Corrie założyła ręce na piersi, zaciskając gniewnie usta. W jej oczach jednak Renji dostrzegł ból, gdy wspomniał o Kirze. Wiedział, że powstrzymała się przed spojrzeniem na zdjęcia, na których uwiecznili własne szczęście. Sam najchętniej by je ściągnął, ale nie śmiał tego sugerować przyjaciółce.

– Nie wiem, co mam sądzić o tym facecie – kontynuował, kiedy Corrie nic nie powiedziała. – To widać, jest dla ciebie ważny w sposób, którego nie potrafię zrozumieć, bo wszystko we mnie wrzeszczy, że powinnaś trzymać się od niego z daleka. To jednak nie usprawiedliwia Hirako... – przerwał, gdy usłyszeli otwierające się drzwi.

Renji obrócił się gwałtownie gotowy praktycznie do każdej reakcji, ale zaskoczenie wzięło górę, gdy do salonu wszedł Shuuhei, a pomiędzy nich wbiegł Kazeshini. Pies nastroszył się na widok Renjiego, nie zaatakował jednak.

– Przeszkodziłem? – zapytał Shuuhei niepewnie.

Nie spodziewał się, że Corrie może mieć gościa o tej porze, a jeszcze bardziej spotkania z którymś z jej przyjaciół tak szybko.

– Czy on tu nocował? – odezwał się w końcu Renji.

– To nie jest twoja sprawa.

Renji przetarł twarz dłonią, ale tym razem nie zaatakował. Spojrzał poważnie na Shuuheia, który nie był pewien, czego powinien się spodziewać. Pierwsze spotkanie było dość szorstkie, wczoraj jakoś normalnie gadali, ale to o niczym nie świadczyło. Tylko że Renji nic nie mógł poradzić, że szlag go trafiał na myśl, że Shuuhei spędził noc w mieszkaniu Corrie. Czy oni...?

– Mamy do pogadania, Hisagi. – Renji zwrócił się prosto do Shuuheia. – Na osobności – podkreślił.

Corrie chciała zaprotestować, obawiając się, że Renji tylko czeka, aż będzie mógł rzucić się na Shuuheia, sądząc, że w ten sposób ją obroni. Zawsze najpierw działał, potem myślał i czasami inni musieli ponieść za niego konsekwencje tych działań. Jednak Shuuhei odezwał się pierwszy:

– Zostawisz nas, Corrie?

– Ale...

– Proszę, nie powinnaś być przy tym obecna. Poradzę sobie.

Corrie poczuła złość, że Shuuhei próbuje w jakiś sposób ją ograniczyć. Zaraz jednak dotarło do niej, że nie może ciągle być dla niego tarczą. Mimo to wciąż trochę bolało, że została z tej rozmowy wykluczona, a w końcu ją też to wszystko dotyczyło.

– Nie roznieście mi mieszkania – prychnęła niezadowolona. – Chodź, Kazeshini. Jesteśmy tu zbędni.

Chwilę później zatrzasnęła za sobą drzwi do sypialni. Shuuhei westchnął, domyślając się, że trochę ją zdenerwował. Obiecał sobie, że później jej to wynagrodzi i odwrócił spojrzenie na Renjiego, który ani przez chwilę nie przestawał go obserwować.

– Jeśli o to chodzi, to nie sypiam z Corrie – powiedział poważnie. – Opowiedziała mi, co ją spotkało. Nie śmiałbym jej tego nawet sugerować.

Renji oparł się o najbliższy fotel i zdusił w sobie chęć zapalenia. Nie robił tego zbyt często, ale teraz czuł, że potrzebuje wsparcia tytoniowego dymu. Jednak Corrie by go udusiła, gdyby spróbował palić w jej mieszkaniu.

– Wątpię, żeby pozwoliła ci tu zostać, gdybyś próbował cokolwiek w tym temacie zrobić – odezwał się w końcu. – Nie jest aż tak naiwna, chociaż może wyglądać. Nigdy nie robiła niczego, czego nie chciała, jest zbyt uparta. Dlatego nikt z nas nie wyperswaduje jej, żeby przestała się z tobą widywać. Takie rzeczy mógł na niej wymóc jedynie Kira. – Umilkł na chwilę, żeby zebrać myśli. Shuuhei go nie pospieszał, nie odpowiedział też nic na usłyszane dotąd słowa. – Ta wczorajsza sytuacja nie powinna się w ogóle zdarzyć. Shinji to dupek, czasami zapominamy, że aż taki, ale nie miał prawa tego robić. Nie mogę się wypowiadać za resztę, chociaż podejrzewam, że wszyscy myślą podobnie. Żadne z nas go nie powstrzymało. Należą ci się przeprosiny za wczoraj, Hisagi. Nikt z nas nie miał prawa rozdrapywać ran, które się nie zagoiły.

