Renji nie wiedział, co go podkusiło, by wyciągnąć tego całego Hisagiego na piwo. Jak zwykle działał pod wpływem chwili, co w czasach szkolnych kończyło się zwykle burą od wychowawcy i ostrzeżeniem, że jeśli nie zacznie myśleć, co robi, nigdy do niczego nie dojdzie. Pomimo tych utyskiwań na naturę Abaraia, jakoś sobie radził w życiu i nie mógł zbytnio narzekać, choć wciąż zdarzały mu się brzemienne w skutkach gafy.

Tak jak z Hisagim. Jednak słowo się rzekło, więc głupio by było teraz udawać, że propozycja nie padła. Jakimś cudem wydębił od Corrie numer Shuuheia, choć przyjaciółka nie wyglądała na zachwyconą. Nie dziwił się po akcji, którą odwalił Shinji. I choć bolał ten brak zaufania, zupełnie ją rozumiał.

Odrobinę nie wierzył, że Hisagi się w ogóle pojawi. Czemu miałby? Renji był dla niego obcą osobą, jedynie przyjacielem Corrie, który do tej pory słabo go tolerował. Renji sam by odrzucił takie zaproszenie, choćby z czystej przekory i własnej wygody, skoro do tej pory był persona non grata w ich grupie. Wątpił, by po powrocie z wojny Hisagi był duszą towarzystwa, wystarczająco widział, żeby dojść do takich wniosków.

A jednak Hisagi zjawił się w barze kilka minut przed umówioną godziną. Renji obserwował, jak Shuuhei czujnie rozgląda się po ciemnawym wnętrzu, a potem kieruje się w jego stronę nadal nieco spięty. Renji i tak wybrał porę, kiedy Benihime była jeszcze pusta, a stali bywalcy dopiero mieli się zjawić. Wolał uniknąć problemów, także ze względu na Corrie, która by go chyba zadusiła, gdyby coś się wydarzyło.

– Yo – odezwał się pierwszy, szczerząc zęby. Skinął też do Tessaia, który postawił przed nimi dwa piwa. – Punktualny z ciebie gość.

– Sądziłeś, że nie przyjdę? – zapytał Shuuhei.

– Z reguły nie ufam obcym, a trochę ostatnio poczytałem o żołnierzach wracających z misji. Przejebana sprawa.

Shuuhei nie odpowiedział. Napił się piwa, wciąż nie do końca wiedząc, czemu właściwie przyjął zaproszenie. Co prawda Renji nie dawał mu już do zrozumienia, że ma się odczepić od Corrie, nie aż tak dosadnie, ale nadal nie pałał do niego sympatią. Sam też nie miał najlepszego zdania o gwałtownym i bezczelnym Abaraiu. Mimo to przyszedł tutaj gotowy wysłuchać tego, co Renji miał mu do powiedzenia.

– Nie zamierzam cię wypytywać o szczegóły, Corrie pewnie też nie powiedziałeś. To by mogło być dla niej za dużo – kontynuował Abarai, skoro nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Chociaż teraz trudno powiedzieć. Od czasu tamtego wieczora ciężko mi zrozumieć większość jej decyzji. Chyba nas wszystkich to trochę przerosło.

Wyciągnął paczkę papierosów, chciał sięgnąć po jednego, ale najpierw skierował je w stronę Shuuheia.

– Nie palę – odparł Hisagi. – Ale ty się nie krępuj.

Renji zaciągnął się dymem i przez chwilę siedzieli w ciszy. Shuuhei obserwował Abaraia, zaczynając nieco rozumieć zachowanie mężczyzny. Ta nerwowość aż wylewała się z niego razem z bezradnością. Nikt z nich nie był przygotowany na tragedię, trudno, żeby byli, więc gdy się stało, zupełnie nie wiedzieli, co z tym zrobić, skoro samo roztoczenie opieki nad rozsypaną wewnętrznie Corrie nie pomogło.

– Z Kirą chodziliśmy do jednej szkoły od samego początku – odezwał się znowu Renji. – Gdzieś pod koniec podstawówki trafiliśmy do jednej klasy i potem już jakoś poszło. Trudno było go nazwać kujonem, ale wiecznie siedział cicho i coś skrobał. Chyba było mi go żal, dzieciaki nie rozumieją, że ktoś może mieć inne zainteresowania niż one same i ciągle wyciągałem go do drużyny. – Uśmiechnął się pod nosem do wspomnień. – Gdyby nie był takim milczkiem, pewnie byłby całkiem popularny, a może nawet dochrapałby się do władzy. Ale to Kira. Odzywał się tylko wtedy, gdy uznał to za konieczne.

