Kac nie był czymś, z czym Byakuya Kuchiki musiał często zmagać się osobiście. Oczywiście, nie był to stan mu obcy, najczęściej jednak dopadał jego podwładnych, choć ci starali się jak najbardziej ograniczyć jego skutki. Od tego zależało funkcjonowanie Oddziału jak również sukcesy na misjach, które danego dnia im zlecono. Mieli obowiązki do spełnienia i dobrze, że o tym pamiętali.
Dziś jednak to Byakuya musiał zmierzyć się ze skutkami wypicia zbyt dużej ilości alkoholu. Nie zdarzało mu się to często, prawie w ogóle. Miał być przecież przykładem dla innych. Cóż, zajęcie miejsca na przyjęciu urodzinowym Aizena obok Kyoraku nie było mądrym posunięciem. Kapitan Ósemki wykorzystał to i wmusił w niego za każdym razem podwójną dawkę sake. Cóż za nieuwaga ze strony Byakuyi. Do tego, wstyd się przyznać, braki w pamięci. Nie był nawet pewny, jak wrócił do domu.
Mimo to rano pojawił się w biurze, jakby nigdy nic. Na prośbę Aizena wszyscy zaproszeni porucznicy i oficerowie dostali wolny poranek, żeby doprowadzić się do porządku. Kapitan Piątki bowiem nie chciał nikogo narażać na gniew przełożonych, zawsze dbał o dobro innych, dzięki czemu był lubiany wśród shinigamich.
Niedługo później w biurze pojawił się Renji, od niedawna nowy porucznik. Trochę to zaskakujące, bo to zwykle on się spóźniał, wyglądając przy tym, jakby w ogóle się nie kładł, dziś natomiast przyszedł przed Corrie, Trzecią Oficer, którą wszyscy i tak nazywali drugim porucznikiem. Zresztą od lat była cennym wsparciem dla Oddziału, przez co Byakuya zupełnie nie rozumiał, dlaczego odrzuciła zaproponowany awans.
– Dzień dobry, kapitanie.
– Dzień dobry, Renji.
– Kapitan już na nogach? Sądziłem, że przyjdzie pan później.
– Wasz wolny poranek nie oznacza, że Oddział ma nie funkcjonować – odparł spokojnie Byakuya.
– A, bo myślałem, że to w ramach zakładu.
– Zakładu?
– No tego z Corrie. Założyliście się wczoraj i pan kapitan przegrał – wyjaśnił nieco zbity z tropu porucznik. – Nie pamięta pan?
Byakuya nie przypominał sobie, żeby zakładał się o cokolwiek ze swoją Trzecią Oficer. To nie było w jego stylu, a dziewczyna mimo swego nieco nieokiełznanego charakteru znała pojęcie granic, których przekraczać nie wolno. Chociaż jeżeli oboje byli pod wpływem alkoholu, mógłby taką opcję wziąć pod uwagę. Oczywiście wątpił, żeby którekolwiek zaproponowało to samo z siebie, najprędzej ktoś ich podpuścił, a zapewne wynikło z kontekstu rozmowy. Jednak nadal nie wyjaśniało to całej tej sytuacji.
– Chyba jednak wypił pan za dużo – odezwał się ponownie Renji, gdy przełożony milczał. – Graliśmy w trzy pytania i wyszło, że Corrie jest w to świetna, mimo że się upiła. Zresztą sam pan wie, jak ostatnio wyglądają jej stosunki z Kirą. – Podrapał się po karku, sam już tracił cierpliwość do przyjaciół, którzy pozwalali włazić sobie na głowy kapitanowi Ichimaru. – No i ktoś zaproponował, żeby w takim razie spróbowała wygrać z panem. Na początku żadne nie chciało się zgodzić, ale że próbowano nazwać was tchórzami, to się założyliście. Przegrana strona miała przez jeden dzień zostać kamerdynerem tego, kto wygra. Nie odpowiedział pan na ostatnie pytanie – wyjaśnił.
Z każdym wypowiadanym słowem uświadamiał sobie, że prawdopodobnie wkopał przyjaciółkę w niezłe bagno. Jakoś nie potrafił wyobrazić sobie Kuchikiego usługującego swojej Trzeciej Oficer, był na to zbyt dumny. Sama pamięć o jego wczorajszych popisać powinna zostać zapomniana, tak „rozrywkowego" kapitana Kuchiki nikt z oficerów nigdy nie poznał. I nie było to nic zabawnego.
