Rozdział 4
Odwiedziny i Uroczystości
"Niedola zbliża ludzi a dobrobyt czasami wzbudza w nich zazdrości"
- Aldous na swych lekcjach o historii Thedas.
Przygotowania do wizyty i zatajona informacja
W zamku Couslandów panowało wielkie poruszenie z powodu przyjazdu króla Marca Therina, teyrna Loghena Mac Tira oraz Arla Rendona Howa. Teyrna Eleonora nadzorowała prace porządkowe kazała wyprać zasłony, zamówiła nowe obrusy i serwetki, wyszorować podłogi, porządnie posprzątać pokoje gościnne. Teyrn Bryce wolał schodzić swej żonie z drogi, by i jego nie zagoniła do roboty. Pan Wysokoża wolał zaszyć się w swoim biurze przeglądając dokumenty o zbiorach, a także kandydatach na rycerzy. Kiedy przeglądał raporty o zbiorach zauważył pewna nieścisłości. Przyglądając się rachunkom dostrzegł że są braki w dostawie zboża i jedna z wiosek nie zapłaciła daniny. Przeglądając raporty i nic nie znajdując z zawołał - Peter!
- Mój panie, wzywałeś? - zapytał szambelan kłaniając się.
- Tak, zawołaj proszę skarbnika oraz seneszala. - powiedział Bryce stanowczo lecz z szacunkiem do swego sługi.
- Oczywiście mój panie. - odpowiedział Peter zamykając oczy i jeszcze raz się kłaniając.
Czekając, przez ten czas Teyrn spokojnie nalał miodu do trzech kielichów i naszykował papiery, które zawierają błędy. Kiedy rozległo się pukanie Bryce kazał wejść osób które wezwał, a następnie odprawił szambelana. Następnie wskazał prawą rękę miejsca Seneszalowi i Skarbnikowi by usiedli. Teyrn przyglądał się im uważnie, trzymając splecione półce dłoni pod nosem i widział ich zaciekawienie, następnie wyprostował się i zapytał - Czy wiecie dlaczego was tu wezwałem?
- Nie panie - obaj odpowiedzieli równocześnie.
- Wezwałem was z powodu nieścisłości związanych z pobraniem podatku z wioski Nothgam. - oznajmił Bryce żelaznym tonem kładąc przed nimi dokumenty.
Arranz Trraenal oraz Colin Rallen spojrzeli na dokumenty, a następnie na siebie z wymownym zakłopotaniem. Seneszal wziął oddech i zaczął wyjaśniać - Mój panie ukryliśmy ten fakt przed tobą ponieważ wioska Nothgam została całkowicie zniszczona.
- Kiedy zamierzałeś mnie o tym poinformować?! - zapytał gniewnie Bryce.
- Wybacz panie, ale obawialiśmy się, że zechcesz wyruszyć przeciwko łupieżcom, szczególnie teraz, kiedy trwa kryzys. - powiedział skarbnik z winą w głosie.
Teyrn wstał zaczął chodzić po pokoju starając się nie wysłać obu urzędników na szafot, lecz zastanowił się chwilę i stwierdził, że to doskonała karta atutowa, którą można wykorzystać na zebraniu rady jak i na zjeździe możnych. W tym samym czasie Arranz i Colin obserwowali zdenerwowanego lorda, który krążył po sali. Bryce usiadł napił się miodu i powiedział - Rozumiem wasze obawy lecz następnym razem macie nie trzymać takich informacji w tajemnicy.
- Rozumiem przysięgam że to się nie powtórzy. - oznajmił Trraenal skinając głowę.
- I ja obiecuję, że nie będę trzymał żadnych tajemnic, przed tobą mój panie. - przysiągł Rallen z skruchą w oczach.
- Dobrze skoro to wszystko możecie odejść i wrócić do swoich obowiązków. - powiedział Teyrn beznamiętnie z poważnym wyrazem twarzy.