Zamówił drugie piwo, a Shuuhei nie odpowiedział. Z łatwością mógł sobie wyobrazić tych dwóch razem, niby ogień i woda, ale musieli się dogadywać, skoro szkolna przyjaźń przetrwała lata. Choć podejrzewał, że wiele zasługi w tym było Renjiego, który uparcie wyciągał przyjaciela do ludzi.

– Byliśmy w drugiej klasie liceum, kiedy Kira został finalistą jakiegoś konkursu dla młodych pisarzy – kontynuował Renji niezrażony brakiem odpowiedzi. Chyba nawet nie chciał żadnych spostrzeżeń ze strony Shuuheia, który nie miał jeszcze pewności, do czego zmierza ta historia. – Gdzieś na wakacjach były wyniki, a że wujek Corrie był jednym z jurorów, akurat ona też tam była i do niego zagadała. Potem się kretyn przyznał, że kojarzył ją z klubu teatralnego, któremu czasem pomagał przy scenariuszach. Już wtedy mu się podobała, ale nie miał odwagi, żeby do niej podbijać. Od samego początku twierdził, że nie ma u niej szans, chociaż akurat mu się nie dziwiłem. Była ledwo w pierwszej klasie, a niemal wszyscy w szkole ją kojarzyli. Śliczna, zdolna i towarzyska przyciągała uwagę. Jeszcze długo po tym, jak zaczęła się spotykać z Kirą, dostawała propozycje od innych. Ale Corrie widziała tylko Kirę. W życiu nie widziałem tak bardzo zakochanych w sobie ludzi, a przecież byli wtedy dzieciakami. – Upił piwa, zapalił drugiego papierosa. – Pod koniec września w miejskiej świątyni odbywa się pierwszy jesienny festiwal. Cudem udało mi się zmusić Kirę, żeby ją zaprosił. Niedługo później zaczęli ze sobą chodzić. Planowali ślub w przyszłym roku, przynajmniej Kira coś przebąkiwał o tym na kilka dni przed tym, co się stało – zakończył grobowym tonem. – Corrie chyba o tym nie wiedziała.

Do Shuuheia dotarło, że nie czuje już niechęci do Renjiego. Chyba mu bardziej współczuł – stracił przyjaciela, nie potrafił pomóc przyjaciółce, która dotąd cierpiała. To nadal nie usprawiedliwiało agresji w stosunku do niego, jednak teraz Shuuhei dużo lepiej rozumiał tę awersję.

– Corrie była naszym słońcem – odezwał się znowu Renji. – Każde z nas ma coś za uszami, ale ona nas przez to nie porzuciła. A teraz my nic nie możemy dla niej zrobić, gdy cierpi. Nic, co robimy, nie jest dobre. I pojawiasz się ty, Hisagi.

– Nie dziwię się, też nie byłbym zachwycony obecnością kogoś, kto mógłby ją z łatwością skrzywdzić – odparł Shuuhei.

– Właśnie, ale do Corrie nie dociera. Jak zwykle jest uparta jak osioł. Nigdy nikogo nie słucha, robi, co chce. Zupełnie nie wiem, co ona w tobie widzi i dlaczego tak bardzo upiera się właśnie na ciebie. Ma nas, a jednak... – Westchnął ciężko. – Nawet nie wiem, co mógłbym dla niej zrobić.

Shuuhei znał to bezradne spojrzenie. Widział je po powrocie u Nel i reszty, gdy wciąż odrzucał ich wyciągnięte ręce, a na sympatię i próby powrotu do normalności reagował napadami wściekłości. Nie mieli tyle siły, by przy nim zostać, a on w żadnym momencie im na to nie pozwolił, chcąc samotności. Dopiero teraz, po wielu miesiącach zrozumiał, jak paskudne to było w stosunku do najbliższych mu ludzi.

Corrie swoich przyjaciół nie odrzuciła, choć to niczego nie poprawiało, bo oni też nie wiedzieli, jak jej pomóc. Może nawet trochę się poddali i zaczęli ignorować traumę, mając nadzieję, że ignorowana po prostu zniknie. To jednak tak nie działało i stąd wszelkie problemy.

Nie wiedział, co powinien poradzić Renjiemu. Sam nie umiał radzić sobie z własną traumą, ta Corrie też stanowiła dla niego zagadkę, zwłaszcza kiedy przyjaciółka zachowywała się w dość specyficzny sposób. Mimo to nie chciał widzieć, jak Abarai się poddaje i oddala, skoro tyle czasu się przyjaźnili.

