Nietrudno było ich znaleźć. Ostatnio pili wciąż w tej samej knajpie, żeby nie drażnić kapitana Hitsugayi, którego cierpliwość ostatnio osiągnęła kres, przez co musieli przez dwa dni doprowadzać biuro Dziesiątki do stanu używalności.

Corrie wróciła z patrolu późno. Zmęczona, ale zadowolona, że tym razem obeszło się bez ofiar. Dość miała przelanej krwi po wojnie, w której nie uczestniczyła. Dość spojrzeń pełnych bólu, którego nie potrafiła przegonić.

Na biurku porucznika znalazła kartkę od Renjiego. Krótka wiadomość jej nie zaskoczyła. Raport mogła przedstawić dopiero jutro, więc doprowadziła się do porządku i ruszyła na spotkanie z przyjaciółmi.

– No nareszcie. – Głoś Renjiego był trochę niewyraźny. Uwiesił się na jej ramionach i owiał twarz pijanym oddechem, przez co się skrzywiła. – Pracoholikiem zostaniesz.

– Zejdź ze mnie – poleciła.

Rozejrzała się za blond czupryną, której właściciel ledwo siedział, a jego twarz była czerwona od alkoholu. Zresztą wszyscy byli dość wstawieni. Corrie westchnęła. Od miesięcy było to już normą. Sądziła, że po bitwie w Karakurze ich serca powoli zaczną się leczyć, że będzie lepiej, ale każda popijawa boleśnie wyprowadzała ją z tego błędu.

Podeszła bliżej, ignorując Renjiego, który coś właśnie bełkotał bez składu. Twarz Kiry rozpromienił uśmiech na jej widok.

– Jesteś, Corrie – powiedział i wyciągnął do niej rękę. – Bałem się, że nie przyjdziesz.

Coś w niej pękło. Miała dość patrzenia, jak ukochany mężczyzna pogrąża się w żalu i alkoholu. Wszystko przez Ichimaru, który go zostawił, a potem zginął z ręki Aizena. Czy za nią też by tak rozpaczał? Nie była pewna, co jeszcze bardziej ją irytowało. Bolało, że nie jest dla niego najważniejszą osobą, kiedy on był całym jej światem.

– Właśnie widzę – stwierdziła sucho. – Chyba wystarczy, co?

– Mogę jeszcze pić – oznajmił butnie. – Napij się z nami.

– Nie mam ochoty. Ty też masz już dość, Izuru. Chodź, wracamy do domu.

Przez twarz Kiry przeszedł grymas złości.

– Nie rozkazuj mi – warknął. – Nigdzie nie idę.

– Izuru, wystarczy już – poprosiła.

– Nie mów mi, co mam robić – warknął. – Nie masz prawa. Nie jesteś...

– No właśnie, kim. – Weszła mu w słowo. – Kim ja dla ciebie jestem?

W jej oczach pojawił się ból, zacisnęła pięści, walcząc ze wzbierającym w piersi płaczem. Wszyscy dookoła ucichli, bo też Corrie i Kira nigdy nie kłócili się przy innych. Towarzystwo momentalnie wytrzeźwiało.

– Kira, wystarczy – odezwał się Hisagi. – Przeproś Corrie.

– Nie, nie chcę przeprosin – odparła. – On ma rację. Jestem nikim.

Odwróciła się i wyszła. Kira wyciągnął za nią rękę, moment irracjonalnego gniewu zniknął, ale było za późno. Corrie już nie było. Zranił ją, ubódł do żywego, choć zawsze stała po jego stronie. Zawsze.

Wpadła do biura Szóstki jak oparzona. Oparła się ciężko o biurko Renjiego, próbując się opanować. Nic jednak nie dało przekonywanie samej siebie, że nie powiedział tego specjalnie, że nie chciał. Chciał, a alkohol rozwiązał mu język.

– Corrien, co tutaj robisz o tej porze?

Zamarła, słysząc głos Byakuyi. Nie chciała, żeby kapitan widział ją w takim stanie. Szybko złapała za jakieś dokumenty, modląc się, żeby Kuchiki nie zauważył śladu łez na jej twarzy.

– Przypomniało mi się, że mam coś jeszcze do zrobienia – skłamała.

Byakuya nie potrzebował wiele czasu, żeby ją przejrzeć. Zwykle skryta za promiennym uśmiechem teraz nie panowała nad wzburzeniem. Zwykle w takich chwilach szukała ukojenia u Ukitake, którego traktowała trochę jak wyrozumiałego ojca, ale był środek nocy, a kapitan Trzynastki znów słabował.

– W takim stanie niczego nie zrobisz – stwierdził. – Wracaj do domu.

– Nie chcę tam być sama – przyznała cicho.

O ile Byakuya przed chwilą domyślał się, co zaszło, teraz był już pewien. Złapał podwładną za ramię, pociągnął do swojego biura i posadził na sofie. Przygotował herbatę, kubek wcisnął jej w ręce, z drugim wrócił do przerwanej pracy.

– Zostań tak długo, aż się uspokoisz – powiedział. – Jutro chcę cię widzieć w formie.

– Dziękuję – szepnęła.

Siedziała w ciszy z opuszczoną głową i łzami bezgłośnie spływającymi po policzkach. Herbaty nawet nie ruszyła, pogrążona w swoim własnym bólu. Czuła się bezsilna.

Uwagę Byakuyi przyciągnął huk rozbijanego o podłogę kubka. Podniósł spojrzenie na Corrie, która zasnęła na stojąco. Kubek wyleciał jej z dłoni, jego szczątki leżały w kałuży u jej stóp, ale to jej nie zbudziło. Zdawała się taka krucha.

Byakuya westchnął. Nie był ślepy, widział, jak dziewczyna próbuje się wykończyć, bo nie potrafiła uleczyć serca ukochanego. Byakuya prawie jej nie znał, choć widział jej prawdziwy charakter pod pozorami i uśmiechami. Kochała szczerze, zbyt mocno. Kiedy raz pokochasz, kochać będziesz już zawsze – znał tę zasadę. Niewiele osób w Seireitei ją ucieleśniało, została rozrzedzona w pozostałościach krwi przez wieki, ale Kuchiki pamiętali, kim byli ci, którzy jej hołdowali. I ją, Corrien Shiroyamę, to zgubiło. Może nawet ją to zniszczy, jeśli nie zadba o siebie.

Teraz, gdy na nią patrzył, nie mógł uwierzyć, że ją podejrzewał. Cóż, musiał być pewny. Teraz już był i nie musiał już mieć jej pod ręką, mógł zaproponować jej inny przydział, bardziej zgodny z jej aspiracjami i umiejętnościami, ale nie chciał. Nie zamierzał rezygnować ze swojej zbyt impulsywnej Trzeciej Oficer. Była mu potrzebna.

Ostrożnie wziął ją na ręce i zaniósł do jej mieszkania, gdzie była bezpieczna i mogła wypocząć.

Naprawdę jej wierzysz? – Usłyszał.

– Corrien nie umie oszukiwać. To inni są zbyt ślepi, by nie dostrzec w niej prawdy – odpowiedział cicho.

Jeszcze raz spojrzał na śpiącą dziewczynę. Gdy przyjął ją do Oddziału, obiecał sobie, że ją zabije, jeśli tylko dostrzeże cień zagrożenia. Teraz wiedział, że to niepotrzebne. Corrien była shinigami.