– Nie chcę wyjść na chuja, ale jak teraz o tym myślę, to mogłem się spodziewać, że ktoś z was dobitnie pokaże mi, że mam się odwalić od Corrie – odparł Shuuhei gorzkim tonem. – Sam nadal miewam myśl, że nie jestem dla niej najlepszym towarzystwem, ale to jej przyjaciele dali wczoraj pokaz skurwysyństwa. To przez was płakała.

Renji mimowolnie spojrzał na zdjęcia na ścianie chyba tylko po to, by nie patrzeć na Shuuheia.

– Jest z nas najmłodsza – powiedział. – Chociaż nikt z nas nie miał wpływu na to, co im się przydarzyło, każdy z nas... ja nie mogę sobie wybaczyć, że nie było mnie tam wtedy, że nie mogłem stanąć w ich obronie. Doskonale wiem, że ta myśl nie ma sensu. Tak samo jak to, że Corrie się o wszystko obwinia. – Skrzywił się paskudnie i zaklął w myślach na kuszący go nałóg. – Znamy się naprawdę długo, jesteśmy jak rodzina i chcemy chronić Corrie przed kolejną podobną sytuacją. Już i tak życie ją wystarczająco mocno skopało.

Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał. Shuuhei spojrzał na zdjęcia na ścianie, po raz kolejny czując się jak intruz. Tylko teraz już chciał być częścią życia Corrie, nawet jeśli nie był to najlepszy pomysł.

– Potrafię to zrozumieć. To naturalne chronić cenne dla nas osoby – odparł. – Zrozumiałbym nawet, gdybyś mi dał w pysk, gdy się tylko zorientowałeś, że tu spałem, zamiast ze mną gadać.

– Corrie by mnie za to zatłukła – mruknął Renji. – Jaką mam gwarancję, że przy kolejnej takiej sytuacji się na nią nie rzucisz? Ta myśl nadal nie daje mi spokoju, chociaż muszę przyznać, że dopóki Shinji nie odpierdolił, całkiem nieźle się gadało.

– To fakt.

– Równie dobrze możemy się wybrać na piwo, to może mnie przekonasz do siebie.

– Robisz to dla Corrie czy dla siebie? – zapytał Shuuhei, nie mogąc się powstrzymać.

Renji uśmiechnął się bezczelnie.

– Kto wie? – odparł. – Jak jej każę przestać się z tobą spotykać, znowu się wkurzy. Za to będzie zadowolona, widząc, że się tolerujemy. Osobiście nic do ciebie nie mam, może gdybyśmy się poznali wcześniej, bylibyśmy kumplami.

– Możliwe.

– Wezmę twój numer od Corrie i napiszę ci kiedy. Pewnie i tak nie będziesz miał nic do roboty. – Renji zebrał się do wyjścia. – A, jeszcze jedno. Jeśli ją skrzywdzić, nie żyjesz, Hisagi.

Shuuhei nie do końca wiedział, jakie intencje kryją się za słowami Renjiego. Nie sądził, żeby Abarai go polubił, podejrzewał go raczej o troskę, może nawet nadmierną, o Corrie. Mimo to chyba był w stanie przyjąć te koślawe przeprosiny, które usłyszał. Nie wietrzył w poprzednim wieczorze większego spisku, najprawdopodobniej tylko właściciel baru wiedział, co ma się wydarzyć, a reszta po prostu nie zrobiła nic, aby temu zapobiec. Nie chciał analizować powodów. Nadal nie podobało mu się, że skrzywdzili w ten sposób Corrie, nie czuł się jednak na pozycji, która pozwalała mu ich krytykować.

Zapukał do drzwi sypialni Corrie, obawiając się, że dziewczyna obraziła się na tyle mocno, że nie będzie chciała z nim w ogóle rozmawiać. Czuł wobec niej lekkie wyrzuty sumienia, że odsunął ją od tej rozmowy, jednak były rzeczy, o których nie chciał mówić w obecności przyjaciółki. I wiedział, że Renji też ma takie rzeczy, więc może to też był powód zaproszenia.

Corrie obrzuciła go zaniepokojonym spojrzeniem, a gdy dotarło do niej, że nie widzi żadnych obrażeń, naburmuszyła się widocznie.

– Tym razem nie doszło do rękoczynów – oznajmił Shuuhei.

– Zauważyłam.

– Jak mogę cię przebłagać?

Dał sobie spokój z tłumaczeniami. Wiedział, że Corrie to wszystko rozumiała, a jednak bardziej była zła na Renjiego i martwiła się o niego, stąd to zachowanie. Wolał z nią o tym porozmawiać już spokojnie, gdy z obojga zejdą emocje.

– Obiecałeś śniadanie. To tak na początek – odparła. – A potem coś wymyślę.