– Wezwij do mnie Corrien – polecił Byakuya.
Trzecia Oficer nie kazała na siebie długo czekać. Jak zwykle wyglądała schludnie i świeżo, choć lekkie cienie pod oczami sugerowały, żeby była to dla niej krótka noc.
– Chciał mnie pan widzieć, kapitanie. Czy coś się stało? – odezwała się, nie podejrzewając żadnych kłopotów.
– Chodzi o wczorajszy zakład.
Corrie przełknęła nerwowo ślinę, ale zaraz się opanowała. Sama nie do końca pamiętała wszystkie okoliczności, a skoro Kuchiki był od niej dużo bardziej wstawiony – musi podziękować za to kapitanowi Kyoraku, inaczej już wczoraj zostałaby poszatkowana na tak drobne elementy, że nawet kapitan Unohana by jej nie poskładała –nie powinien pamiętać zbyt wielu faktów, prawda?
– Chyba nie rozumiem, co ma pan na myśli, kapitanie – odparła niepewnie.
Jedno spojrzenie stalowych oczu Byakuyi wystarczyło, by wiedziała, że ją przejrzał. Za sobą czuła obecność Abaraia i dotarło do niej, że to jego długi język sprawił, że kapitan sobie przypomniał. „No to jestem trupem" – przeszło jej przez myśl. Może i Kuchiki nie był okrutną osobą, ale surowo karał wszelkie uchybienia wobec zasad. Do tego ubodła jego dumę, a tego jej na pewno nie popuści. Co ją wczoraj podkusiło, żeby rzucać mu wyzwanie? A tak, no przecież Ikkaku próbował wjechać jej na ambicję, bo nie potrafił pogodzić się z porażką, a że przesadziła z alkoholem, nawet nie pomyślała o konsekwencjach. A mówiła, że nie chce iść na te pieprzone urodziny, przecież nawet nie lubiła Aizena. Na Króla Dusz, następnym razem nie ulegnie Matsumoto.
– Obawiam się, że rozumiesz, Corrien. Przyznam szczerze, że nie jest to coś, na co normalnie bym przystał, zwłaszcza, że oboje nie byliśmy zbyt trzeźwi wczorajszego wieczoru, jednak nie chciałbym być niesłowny – powiedział Byakuya.
– Nie, kapitanie. To było bardzo głupie z mojej strony i nie mam pojęcia, co mnie w ogóle podkusiło, dlatego proszę się tym nie przejmować i najlepiej zapomnieć – odparła.
– Corrien...
– Proszę zapomnieć. – Weszła mu w słowo. – To naprawdę nie ma znaczenia. Jeśli to już wszystko, zajmę się swoimi obowiązkami.
Byakuya widział, jak desperacjo Corrie próbuje uciec od tematu. Było jej naprawdę głupio z powodu zakładu, więc chwilowo pozwolił jej odejść. Nie będzie się przecież kłócić z podwładną o taką głupotę.
Gdy tylko wyszła z biura przełożonego, dorwała Renjiego, który właśnie wychodził z jakimiś dokumentami. Była wściekła na siebie za ten wybryk, ale też na przyjaciela, że postawił ją w tak kłopotliwej sytuacji.
– Czy ty nie potrafisz trzymać języka za zębami? – syknęła. – Co ja ci zrobiłam, co?
– Wypsnęło mi się – odparł. – Myślałem, że kapitan pamięta.
– Wiesz co, Renji? Nie myśl, bo ci to nie idzie – warknęła. – Wielki mi przyjaciel – prychnęła.
– Nie poszatkował cię jeszcze – zauważył.
– Jeszcze – powtórzyła z naciskiem. – W cholerę z wami, facetami. Przynosicie tylko same kłopoty.
– Nie mów, że nie pogodziliście się z Kirą.
– Kira nie ma nic do tego – syknęła.
– No co? Taka jesteś zła na wszystkich z tego powodu. – Wzruszył ramionami. – Czasami zachowujecie się gorzej niż dzieci.
– Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te analizy?
– Dobra, dobra. Co powiedział kapitan? – Zmienił temat ciekawy konfrontacji dziewczyny z przełożonym.
