Rozdział 3

Obowiązek i Przysięga

"Nasze serca są domem dla Stwórcy, lecz każdy z nas ma obowiązek wobec niego jak i swych bliźnich"

- Brat Genitivi do wiernych.

Wysokoże

Kilka dni później około południa, orszak Teyrnów dotarł do Zamku Couslandów w Wysokożu. Zamek wyglądał okazale i dobrze ufortyfikowane, wydawał się praktycznie nie do zdobycia. Przed murami znajdowała się wioska, gdzie każdy dom miał kamienne podstawy, ściany były z drewna i pomalowane na biało lub brązowo albo czarno, dachy miały trójkątny kształt pokryte glinianymi dachówkami pośrodku natomiast znajdował się murowany komin. Zamek był podzielony na trzy części co dawało lepsza ochronę jego mieszkańców. Pierwszą linię obrony stanowił zamek dolny, otoczony niskim kamiennym solidnym murem. Brama miała murowaną obudowę w śrotku, której znajdowały się drewniane wrota wzmocnione żelazem. Przy bramie znaajdowały się dwie kamienne wieże z małymi okienicami dla kuszników. Na rogach muru stały dwie baszty z których, można było wypatrzyć wroga z wielu kilometrów. Drugą linią był górny zamek z dużym kamiennym murem, który stał na skalnej podstawie co zapewniało ochronę przed podkopem. Brama była też murowana z tą różnicą, że wota stanowiła żelazna gruba krata, którą można otworzyć jedynie od wewnątrz. Górny zamek było o tyle trudno sforsować, gdyż co dwadzieścia metrów stała kamienna baszta na szczycie, których stały balisty i manguelle. Ostania linia obrony stanowiła cytadela lub inaczej stołk w którym mieszkał teyrn wraz z rodziną. Mur był wysoki lecz krótki, a w każdym z czterech rogów znajdowała się wieża. Wejścia broniły drewniane masywne wrota za którymi znajdował się niewielki plac. Po prawej stronie przy bramie stały stajnie, natomiast na lewo od bramy schody prowadzące na mur. Na wprost od wejścia do Cytadeli znajdowały się drewniane wrota prowadzące do wielkiej sali. Na prawo znajdowały się koszary rycerskie, a na lewo drzwi do kaplicy zamkowej. Na każdej z wież i bram, powiewał sztandar domu Couslandów.

Kiedy orszak wjechał do wioski wszyscy ludzie wiwatowali i uśmiechali się na widok powracająch władców Wysokoża. Teyrn Bryce jechał na swym koniu dumnie z wysoko uniesioną głową i wyprostowana pozą, która dodawała mu majestatu, od czasu do czasu pomachał ludowi. Każdy z rycerzy i żołnierzy, też jechał dumnie podkreślając siłę oraz prestiż armii Teyrniru. Roland trzymał się cały czas blisko karety, gdzie jechała rodzina Teyrna, nie przestając myśleć nad wydarzeniami tamtej nocy i o kobiecie, którą spotkał dająca mu radę na przyszłość. Za orszakiem jechał powóz z ciałami poległych żołnierzy, zawinięte w płótna i schludnie ułożone. Wielu pochylało głowy, by oddać cześć poległym, jeszcze inni zastanawiali się czy na tym wozie nie leżą ich bliscy lub przyjaciele. Teyrna zaś siedziała w karocy opiekując się małym Arthurem, co jakiś czas machając do witającego ich tłumu. Fergus i Marion siedzieli na swoich możliwości i patrząc przez okna karety. Marion jednak była bardzo zajęta spoglądaniem na swojego młodszego braciszka, który spał w ramionach Eleonory. Bryce jadąc i słuchając wiwatującego tłumu, odwrócił się i spojrzał za siebie, jego wzrok spoczął na zamyślonym Rolandzie. Wtem powiedział do jednego z żołnierzy - Gaellu jedz i powiedz Ser Rolandowi że chce z nim porozmawiać.

- Rozkaz panie. - odpowiedział żołnierz. Skłonił głowę i ruszył w stronę dowódcy rycerzy.

- Sir Rolandzie, teyrn chce z tobą porozmawiać. - oznajmił Gaell parząc na rycerza z szacunkiem.

- Dobrze dziękuję że mnie powiadomiłeś. - podziękował i skina głową. Następnie ruszył stronę swego pana by dowiedzieć się dlaczego chciał się z nim widzieć.

- Wzywałeś mój panie? - spytał Roland z zaciekawieniem w głosie.

- Tak, ponieważ wydaje się że coś cię trapi. - powiedział teyrn i następnie zapytał - Co się dzieje, czy jest coś co cię martwi.

- Nie panie, po prostu... - na chwilę urwał, lecz po paru chwilach się przełamał - Po prostu nie myśli zaprząta tamten dzień, kiedy twój syn przyszedł na świat.

- Rozumiem. - oświadczył zrozumiale Bryce.

- Zastanawiam się też co to były za stworzenia i po co nas zaatakowały? - wysuną zapytanie Roland z lekkim zamyśleniem.

- Wiem też nad tym myślałem, kiedy odpoczniemy pośle umyślnego do przyjaciela z Szarej Straży. - ciągnął - Jeśli on nie będzie wiedział co to za potwory każe przeszukać wszystkie księgi w królestwie by się dowiedzieć.

- Rozsądnie mój panie. - powiedział z uśmiechem dowódca rycerzy i dodał - Rozkaże za twoim pozwoleniem, zwiększyć patrole w teyrnirze.

- To dobry pomysł masz moje przyzwolenie. - oznajmił Bryce z uśmiechem i skinieniem głowy.

