Rozdział 2
Strach przed przyszłością
" Strach przed nieznanym towarzyszy, każdej żywej istocie, tak samo strach o przyszłość nas nie opuszcza. Jednak ktoś kiedyś powiedział, że to my kształtujemy los świata, a nie na odwrót. "
- Alistair przypominający słowa swego przyjaciela i brata.
Wioska Dracohille
Orszak Couslandów był, już nieopodal pewnej wioski. Wioska ta zwała się Dracohille, była to zwyczajna osada, widać było, że mieszkańcy żyją głównie z rybołówstwa. Mieszkańcy wsi żyli jednak nie tylko z połowu ryb, ale i z wyrobów glinianych oraz nieopodal była kopalnia żelaza. Wioska była zbudowana tradycyjnie według Fereldneńskich standardów czyli 15 chat pokrytych słoma, drewnem lub Glinianymi płytkami. Główny rynek, był znajdował na środku wsi, znajdowały się na nim stragany kupieckie ułożone nie za blisko siebie praktycznie po dwa namioty z każdej strony, karczma wyglądała, jak długi dwupiętrowy dom z szyldem "Pod Złotym Smokiem", oberża była wybudowana na północnej stronie rynku. Na zachodniej stronie rynku stała piekarnia, gdzie widać było, że niektórzy kmiecie idą jeszcze kupić chleb. Wioskowa kuźnia znajdowała się Na północno-wschodniej stronie rynku zbudowana z drewna z dachem w kształcie stożka pokryty glinianymi dachówkami. W centrum stożka znajdował się komin od pieca kowalskiego, tuż obok znajdował się dom kowala tak samo z drewna z trójkątnym dachem, wokół posesji stał mały drewniany płot. Centralnie na wschodniej części stała świątynia Zakonu, który otaczał mały kamienny murek. Budynek miał kamienne podstawy i takie same schody, ściany natomiast były drewniane z drewnianymi przyporami. Dach świątyni, był w kształcie trójkąta i zrobiony z drewna i pokryty kamiennymi dachówkami na końcu budynku znajdowała się dzwonnica, a w oknach świętego miejsca znajdowały się witraże.
Pod Złotym Smokiem
Orszak dumnie wjechał do wioski, a gapie wpatrywali się w przybyszów z zainteresowaniem. Kiedy wjechali do osady słońce, już zanikało za Górami Mroźnego Grzbietu. Teyrn wraz z ludźmi zsiadł z koni, następnie podszedł do karety i pomógł wysiąść swojej żonie, która ledwo trzymała się na nogach. Weszli do karczmy, zajazd wyglądały bardzo schludnie. Wzdłuż hali po bokach, były stoły z długimi ławami okryte futrami lub skórami. Karczma miała piętro gdzie znajdowały się pokoje dla gości, podest podpierały drewniane kolumny, na górę prowadziły trzy pary schodów po każdej z dwóch stron. Sufit przyozdabiał freski i trzy żyrandole które rozświetlały pomieszczenie. Na końcu hali stał blat, a za nim karczmarz, który zauważył nowo przybyłych gości. Właściciel karczmy był co dziwne niski, ale dobrze z budowany miał bączki z wąsem w kształcie podkowy, krótko ścięte włosy o czarnym kolorze.
Teyrn podszedł do niego, a oberżysta skłonił się i spytał - Witam czym mogę służyć?
- Chciałbym wynająć pokoje dla mnie oraz mojej rodziny i moich wojowników - powiedział Teyrn uprzejmym tonem.
- Ile nocy państwo zamierza zostać? - zapytał właściciel przybytku.
- Jedna noc - odpowiedział Bryce.
- Rozumiem. Czy państwo chcecie coś do picia i zjedzenia? - zapytał uprzejmie Szynkarz.
- Byliśmy bardzo wdzięczni. - Tern odpowiedział z serdecznym uśmiechem.
- Dobrze, więc za pokoje pobieramy płatności z góry. - oznajmił karczmarz.
- Rozumiem, więc ile to wyniesie - spytał Bryce.
- To będzie 250 srebrników. - powiedział szynkarz.
Teyrn wyciągną 2 suwerenny i 50 srebrników, po czym położył pieniądze na stole. Karczmarz skinął głową pobrał opłatę, a następnie wydał klucze do pokoju i podszedł do kuchni, która znajdowała się po lewej stronie karczmy. Bryce wraz z rodziną i ser Rolandem i Eowiną usiedli razem przy jednym stole w kształcie okręgu, a rycerze zajęli stół po ich prawej o tym samym kształcie, natomiast żołnierze spoczęli na długim prostokątnym stole, za stołem teyrnów. Teyrn spojrzał na swoją rodzinę, oraz swych towarzyszy z lekką troską. Eleonora położyła swoją dłoń na dłoni męża dojrzeli na siebie, przez krótką chwilę, po czym teyrna powiedziała - To był naprawdę długi dzień - westchnęła patrząc na Arthura i dalej ciągnęła - i naprawdę ekscytujący.
- To prawda. - powiedział Bryce, spojrzał na Rolanda i dodał - Naprawdę to dzień długi i bardzo, bardzo dziwny.