Nawet nie próbował podsłuchiwać. Kuchiki zawsze wiedział, gdy ktoś stał pod drzwiami, a Abarai niekoniecznie dobrze radził sobie z ukrywaniem swojej obecności. Za to Corrie była w tym świetna do tego stopnia, że czasami mieli problem, żeby ją znaleźć, gdy czegoś potrzebowali.
– Że nie chce być niesłowny – odparła.
– No, no, cały kapitan. Z pewnością będzie doskonałym kamerdynerem.
– Odmówiłam.
– Jak to?
– Normalnie. Jak ty to sobie wyobrażasz? Przez durny zakład po pijaku mam zmusić kapitana, żeby mi usługiwał przez cały dzień? Jak nic zostałabym po tym starta na proch – wyjaśniła.
– E tam, skoro kapitan powiedział, że to zrobi, czemu tego nie wykorzystać?
– Na Króla Dusz, Abarai. – Westchnęła ciężko. – Naprawdę, wypisz, wymaluj, Jedenastka.
– Od Jedenastki to ty się odwal – odparł urażony sugestią przyjaciółki.
– Najlepiej zejdź mi z oczu, póki nie przejdą ci te głupoty. Im szybciej o tym zapomnimy, tym lepiej.
Przez resztę dnia staranie unikała tematu, a także swego dowódcy, gdy nie było to absolutnie konieczne. Ze wstydu mogła zapaść się pod ziemię, przecież to naprawdę było głupie, a Kuchiki mógł zmienić zdanie, skoro już wytrzeźwiał i wrócił do swojej normalnej postawy poważnego kapitana Szóstego Oddziału i głowy rodu Kuchiki. Lepiej go nie drażnić.
Oczywiście musiała się nasłuchać drwin przyjaciół w czasie obiadu. Nie mogli sobie przepuścić, zresztą została ogłoszona tchórzem przez Ikkaku, gdy usłyszał, że postanowiła się wycofać. W zamian obiecała mu, że następnym razem chętnie zobaczy go w roli kamerdynera, skoro jest taki mądry. Żadnego wsparcia, zresztą jedyne, na które mogłaby liczyć, nie odzywało się do niej od tygodnia i wspólnie spędzona noc niczego w tej kwestii nie zmieniła. Chyba że znowu powiedziała coś głupiego po pijaku i teraz nie pamięta.
Sprawa wróciła rano, kiedy przyszła do biura. Od lat to ona była osobą odpowiedzialną za przygotowywanie herbaty, zresztą bardzo to lubiła, a widząc aprobatę dla wielu mieszanek w oczach Byakuyi, czuła radość. Oczywiście herbaciane eksperymenty rzadko przynosiła do pracy, szanując tradycjonalizm przełożonego.
Tym razem jednak nie miała możliwości spełnienia pierwszego porannego obowiązku. W biurze zastała już Kuchikiego, który właśnie postawił na biurku, które dzieliła z Renjim, kubek z herbatą.
– Dzień dobry, kapitanie. Spóźniłam się? – zapytała lekko zdezorientowana.
– Dzień dobry, Corrien. Nie, zwykle przychodzisz o tej porze.
– Więc dlaczego pan kapitan robi herbatę?
– Zamierzam dzisiaj dopełnić zakładu – odparł spokojnie.
– Kapitanie, mówiłam, że to niepotrzebne. Głupi wybryk, o którym lepiej zapomnieć – odpowiedziała pośpiesznie.
– Dałem słowo i zamierzam go dotrzymać – oznajmił Kuchiki. – Jako kapitan mam obowiązek dotrzymywać obietnic, skoro tego samego wymagam od swoich podwładnych.
– Zwalniam pana z tego słowa – odparła. – To było bardzo głupie z mojej strony i tak powinno zostać potraktowane. Naprawdę bardzo mnie cieszy, że pan kapitan tak poważnie podchodzi do spełniania obietnic, ale nie trzeba spełniać akurat tej.
– Usiądź już do swoich obowiązków, Corrien.
Shiroyama westchnęła ciężko, ale nic już nie powiedziała. Miała jednak nadzieję, że incydent z herbatą zakończy niechlubny incydent z zakładem. Inaczej będzie to kłopotliwe, szczególnie dla niej.