Roland też skinął w odpowiedzi głową, a następnie powrócił na swoje miejsce. Orszak wjechał wreszcie do Cytadeli, rycerze oraz żołnierze zaczęli na rozkaz swego Teyrna zsiadać z koni. Na powitanie Couslandów wyszli Seneszal, skarbnik, marszałek, reszta dworek teyrny i oczywiście bannowie którzy przyjechali, by porozmawiać ze swym teyrnem oraz duchowni z kaplicy zamkowej. Teyrn pzejściu z wierzchowca podszedł do karety by pomóc swej żonie wysiąść. Kiedy zbliżyli się do witających ich urzędników wtem wprzód wyszedł z szeregu Seneszal Wysokoża imieniem Arranz Trraenal. Mężczyzna odznaczał się dużą posturą, umiarkowana budową ciała, wiekiem około czterdziestu dwóch lat, siwymi włosami i długą brodą. Odziany był w granatowy dublet z białym haftem, solidne skórzane buty, czarny pas z przypiętym do niego długi fereldeński miecz z srebrytu.

Poszedł do swego pana i powiedział - Witaj w domu Teyrnie Cousland, dobrze widzieć ciebie i twoją rodzinę w zdrowiu. - ciągnął - Widzę też że rodzina się powiększyła mój panie, gratulacje.

- Witaj oraz dziękuję Arranzie, mam nadzieję, że pod moją nieobecność wszystko było w dobrym ładzie.? - powiedział serdecznie Bryce pytając jednocześnie o raport.

- Wszystko jest tak jak to zostawiłeś prócz niewielkich problemów z łupieżcami, jednak sam dobrze wiesz jaki to uporczywy problem. - powiedział seneszal z poważnym uśmiechem.

Teyrn skinął głową na znak że rozumie gładząc swój podbródek.

- Jeśli pozwolisz panie są sprawy, które wymagają twego rozpatrzenia na radzie, która się zaraz zbierze. - poinformował Arranz kłaniając się.

- Rozumiem przyjacielu, przywdzieje ino inne odzienie wtedy możemy zaczynać. - oznajmił spokojnie Teyrn patrząc na swego seneszala.

- Oczywiście mój panie. - powiedział Arranz, po czym zaklaskał dłońmi i dodał - Służba wnieść bagaże Teyrnów do zamku i pomóc im się rozpakować.

Teyrn odwrócił się do Rolanda i powiedział - Ser Rolandzie zajmij się proszę razem z Matką Renny pochówkiem poległych żołnierzy, a po zebraniu rady czekaj na mnie w wielkiej sali.

- Zgodnie z rozkazem mój panie. - odpowiedział dowódca rycerzy, po czym wykonał ukłon i odszedł.

Po powitaniu Bryce wraz z rodziną weszli do Wielki Sali. Samo pomieszczenie sprawiało o sile oraz prestiżu domu Couslandów. Sufit był wysoki na dwadzieścia metrów z wymalowaną historią założenia rodu Cousland. Na górze wisiało sześć żyrandoli z żelazna z szklanymi osłonami na świece. Ściany były jak zresztą cały zamek murowane, wisiały na nich gobelin przedstawiające jakieś wydarzenie lub po prostu symbol na kolumnach, natomiast zawieszone były, też trofea z polowań, pod którymi znajdowały się tarcze z laurami Couslandów. U końca sali, znajdowało się duże kamienne palenisko, a przed nim stał tron teyrna oraz krzesła dla jego rodziny. Na ziemi pośrodku sali rozłożony był długi zielony dywan z złotymi brzegami, który sięgał, aż do tronu. Bryce wraz z rodziną skierowali się się do swych komnat by przebrać się w świeże ubrania i chwilę odpocząć przed kolacją powitalną. Kiedy dotarli na piętro służki wzięły Fergusa i Marion do ich pokoi, by pomóc i się przebrać. Teyrn i Teyrna poszli wraz z małym Arthurem do swej komnaty za nimi weszła jedynie Eowina. Bryce rozebrał swą zbroję, a następnie zaczął ubierać swój niebiesko zielony dublet i buty z szarej skóry. Eleonora położyła niemowlę do kołyski i zaczęła przy pomocy Eowiny zdejmować swą suknie by przebrać się w swoją ulubioną błękitno-białą suknie z złotym wzorem róży. Dwórka wzięła zdjęta suknie i wyszła wtedy między małżeństwem wywiązała się rozmowa.

- Wyglądasz pięknie ukochana - powiedział czule Bryce do swej żony.

- Dziękuję najdroższy, ale naprawdę Arranz mógł zaczekać obowiązkami do jutra, żebyś zdążył odpocząć po tak ciężkiej podróży. - powiedziała zawieszona Teyrna.

- Dziękuję najdroższy, ale naprawdę Arranz mógł zaczekać obowiązkami do jutra, żebyś zdążył odpocząć po tak ciężkiej podróży. - powiedziała zawieszona Teyrna.

- Eleonoro dobrze wiesz że jako jeden z dwóch Teyrnów w Fereldenie mam dużo obowiązków i muszę się nimi zająć w pierwszej kolejności. - oznajmił z uśmiechem swojej żonie i pocałował ją w czoło.

- To zrozumiałe, przecież gdybyś okazał się leniem i głupcem nigdy bym na ciebie nie spojrzała. - oznajmiła mężowi z lekkim żartem w głosie.

- Dobrze wiedzieć ukochana. - powiedział czule i dodał z żartem - Muszę już iść zanim Trraenal wyśle ekipę poszukiwawczął.

