Odgłos strzelających fajerwerków obudził Corrie, która podniosła się ze stołu, na którym przysnęła. Najwyraźniej zasnęła nad pracą, którą chciała skończyć przed wyjściem. Na szczęście odłożyła pióro, więc nie będzie musiała poprawiać ostatnich raportów. Wstała i, przecierając oczy, wyszła do ogrodu, żeby spojrzeć na niebo rozświetlane kolorowymi sztucznymi ogniami. Najwyraźniej było już późno.

Kira nie pojawił się. Obiecał, że wpadnie po nią w drodze do Dziesiątego Oddziału, ale tego nie zrobił. Nie była zdziwiona, bo domyśliła się powodu. Nie, nie zapomniał. Jeszcze nie dotarł nigdzie, gdzie powinien być o tej porze. Właśnie dlatego teraz wpatrywała się samotnie w pokaz sztucznych ogni w ogrodzie Szóstego Oddziału przebudzona hałasem, a nie świętowała z pozostałymi. Zresztą co innego miałaby robić w ten świąteczny dzień? Z przyjaciółmi widziała się co kilka dni, a ktoś musiał upilnować Oddziału, skoro Kuchiki dopilnowywał dziś spraw swego rodu, a Renji urwał się koło południa pod pretekstem treningu z Ikkaku. W końcu na nią nikt specjalnie nie czekał.

Wyczuła jego obecność chwilę przed końcem pokazu. Okrył ją szalem, który do tej pory leżał na fotelu. Nie odezwał się, dopóki niebo się uspokoiło.

– Przepraszam – powiedział cicho.

– Za co?

– Nie zdążyłem na czas.

– Coraz częściej ci się to zdarza, więc się przyzwyczaiłam.

– Coś mnie zatrzymało.

– Lis – odparła spokojnie. – Jak zawsze.

– Jesteś o niego zazdrosna?

– Nie, jestem zazdrosna o ciebie. Zawsze, gdy jesteś z nim zamiast ze mną, szlag mnie trafia, ale co mogę zrobić? Nic, bo ty i tak za nim pójdziesz, bo jesteś wierny swemu kapitanowi. Tak musi być.

– Obiecałem, że spędzimy tę noc razem.

– Wygląda na to, że nie da się łączyć mnie i lisa, bo zawsze gdzieś będzie padał deszcz.

Odwróciła się do niego i lekko pocałowała. Przytuliła się do jego sylwetki, opierając policzek o jego ramię i łaskocząc go w szyję ciepłym oddechem.

– Yuki znowu będzie na mnie narzekać – odparł. – Nie znosi deszczu.

– To już na mojej głowie, więc się nie martw. Nie ty jesteś Posłańcem Pokuty. – Zaśmiała się.

– Nie jest ci zimno, zmarzluchu?

– Teraz już nie.

– Resztę nocy spędzam z tobą i nic mnie stąd nie zabierze.

– A o świcie znów wrócisz do swojego lisa. – Westchnęła.

– Służba nie drużba.

– Kiedy zrobiłeś się taki wygadany, co?

– Sam nie wiem. Chodź już z tego zimna.

Nie protestowała. Dokumenty też przestały mieć znaczenie, rano zagoni się Renjiego do roboty. Teraz liczyli się tylko oni. Nie było nic: Soul Society, służby, Ichimaru, stopni. Tylko oni. Dwoje ludzi poza czasem i przestrzenią.

Rano na stole czekało śniadanie z ciepłą jeszcze herbatą i wiadomością: „Jutro mam wolne. Wychodzimy". Uśmiechnęła się, postanawiając złamać zasady.

W czasie obiadu weszła do biura Trzeciego Oddziału, gdzie zastała ich obu. Ichimaru huśtał się na krześle, robiąc kolejny samolocik z raportu, który powinien podpisać.

– Wychodzimy – powiedziała Kirze.

– Nie skończyłem jeszcze.

– Ichimaru skończy.

– Trzecia Oficer Shiroyama, nie możesz mi zabrać Izuru. Jutro ma dzień wolny.

– To teraz bierze jeszcze pół. – Uśmiechnęła się słodko. – Jesteś mi coś winny, więc lepiej odpuść, kapitanie Ichimaru.

Srebrnowłosy uśmiechnął się jak dziecko złapane na psikusie. Po chwili pary już nie było, a blondyn nie wrócił do pracy ani tego dnia ani następnego.

Zasady znów zostały złamane, ale przez innego gracza. Jednak gra trwała dalej…