Kiedy dwaj urzędnicy wyszli Bryce oparł się o oparcie krzesła i spojrzał w sufit następnie zamknął oczy i zaczął rozmyślać. W miarę jak pogrążał się w myślach, o przyszłości przypomniał mu się sen o Utherze i Arthurze. Otworzył oczy wstał z krzesła i podszedł spokojnie do okna, następnie spojrzał na Morze Przebudzonych nieobecnym wzrokiem. Zastanawiał się, czy dobrze przygotuje chłopca na to co mu przeznaczone.
Wizyta Króla
Kilka dni później.
Był spokojny poranek, każdy z mieszkańców wsi oraz zamku Couslandów zajmował się swoimi obowiązkami. Roland wszedł na basztę i zauważył strażnika, który przysypia na wachcie. Podszedł do niego i trącił mu halabardę, że biedak przewrócił się na ziemię. Wartownik potarł głowę, a potem spojrzał w górę i zobaczył dowódcę rycerzy, który patrzy w dal z surowym wyrazem twarzy. Roland patrzył na horyzont zmrużył mocniej oczy odwrócił się w kierunku wyjścia, lecz zatrzymał się przed drzwiami i rozkazał surowo - Ogłoś że król się zbliża.
Żołnierz szybko się pozbierał z ziemi krzyną - Rozkaz.
Wszędzie panowało poruszenie ludzie się zbierali i czekali z niecierpliwością by ujrzeć króla Marica Wyzwoliciela. Kiedy do wioski wjechał orszak królewski wszyscy mieszkańcy patrzyli z podziwem. Orszak królewski składał się z 15 rycerzy 50 żołnierzy i karocy. Na przedzie szła dwudziestu żołnierzy pośrodku jechało piętnastu rycerzy i dodatkowo pięciu zbrojnych na tyłach znajdowało się dwudziestu pieszych. Rycerze byli osobistymi gwardzistami króla, wybieranych tylko z arlatu Denerim. Herbowi nosili ciężkie płytowe zbroje, hełmy z podniesioną przyłbicą w złotym kolorze, przy pasie mieni przypięte miecze, topory lub buławy. Każdy z nich trzymał w dominującej ręce kopię na szczycie, której powiewała chorągiew, a w drugiej dłoni mieli nosili tarcze z herbem króla. Rumaki były maści fereldeńskiej, ubrane w kropierze, a na każdym symbol Fereldenu. Dowodził nimi sam król Maric, nosił on złotą zbroję ze smoczej kości, swój słynny miecz przy pasie. Miał on długie blond włosy i piwne oczy, mocną posturę, otaczała go aura przywódcy. Żołnierzy natomiast stanowili, piechota gwareńska i amarantowa. Piesi z Gwaren mieli swoją sławę i byli uznawani w całym Fereldenie, a dowodził nimi sam Bohater Fereldenu Teyrn Loghan Mac Tir. Gwareńczycy odziani, byli w ciężkie kolcze zbroję ze stali, hełmy zakrywające twarz z metalowym grzebieniem na czubku głowy. Uzbrojeni w pawęże z żelazodrzewa i metalowymi wzmocnieniami, długie włócznie bojowe, a przy pasie miecze i topory oraz sztylety. Teyrn Loghan jechał na przodzie swej piechoty, odziany w płytową zbroję z srebrytu, nosił miecz z smoczej kości przy pasie miał na plecach srebrytową tarczę z wymalowaną wiwerną, która była jego herbem rodowym. Wyraz jego twarzy był surowy, lecz spokojny włosy miał długie koloru ciemnego, z dwoma pasemkami opuszczonymi w dół po obu bokach skroni i policzków, oczy miał błękitne. Żołnierze z Amarantu byli mnie okazali nosili skórzane ćwiekowane zbroje nosili też małe drewniane tarcze, łuki na plecach razem z pełnymi strzał kołczanami, oraz toporami mieczami sztyletami i buławami przy pasie. Oddziały z Amarantu, były stworzone głównie do potyczek lub walki podjazdowej. Przewodził im sam Rendon Howe arl Amarantu, który był jednym z bohaterów powstania przeciw Orlezjanom ubrany w swój bogaty strój szlachecki w barwach Amarantu i miecz ceremonialny. Miał dumną postawę i nie zwracał uwagi na gawiedź, włosy miał krótko ścięte i dobrze ułożone koloru czarnego jego oczy miały kolor brązowy. Pośrodku konnych wojowników jechała bogato zdobiona kareta w której jechał książę Calian i córka teyrna Anorą wraz z nianiami obojga dzieci. Książę Calian miał wygląd ojca tylko młodszy nosił krótkie blond włosy oczy miał koloru piwnego i wiecznie uśmiechniętą buzię. Chłopiec odziany, był w strój szlachecki ze złotej tkaniny i skórzane buty. Anorą była spokojna mimo, że była młodsza od syna Marica, wyglądała jak piękność z nieba, miała długie blond włosy kolor jej oczu był taki sam jak u ojca. Nosiła żółto-szarą sukienkę i niebieskie pantofle. Calian cały czas patrzył przez okno karocy, był pod wrażeniem jak ciepło przywitali ich ludzie z Wysokoża. Chłopiec cały czas się wiercił, że niania musiała go uspokajać mówiąc - Mój książe to nie jest zachowanie godne osoby twojej pozycji.