Teyrn ukłonił się żonie, pogładził syna po głowie i wyszedł na zebranie rady.

Eleonora wzięła syna na ręce i pomyślała patrząc na niemowlę "Obyś wyrósł kiedyś na takiego dobrego człowieka jak twój ojczym." uśmiechając się przy tym. Następnie zaczęła utulać chłopca do snu.

Teyrn dotarł na posiedzenie rady usiadł na swoim miejscu, po jego prawej siedział seneszal, a po lewej skarbnik imieniem Colin Rallen z trzymający na kolanach swoją drewnianą teczkę obszytą skórą, w której znajdowały się dokumenty o finansach Teyrniru. Obrady trwały długo rozmawiano głównie o prawach składu i gdzie wysłać karawany handlowe. W końcu rozmowy zeszły na temat łupieżców, którzy stali się zmora wybrzeży Fereldenu.

- Panowie i panie mówiłem wam już nieraz,.że trzeba nam wybudować okręty by zażegnać zagrożenie ze strony tych przeklętych piratów. - powiedział Arranz poważnym tonem próbując przekonać teyrna i radę.

- Zgadzam się seneszalu lecz potrzeba nam funduszy by to zrealizować. - powiedział Colin surowym tonem.

- Dość! - krzyknął Bryce zapobiegając ewentualnej kłótni, następnie z zamyślenieniem dodał - Zgadzam się że budowa okrętów jest kosztowna, ale nikt nie każe nam odrazy budować całej armady.

Na te słowa wszyscy zaczęli szeptać a Colin zatracił się w zamyśleniu, potem spojrzał na teyrna i zapytał - Co chcesz zaproponować mój panie?

- To proste będziemy budować po dwa okręty co pół roku przez dwa lata i sześć miesięcy. - ciągnął - to sprawi że będziemy mieli flotę obronną dla naszych brzegów oraz nie nadwyrężymy skarbca.

Wszyscy zgodnie pokiwali głową Bryce widząc to wstał i powiedział - Skoro to wszystko uważam obrady za zakończone. Możecie się rozejść.

Wszyscy członkowie rady wyszli teyrn siedział na swym miejscu myśląc "Dobrze że wszystko już się skończyło, naprawdę czasami ta rada zmienia się w bandę zakutych łbów do których nic nie dociera, ale przynajmniej mam ich lojalność.". Kończąc rozmyślania wstał i wyszedł z komnat rady, kiedy znalazł się poza pomieszczeniem rady ujrzał ser Rolanda który czeka na niego.

Spojrzał na dowódcę rycerzy z serdecznym uśmiechem powiedział go - Dobrze jesteś, musimy omówić parę spraw.

- Rozumiem teyrnie, zatem prowadź. - powiedział Roland z odwzajemniony uśmiechem i ciekawością.

Poszli do gabinetu Bryca w ciszy, gdy doszli do komnaty, dwóch strażników przed wejściem ukłoniło się i otwarli przed nim drzwi. Gabinet teyrna nie za duży ale do małych też nie należał można powiedzieć że był średniej wielkości. Znajdowały się w nim w lewej części pokoju dwie gabloty z książkami, skórzana sofa o kremowym kolorze, przy niej stał niewielki stolik z miodem i trzema pucharami, niewielkie portrety dziadka i ojca Bryca wiszące na ścianie trzy świeczniki i żyrandoli ze stali oraz kominek po prawej stronie. Wstawione też było szklane okno przed którym stało krzesło obite skórą, a także biurko, przy którym pracował Teyrn. Brace podszedł do stolika i nalał im obu trochę miodu do rozmowy. Następnie podał kielich swemu przyjacielowi i usiadł za biurkiem, Roland po wzięciu miodu czekał, aż jego pan usiądzie i wtedy usiadł na prawym krześle przed biurkiem.

- Czemu chciałeś ze mną rozmawiać panie, czy zrobiłem coś nie tak, lub któryś z moich ludzi? - spytał lekko zestresowany Roland.

- Spokojnie przyjacielu, chciałem z tobą porozmawiać, ponieważ chcę byś wybrał sobie do pomocy 5 zaufanych rycerzy, których wtajemniczysz w pochodzenie Arthura i razem z nimi będziesz go strzegł. - oznajmił Bryce spokojnym, acz poważnym głosem.

- Rozumiem ale co skłoniło cię do tej decyzji? - zapytał zaintrygowany dowódca rycerzy.

- Przypomniało mi się że Uther był obieżyświatem i jeśli jego syn odziedziczył po nim tą przypadłość, to lepiej żeby miał kompanów, którzy będą go chronić. - powiedział Teyrn z śmiejąc się na wspomnienia o zmarłym druhu, biorąc potem łyk ze swego pucharu.

- Jak sobie życzysz mój panie. - powiedział Roland skinając głowę.

- Nie tylko to jest do omówienia. - oznajmił Bryce wstając i patrząc przez okno.

Dowódca rycerzy wzioł łyk miodu odstawił puchar na biurko, następnie podszedł do teyrna i patrzył na niego z zaciekawieniem. Teyrn wziął łyk z kielicha, po czym odwrócił się do Rolanda i powiedział - Chce byś uczył Arthura fechtunku od 5 roku życia oraz przekazał mu wiedzę taktyczną i strategiczną.

- Oczywiście mój panie, jeśli uważasz że to może się przydać chłopcu w przyszłości. - powiedział Roland , lekko się uśmiechnął przy tym, gdyż oznaczało to dostał wolna rękę by nauczyć Arthura pełnego wojennego fachu.