Po kolejnym piwie Renjiemu rozwiązał się na tyle język, że zaczął opowiadać stare historie z czasów, kiedy jeszcze było dobrze, przeplatając to z marudzeniem pod adresem Corrie, która, według niego, miała za nic jego troskę. Nawet nie oczekiwał odpowiedzi ze strony Shuuheia zasłuchanego w to wszystko z tą odrobiną współczucia niewidocznego przez pijany umysł towarzysza. Miał, o czym myśleć, gdy doprowadził Abaraia do jego mieszkania, a potem wrócił do siebie, choć nie był pewny, na ile zmieni to relację pomiędzy nim a Corrie. Może w ogóle, a może dopuści do siebie jeszcze jedną osobę, bo najwyższy czas było zacząć znowu żyć.


Rangiku uwielbiała zakupy z przyjaciółkami, więc wykorzystywała każdą możliwą okazję, żeby wyciągać je przy okazji kolejnej wyprzedaży czy przed jakimś wypadem, na który warto było się wystroić. Początkowo Corrie starała się oponować przed zakusami Matsumoto, lecz w końcu dotarło do niej, że nie ma to żadnego sensu i pozwalała sobie na czerpanie przyjemności z tych wyjść.

Tym razem Rangiku potrzebowała nowej sukienki na jakiś bankiet organizowany przez redakcję Ichimaru, więc wyszły tylko we dwie, skoro reszta kobiecej części ich grupy miała tego popołudnia obowiązki. Bawiły się całkiem nieźle, obiad z ulubionej knajpy wzięły na wynos i w końcu obłowione dotarły do mieszkania Matsumoto.

Żadna do tej pory nie poruszyła tematu feralnego spotkania w Sakanae. Rangiku chyba udawała, że nic złego się nie stało, a Corrie starała się nie chować urazy – Shuuhei przekonał ją, żeby porozmawiała z przyjaciółką na spokojnie o tym, co się stało. Nie chciał, żeby z jego przyczyny doszło do rozłamu pomiędzy bliskimi sobie ludźmi.

Wśród innych nie wypadało ryzykować awanturą, lecz teraz, w pustym mieszkaniu, Corrie nie zamierzała dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

– Rangiku, to było miłe popołudnie, ale nadal jestem trochę na ciebie zła – odezwała się, gdy przyjaciółka nastawiała wodę na herbatę.

– Ja też mam ci coś do powiedzenia w tym temacie – odparła Matsumoto, domyślając się, o co dziewczyna może mieć pretensje. – Shinji powiedział mi tuż przed twoim przyjściem, co szykuje.

– Podpuściłaś go? – zapytała Corrie, choć nie wiedziała, czy chce znać odpowiedź.

– Wiesz, że kiedy chodzi o mundurowych, nie trzeba mu nic mówić. Miałam nadzieję, że ten wariat się od ciebie odczepi.

Corrie poczuła przypływ tamtego gniewu. Pamiętała doskonale, jak w jednej chwili Shuuhei coś mówił, a w drugiej zdezorientowany i przerażony zrzuca wszystko ze stolika, pod który zaraz próbował ją wepchnąć przekonany, że będzie tam bezpieczna. Jak chwilę później szarpie się z Renjim, któremu w końcu udało się go wyprowadzić na świeże powietrze.

– Skrzywdziliście go – powiedziała z wyrzutem. – Co chcieliście tym udowodnić? Ja się do tej pory boję wyjść na zewnątrz, gdy jest ciemno. Traumy magicznie nie znikają, Rangiku.

– Twoja cię nie zabije, jego może. Obchodzi mnie tylko twoje bezpieczeństwo, Corrie.

– A moje uczucia?

– Do ciebie nie dociera, że ten facet jest skrajnie niebezpieczny – syknęła Rangiku. – Przetrąci ci kark, nim zdążysz zauważyć. Nie miałabyś żadnych szans, gdyby cię zaatakował i chciał ci zrobić krzywdę. Chcesz to znowu przeżywać?

Corrie przełknęła ślinę, odrzucając od siebie obudzone przez przyjaciółkę wspomnienia tamtej nocy.

– Shuuhei taki nie jest – odparła.

– Corrie, zbyt wielu takich jak on stało się psycholami – powiedziała spokojniej, nie chcąc wywołać całkiem kłótni. – Nie masz gwarancji, że coś mu nie odbije. Spędzasz z nim sporo czasu, ale ile ci o sobie powiedział? Skąd wiesz, co mu siedzi w głowie? Co jeśli przy kolejnym nawrocie mu odbije? Pomyślałaś o tym w ogóle?

Corrie zacisnęła zęby. Nie chciała w ten sposób postrzegać przyjaciela, który przecież miał tyle okazji, żeby ją skrzywdzić. Pamiętała tę jedną z nielicznych opowieści o dziewczynie, którą chciał obronić, ale nie dał rady. Gniew na oprawców jej i Izuru był prawdziwy, nie udawał.

