Jednym z nieodłącznych elementów życia Smerfów jest muzyka. Każdy to wie, we wszystkich komiksach, grach i animacjach jest to jasno przedstawione. Znana przyśpiewka Smerfów, prowadzona przez Papę i okazjonalnie Ważniaka orkiestra, chór czy niewielkie zespoły umilały co jakiś czas życie tym niebieskim istotom. Wszystkie Smerfy oddawały się muzyce całym sobą.

Muzyka towarzyszyła Smerfom od zawsze, a niebieskie skrzaty zarażały miłością do nut w bardzo szybkim tempie. Smerfy uwielbiały koncertować, a odkąd pojawiły się Smerfiki, kolejne grupy prześcigały się w tworzeniu nowych stylów i utworów.

Ta opowieść nie dzieje się jednak w czasach średniowiecza, jak większość smerfnych historii. Wioska Smerfów, pozostając w zgodzie z naturą, zwyczajnie nie uznawała w stu procentach postępu, jakim podążyła ludzkość aż do dwudziestego pierwszego wieku. Oczywiście, postęp u Smerfów trwał, ale rozwijał się w inny sposób, bez zbędnego niszczenia przyrody, toteż nie wszystko dało się osiągnąć. Na szczęście Smerfy znały magię, która niejednokrotnie pomagała im dostosować się i zrozumieć nowoczesność w pewnym stopniu.

– Tak, tak... – mruczał pod nosem Papa Smerf, siedzący przy grzybku obwieszczeń. Lider smerfowej wioski stukał się w brodę długopisem, dokonując ostatnich poprawek w swoim notesie. Za kilka minut miał ogłosić kolejną imprezę w wiosce i chciał mieć już wszystko zaplanowane, zanim przejdzie do realizacji.

Po drugiej stronie grzybka stał Harmoniusz i przyglądał się swojej ukochanej trąbce. Ten Smerf niewiele wyróżniał się od innych w kwestii muzycznej, a raczej wyróżniał się na własną niekorzyść. Może i kochał muzykę najmocniej na świecie, jednak najbardziej brakowało mu czujnego ucha i talentu. Trąbka musiała być od czegoś zabrudzona, ponieważ Smerf co kilka chwil usiłował zdrapać brud z kilku miejsc na instrumencie.

– Czy mam już trąbić, Papo Smerfie? – spytał wreszcie, opierając się o grzybka i tupiąc lekko noga. Szatyn zazwyczaj miał za zadanie przywołać swoją trąbką wioskę na życzenie któregoś ze Smerfów, jeżeli ktoś chciał przemawiać. Najczęściej prosił go o to Papa Smerf, ale zdarzało się, że asystował Ważniakowi, Smerfetce czy Pracusiowi, którzy zdawali się występować o wiele częściej niż inne Smerfy. – Minęło już sporo czasu, a sam mówiłeś, że to wiadomość do przekazania od zaraz – kontynuował nieszczęsny grajek, kukając na Papę.

– Ech... Tak, możesz już trąbić – westchnął Papa Smerf, wyjmując z kieszeni zatyczki korkowe i wsadził je sobie do uszu.

Każdy Smerf wiedział, że lepiej zatkać sobie uszy, kiedy Harmoniusz zaczyna grać w pobliżu.

Odgłos zawodzącej trąbki rozniósł się po wiosce, wytrącając mieszkańców ze swoich codziennych zajęć i obowiązków. Wszyscy natychmiast ruszyli w stronę grzybka obwieszczeń zaciekawieni, ale także zaniepokojeni. W końcu nigdy nie wiadomo, z jakiego powodu trąbią na alarm.

– Na śpieszące się ślimaki! Ciekawe, o co chodzi – pisnęła Sasetka, spiesząc za pozostałymi Smerfikami.

Tłum niebieskich stworzeń zebrał się przed grzybkiem. Harmoniusz przestał grać i szybko ustawił się wśród pozostałych jako słuchacz. Wokół rozbrzmiewały szepty, raz po raz ktoś wzruszał ramionami bądź kręcił głową. Na przód wepchnął się Ważniak, uderzając łokciami swoje rodzeństwo po drodze.

– Hej, patrz, gdzie smerfujesz! – warknął Osiłek.

– Właśnie! – przytaknęła Sasetka, pocierając nos, w który oberwała.

– Cisza! – krzyknął nagle Papa Smerf. W całym zamieszaniu żaden ze Smerfów nie zauważył, kiedy starszy Smerf wszedł na grzybka obwieszczeń. – Zebrałem was tutaj, aby zaprosić was na zbliżający się konkurs muzyczny.

Ciche szepty szybko zmieniły się w głośniejsze szmery, pełne podekscytowania.

– Dokładnie za miesiąc odbędzie się koncert, podczas którego każde z was będzie mogło wykazać się talentem muzycznym. Możecie wystąpić w grupie lub solo. Dodatkowo koncert zaszczycą dobrze nam znane zespoły ze starymi, dobrymi kawałkami.