- Skoro wszystko uzgodnione możemy przejść do innych spraw. - oznajmił Bryce spokojnie.

Następnie obaj usiedli na swoich miejscach i zaczeli omawiać kwestie bezpieczeństwa teyrniru oraz jak je wzmocnić. Siedzieli tak do późnej nocy, przegapiając kolację powitalną. Bryce wrócił do swych komnat wchodząc na chwilę do kuchni by wziąć jedna bułkę na przekąskę. Wszedł do komnaty i zobaczył że jego żona już śpi podszedł do kołyski i ucałował pasierba w czoło mówiąc - Słodkich snów mały królu.

Wszedł do łóżka okrył się kołdrom i zasnął.


Kandydaci

Tydzień później

Roland poszedł do biura teyrna, by przedstawić mu listę rycerzy, których wybrał jako strażnicy Arthura. Miał właśnie zapukać drzwi, gdy usłyszał śmiechy i chichy oraz jęki, jakie towarzyszą intymnym chwilom. Uśmiechając się pokręcił głową i postanowił poczekać, by nie przeszkadzać teyrnowi oraz jego żonie. Kiedy drzwi się otworzyły z komnaty wyszła Eleonora z rozpuszczonymi włosami, zgrzaną lekko twarzą, a na niej uśmiech, który zmienił się w zażenowanie, kiedy zobaczyła Rolanda wyglądającego na trochę rozbawionego tą sytuacją.

Teyrna szybko opanowała swoje zawstydzenie, wzięła głęboki oddech i powiedziała głośno i wyraźnie by Bryce mógł usłyszeć - Witaj sir Rolandzie.

- Witaj moja pani, naprawdę ładny dziś dzień mamy. - powiedział dowódca rycerzy nie tracąc uśmiechu.

- Zaiste, dzień jest wyborny na spacer po ogrodach. - powiedziała Teyrna mierząc rycerza wzrokiem, po czym dodała z złośliwym uśmiechem - Zapewne masz ważną sprawę do mojego męża więc wejdź.

- Poczekam chwilę Teyrn zapewne dwie lub trzy rzeczy do zrobienia - mówiąc Roland to radośnie pokłonił głowę.

Eleonora uśmiechnęła się ironicznie podnosząc prawy kącik ust, mrużąc prawe oko i unosząc lewą brew do góry, był to wzrok matki patrzącej na niesfornego urwisa. Roland spóźnił wzrok i przełknął ślinę, a gdy Teyrna oddaliła się wziął głęboki oddech "Stwórco Teyrna jest naprawdę czasami straszna od stada wielkich smoków, nie dziwię się dlaczego Teyrn woli jej nie drażnić." pomyślał śmiejąc się przy tym. Wtedy głos Bryca rozbrzmiał za drzwi - Rolandzie możesz wejść.

Dowódca rycerzy wszedł do komnaty kłaniając się swemu teyrnowi, następnie podniósł wzrok i mówi - Witaj panie, przyniosłem imiona rycerzy których wybrałem do ochrony Arthura.

- Dobrze, więc kogo wybrałeś i czy jesteś pewien że można im zaufać? - zapytał zdecydowanie Bryce.

- Odpowiadając od razu na drugie pytanie, tak można im zaufać - ciągnął - powierzyłbym im życie.

- Rozumiem. - odpowiedział Teyrn że spokojem a następnie spytał - Więc kogo wybrałeś?

- Najpierw wybrałem sir Ryszarda Yorka to prawy rycerz czasami wydaje się być tępy, lecz jeśli chodzi o walkę nie ma sobie równych. - powiedział Roland z szacunkiem i uznaniem.

Teyrn pokiwał głową przytakując i przypominając sobie jak Ryszard umocnił ich obóz podczas podróży.

- Drugim herbowym jest sir Benen Bowie lojalny i rozsądny jest mistrzem sztyletów oraz ekspertem od walki podjazdowej. - powiedział radośnie dowódca rycerzy.

- Ciekawe, chyba sobie go przypominam. - wspomniał Bryce z zamyślenieniem.

- Radziłbym z nim nigdy nie grać w żadną grę na pieniądze. - oznajmił zdecydowanie Roland i dodał - Chyba że wasza lordowska mość chce pozbyć się srebrników oraz suwerenów.

- Hahaha, dobrze wiedzieć. - odpowiedział z rozbawieniem Teyrn.

- Na trzecim miejscu jest sir Edan Forester, groźny w boju i nieprzewidywalny jako strateg. - powiedział dowódca rycerzy z głębokim oddechem.

- Wierzę na słowo - odezwał się Bryce.

- Czwartym rycerzem jest sir Cedric Black silny jak tur i równie zręczny, nie ma bariery przez którą on się nie przebije. - oznajmił Roland z lekkim stresem.

- Przypomnij mi czy to nie ten rycerz z łapą niczym niedźwiedź oraz on czasem nie ma zakazu uczestniczenia w turniejach? - zapytał Teyrn gładząc się po brodzie i mrużąc oczy w zamyśleniu.

- W rzeczy samej mój panie. - powiedział rozbawiony dowódca rycerzy.

- Kto następny? - spytał Bryce też z lekkim uśmiechem.

- Ostatnią z kandydatów których wybrałem jest sir Tira Mennell, moim zdaniem nie ma lepszej łuczniczki i bardziej lokalnego dowódcy. - oznajmił Roland z szacunkiem i dumą.

- Rozumiem. - powiedział Teyrn z zamyślenieniem, a potem zapytał zdecydowanie - Czy jesteś pewien całkowicie tych rycerzy, że dochowają tajemnicy o Arthurze?