- Nianiu ale ja się nudzę, jedziemy tak od świtu - skarżył się młody książę.
- Przestań marudzić Calianie przyjechaliśmy tu, by złożyć wyrazy szacunku i gratulacje z okazji narodzin najmłodszego syna teyrna Couslanda. - powiedziała Anora wyraźnie zirytowana postawą swego przyjaciela.
- Wiem o tym Anoro, jednak jesteśmy w drodze od kilku dni i naprawdę robi się nudno. - powiedział chłopak znudzonym głosem.
- Dzieci, proszę przestańcie się kłócić. - powiedziała spokojne niania Anory, którą dziewczynka zawsze nazywała Nan następnie dodała - Książe popraw kołnierz a ty Anoro popraw suknie trzeba godnie zaprezentować się teyrnom Couslandom.
- Tak Nan - przytaknęły dzieci z westchnieniem.
Orszak dojechał do zamku i wtedy z budynków zaczęły sypać się płatki kwiatów, na drogach wisiały girlandy oraz wstęgi, zawieszone o dachy domów. Król Maric jechał dumnie na swym ogierze od czasu do czasu machając do tłumu. Orszak w końcu dotarł do cytadeli gdzie czekali na nich teyrnowie wraz z dziećmi.
W czasie kiedy królewscy wjeżdżali do wioski rodzina Couslandów prowadziła ostatnie przygotowania. Kiedy wszystko już było dopięte na ostatni guzik wszyscy ważni ludzie teyrniru ustawili się w linii za seniorami tych ziem. Strażnik zawołał, że król się zbliża i gdy wjechał Tern Loghan wszyscy dalej stali dopiero wjazd króla sprawiło że wszyscy padli na kolana. Kiedy trzy oddziały się ustawiły a z karety wyszedł książe, Maric zsiadł z konia, potem razem z synem podszedł do Couslandów, staną przed nimi i pokazał palcami dłoni, że mają powstać. Król spojrzał na Bryca krzywym wzrokiem i powiedział - Teyrnie Cousland witaj.
- Witaj królu, Wysokoże jest twoje. - oświadczył Bryce że spokojem w głosie i oczach Maric zmierzył go wzrokiem i powiedział - Spasłeś się - potem sztywna atmosfera opadła i dwaj mężczyźni objęli się, śmiejąc się przy tym.
Wszyscy inni też się uśmiechnęli serdecznie widząc tą scenę. Po uściskaniu starego przyjaciela, wzrok króla obrócił się na Eleonorę, która stała za swym mężem trzymając ich dziecko. Maric podszedł, następnie z uśmiechem powiedział całując w oba policzki Ternę - Witaj Elli, dobrze widzieć ciebie w zdrowiu.
- Witaj królu i ciebie widzieć w dobrej dyspozycji. - powiedział serdecznie Eleonora poprawiając chwyt.
- Widać Stwórca był dla was łaskawy, urodził się wam piękny chłopiec. - stwierdził król patrząc na najmłodszego z Couslandów, uśmiechając się przy tym.