– Jakie są zasady konkursu, Papo Smerfie? – spytała Smerfetka.

– Właśnie, na czym powinni skupić się uczestnicy, chcąc wygrać? – dodał Pracuś.

– Zasady są niejednoznaczne – stwierdził tajemniczo lider wioski. – Jako główny sędzia chcę zostać zaskoczony. Ci, którym uda się wprawić mnie w osłupienie, wygrają. Ważne będzie też zdanie publiczności.

– A jaka będzie nagroda? – odezwał się Ważniak, zacierając dłonie.

Część zebranych przewróciła na to pytanie oczami.

– Tego nie mogę wam zdradzić – odparł Papa Smerf. – Wiedzcie tylko, że naprawdę warto się postarać. – Po chwili milczenia zakończył zebranie. – To wszystko, możecie się rozejść. Zostaną tylko Harmoniusz, Osiłek, Pracuś, Malarz i Krawiec.

Ucieszone Smerfy zaczęły wracać do swoich zajęć, część z nich układając już w głowie plan i siląc się na pomysły, czym zaskoczyć Papę Smerfa na koncercie. Miesiąc to mogło być dużo lub mało czasu, w zależności od zdolności.

Ważniak niechętnie odszedł z miejsca zebrania. Znowu poczuł się mało ważny, ponieważ Papa Smerf nie życzył sobie aby został po zebraniu. A przecież okularnik był bardzo dobry w planowaniu i rozdzielaniu zajęć oraz doglądaniu prac, a więc na pewno przydałby się i wyręczył przywódcę wioski w paru sprawach.

Brunet trzasnął drzwiami, wchodząc do swojego domku. Właściwie to nie miał nic takiego do roboty. Wszystkie książki zostały już dawno przełożone w nowy ład, jego chatka była czysta, wszystko znajdowało się idealnie na swoim miejscu.

Trudno, jeżeli Papa Smerf nie uważa go za Smerfa potrzebnego przy tak odpowiedzialnym zadaniu jak przygotowania do koncertu, pozostaje mu tylko jedno – wziąć udział w konkursie i wygrać go. Tylko jak tego dokonać? Na pewno nie w pojedynkę, na to nie było go stać.

~Oh, misty eye of the mountain below...~ zaczął nucić cicho, starając się coś wymyślić.

Jeżeli chodzi o ludzką muzykę, dotarła do Smerfów tak szybko, jak się pojawiła. Ludzka muzyka od dawna polegała głównie na śpiewaniu w towarzystwie instrumentów, podczas gdy Smerfy skupiały się głównie albo na jednym, albo na drugim, rzadko śpiewając podczas grania i na odwrót. Ale piosenki ludzi wpadały w ucho i nieraz zdarzało się Ważniakowi nucić sobie jakąś melodyjkę, kiedy nikt nie słuchał.

Ciekawe, pomyślał brunet. Smerfy praktykują osobno muzykę, osobno śpiew, okazjonalnie śpiew w towarzystwie instrumentów. A gdyby tak śpiewać i wykonywać muzykę tylko głosem? Czy to było możliwe? W teorii być może, ale praktyka zależy od Smerfów, nie tylko jego samego. To nie do końca to samo, co śpiewanie w chórze, wprawdzie występuje kilka głosów jako instrumenty, ale nie współgrają ze sobą na tej samej zasadzie, co głosy chóralne.

To nie mogło być byle co, a Ważniak nie miał dużo czasu na przemyślenia. Jeżeli ten pomysł nie miał szans na sprawdzenie się, musiał dowiedzieć się o tym szybko, żeby zacząć szukać nowego pomysłu, który miałby zwalić Papę Smerfa z nóg.

– Aaa! – rozległ się krzyk z zewnątrz. – Ach, patrz jak łazisz, Ciamajdo!

Brunet wyjrzał przez okno, aby zobaczyć, co dokładnie się stało. To znaczy, doskonale wiedział, co się stało, a mianowicie Ciamajda jak zwykle nie patrzył pod nogi i albo wpadł na kogoś, albo na coś i doszło do szkód. Tym razem ofiarą ciamajdowatości Ciamajdy padł Malarz, który zapewne jeszcze kilka chwil temu przechodził przez wioskę z jakimś najnowszym arcydziełem. Niestety, teraz Malarz siedział na ziemi, trzymając w dłoniach płótno, rozerwane idealnie pośrodku przez głowę fajtłapowatego rudzielca. Ciamajda klęczał przed nim, opierając się rękami o ziemię i usiłował wydostać swoją głowę z płótna.

– O rety! Strasznie cię przepraszam, Malarzu! – próbował tłumaczyć się rudy Smerf.

– Zniszczyłeś mój najnowszy obraz! – lamentował Smerf artysta, ciągnąc za krawędzie płótna. – Dopiero co skończyłem go malować!