- W istocie, ale bardziej mnie interesuje, co to były z stworzenia.? - powiedział zamyślony, gładząc się po lekko zarośniętej brodzie.
- Wyglądały trochę jak mroczne pomioty, jednak chyba nimi nie były. - powiedziała Eowina trzymając niemowlę ponieważ teyrna była wciąż osłabiona porodem, a i tak to cud, że mogła stać o własnych siłach bez żadnych zasłabnięć lub omdleń.
- Skąd wiesz jak wygląda mroczny pomiot? - zapytał Roland z zaciekawieniem.
- A stąd, że byłam kiedyś w bliskich stosunkach z Szarym Strażnikiem o imieniu Duncan. - odpowiedziała dwórka poważnym tonem.
W końcu przyniesiono strawę i napitek. Strawę podała im żona karczmarza o pięknych rudych włosach, kształtnej sylwetce, brązowych oczach i czerwonych ustach. Roland nie mógł oderwać od damy wzroku, a teyrn przyglądał się z rozbawieniem. Kiedy skończyli jeść, każdy skierował się do swoich kwater, przy pokoju teyrnów stanęło dwóch żołnierzy, którzy mieli być zmienieni za trzy godziny. Eleonora i Bryce ułożyli dzieci spać a na końcu zajęli się najmłodszym członkiem ich rodziny. Bryce spojrzał na chłopca i ujrzał w nim człowieka którego nienawidził, a który uratował mu życie przed dziwnymi czarnymi jeźdźcami.
Śmierć przyjaciela
8 miesięcy wcześniej
Bryce jechał przez lasy Wysokoża, był wściekły, ponieważ mężczyzna, którego uważał za drucha podstępem legł z jego żoną. Drogą którą jechał prowadziła na południowy-zachód, była to prosta ubitą ziemia wzdłuż której po obu stronach rosły drzewa. Wiedział że kocha Eleonore i że część niego zazdrości iż to Bryce jest jej mężem, a nie on. Nigdy jednak nie przypuszczał, że po tych wszystkich latach postanowił tak zdradzić ich przyjaźń. Jeździł po lasach pełen gniewu, nagle zauważył dziwna postać. Tajemniczy jeździec odziany, był w ciemnoszary płaszcz z kapturem i wyszytym złotym smokiem z tyłu, ciemnoniebieską tunikę, kolczugę, pikowana czarna kamizelkę. Na plecach zaś nosił kołczan ze strzałami i długi łuk, przy pasie zaś miał półtoraręczny miecz, głowica oręża miała kształt owalny.
Jeździec zatrzymał się spojrzał na Teyrna skłonił głowę westchnął i powiedział - Miałem nadzieję że cię tu spotkam stary przyjacielu. - powiedziała postać i odsłoniła oblicze.
Oczom Bryca ukazała się twarz jego znienawidzonego druha, ale była zmęczona długa wędrówką, dawne lśniące białe włosy stały się szare, a także pojawił się niedbały zarost na obliczu przyjaciela. Teyrn poczuł mimo wszystko gniew dobył miecz i ruszył w stronę jeźdźca, szykując się do zamachu.
- Utherze ty przeklęty, zdradziecki bękarcie, zabiję cię. - krzyknął z gniewem Bryce.
Kiedy zadał cios Uther uchylił się i ściąganą ich obu z koni, przyszpitalając Bryca do ziemi.
Teyrn rzucał się próbując się uwolnić i przeklinając Uthera. Uther wtedy krzyknął - Uspokój się! Przybyłem tu ponieważ musimy porozmawiać.
- Nie mamy o czym rozmawiać zdrajco! - powiedział ze złością Bryce.
- Mamy dużo do omówienia ale najpierw zejdźmy z gościńca. - powiedział spokojnie Uther i puścił teyrna i odsuną się.
Bryce wstał nie wiedząc co ma robić, wziął więc głęboki oddech by uciszyć gniew w nim.
Uther popatrzył na niego skinął głową z lekkim uśmiechem ulgi. Obaj wzięli lejce swoich koni zeszli w prawo od gościńca. Kiedy byli wystarczająco daleko Uther zatrzymał się - Myślę że tu będzie bezpiecznie.
- Bezpiecznie ale przed kim lub czym? - spytał zaciekawiony Bryce.
- Przed tymi którzy ścigają mnie i moich przodków. - powiedział poważnym tonem.
- Kto cię ściga? - zapytał teyrn z lekkim strachem.
- Nazywają się Lugzanmi. powiedział i dodał - Prawdopodobnie są upiorami lub demonami przyzwanymi tu 3000 lat temu w Drugiej Erze Thedas zwanom Erą Upadku Ludu Długowiecznych.
- Co? - powiedział Bryce z niedowierzaniem.
- Wiesz dobrze Bryce że Thedas utraciło dużo wiedzy, ale to co wiesz, że zostało utracone to zaledwie ułamek tamtej wiedzy.- powiedział Uther z spokojem.
Bryce zastanawiał się nad słowami dawnego przyjaciela.