W międzyczasie czasie Bryce podszedł do dwóch lordów którzy przybyli z królem i powiedział - Witaj Loghanie i ty Rendonie, dobrze was widzieć w pełni sił. - następnie z każdym z nich wymienił uścisk rycerski.
- Witaj teyrnie Cousland i ciebie dobrze widzieć. - powiedział Loghan że znaną sobie stoicką postawą i tonem.
- Racja witaj stary przyjacielu, mam nadzieję że maluch nie daje wam w kość.? - zapytał arl Howe z uśmiechem poczym obją przyjacielsko Bryca.
Wszyscy witali się i śmiali jak przystało na starych towarzyszy broni.
- Pewnie jesteście znużeni długą podróżą służba zaprowadzi was do waszych komnat. - powiedziała dostojnie Teyrna.
- Oczywiście, lecz najpierw chce porozmawiać z tobą Brycem i Loghanem na osobności. - powiedział Maric poważnym tonem.
- Oczywiście mój panie, poproszę za mną. - oznamił z szacunkiem Teyrn Cousland i dodał do swojej żony - Kochanie zajmujesz się resztą gości prawa?
- Oczywiście mężu - przytaknęła Eleonora skinając głowę i wskazała gościom kierunek, kiedy to król i jego dwaj Ternowie udali w kierunku biura teyrna Couslanda.
Narada trzech potężnych rodów Fereldenu
Trójka wodzów szła korytarzem w milczeniu, aż doszli do drzwi, za którymi znajdowało się biuro teyrna Bryca. Teyrn Cousland otworzył drzwi wpuścił najpierw króla, poczym wszedł za nim, a na końcu do pomieszczenia wszedł Teyrn Loghan. Wszyscy usiedli przy stoliku, który został wstawiony do biura na czas wizyty gości. Na środku blatu stały dwa metalowe dzbany, w jednym znajdował się miód pitny, a w drugim przednie wino fereldeńskie. Teyrn nalał teyrnowi Mac Tirowi wina, a on razem z królem popijali miód. Najpierw Maric zaczął wspominać stare czasy podczas okupacji Orles, o tym jak wszystko z perspektywy czasu wydawało się łatwiejsze. Obaj teyrnowie zgodzili się z swym królem, wiedząc co ma na myśli. Bryce gładził swoją brodę wąchając się, ale w końcu zapytał - Panie wybacz śmiałość, raczej nie chciałeś wspominać starych czasów ze swoimi dwoma jedynymi teyrnami, zgadza się Maric i Loghan spojrzeli na siebie i zgodnie skinęła głowami. Król wziął głęboki oddech złożył ręce w daszek, następnie zakrył nim usta przybierając poważny ton oraz wzrok i zaczął - Jak wiesz mamy ostatnio problemy z Awarami i Chasyndami, którzy nie chcą uznać mnie za swego króla.
- Tak, słyszałem o tym. - powiedział z zaciekawieniem Bryce
- Dlatego Loghan proponuje siłą ich zmusić do podporządkowania - powiedział poważnie król.
- Panie jeśli nie działa dyplomacja to trzeba użyć siły. - oznajmił zdeterminowany Loghan.
- Nie jestem przekonany Loghanie. - powiedział spokojnie Cousland.
- Dlaczego? - zapytał Maric chcąc poznać zdanie teyrna Wysokoża.
- Pierwszy powód, trzeba przygotować się na długą i żmudną kampanię. - powiedział Bryce sztywnym tonem.
- To raczej logiczne. - oznajmił z uśmiechem Loghan.
- Drugi powód zmobilizować trzeba będzie więcej ludzi by nasze linię nie były rozciągnięte. - oznajmił Cousland, a jego mina zrobiła się jeszcze poważniejsza.
- Rozumiem to wymaga więc dodatkowych kosztów - stwierdził z zamyślenieniem Maric.
- Ostatnimi dwoma powodami jest to, że podczas rebelii dzicy nam pomogli, a poza tym ten konflikt nas wyczerpie, co mogą wykonywać nasi wrogowie. - powiedział Bryce zdecydowanie i bez cienia wątpliwości.