- Panie jestem tego więcej niż pewien, powierzyłbym im wszystkim życie moje i całego teyrniru. - Roland odpowiedział pewnie i zdecydowanie.

- Dobrze więc, lecz pamiętaj jeśli prawda o Arthurze wypłynie zbyt szybko zapłacisz za to. - ostrzegł Bryce groźnie dowódcę rycerzy.

- Rozumiem mój panie. - oznajmił dowódca rycerzy lekko zestresowany.

Kończąc przedstawiać listę kandydatów i omówieniu później bezpieczeństwa teyrniru sir Roland wyszedł z biura teyrna. Skierował się on na dziedziniec by wyruszyć na spotkanie z rycerzami których wybrał.


Początek nierozerwalnej więzi

Tymczasem z Eleonorą, Marion i Arthurem.

Eleonora wróciła do swych komnat by zająć się swoim synem. Kiedy weszła do środka ujrzała, jak jej pięcioletnia córka cały czas kołysze lekko kołyskę Arthura, który smacznie śpi. Kobieta uśmiechnęła się uważając ten widok za rozczulający i krzepiący. Podeszła do Marion po cichu i objęła ją prawą ręką, a kiedy dziewczynka spojrzała w górę na kobietę uśmiechniętym wzrokiem. Następnie znów zwróciła oczy ku swojemu młodszemu braciszkowi który obrócił się lewy pół i dalej spał. Eleonora oraz jej córka uśmiechnęły się na ten widok, po czym Marion przestała ruszać kołyską, razem z swą matka usiadła przy okrągłym stoliku, który znajdował się w sypialni teyrnów. Teyrna wzięła ze stolika mały srebrny dzwoneczek i nim lekko potrząsnęła wtedy na ten dźwięk weszła Eowina która stała za drzwiami. Podeszła do Eleonory oraz Marion pytając - Czy podać coś do picia pani Eleonoro?

- Tak, zapisz nam obu herbaty z malinami i cytryną. - poleciła jej Teyrna z serdecznym uśmiechem.

- Oczywiście moja pani. - odpowiedziała ze szacunkiem dwórka.

Kiedy Eowina poszła zaparzyć herbaty Eleonora podjęła rozmowę z swoją córką. Widząc Teyrna jak dziewczynka cały czas spogląda w stronę kołyski uśmiechnęła się i spytała - Jak podoba ci się twój mały braciszek?

- Jest słodki oraz taki delikatny, jednak w jego oczach jest coś dziwnego. - powiedziała dziewczynka niepewnie.

- Tak wiem o czym mówisz, - powiedziała Eleonora i następnie wyjaśniła - to wzrok wielkich przywódców, posiada go prawie każdy Cousland.

- Naprawdę? - zapytała Marion z zaciekawieniem.

- Oczywiście popatrz tylko na swego ojca widać w nim aurę przywódcy. - oznajmiła spokojnie Teyrna.

- Masz rację mamo. - powiedziała radośnie dziewczynka.

Matka i córka rozmawiały jeszcze o Arthurze i jej ojcu. Kiedy weszła Eowina niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami obie damy spojrzały na nią i się uśmiechnęły na powitanie dwórki. Służka podeszła do nich położyła tacę na stoliku nalała każdej z pań herbaty i spytała uprzejmie - Czy podać coś jeszcze?

- Nie możesz odejść Eowino i dziękuję herbata pachnie wyśmienicie. - powiedziała Eleonora chwaląc swoją dwórka.

Eowina ukłoniła się z uśmiechem i wyszła za drzwi czekając na ponowne wezwanie. Marion razem z matką zaczęły sączyć herbatę i częstować się ciasteczkami czekoladowymi.

Obie uznały że wszystko jest wyśmienite wydając dźwięk zachwytu, jednak dziewczynka chciała jeszcze o coś zapytać - Mamo czy boisz się o Arthura?

- Oczywiście że tak, jak zresztą o każde z moich dzieci. - odpowiedziała Eleonora uśmiechając się ciepło i czule do córki.

Marion spokojnie odetchnęła, wzięła łyk herbaty oraz zjadła jedno ciastko wtedy Teyrna zadała pytanie - Jak w ogóle idzie ci nauka?

Marion lekko się speszyła i próbując odwracać wzrok odpowiedziała - Dobrze tylko Aldous jest strasznie wymagający.

- Rozumiem, lecz zrozum córeczko, że kiedyś ta wiedza może ci się przydać. - powiedziała Eleonora z wyrozumiałym głosem i dodała z lekko poważnym tonem - Więc staraj się nie uciekać z lekcji inaczej każe ci przydzielić eskortę strażników.

Na to ostatnie zdanie dziewczynka pobladła "Ona wie?" pomyślała patrząc na matkę ze strachem.

- Czemu tak na mnie patrzysz to chyba oczywiste że interesuje się postępami w nauce moich dzieci. - oznajmiła Teyrna uśmiechając się do córki.

- Nie tylko...- próbując coś powiedzieć bądź zaprzeczyć, ale w końcu Marion nic nie powiedziała, zamiast tego wstała i podeszła do kołyski Arthura i uśmiechnęła się do brata, który właśnie się obudził. Chłopczyk przetarł oczka, następnie spojrzał na swoją siostrę i patrzył zaciekawiony, a kiedy zobaczył uśmiech sam się zaśmiał wydając radosny dźwięk.

Eleonora podeszła do córki i powiedziała żartem - Widać masz kolejnego wielbiciela.