- Jednak nie mamy tyle czasu. - oznajmił i dodał prosząc - Kiedy narodzi się moje dziecko proszę wychowaj je jak własne, ponieważ ono jest przyszłością Awarów, Chasydów i Fereldenów.
- Oczym ty mówisz - spytał z zaniepokojeniem teyrn.
- Wszystko wyjaśniłem w tym dzienniku i kiedy nadejdzie czas przekaż go mojemu dziecku. - powiedział i wręczył książkę Brycowi.
- Ale...- niezdążył powiedzieć, bo wtedy obaj usłyszeli przerażające rżenie koni.
- Weź ten list i uciekaj ja ich odciągne. - mówiąc to podał mu list i wsiadł na konia dodawszy - Przepraszam za ból, który ci sprawiłem, ale niewidzialne innego wyjścia. Uther dobył miecz i ruszył w stronę odgłosu. Bryce po chwili wsiadł na konia chąc odjechać w stronę swego zamku jednak usłyszał szczęk stali i krzyki. Zawrócił konia wyciągną miecz i tarcze po czym ruszył w stronę odgłosu walki. Kiedy tam dotarł, ujżał Uthera walczącego z siedmioma zakapturzonymi czarnymi jeźdźcami.
Bez zastanowienia ruszył na pomoc swemu staremu druhowi strącając jednego z napastników z konia płynnym cięciem miecza. Jednak wróg powstał, po chwili i spojżał w kierunku Bryca. Zszokowany teyrn tym co ujżał nie zauważył nadciągającego jeźdźca. Kiedy przeciwnik miał zadać cios wtem jak z pod ziemi zjawił się Uther, który sparował uderzenie i wbił swój miecz w serce upiora który wdał z siebie przeraźliwy dźwięk na który resta jeźdźców się wycofała. Uther podjechał do Bryca i go uderzył po czym powiedział - Kazałem ci uciekać.
- Rozumiem twój gniew ale nie pozwolę ci umrzeć bez wyjaśnień. - powiedział stanowczo teyrn chowiąc miecz do pochwy.
- Poza tym co to były za stworzenia których się nie da zabić? - spytał z niepokojem.
- To właśnie były Lugzany - powiedział i dodał - i właściwie da się je zabić ciosem w serce.
- Aha dobrze wiedzieć. - ciągnął - Więc ci teraz zrobimy?
- Odstawię cię szybko do Wysokoża i ruszam w dalszą drogę. - oznajmił mu Uther.
Ruszyli więc w drogę jedna powoli zbliżała się noc i znów usłyszeli ten dźwięk. Spięli konie i błyskawicznie żucili się w ucieczkę. Jechali tak przez godzinę ale czarni jeźdźcy powoli ich doganiali, wtedy Uther powiedział - Tędy do rzeki.
Dotarli na molo zdjęli juki i ruszyli w stronę barki. Uther wiedząc że jeźdźcy nie odpiszą pościgu wepchnął Bryca na barkę mówiąc - Oni chcą mnie ty musisz przeżyć.
Bryce próbował protestować, ale wiedział że to bez sensu, więc podjął decyzję by się odwdzięczyć i powiedział - Obiecuję że będę chronić twoje dziecko.
- Dziękuję i niech Stwórca cię chroni. - powiedział Uther i uścisnął po rycersku rękę przyjaciela.
Barka oddaliła się od molo, wtedy ujrzał czarnych jeźdźców. Upiory zsiadły z swych mrocznych wierzchowców po czym zaczęli powoli zmierzać w kierunku Uthera. Uther zaś odwrócił głowę w kierunku Bryca i się uśmiechnął. Uśmiech ten mówił że przyszedł czas na ostatnią podróż.
Wojownik z powrotem skierował swój wzrok na wrogów wyciągnął miecz i ruszył w przód. Lugzany przyjęli pozycję "Wołu" czyli miecze na pozycji swych głów, gotowe do pchnięć.
Uther zaś przyjął styl "Korony" miecz na pozycji klatki piersiowej głownia oręża skierowana w górę. Kiedy wrogowie szykowali się do pchnięcia Uther płynnie przeszedł do stylu zwanego "Dachem" unosząc wrogie miecze na głowę i parując w ten sposób uderzenia. Niemal natychmiast przystąpił do ataku, seriami cięć i pchnięć rozpraszając wrogów i robiąc miejsce sobie. Pierwszego ciął z dołu, po czym kopnął co sprawiło, że przeciwnik wpadł do wody. Z drugim upiorem zaś skrzyżował miecze i słysząc jak trzeci się zbliża, zrobił krok w tył i przepuścił napastnika, że ten wpadł na swego towarzysza i wtedy Uther wziął potężny zamach i zadał mocne boczne cięcie obu przeciwnikom. Ten cios sprawił, że pancerze dwóch upiorów rozleciały się na pół. Jednak zanim stał już przywódca Lugzanów, chwycił Uthera z ramię i wbił mu miecz w serce, po samą rękojeść unosząc ciało wojownika nad ziemią. Uther padł na ziemię uśmiechając się, a jego wzrok był skierowany na Bryca. Kiedy Bryce odpłyną dość daleko zaczął rozpaczać z powodu śmierci przyjaciela mimo, że ten go zdradził.