– Naprawdę przepraszam!

Ważniak przewrócił oczami i wyszedł z domku. Energicznym krokiem zbliżył się do uczestników wypadku i złapał Ciamajdę za ramiona.

– Ciamajdo, ile razy ci powtarzałem, że musisz zwracać większą uwagę na otoczenie? – spytał ze stękiem, ciągnąc niższego brata.

– O rety! Wiem, Ważniaku, ale choćbym starał się z całych sił, zawsze coś spapram! – jęknął rudzielec.

– Ciągnij, Ważniaku, ciągnij!

Po chwili z pomocą przyszło im jeszcze kilka innych Smerfów. Głowa ciamajdowatego Ciamajdy zdawała się utknąć na amen. Smerfy po obu stronach zapierały się rękami i nogami, ciągnąc, stękając i dysząc. Szarpanina trwała kilka minut, ale wreszcie się udało. Głowa Ciamajdy wyśliznęła się spomiędzy strzępków płótna i większość Smerfów wylądowała pośladkami na ziemi.

– Uff, udało się – westchnęła Smerfetka, która również pomagała przy uwolnieniu rudego Smerfa.

Wszyscy zebrani bez słowa rozeszli się, zostawiając Malarza, Ciamajdę i Ważniaka na środku drogi. Okularnik pomógł swojemu gapowatemu bratu podnieść się z ziemi, przyglądając się obu smutnym Smerfom. Malarz pozostał na ziemi, wpatrując się maślanymi oczkami w swój zniszczony obraz. Ciamajda marszczył czoło i masował lewe ramię, czując się jak zwykle źle, że znowu zrujnował efekt czyjejś ciężkiej pracy.

– Mówi się trudno – mruknął po chwili Malarz, zbierając się z ziemi i otrzepał spodnie. – Tobie jest przeznaczone być gapą i tyle. Namaluję nowy obraz jutro, jeżeli słońce będzie świeciło tak samo pięknie jak dzisiaj – dodał, siląc się na przepraszający uśmiech. – Nie myśl o tym za bardzo, Ciamajdo. Do zobaczenia na obiedzie!

Smerf artysta odszedł, targając za sobą zniszczone płótno. Ważniak spoglądał to w jego kierunku, to w stronę Ciamajdy i próbował sobie przypomnieć, o czym myślał przed chwilą. Przecież nie przyszedł tu na pewno tylko po to, żeby popatrzeć i ewentualnie pomóc, to trochę nie leżało jego nieco wrednej naturze.

– Myślisz, że Malarz jest na mnie zły? – spytał ni z czapy Ciamajda.

– Raczej jest bardziej zły na siebie, ponieważ cię nie zauważył – odparł Ważniak. – Gdyby cię zobaczył, na pewno obszedłby cię, zachował dystans czy coś.

– To wcale mnie nie pocieszyło, wiesz?

– Zakładam, że nie – westchnął brunet, myśląc intensywnie. Po co on tu przyszedł?!

– O rety! Miałem w planach przenieść mój największy kamień z kolekcji z mojego domku na podwórko Farmera! – krzyknął nagle Ciamajda, zapominając o całym swoim smutku. – Muszę biec! Do zobaczenia później, Ważniaku!

– Taa... – burknął okularnik, nieco zdezorientowany.

Ciamajda zaczął oddalać się w podskokach, dość rytmicznie i jakoś dziwnie mało fajtłapowato. Ważniak skupił się przez chwilę na rytmie i jego stopach, z wrażenia opuszczając delikatnie uszy. Wtedy sobie przypomniał.

– Ciamajdo! Zaczekaj! – zawołał i skierował się pospiesznie w tę samą stronę, w którą wcześniej pognał rudzielec.

– O, co? – Ciamajda zatrzymał się i spojrzał na Ważniaka.

– Czy ten kamień nie może poczekać? Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.

– O, jasne! Ten kamień nie jest aż taki ważny.

– No ja myślę – mruknął pod nosem okularnik. – Chodźmy do mnie w takim razie.

Ważniak otoczył brata ramieniem i obaj udali się do jego domku.


I oto jest! Coś nowego, ponieważ piąty rozdział do mojego TMNT wciąż się pisze.

Coś niby dziecięcego, aczkolwiek fabuła niekoniecznie jest dla najmłodszych!

Uwagi:

W opowiadaniu Smerfy wyglądają inaczej, niż oryginalnie. Nadal są to małe istoty, ale mają bardziej ludzką budowę ciała, a także długie uszy podobne do elfich, ale nie do końca elfie, spłaszczone nosy podobne do Na'vi z Avatara, włosy, pełne ubrania i długie ogony, podobne do ogonów kotowatych bądź małpiatek.

Piosenki użyte w rozdziale:

I See Fire (Ed Sheeran)

Chyba tyle na początek.