- Może jeśli nie będziemy postępować ostrożnie. - Mać Tir próbował przekonywać lekko zdenerwowany postawą Couslanda.
- Nie Loghanie, Bryce ma rację, królestwo wciąż jest w słabej kondycji po wojnie z Orles. - zgadzał się Maric z teyrnem Wysokoża.
Teyrn Gwaren chwilę zastanowił się nad słowami towarzyszy i sam stwierdził że mają racji więc niechętnie zgodził się. Bryce uśmiechnął się, jednak po chwili westchnął wiedząc, że jest jeszcze jedna sprawa.
- No dobrze może powiecie co jest drugą sprawą. - zapytał ostrożnie Cousland.
- Mam dla was obu propozycję chce by wasze rody połączyły się poprzez małżeństwo. - powiedział Maric spokojnym tonem.
Obaj teyrnowie spojrzeli najpierw na siebie, a potem na króla mrużąc oczy, oczekując dokładnych wyjaśnień tej propozycji. Therin widząc to westchnął i wyłożył im swój plan - Chce żebyście się połączyli, a w przyszłości nasze wnuki mogły by zrobić to samo wzmacniając królewską legitymację krwią dwóch największych rodów Fereldenu.
W miarę wyjaśniania swojego toku myślenia o korzyściach i stabilność kraju, król zaczął widzieć zrozumienie w Loghanie, lecz widział w Bryce powątpiewanie dla tego planu. Teyrn Cousland wyjaśnił swą obawę, że może być odebrana źle przez możnych, szczególnie takich jak Howe. Bannorny i arlaty mogą zacząć działać w kierunku obniżenia autorytetu korony, co z czasem może doprowadzić do wojny domowej i interwencji innych państw. Maric zastanowił się chwilę i znów przyznał rację, lecz Loghan oznajmił, że połączone armie ich trójki może zapewnić bezpieczeństwo krajowi, przed takim konfliktem. Walki na argumenty długo i zdecydowano, jednak poczekać z decyzją. Król wraz z teyrnami dopili swe napitki, a Bryce zdał raport o sytuacji teyrniru i kłopotach z bandami łupieżców, którzy cały czas nękają północne wybrzeża Fereldenu. Dyskusja na ten temat trwała długo, aż w końcu zapadł zmrok i cała trójka udała się na wieczerzę.
Calian i Fergus
W czasie kiedy król wraz z swymi teyrnami prowadził tajną naradę, Eleonora zakwaterowała gości w ich pokojach. Rendon Howe udał się na spoczynek do swej kwatery gościnnej, natomiast czwórka dziatek rozdzieliła się. Marion i Anora udały się do pokoju gdzie spał Arthur, a Fergus wraz z Calianem udali się na plac ćwiczebny gdzie rycerze zazwyczaj odbywają trening. Obaj chłopcy biegali po placu, aż zauważyli stojak z mieczami ćwiczebnymi, podeszli i oglądali, każdy z nich uważnie. Młody książę nie mógł się powstrzymać, więc dobył jeden z nich, poczym zaczął nim wymachiwać udając, że jest wielkim bohaterem. Fergus widząc to jak Calian wymachiwał orężem i kilka razy się przewrócił wywołało w nim niepohamowany śmiech. Książę słysząc jak jego towarzysz się śmieje i zaczął się dąsać - Może umiesz lepiej!?
- Zapomnij. - oznajmił Fergus i dodał - Obecnie ćwiczę drewnianym mieczem, żelaznego na razie nie uniosę.
- Ha. Ja jakoś daje radę więc widzisz jestem od ciebie silniejszy. - chełpił się Calian.
- Możliwe, ale mój mentor powiada że walce nie liczy siła lecz spryt i rozwagą - utemperował syn teyrna wyniosłego księcia.
- Tak, tak, wmawiaj sobie to - szydził syn Marica.
Fergus już miał do niego podejść i go uderzyć, ale nagle rozległ się czyjś głos - Hej gnojki co tu robicie, wynocha z placu.