Postanowił przeczytać list który dał mu Uther.
" Do Bryca Couslanda
Bryce jeśli to czytasz to oznacza, że upiory Moriusza mnie odnalazły i sprawiło, że nie mogłem ci wyjaśnić osobiście dlaczego ległem z Eleonorą. Jednak najpierw wiedz, że ona niczemu nie zawiniła, by ją zapłodnić użyłem magi by przybrać twoją twarz i ja oszukać. Podjąłem taką decyzję, ponieważ Moriusz mnie wreszcie odnalazł i zapragną dokończyć dzieła zniszczenia ostatnich potomków Dracona jednego z pierwszych królów ludzi. Myśląc że unicestwił mój ród nie twoja żona będzie miała spokojna ciążę. Jednak kiedy dziecko przyjdzie na świat Władca Ciemności wyczuje obecność mego potomka i będzie go szukał. Powierzam ci w opiekę przyszłość całego ludu Dracorii, gdyż wiem że wychowasz to dziecko dobrze i nauczysz honoru, prawości i mądrości. Wszystkie odpowiedzi na twoje pytania są w dzienniku który ci przekazałem. Kiedy nadejdzie czas oddaj dziennik memu dziecku. Przepraszam za wszystkie grzechy które ci uczyniłem.
Twój przyjaciel i brat Uther Tarrdragon"
Kończąc czytać list Bryce otarł łzę, która spłynęła mu po policzku i pomyślał Dlaczego ukrywałeś swoje pochodzenie, nie wiedziałeś że tajemnice zabijają. Skończywszy rozmyślać wrócił do Wysokoża i poszedł do komnaty żony. Kiedy wszedł ujrzał ją z małą ampułką, która była otwarta, ale na szczęście pełna.
- Co chcesz uczynić! - krzyknął Bryce i szybko wyrwał żonie flakonik.
- Staram się pozbyć problemu. - oznajmiła z złością.
- Nie pozwolę ci na to szaleństwo - powiedział stanowczo teyrn.
- Przecież urodzenie tego dziecka godzi w twój i mój honor. - powiedziała teyrna z łzami w oczach.
- Uther oddał życie za to dziecko. - ciągnął z bólem w oczach - Poświęcił swoje zasady i naszą przyjaźń by dać nam wszystkim szansę na przetrwanie.
Tymi słowami zakończył rozmowę i podał Eleonorze list od Uthera z ostatnią prośbą. Teyrna wzięła list dokładnie przeczytała. Część niej nie mogła w to uwierzyć że nosiła pod sercem ostatniego potomka starożytnej dynastii Pierwszych Ludzkich Królów. Jednak druga część pamiętała jak Uther się zachowywał i że zawsze wyglądał dostojnie i dumnie oraz otaczała go silna aura przywódcy której nie ma nawet król Maric Therin. Eleonora usiadła na łóżku i zanurzyła twarz w dłoniach lekko przygarbiona.
- A więc co zrobimy? - spytała teyrna spokojnym głosem.
- Zamierzam dotrzymać przysięgi, chodź tyle jestem mu winien za uratowanie życia. - odpowiedział teyrn zdeterminowanym głosem.
- Musimy zachować to w tajemnicy, - powiedziała Eleonora i dodała - z tego co napisał, ten cały Moriusz może szukać tego dziecka, ponieważ tylko ono stoi mu na przeszkodzie do jego celu.
- Masz rację. - powiedział i dodał zdeterminowany - Dlatego zamierzam przygotować potomka Uthera na to co mu Stwórca przeznaczył.
- Zrobimy to razem kochany. - oznajmiła Eleonora równie zdecydowana jak jej mąż.
Koniec retrospekcji
Przypomniawszy sobie te i dzisiejsze wydarzenia zrozumiał że on i Eleonora nie dadzą rady strzec Arthura. Muszą wtajemniczyć jeszcze dwie osobę i jego wybór padł oczywiście na Rolanda i Eowine.
- Eleonoro, kochanie musimy porozmawiać. - oznajmił żonie.
- O czym najdroższy? - spytała zaciekawiona.
- Nie tutaj wyjdźmy na zewnątrz - powiedział Bryce i pomógł wstać Teyrnie, następnie udali się do swojej sypialni i zamknęli drzwi, dzieci zaś zostały pod opieką Eowiny. Teyrn i teyrna usiedli przy stoliku patrząc przez chwilę na siebie, w końcu Bryce przemówił - Myślę drogą żono, że dzisiejszy incydent jasno podkreśla, że sami nie damy rady strzec Arthura.
- Też niestety o tym pomyślałam i myślę, że powinniśmy wtajemniczyć w prawdziwe pochodzenie naszego syna Rolanda i Eowine.
Teyrn potarł lekko skin z drobnym uśmiechem irytacji, po czym powiedział - Można więc powiedzieć że wyjelas mi to z ust.
- Nic nowego, w końcu wielkie umysły myślą podobnie - powiedziała lekko próbując podrażnić męża.
- Więc postanowione ty porozmawiasz z Eowiną, a ja z Rolandem - oznajmił Bryce kończąc ich potyczkę słowną zanim się zaczęła. Następnie zajęli ubrania i się położyli do łóżka i zasnęli w swych ramionach.