- Mamo! - krzyknęła dziewczynka z zawstydzeniem. Jednak sama motem się zaśmiała. Do pokoju weszła Eowina mówiąc - Pani podobno teyrn dostał list że król Maric przyjeżdża z odwiedzinami.

Teyrna spojrzała na na pokojówkę ze zdziwieniem i powiedziała - Eowino za zajmij się dziećmi a ja pójdę do męża.

- Oczywiście moja pani. - powiedziała i przepuściła teyrnę kłaniając się, przy tym po czym podeszła do dzieci.


Pierwsi Rycerze Okrągłego Stołu

W starym opuszczonym forcie nieopodal zamku Couslandów, pięciu rycerzy czekało na swego dowódcę. Fort nazywał się Pendragon, był lekko zrujnowany miał wyłom w murze oraz gdzie nie gdzie widać było oznaki spalenizny. Fort miał podobno dwa tysiące lat, a został zbudowany jako pierwsza siedziba panów tych ziemi. Został zdobyty i zniszczony przez Orlesian, podczas Rebelii Marica, jako akt próby stłumienia buntu na północy kraju. Sir Ryszard stał oparty o mur czekając w ciszy podczas gdy sir Benen Bowie ogrywał w kości sir Edana Forestera i sir Cedrica Blacka. Benen Bowie był mężczyzną o średniej posturze, zadartym nosem, jego oczy były zielone i czym liście latem. Miał ciemne sięgające do szyi włosy z małym zaplecionym warkoczem z tyłu głowy, ogoloną gładko twarzy. Odziany w ciężką kolczą zbroję zrobionej z czerwonej stali przez, co był nazywany czerwonym diabłem. Przy pasie miał dwa krótkie miecze które wyglądały jak długie noże typu Bowie, wykute z srebrytu oraz miały podwójne zbrocza. Rękojeści były zrobiona ze opalonego jesionu, jelece z żelaza połączony ze żelazną głowicą tworząc garde. Edan Forester miał wysoką lecz lekko umięśnioną posturę, oczy jego były brązowego, nos trochę wydłużony. Rycerz miał włosy krótkie w kolorze ciemnego blondu, nie posiadał brody, ale twarz zdobiły mu gęste wąsy tej samej barwy, które sięgały do ust wręcz lekko zachodziły na nie. Ubrany był w kolczą zbroję ze verydium, zabarwioną na czarno, która nadawała mu respektu i tajemniczości. Nosił przy boku długi miecz Fereldeński z srebrytu o rękojeści owiniętej czerwona skóra i czarnym jelcu krasnoludzkim, który tworzył pierścień przecięty na pół oraz wzdłuż klingi złączony ze sobą, a u dołu owalna podstawa. Drugim orężem była długa lanca o potrójnym ostrzu wykutej z veridium oparto o ścianę za nim. Cedric Black miał ogromną posturę oraz bardzo umięśnioną, miał błękitne oczy, zadarty nos i krzywe spojrzenie. Nie posiadał włosów, ponieważ był łysy lecz jego zarost przypominał kotwice o kolorze kasztanowym. Miał na sobie płytową zbroję ze stali, która lśniła w blasku słońca. Przy jego pasie znajdował się długi sztylet z żelaza, lecz główna bronią rycerza była dwuręczna maczuga ze srebrytu zabarwiona na ciemnozielony kolor.

Rycerze grali w kości, dwóch z nich się frustrowało gdyż sir Bowie prawie oskubał ich ze wszystkich srebrników. Edan popatrzył na pieniądze, które przegrał i to go denerwowało - No weź Bowie cały czas mnie rozgrywasz jak chcesz daj się odkuć.

- Co się stało Forester wymiękasz? - zapytał szyderczo Benen.

- Przegrałem już prawie cały mój miesięczny żołd więc odpuść trochę. - powiedział zirytowany Edan.

- Czekaj, czekaj, prosisz mnie bym dał ci wygrać? - spytał rozbawiony Bowie, a potem dodał - Oj, oj, oj, biedny Edan powinieneś wiedzieć że w takiej grze los sprzyja lepszemu.

- Czyli powinien sprzyjać mi. - oznajmił Cedric poważnym tonem.

- A skąd to przypuszczenie wielkoludzie? - zapytał lekko poirytowany Bowi.

- Jeśli dobrze pamiętam ostatnio, a dokładniej trzy dni temu, padłeś na piach po minucie i spałeś przez dwie godziny. - powiedział z uśmiechem ogromny rycerz.

- Ja wtedy yyy, - Benen próbował coś desperacko wymyślić aż powiedział - trochę chorowałem.

- Taaak Maferata było. - odpowiedział Edan śmiejąc się przy tym.

Sir Bowie był już trochę zdenerwowany tym wypominaniem przez kolegów jego upokarzającej chwili. Więc wyrzucił kości na stół i znów miał szóstki ki irytacji kompanów. Ryszard przyglądał się im z uśmiechem trójce grających rycerzy wtedy podeszła do niego Tira. Tira Mennell jedna z nielicznych kobiet rycerzy była zarówno piękna jak i niebezpieczna. Rycerka miała kruczoczarne włosy, posturę wysoką i ponętna, złociste oczy oraz lekko zadarty nos. Odziana w ciężką kolczą zbroję ze srebrytu przy jej pasie był przypięty krótki prostu miecz z stali. Natomiast na plecach miała kołczan pełen strzał oraz nosiła na ramieniu długi łuk z żelazodrzewa. Kobieta podeszła z uśmiechem i oparła się mur tuż obok rudowłosego rycerza chcąc o coś zapytać jednak nie zdążyła. Ryszard wyprostował się i przeszedł przez bramę mrużąc oczy gdy patrzył w dal. Tira stanęła za nim zaciekawiona tym co jej towarzysz zauważył.