Zdawała sobie sprawę, że zawsze była szansa, że coś się wydarzy. Tych kilka momentów, kiedy wzbudził w niej lęk, nie były jednak momentami, kiedy czuła się w jego obecności zagrożona. Dbał o jej bezpieczeństwo i zamierzała w to wierzyć, nawet jeśli Shuuhei sam w siebie nie wierzył.

– Dlaczego mi nie ufasz, Rangiku? – zapytała cicho.

– Nadal nie doszłaś do siebie. Myślisz, że nikt z nas tego nie zauważył? Może nigdy nie dojdziesz w pełni do siebie, ale zbyt ciężko o ciebie walczyliśmy, żeby cię teraz stracić. Corrie, zrozum, że zależy nam na twoim bezpieczeństwie. Mnie zależy.

– Więc daj mi szansę udowodnić, że wiem, co robię. Daj Shuuheiowi szansę bez durnych zagrywek Shinjiego. Jemu trzeba wsparcia, nie stereotypów i podejrzeń. Naprawdę nawet tyle nie możesz mi dać?

– Ten facet budzi jedynie moje obawy.

– Ja za Ichimaru też nie przepadam, a jednak ty się z nim spotykasz. Nawet mi nie powiedziałaś, dowiedziałam się po fakcie.

– Gin nie ma z tym nic wspólnego. Poza tym wiedziałam, że jak ci powiem, zrobisz awanturę tak czy tak.

– Więc lepiej było mi nic nie mówić, że zaczęłaś spotykać się z tym psychopatą, który ciągle pchał nos w nasze życie – prychnęła Corrie. – Rzeczywiście dużo lepsza opcja.

Obie wiedziały, że Corrie nie zaakceptuje w pobliżu siebie Ichimaru. Jej awersja do redaktora rosła od chwili, gdy go poznała z powodu jego dość nietypowego zachowania. Odmawiała dostrzegania tych lepszych cech mężczyzny, zawoalowanej troski, jaką otaczał młodego pisarza i jego ukochaną. Rangiku doskonale pamiętała atak furii przyjaciółki w dniu, kiedy wyrzuciła Ichimaru z mieszkania i zagroziła policją, jeśli się tam jeszcze raz pojawi. Gin więcej nie ryzykował, choć zdarzało mu się pytać Matsumoto, jak Corrie sobie radzi.

– Równie dobrze mogłabym zapytać, kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że dałaś temu wariatowi klucze do swojego mieszkania – odparowała Rangiku.

– Skąd o tym wiesz?

– Renji wspomniał, że sam sobie otworzył, jak był u ciebie. Nie dość, że z nim śpisz, to teraz już ma dostęp do twojego domu o każdej porze dnia i nocy.

– Nie sypiam z Shuuheiem – warknęła Corrie, czując mdłości na samo wspomnienie o seksie. – Tłumaczyłam ci to, jesteśmy przyjaciółmi. Przemyślałam to, czy dać mu te klucze, a to był jedyny raz, kiedy ich użył. Dlaczego widzisz w nim tylko najgorsze?

– Bo mu nie ufam. Nie wierzę, że jest tylko twoim przyjacielem, że nigdy nie spojrzał na ciebie jak na kobietę. Nie wmówisz mi tego, Corrie. Nie powinnaś go wpuszczać do swojego życia tak głęboko.

– Nie mów mi, co mam robić ze swoim życiem, Rangiku. Nie zadałaś sobie nawet trudu, żeby poznać Shuuheia, więc teraz nie rób z siebie wszechwiedzącej i mojej najlepszej przyjaciółki. Już cię to wszystko przestało obchodzić, czy Izuru żyje czy nie. Dla ciebie wszystko jest już okej, jakby się nic nie wydarzyło.

– Nieprawda, wszyscy wciąż zbyt dobrze pamiętamy. Nie chcę, żeby to się powtórzyło, Corrie. Sama wpuszczasz zagrożenie do własnego życia.

Corrie zrozumiała, że nie przemówi Rangiku do rozsądku. Matsumoto wiedziała swoje i upierała się przy tym, nie bacząc na to, jak bardzo rani przyjaciółkę. Może i miała w tym wszystkim trochę racji, lecz nie dopuszczała żadnej alternatywy, a tego Corrie nie potrafiła zaakceptować. Jednak dalsza rozmowa raczej nie miała sensu.

– Wiesz co, przeszła mi ochota na towarzystwo i ten makaron. Wracam do domu – oświadczyła, nie kryjąc obrażonego tonu.

– Corrie, oddalasz się od nas.

– Może już nie jestem jedną z was – odparła Corrie i opuściła mieszkanie Rangiku, nim pozwoliła sobie na łzy.