Pierwszy rycerz Arthura
Teyrn zaczął mieć dziwny sen. Obudził się dziwnym miejscu spojrzał przez pobliskie okno i ujrzał białe miasto po pewnych miejscach uznał że jest w Denerim. Rozglądając się po omnacie usłyszał płacz dziecka i po głosie uznał że to Arthur. Wybiegł z komnaty czym prędzej biegnąc za płaczem dziecka. Nagle odgłosy ustały Bryce krzyknął - Arthurze! - w ten rozbrzmiał znowu płacz dziecka. Biegnąc dalej mijając portret Marica wszedł do sali tronowej i ujrzał owiniętego w królewski płaszcz i leżące na tronie Arthura. Chciał podejść i wziąć syna na ręce, by uspokoić malucha, ale czyjąś dłoń go powstrzymała. Odwrócił się i ujrzał Uthera, który patrzał na niego ze współczuciem, a potem na swego syna.
- Bryce nic na to nie poradzisz. - oznajmił mu Uther.
- Jak to przecież to tylko dziecko. - powiedział z niedowierzaniem Teyrn.
- Droga na tron, będzie usłana cierpieniami jego i innych. - powiedział z przykrym głosem Uther.
- Ale... - nie zdążył dokończyć zdania gdy jego przyjaciel mu przerwał.
- Nigdy nie porządną tronu i będzie starał się przemóc los, lecz na próżno. - powiedział Uther.
Później rozbrzmiał znowu płacz, Bryce nie wytrzymał i podszedł do dziecka i podniósł je i usiadł na tronie trzymając Arthura. Nagle nastała ciemność pochłaniając Uthera oraz próbując dosięgnąć jego i niemowlę, wtedy pojawił się biały smok i rozświetlił całe pomieszczenie.
Bryce wtedy się obudził naprawdę i zobaczył że zaczyna świtać. Wszedł do pokoju dzieci i ujrzał słodko śpiącego Arthura. Uśmiechnął się i powiedział - Śnij spokojne sny mój mały królu.
Po śniadaniu i zrobieniu zapasów orszak wyruszył w dalszą drogę do Wysokoża. Kiedy słońce zaczęło zachodzić zjechali z traktu imperialnego i rozbili obóz w pobliżu Przełęczy Ghelrena.
Teyrn wybrał pobliskie wzgórze na lewo o drogi. Bryce podjechał do ser Rolanda - Rolandzie pojedź ze mną na zwiady przy okazji porozmawiamy.
Dowódca rycerzy był zaskoczony ale skina głową na znak zgody tylko podjechał do ser Ryszarda - Ser Ryszardzie dowodzisz ochrona teyrny i jej dzieci do czasu naszego powrotu. Ser Ryszard był mężczyzną o sporej posturze, krzepkich ramionach i rudych włosach oraz zadbanej brodzie łączącej się z wąsem.
- Rozkaz dowódco. - odpowiedział ochoczo rycerz i czym prędzej zabrał się do pracy.
Teyrn i dowódca rycerzy wyjechali z obozu. Bryce i Roland jechali, tak przez godzinę mijając sosny, świerki i wiele innych gatunków górskich drzew, aż ujrzeli jezioro Calenhad, które pięknie wygląda o zachodzie słońca. Słoneczne promienie odbijały się od tafli jeziora, a w oddali można było dostrzec Wieże Kręgu Maginów. Teyrn zsiadł z swego konia na piaszczystą ziemię pokrytą kamyczkami, po czym zbliżył się do jeziora patrząc w dal nieobecnym wzrokiem. Roland siadł z swego wierzchowca, następnie powoli zbliżył się do swego pana.
Bryce spojrzał na rycerza i powiedział spokojnie - Chciałem z tobą porozmawiać, gdyż myślę dochowasz pewnej tajemnicy, lecz najpierw... - urwał i podszedł do konia biorąc tarcze i wyciągając miecz z pochwy, dodając - się zmierzymy.
- Mój panie dlaczego, ze mną walczyć? - spytał rycerz lekko zaniepokojony.
- Ponieważ muszę wiedzieć czy wybrałem dobrze - powiedział zdecydowanie oraz dodał - i jeszcze jedno masz walczyć na poważnie. To jest rozkaz.
Roland dobył swój dwuręczny miecz i przyjmując pozycję "Pługu" czyli prawa noga ugięta z przodu, a lewą w tyle wyprostowana. Oręż na pozycji bioder pod kątem 45° głownią w górę. Teyrn zobaczył to i lekko się uśmiechnął do siebie i przyjął pozycję "Muru", nogi były ułożone w ten sam sposób, tarcza z przodu, a miecz na wysokości głowy gotów do pchnięcia rękojeścią przy twarzy. Przez chwilę krążyli wokół siebie mierząc się wzrokiem i szukając łuk w obronie przeciwnika. Roland w końcu zaatakował, przechodząc płynnie do "Gardy Jastrzębia" i zadając szybkie oraz mordercze ciosy z nad głowy. Bryce osłaniał się tarcza powoli się wycofując, aż kontratakował skracając dystans i zaatakował tarcza posyłając rycerza na ziemię i próbując zadać cios. Roland jednak sparował pchnięcie i przeturlał się w lewo, szybko wstając oraz zadając potężne boczne uderzenie posyłając teyrna na ziemię. Następnie podbiegając do przeciwnika i kładąc czubek miecza na klatce piersiowej teyrna kończąc tym samym pojedynek. Bryce się zaśmiał i powiedział - Wiedziałem że jesteś silny ale nie sądziłem, że aż tak.