- Przyjechał - powiedział Ryszard poważnym tonem nie spuszczając oczu z zbliżającego się Rolanda.

- Jak myślisz dlaczego nas tu wezwał? - zapytała zaciekawiona kobieta.

- Dowiemy się już wkrótce. - odpowiedział chłodno Ryszard.

Tira patrzyła na niego z ciekawością.

- Powiedz pozostałym że dowódca się zbliża. - nakazał rycerz swej towarzyszce z spokojem.

- Rozumiem. - oznajmiła rycerka i poszła po resztę kompanów.

Kiedy podeszła do trójki grających i kłócących się rycerzy uszała - Szkoda że nie ma więcej kobiet tak hojnie obdarowanych przez na turę jak Tira.

- Chłopie może lepiej skończmy. - powiedział Benan dostrzegając rycerkę.

- Co jest Bowie, nie chciał byś takiej cycatej krowy w swym łóżku co dnia? - spytał z uśmiechem Edan.

- Uważam że każda kobieta jest piękna na swój sposób. - powiedział zestresowany Cedric.

- Ty też no weź żaden z was nie chce mieć cycatej dziewki w alkowie bo ja tak. - oznajmił Forester z radością nie zdając sobie sprawy że zanim czaiło się niebezpieczeństwo.

- Stary zamknij się. - kazał mu Bowie desperacko.

- Benan, moim zdaniem kobieta powinna mieć duży... - rycerz nie zdążył powiedzieć kiedy powalił go silny kop wściekłej Tiry.

- Ryszard kazał wam kończyć. Dowódca się zbliża. - powiedziała rycerka groźnym głosem.

Obaj rycerze wstali z ziemi posprzątali miejsce gry oraz pomogli się pozbierać z gleby Edanowi, który dalej był oszołomiony niespodziewanym ciosem od Mennell. Czwórka herbowych stanęła w szeregu czekając na przybycie Rolanda po chwili dołączył do nich Ryszard. Dowódca rycerzy wjechał przez prane i ujżał piątkę rycerzy stojących na baczność. Podjechał do koni rycerzy staną zsiadł z swego wieszchowca, następnie podszedł do piątki, którą wybrał.


- Witaj dowódco! - rozbrzmiało chórne powitanie.

- Witajcie przyjaciele cieszę się, że przybyliście. - powiedział z wdzięcznością Roland i rozglądając się po rycerzach.

Rycerze ukłonili się z prawą dłonią zaciśniętą w pięść i polożoną na lewej piersi. Potem się wyprostowali czekając na odpowiedzi dlaczego się tu zebrali.

- Zapewne wyczekuje cię na odpowiedzi na nurtujące was pytania? - zapytał Roland z powagą na twarzy.

- Masz rację dowódco, chcemy wiedzieć dlaczego tu zebrałeś naszą piątkę. - oznajmiła Tira beznamiętnym tonem walnięta potem łokciem przez Ryszarda.

- Rozumiem. - powiedział spokojnie dowódca rycerzy, po czym dodał - Chodźcie za mną do środka, tam wszystko wam wytłumaczę.

Piątka rycerzy poszła za Rolandem do stoł Kiedy weszli do środka i szli korytarzem widzieli poszarpane sztandary ze symbolami Couslandów i królestwa Fereldenu. Ich oczom ukazały się też strzaskane drzwi i gdzie nie gdzie ślady wyschniętej krwi. Oznaczało to że gdy orlezjanie zdobyli fort urządzili załodze krwawa rzeźnię. Roland spojrzał do tyłu i zobaczył, jak Edan cały czas boczną części swej szyi oraz podbródka. Dowódca rycerzy dostrzegł kwaśna twarz Tiry, która szła za Foresterem wyraźnie mi patrzyła w stronę rycerza. Widok był na tyle ciekawy że nie mógł się powstrzymać od pytania - Czy były jakieś problemy zanim przybyłem?

- Nie dowódco. - odpowiedział spokojnie Ryszard.

- To dlaczego sir Forester ma ślad po lewej stronie szyi i twarzy? - zapytał Roland podejrzliwie wskazując na rycerza.

- Jeśli o to chodzi ograłem Bowiego oraz Blacka, a Cedric nie wytrzymał napięcia i mi przyłożył. - powiedział Edan z lekkim stresem.

- Dziwne, o ile dobrze pamiętam to zawsze, kiedy sir Black cię zdzielił na dwie godziny. - oznajmił Roland z uśmiechem a inni wybuchli śmiechem.

- To nieprawda dowódco! - krzyknął zdenerwowany Forester.

- Jak pamiętam, a mam całkiem dobrą pamięć to zdarzyło się kilka razy że musieliśmy stanąć na nieoczekiwany postój, bo zdenerwowałeś sir Cedrica. - oznajmił Roland gładząc swój podbródek z uśmiechem, gdy inni prasneli śmiechem.

- Prawda jest taka, że Edan dostał kopniaka od Tiry. - powiedział Benan śmiejąc się przy tym.

- Aha, nie martw się Forester, z wojowniczką pokroju się Mennell to nie wstyd przegrać. - powiedział pokrzepiając dowódca rycerzy i dodał - Wiem co mówię.