Chłopcy zauważyli starego mężczyznę z kijem od miotły, który zmierzał w ich stronę. Fergus szybko chwycił Caliana za ramię i powiedziała - Wiejemy. - zaczynając ucieczkać. Śmiejąc się przy tym, tak jakby ich kłótnia nie miała miejsca. Chłopcy zaczęli biegać po zamku przy okazji psocąc.
Marion, Anorą i Arthur
Tymczasem Marion i Anora dotarły do pokoju lady Eleonory i teyrna Bryca. Weszły do pokoju, córka Couslandów odwróciła głowę w stronę przyjaciółki, uniosła wskazujący palec do ust pokazując, że muszą zachować ciszę. Obie podeszły do kołyski i zobaczyły jak mały Arthur słodko śpi. Anora rozczuliła się musiała się starać, by powstrzymać pisk zachwytu na widok przeciągającego się niemowlaka. Arthur otworzył swe oczka i najpierw skierował je na swą siostrę, widząc ją zaczął wesoło gulgotać. Jednak gdy usłyszał inny dźwięk zachwytu oraz skierował swój wzrok na na miejsce skąd dobywał się odgłos. Jego oczom ukazała się dziewczynka o złotych włosach i błękitnych oczach. Chłopczyk wyciągnął dłoń prawą, jakby próbował dosięgnąć twarzy Anory. Dziewczynka uśmiechnęła się, wtedy Marion chwyciła prawą rękę przyjaciółki i podała ją swemu bratu, który chwycił za palec wskazujący, a następnie zaczął się wesoło śmiać.
Córka Couslandów widząc to popatrzyła na nich z lekką zazdrością co wyraziła między
słowami - Widać że mój kochany młodszy braciszek bardzo cię polubił, hmm.
- Tak myślisz? - zapytała Anora wyczuwając coś w głosie przyjaciółki.
- Oczywiście widać że umiesz oczarować nawet niemowlę. - powiedziała szyderczo Marion.
Widząc swą rówieśniczkę zazdrosną dziewczynka odpowiedziała - Nie martw się nie zabiorę cię twojego ukochanego słodkiego braciszka.
- Wiem tylko żartuje, a i tak byś sobie z nim nie poradziła jest mi rodzice mają z nim trudności. - oznajmiła córka Couslandów śmiejąc się przy tym.
- Więc jesteś taki niedobry? - zapytała dziewczynka cały czas się uśmiechając.
Niemowlak jest nie gruchał w stronę Anory. Wtedy do komnaty weszła niania Arthura Eowina, patrząc na dziewczynki, które stały przy kołysce, a ich uwaga jest skupiona na małym chłopczyk. Podeszła do nich i powiedziała - Aj, dziewczynki teraz będzie ciężko sprawić by znów zasnął.
- Przepraszam nianiu. - przeprosiła Marion.
- No nic trzeba zaśpiewać mu kołysankę. - wzdychając oznajmiła Eowina i wzięła niemowlę na ręce.
Następnie ułożyła je wygodnie w ramionach i zaczęła nucić, a potem rozbrzmiał śpiew:
Bee noree gaeer
Linnndaa laannya szann rennee
Suull miiriinaaa vaiwaa coir
Star miinndaa im solor
Koor aann Sadeht
Ta in no oloorr
Ta eechuiir i ta im
Keemmenn nii mitaaya
A ni lasta ma aattaar meenelll.
(Jesteśmy ludem morza
Śpiew fal naszym hymnem
Wiatr pcha nasze okręty
Widać za mgłą ląd
Przybyliśmy do Thedas
Tu zbudujemy dom
Tu śmierć mnie zabierze
W tej ziemi się położe
By usłyszeć głos ojca niebios.)
Dziewczynki były pod wrażeniem i od razu spytały się czy był to język elfów. Eowina powiedziała że to język arwarów z których ona pochodzi.
Marion jak i Anora były pod wrażeniem i chciały się nauczyć tej piosenki, ale tym entuzjazmem znów obudziły Arthura. Piastunka pokręcila głową z westchnieniem i zaczęła znowu śpiewać.