Kiedy wstał z ziemi z pomocą Rolanda, który podał mu rękę spojrzał jeszcze raz swemu rycerzowi w oczy, po czym spokojnie wziął głęboki oddech.
- Wybacz że chciałem cię sprawdzić, ale w dzisiejszych czasach trudno o zaufanego człowieka. - powiedział z żalem teyrn schowawszy swój miecz do pochwy.
- Rozumiem co masz na myśli mój panie. - powiedział spokojnie i dodał - Jednak nie rozumiem dlaczego chciałeś sprawdzić czy można mi zaufać?
- Ponieważ chcę byś chronił i był zawsze przy Arthurze. - odpowiedział stanowczo Teyrn.
- Przecież to oczywiste że będę dumnie bronił rodu Couslandów. - oznajmił zdecydowanym tonem.
Bryce pokręcił lekko głową i wyjawił rycerzowi prawdę - Rolandzie Arthur nie jest moim synem, przynajmniej nie z krwi.
- O czym mówisz panie? - spytał z przerażeniem myśląc o tym "Czy Teyrna mogła zdradzić mojego pana?"
- Spokojnie wszystko ci opowiem - oznajmił poważnym Bryce.
Teyrn powoli opowiadał historię poczęcia Arthura o Utherze jego prawdziwym pochodzeniu i śmierci tego człowieka. Powiedział też że na razie za wszelką cenę muszą utrzymać pochodzenie chłopca w tajemnicy.
- Rozumiesz więc dlaczego proszę cię o to byś chronił Arthura? - zapytał Bryce wyraźnie zdecydowanym i proszącym tonem.
- Tak mój Teyrnie, ale przyznaję, że to wszystko wygląda na zmyśloną historię - powiedział zamyślony, po czym dodał - Wiem jednak, że gdyby powiedział mi to ktoś inny niż ty mój teyrnie, nigdy bym w to nie uwierzył.
Teyrn odetchnął z ulgą. Dowódca rycerzy padł na kolana z mieczem wbitym w zimie.
- Dlatego ja Roland Aeden Buckingham herbu zielony sokół przysięgam: " Bronić Arthura
Uthersona i trwać przy nim do ostatniej godziny życia mego." - złożywszy tą przysięgę powstał i skłonił głowę z szacunkiem.
- Dziękuję przyjacielu to wiele dla mnie znaczy. - powiedział Bryce z szczerą radością.
- Myślę że pora wracać mój teyrnie, inaczej Ryszard wyśle za nami ekipę poszukiwawczą. - powiedział rycerz z uśmiechem.
- Masz rację przyjacielu. Ruszajmy. - oznajmił Bryce.
Wsiedli na swe konie i spokojni ruszyli w stronę obozu.
W tej samej chwili
Eleonora i Eowina przygotowywały razem strawę dla dzieci i wojowników. Nagle usłyszały płacz Arthura Eowina rzuciła wszystko i pobiegła do chłopca a za nią spieszyła Teyrna.
Dwórka wzięła dziecko w ramiona i spokojne je tuliła nucąc melodie co sprawiło że niemowlę się uspokoiło. Teyrna widząc to wiedziała że jej przyjaciółka zrobi wszystko by ochronić jej syna. Podeszła do niej i wzięła dziecko w swe ramiona patrząc na nie z miłością i troską.
- Kto by przypuszczał że takie maleństwo ma tak duża rolę do odegrania - powiedziała Eleonora z niepokojem.
- Masz rację pani ale niezbadane są wyroki Stwórcy. - oznajmiła dwórka z oczami pełnymi nadziei.
- Tak patrząc na to maleństwo mam wyrzuty sumienia przez to co prawie zrobiłam. - powiedziała Teyrna z łzami w oczach.
Eowina popatrzyła dziwnie na swoją panią i nie mogła się powtarzać, by nie zapytać - O czym mówisz pani? Co prawie się zdarzyło?
- Gdyby nie Bryce usunęłabym to maleństwo. - powiedziała Eleonora z łamiącym głosem.
- Dlaczego chciałaś to zrobić coś tak głupiego? - powiedziała dwórka z uniesieniem.
- Myślę że się zapominasz Eowino - ostrzegła ją spokojnie teyrna.
- Przepraszam moja pani, ale dobrze wiesz, że ja nie mogę mieć własnych dzieci, a bardzo bym tego chciała. - powiedziała Eowina z głębokim żalem i łzami. Właśnie wtedy mały Arthur znowu zaczął płakać wyczuwając nastrój. Teyrna próbowała go uspokoić kątem oka zerkając na swoją przyjaciółkę. Widząc ją podała jej niemowlę, by ona spróbowała je uspokoić. Eowina wzięła dziecko i spokojne zaczęła je tulić i nucić tę samą melodie co wcześniej.