Byakuya jednak nie miał zamiaru spełnić prośby podwładnej i niestrudzenie wypełniał obowiązki kamerdynera. Pilnował, aby Corrie miała pod dostatkiem herbaty, z dokumentami posyłał podwładnych, by mogła skupić się na ważniejszych sprawach. Doszło nawet do tego, że odebrał od Nanao przyniesione ciastka, przełożył je na talerzyk i przygotował im herbatę. Ise spojrzała na przyjaciółkę z niepokojem.
– Nie pytaj, proszę – jęknęła Corrie, układając głowę na biurku. – Prosiłam, żeby dał z tym spokój, ale nie. Może powinnam błagać go na kolanach, żeby przestał robić za kamerdynera. Myślisz, że poskutkuje?
– Myślę, że twój kapitan ma w tym określony cel – odparła Nanao.
– Jakby groźba poszatkowania Senbonzakurą nie oddziaływała na moją wyobraźnię – odparła załamana. – Nawet jeśli wezmę wolne na resztę dnia, nie ma gwarancji, że przestanie.
Ise uśmiechnęła się pocieszająco. Może powinna powiedzieć jej, że dzięki temu następnym razem będzie ostrożniejsza, ale Corrie już o tym doskonale wiedziała. Nie było zresztą tak, że tylko ona była temu winna, gdyby nie została podpuszczona, pewnie nic by się nie wydarzyło, ale główny ciężar winy leżał na jej barkach. Nie umiała odpuszczać i to ją zgubiło. Kapitan Kuchiki naprawdę wiedział, jak ukarać podwładną, aby nad sobą pomyślała. Z pewnością więcej takiego numeru nie zrobi.
– Beznadzieja – stwierdziła Corrie.
– Od kiedy jesteś taką pesymistką?
– Odkąd Kira się do mnie nie odzywa, Król Dusz wie, z jakiego powodu, a mój kapitan robi za mojego osobistego kamerdynera? – Uniosła brew. – Nigdy więcej ani kropli sake.
– Obawiam się, że Rangiku nie przepuści ci takiej deklaracji.
– Mam to gdzieś. Nie musiała mnie ciągnąć na urodziny kapitana Aizena. Dobrze wiedziała, że mam spaprany humor. Momo by mi to wybaczyła.
– No nie wiem. Bardzo jej zależało, żeby wszyscy się pojawili.
– Bo ona go uwielbia – odparła z przekąsem Corrie.
– A ty go nie lubisz i sama nie wiesz, dlaczego – zauważyła Ise.
– Po prostu nie czuję się w jego obecności komfortowo. Nie dokuczaj mi, Nanao.
– Nie dokuczam. Jesteś jedyną osobą wśród dowództwa, która kręci nosem na kapitana Aizena. A nie, zapomniałabym. Kapitan Ichimaru też nie może z nim jakoś dojść do porozumienia, co jest dziwne, skoro jeszcze jakiś czas temu był porucznikiem Piątki.
– Dobijaj mnie dalej. Albo nie. – Podniosła się. – Muszę iść na trening ze świeżakami, więc podobijasz mnie innym razem.
– Corrie, Corrie.
– Tak, wiem. Dzięki za ciastka. Renji się ucieszy. – Uśmiechnęła się promiennie.
Niedługo później wraz z Abaraiem prowadzili trening. Lubili to, zawsze to okazja do postraszenia nowego narybku, ile im jeszcze brakuje do bycia prawdziwymi shinigami. Do tego nieźle się dopełniali, więc były to przyjemnie spędzone godziny.
Opadli na trawę zmęczeni, ale usatysfakcjonowani. Lubili pokazowe walki, może współpracują ze sobą dopiero od kwietnia, ale już stanowili zgrany duet. Corrie wystawiła twarz do słońca, uśmiechając się. Grymas nieco zbladł, gdy zobaczyła nad sobą Byakuyę, który przyniósł jej wodę.
– Dziękuję, kapitanie – powiedziała tylko, przyjmując napój.
– A o mnie kapitan zapomniał – odezwał się Renji.
Odpowiedziało mu tylko zimne spojrzenie stalowych oczu, po czym Kuchiki odszedł. Nie wyglądało na to, żeby miał wrócić. Corrie wybuchła śmiechem, mało nie oblewając się wodą. Sytuacja była tak kuriozalna, że ją rozbawiła.
– Wygląda na to, że musisz obsłużyć się sam – wydusiła z siebie.