Kiedy znów maluch zasnął wyprowadziła dziewczynki i zaprowadziła je do sali jadalnej, by dołączyły do swych rodziców.
Propozycja Couslandów
W sali biesiadnej wszyscy goście jak i domownicy zamku usiedli do stołu prócz Eowiny, która poszła doglądać małego Arthura. Wszyscy ucztowali, rozmawiali, pili i żartowali, każdy z uczestników wieczerzy wyglądał na szczęśliwego. Król rozmawiał z teyrnem Brycem, o jutrzejszych uroczystościach chrzcin i pasowania nowych rycerzy. Teyrn spojrzał na swą żonę z którą wymienił dyskretnie spojrzenia.
- Właściwie chciałem poprosić ciebie teyrnie Loghanie oto, byś został ojcem chrzestnym
Arthura. - zaproponował z szacunkiem Bryce.
- Jeśli mogę spytać dlaczego? - zapytał zaciekawiony Mac Tir tą propozycją.
- Uczyniłoby to nam ogromny zaszczyt, gdybyś się zgodził. - słodziła Teyrna mówiąc serdecznym głosem.
- Zgódź się Loghanie nie daj się prosić.- wtrącił król zachęcając przyjaciela by przyjął propozycję.
- Dobrze więc będę zaszczycony. - zgodził się skinając jednocześnie głową.
Kiedy wszyscy zjedli odbyły się tańce. Kiedy jednak dobiegły końca wszyscy obecni na wieczerzy pożegnali się a następnie udali się do swych komnat.
Chrzest
Nazajutrz rano rozpoczęły się ostatnie przygotowania do chrzcin i ceremonii pasowania. Eleonora ubierała się w swoją odświętną suknie która była koloru niebiesko białego z złotymi haftami róż. Niebieskie pantofle z owalnym szafirem na języczku. Bryce natomiast wolał błękitnym dublet z srebrnym chartem laurów, miał do tego czarne skórzane buty ze srebrną zawleczką. Arthura ubrano w biała koszulę z laurami Couslandów i białymi bucikami.
- Gotowa? - zapytał Bryce czekając na małżonkę.
- Oczywiście kochany - odpowiedziała Teyrna i wzięła swego synka na ręce i razem wyszli.
Szli razem korytarzem aż do wielkiej sali tam odbył się początek uroczystości. Weszli do środka, po czym rozpoczęły obchody pochwili wszyscy ustawili się w orszak i ruszyli w stronę kaplicy zamkowej gdzie miał się odbyć obrządek. W orszaku ruszyli na przedzie Matka Malory za nią siostry i bracia zakonni. Pośrodku rodzice Arthura, oraz przyszli chrzestni a na końcu reszta gości razem z królem. Co metr stał żołnierzy tworząc trasę do kaplicy. Kiedy dotarli na miejsce zobaczyli jak kaplica została pięknie przystrojona. Na ścianach wisiały sztandary zakonu czyli złote słońce na czerwonym tle, a na ziemi leżał dywan z identycznymi barwami. Wszyscy zajęli swoje miejsce. Najpierw odbyło się nabożeństwo gdzie zaintonowano Pieśń Światła, potem rozpoczął się chrzest, na przedzie stali rodzice dziecka, a za nimi rodzice chrzestni. Najpierw wszyscy złożyli przysięgę że będą wychowywać i pomagać w tradycjach andrastjańskich. Potem modlitwa za pomyślność Artura a na koniec tradycyjna rada duchownych. Następnie wszyscy wyszli i udali się na ucztę z okazji chrztu. Wszyscy bawili się przednio, aż do popołudnia. Właśnie wtedy rozpoczęła się ceremonia gdzie żołnierze za swoje zasługi mieli otrzymać największych zaszczyt. Mogli zostać rycerzami wszyscy kandydaci uklękli i złożyli przysięgę wierności królowi a potem swemu teyrnowi. Biesiada trwała przez cały dzień aż do późnej nocy gdy już wszyscy biesiadnicy udali się na spoczynek.