- Chciałam to zrobić ponieważ Arthur nie jest synem Bryca. - oznajmiła Eleonora spokojnym tonem.
- Jak to? Czy teyrn wie? - spytała dwórka spoglądając na swoją panią.
- Oczywiście że wie. - powiedziała teyrna i dodała - Widzisz Arthur jest ostatnim żyjącym potomkiem Pierwszych Królów Ludzi i to nie byle jakich tylko samych Dracorian.
- Jak to, kim był prawdziwy ojciec Arthura? - zapytała Eowina z niemałym zaciekawieniem.
- Prawdziwym ojcem Arthura jest Uther Tarrdragon. - powiedziała Teyrna z smutkiem i dodała - Posiadł mnie podstępem używając magi za pomocą której przybrał twarz mojego męża.
Kontynuowała opowieść biorąc syna w swych ramionach. Opowiedziała jej o tamtej nocy, odkryciu prawdy i przysiędze Bryca. Eowina powoli zaczęła rozumieć wszystko wtedy przypomniała sobie o przepowiedni z starych czasów i zrozumiała, że nadszedł czas w którym zaczęła się powoli wypełniać.
- Rozumiem o co mnie prosisz i przysięgam że zrobię wszystko co konieczne by chronić Arthura. - przysięgała Eowina z szczerością i zdecydowaniem w oczach.
- Dziękuję ci. Jestem ci dozgonnie wdzięczna. - powiedziała Eleonora z wdzięcznym tonem.
Troską Rodziców
Bryce i Roland wrócili do obozu akurat zanim zapadł zmrok. Obóz był obwarowany prowizorycznym ostrokołem i wieżami z ziemi i drewna. Widać było że ser Ryszard znał się na rzeczy jeśli chodzi o szybkie umocnienia. Pośrodku obozu znajdował się namiot rodzinny Teyrna. Podczas kolacji Marion wydawała się jakaś nieobecna tak samo Fergus zauważyli to ich rodzice.
- Musisz porozmawiać z Fergusem, od ataku jest jakiś markotny. - powiedziała Eleonora do męża.
- Widać że Marion, też jest nieobecna może powinnaś z nią zamienić kilka słów. - powiedział Bryce.
Teyrna skinęła głową i popatrzyła na córkę, wyraźnie zauważyła że jest coś nie tak. Po wieczerzy rodzice zabrali dzieci na małą pogawędkę, teyrn wziął syna na spacer, natomiast Eleonora podała Arthura Eowine. Bryce i Fergus spacerowali przy ostokole, zatroskany ojciec w końcu zapytał - Co się dzieje synu, od tamtego incydentu jesteś jakiś roztargniony?
- Niewiem co mam o tym wszystkim myśleć ojcze. - oznajmił chłopiec z wyraźnym strachem.
Teyrn przyglądał się uważnie chłopcu zrozumiał co go gryzie.
- Wiem że synowi teyrna to nie przystoi, ale kiedy zobaczyłem tamtego potwora byłem przerażony. - powiedział mu syn z łamiącym głosem
- Strach jest normalny u każdego człowieka, ale udało ci się o ci się nad nim zapanować i ochronić matkę oraz siostrę, wtedy znów przysporzyłem mi powodu do dumy - wyjaśnił mu jego ojciec z szczerością w oczach.
- Naprawdę? - zapytał Fergus.
- Oczywiście synku, jesteś naszym małym bohaterem. - oznajmił Bryce z czułym głosem.
Fergus wtedy poczuł radość oraz ciepło w sercu i szybko przytulił się do swego ojca. Teyrn pogłaskał go po głowie i zaczęli powoli zmierzać w kierunku namiotu.
Tymczasem z Eleonorą i Marion.
Teyrna i jej córka siedziały przy ognisku patrząc w płomienie.
Eleonora w końcu spokojnie zapytała - Co się dzieje córeczko?
- Nic matko. - odpowiedziała dziewczynka.
- Przecież widzę, matki nie oszukasz. - oznajmiła jej Eleonora z spokojem.
- To naprawdę nic tylko, - chwilę się zawahała lecz w końcu się przemogła - tylko zastanawiam się co teraz się stanie, kiedy pojawił się mój brat.
- Rozumiem boisz się, że przestaniemy was kochać, prawda? - zapytała teyrna z troską.
- Tak. - przytaknęła dziewczynka.
- Nie musisz się o to martwić córeczko. - wyjaśniła jej matka.
Marion popatrzyła na nią z radością.
- Widzisz kochanie oczywiście, że będziemy poświęcać obecnie więcej czasu twojemu młodszemu bratu, ale to dlatego że teraz potrzebuje tego, zrozumiesz kiedy też zostaniesz matka. - wyjaśniła jej Teyrna.
- Naprawdę? - spytała Marion.
- Tak. - przytaknęła i skinęła głową.
Obie przytuliły się mocno i zostały tak przez kilka chwil wtedy przyszli Bryce z Fergusem.