Wszyscy byli zaciekawieni słowami Rolanda, lecz on wstrzymał ich pytanie unosząc dłoń w górę. Zbliżyli się do wielkich drzwi okutych żelazem, za którymi znajdowała się główna hala. Dowódca rycerzy pchnął lekko drzwi by je otworzyć i wszedł do środka a reszta herbowych weszła za nim. Główna sala wyglądała na dobrze zachowana mimo zniszczonych mebli oraz obrazów i wybitych okiennic a także poszarpanych sztandarów. Sufit miał kamienne sklepienie podpierane przez cztery kolumny położone do siebie równolegle. Każda z kolumn miała zawieszoną pochodnie, na wprost od drzwi wejściowych był komin wbudowany w ścianie. Cała piątka rozglądała się po sali i dziwiąc się, że mimo upływu lat to miejsce wygląda na zadbane. Roland podszedł do stołu który stał przed kominkiem i był przykryty materiałem. Dowódca rycerzy wziął kapę i jednym płynnym ruchem zdjął ją rzucając za siebie. Oczom herbowych ukazał się okrągły stół. Roland wtedy powiedział - Benan rozpal w piecu, a reszta niech zajmie się pochodniami oraz paleniskami wokół stołu.

- Rozkaz dowódco. - odpowiedział stanowczo Ryszard.

Wszyscy wzięli się do roboty, Bowie zabrał się za rozpalenie w kominku, Ryszard i Edan wzniecili ogień w paleniskach, a Tira oraz Cedric zapalili pochodnie na kolumnach, Roland natomiast usiadł przy stole uprzednio nalewając wszystkim piwa do glinianych kubków. Piątka rycerzy po wykonaniu przydzielonych im prac zajęła swoje miejsca przy stole czekając na wyjaśnienia.

- Zapewne przyszedł czas na udzielenie wam odpowiedzi, więc zacznijmy - powiedział poważnie Roland wstając chwilę wcześniej.

- Chcemy wiedzieć dlaczego nas tu zebrałeś przyjacielu. - oznajmił spokojnie Ryszard.

- Oczywiście więc do rzeczy. - powiedział dowódca rycerzy.

Cała piątka zamieniła się w słuch.

- Zostaliście wybrani jako powiernicy sekretu oraz strażnicy Arthura. - oznajmił Roland ze stanowczym głosem i również z tym samym tonem dodał - Jednak najpierw chcę byście złożyli przysięgę, że to co tu usłyszycie zachowacie w tajemnicy.

- Jeśli to naprawdę ważne, to ja Ryszard York przysięgam zachować w sekrecie wszystko co tu usłyszę. - powiedział Ryszard z przekonaniem skinając głowę.

- I ja przysięgam - powiedziała Tira podobnym tonem co York.

Potem pozostała trójka też zaczęła po kolei składać przysięgę że wszystko co usłyszą tu od Rolanda zachowają w tajemnicy.

- Dobrze więc skoro mamy to już za sobą przyszedł czas by ujawnić wam sekret który do tej pory zna niewielu. - oznajmił stanowczo, a zarazem tajemniczo dowódca rycerzy.

- Więc zaczynaj. - powiedział Ryszard.

Roland zaczął - Wy wszyscy oprócz Tiry, znacie tajemnicę narodzin Arthura. - przerwał by wziąć oddech oraz napić się piwa, poczym kontynuował - Nie znacie jedna okoliczności jego poczęcia.

Wszyscy wstrzymali oddech czekając na szokującą prawdę.

- Prawdziwym ojcem Arthura nie jest nasz teyrn, lecz jego brat krwi Uther Tarrdragon. - oznajmił dowódca rycerzy ze spokojem, ale zarazem powagą w oczach.

Wtedy wszyscy krzyknęli - Cooo! Jak to!

Roland podniósł rękę w geście uspokojenia wszystkich, a Ryszard zauważył to i krzyknął - Cisza!

- Spokojnie wszystko wam wyjaśnię - powiedział dowódca rycerzy i zaczął opowiadać.

Opowiedział o tym, że Uther Tarrdragon, był potomkiem Pierwszych Królów Ludzi oraz spadkobiercą tronu Dracorii. Powiedział że użył magi, by przybrać postać ich teyrna i posiąść Teyrnę Eleonorę. Wszyscy szeptali między sobą prócz Ryszarda, który siedział spokojnie gładząc brodę. Roland powiedział im o tym że Uther był ścigany przez upiory, które polowały na potomków królewskiej linii Dracorian. Opowiedział że przed śmiercią przyjechał by wszystko wyjaśnić teyrnowi, a także prosić go o opiekę nad jego dzieckiem. Powiedział że Tarrdragon uratował Brycowi życie, a ten złożył przysięgę, że zaopiekuje się i wychowa Arthura oraz przygotuje go na los, który zgotował mu Stwórca. Rycerze milczeli przez chwilę aż w końcu sir Tira się odezwała - To tak nie stanowią opowieść że aż nieprawdziwa. - ciągnęła - Jednak gdybym usłyszała to od kogoś innego to bym nie dała temu wiary, lecz ty Rolandzie słyniesz ze swej szczerości więc jestem z tobą.

- Ja tak samo. - powiedział zdecydowanie Ryszard.

- Oraz ja. - odezwał się Benan.

- I ja jestem z tobą. - oznajmił Cedric.

- Będzie to nie lada wyzwanie, lecz z taką kompanią co może pójść źle a niech to pisze się na to. - powiedział Edan z uśmiechem który później przerodził się w śmiech.

- Dziękuję wam przyjaciele, jestem wam dozgonnie wdzięczny. - oznajmił Roland kłaniając się im z szacunkiem.

Po wszystkim zgasili ogień w piecu oraz paleniskach i pochodniach, po czym zebrali się by ruszyć w drogę powrotną nie wiedzieli, jednak że byli podsłuchiwani przez cały czas przez czarna postać.