– Widzę, że już się przyzwyczaiłaś, że kapitan cię obsługuje – odgryzł się.
Corrie od razu się uspokoiła i skrzywiła. To już nie było takie zabawne.
– Pogodziłam się z tym – odparła. – To tylko jeden dzień, który niedługo się skończy.
– Nie jest miło, gdy ktoś robi za ciebie niektóre rzeczy?
– Wolałabym, żeby to nie był kapitan. I już na pewno nie w takich okolicznościach.
– Ale mnie byś nie przepuściła, co?
– To by było zabawne. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Czy taki Ikkaku czy Hisagi.
– Albo Kira.
– Nie, to nie byłoby zabawne.
– Jak dzieci. Czy wasz związek nie może być nieproblematyczny? Nie lubię, jak chodzicie struci.
– Para to nie troje – odparła, krzywiąc się wymownie. – Jak ci się to uda wyjaśnić Kirze, sama będę robić za twojego kamerdynera przez miesiąc.
Abarai zaśmiał się niewesoło. Wiedział, że niemożliwe jest wyeliminowanie z tej historii kapitana Ichimaru. I w tym tkwił największy problem. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
– Corrien, możesz resztę dokumentów przekazać Renjiemu – odezwał się Byakuya niedługo przed zakończeniem służby. – Stolik w twojej ulubionej restauracji czeka na ciebie i porucznika Kirę.
– Dziękuję, kapitanie, ale obawiam się, że niepotrzebnie się pan fatygował – odparła. – Wątpię, żeby porucznik Kira miał czas się ze mną spotkać.
– Dopilnowałem, żeby porucznik Kira pojawił się na miejscu. Nikt wam nie będzie dzisiaj przeszkadzał.
Corrie uniosła brew, ale chyba nie miała powodu, żeby nie wierzyć słowom własnego przełożonego. To było nawet miłe z jego strony, choć pewnie ucieszyłaby się bardziej, gdyby Kira nie był na nią śmiertelnie obrażony.
– Dziękuję, kapitanie. Renji, nie masz nic przeciwko?
– Leć się pogodzić z tym imbecylem, bo już patrzeć na was nie mogę.
– Sam jesteś imbecyl.
Chwilę później już jej nie było. Zajrzała do mieszkania, żeby doprowadzić się do porządku, po czym ruszyła na kolację z duszą na ramieniu. Naprawdę nie lubiła tego stanu zawieszenia pomiędzy nią a Kirą, walczyła z tym, ile mogła, ale czasami miała dość. Jednak za bardzo jej na nim zależało, żeby odejść na dobre. Zresztą była boleśnie świadoma, że to nie za nią by pogonił. Nic dziwnego, że była w tak dziwnym związku.
Kira czekał na nią przy stoliku. Uśmiechnęła się trochę niepewnie.
– Cześć.
– Cześć, Corrie.
– Długo czekasz?
Pokręcił głową, po czym powiedział:
– Przepraszam, to było głupie.
– Nie zachowałam się lepiej – odparła.
– Miałaś prawo. To mnie brak asertywności. Zresztą to ja powinienem zorganizować kolację, a nie twój kapitan. To też w ramach zakładu?
– Nie prosiłam go o to – wyjaśniła. – Naprawdę chciałam, żeby odpuścił. Za to mam nauczkę na przyszłość, żeby nie dawać się wciągać w takie zakłady. Ale to miło z jego strony, że zorganizował nam ten wieczór.
Uśmiech zamarł na jej twarzy, gdy zobaczyła Byakuyę z notesem w ręce.
– Choć wygląda na to, że kara się jeszcze nie skończyła.
Rano w biurze była pierwsza. Przejrzała raporty nocnych wart, przygotowała rozkład obowiązków dla siebie i Renjiego, po czym zaparzyła herbaty. Napój był gotowy akurat, gdy do biura przyszedł Byakuya.
– Dzień dobry, kapitanie. – Uśmiechnęła się promiennie.
– Dzień dobry, Corrien. Dziękuję za herbatę.
– Nie ma sprawy.
Lubiła tę rutynę dnia codziennego ze wszystkimi jej blaskami i cieniami. Nie chciała, żeby to się zmieniało, a jednak ktoś miał inny pomysł na życie i zamierzał wciągnąć w to ich wszystkich.