Rodzina węzła do namiotu i powoli szykowała się do snu.
Posłaniec Stwórcy
Roland nie mógł spać tej nocy, więc postanowił wybrać się na samotny trening jak miał to w zwyczaju. Oddalił się pięć kilometrów od obozu, rozpalił ogień, obnażył miecz swój miecz i zaczął od serii cięć oraz pchnięć na rozgrzewkę. Potem zaczął właściwy trening zarysował krąg na ziemi i zaczął wykonać wewnątrz koła piruety, parady, zwody, zasłony oraz inne sekwencje w stylu walki dwuręcznym ostrzem. Trenował tak przez godzinę aż wreszcie zaczęło go ogarniać zmęczenie. Usiadł przed ogniem i zaczął pić wodę z swego bukłaka. Kiedy tak siedział zastanawiał się nad tym, co wydarzyło się podczas narodzin Arthura i o tym co powiedział mu Teyrn. "Stwórco. Naprawdę widać że nadchodzą wielkie zmiany." pomyślał sobie. Wtedy uklęknął i zaczął się modlić szukając odpowiedzi - Stwórco nasz ojcze w niebie odpowiedz proszę czy to co się wydarzyło jest twoją wolą.
Przełknął ślinę i kontynuował - Władco całego świata proszę jeśli jest to wą wolą chroń tego chłopca i prowadź go a jeśli żądasz zapłaty weź moje życie. - skończywszy modlitwę pogrążył się w ciszy.
W ten usłyszał dziwny szelest, błyskawicznie zerwał się na nogi i uja miecz w obie dłonie.
Z mroku lasu wyślą zakapturzona postać po postuże i budowie ciała Roland rozpoznał że to kobieta. Nie czekając spytał - Kim jesteś pani.
Kobieta popatrzała na niego i uśmiechnięła się z zamkniętymi oczami. Rycerz lekko opuścił miecz oczywiście nie tracąc czujności i ponownie zapytał - Odpowiedz pani kim jesteś?
- Uspokój się ser Rolandzie, nie jestem tu by cię skrzywdzić. - powiedziała nieznajoma kobieta.
Roland był oszołiony tym że znała jego imię i znów zadał pytanie - Skąd wiesz jak się zowie.
- Wiem wiele i to że dręczą twe serce wątpliwości. - odpowiedziała kobieta.
- Niby skąd to możesz wiedzieć co mnie dręczy? - spytał Roland podejrzliwie.
- Rozumiem twoją nieufności lecz nie masz z mojej strony niczego się obawiać. - odpowiedziała nieznajoma.
- Kim jesteś kobieto? - zapytał dowódca rycerzy z irytacją.
- Kiedy przyjdzie czas dowiedz się lecz teraz jest ważniejsza sprawa. - oznajmiła tajemniczo kobieta.
Roland pogładził brodę z zaciekawieniem.
- Musisz wyszkolić małego Arthura najlepiej jak potrafisz i wspierać go gdy będzie tego potrzebował oraz chronić go przed zejściem na manowce jak zrobili to jego przodkowie. - powiedziała nieznajoma z zaufaniem.
- Skąd wiesz kim jest chłopiec? - zapytał szybko Roland.
- Wiem dużo i znam ludzkie serca, dlatego też wiem że Stwórca jak i Stworzyciele wybrali cię na opiekuna przyszłego króla. - powiedziała kobieta i następnie odwróciła się i zniknęła i mrokach lasu.
Roland nie wiedział co myśleć uszczypnął się starając sprawdzić czy się jej to nie przyśniło.
Kiedy okazało się jest to jawa zagasił ogień i wrócił do obozu z wyraźnie zamyślonym wyrazem twarzy. Położył się na posłaniu i zasnął.
Nastał świt wszyscy zaczęli się powoli budzić uszykować do dalszej drogi. Roland spostrzegł Eowine, która właśnie zaczęła szykować śniadanie dla Teyrnów i ich dzieci. Podszedł do niej i opowiedział jej co wydarzyło się zeszłej nocy gdyż wiedział że też zna prawdę o Arthurze.
Wtedy Eowina podzieliła się z nim pewna przepowiednia - Kiedy byłam jeszcze nastoletnia kobietą słyszałam pewną przepowiednie od pewnego starca.
- Jak ona brzmiała? - zapytał Roland głaszcząc brodę.
- Z pieców zabrzmią znów płomienie i dźwięk wykuwanej stali. Z popiołów starożytnej twierdzy przebudzi się smok. Trzy bratnie ludy się zjednoczą. Dawna chwała i wiedza zostaną wskszeszone. Złamanie miecz swą moc odzyska. Król tółacz powróci na stolicę. A dzieci jego wezmą w panowanie cztery krainy. - powiedziała dwórka z poważnym wyrazem twarzy.
- Myślisz że Arthur jest tym człowiekiem z przepowiedni? - spytał rycerz z lekkim zwątpieniem.
Eowina jedynie pokiwała głową wracając do przygotowania śniadania.
- Zobaczymy co przyniesie nam przyszłość. - powiedział Roland spoglądając w niebo.
Po śniadaniu orszak wyruszył w dalszą drogę do Wysokoża.
