Obiad oraz część popołudnia minęła Ważniakowi na tłumaczeniu Smerfetce swojego pomysłu. Początkowo dziewczyna kręciła nieco nosem, wątpiła w ten nieco chaotyczny plan. Ale z czasem, kiedy brunet tłumaczył każdy motyw, a Ciamajda dodawał coś od siebie, cały projekt zaczynał nabierać sensu i Smerfka przestała żałować swojej decyzji o dołączeniu.
Oczywiście, sama nie miała w tym żadnego interesu. Nie zależało jej na wygranej, nie miała potrzeby się wykazać, ponieważ Smerfy i tak ją wielbiły. Chciała jedynie pomóc swoim braciom, obaj chłopcy wydawali się zdesperowani i pewni swego, widać było, że potrzebowali tego konkursu.
Słońce nadal grzało, aczkolwiek z mniejszą mocą, niż wczesnym popołudniem. Wioska nadal tętniła życiem, część Smerfów wciąż pracowała, część rozkoszowała się prawdopodobnie ostatnimi ciepłymi dniami tego roku.
– Może, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, powiedzmy sobie otwarcie i po krótce, co mamy – zaproponowała Smerfetka.
Blondynka siedziała wraz z Ważniakiem i Ciamajdą w cieniu drzew, nieopodal pola Farmera. O tej porze nikt nie powinien im przeszkadzać w tamtym miejscu, a i zbyt intensywne odgłosy z wioski nie docierały w rejony bliższe leśnym.
– Dobrze. – Ważniak kiwnął głową. – Jesteśmy na razie tylko my. Mamy perkusję, średniej wysokości dźwięki i wysokie dźwięki. Według mnie do zespołu potrzeba co najmniej jeszcze dwóch głosów.
– Dlaczego dwóch?
– Na pewno potrzebny nam głos basowy, o którym już wspominałem – zaczął tłumaczyć okularnik. – Kiedy Ciamajda i ten głos zajmą się podstawą, przyda nam się jakiś trójdźwięk, a do tego potrzebna będzie jeszcze jeden Smerf, najlepiej o wyższym głosie od mojego. Kiedy jedna osoba będzie śpiewać, pozostałe dwa głosy również stworzą iluzję muzyki.
– Okay, zdaje się mieć sens – przyznała Smerfetka.
Ciamajda przysłuchiwał się biernie rozmowie. Nie znał się na muzyce tak jak pozostała dwójka, więc ufał im w kwestii organizacyjnej. Cieszył się, że jest częścią zespołu, niemniej ważną od pozostałych. Rudy Smerf opierał się plecami o drzewo, spoglądając co chwila na siedzącą między nim z Ważniakiem Smerfkę, i zastanawiał się, jakby wyglądało ich zwycięstwo w konkursie. Bardzo odległe marzenie, ale Ciamajda był pełen wiary i nadziei.
– Nad czym będziemy pracować, kiedy zbierzemy już cały zespół?
– Jeszcze nie wiem – odparł brunet.
– Ty jesteś założycielem zespołu, więc musisz coś wymyślić. – Smerfetka wzruszyła ramionami.
– Na pewno wpadnę na pomysł, ale pozostaję otwarty na wasze propozycje.
– Trzeba będzie się z tym pospieszyć, zebrać drużynę to pestka w porównaniu do obmyślenia repertuaru. W końcu musimy wykonać jakiś utwór, trzeba go najpierw wymyślić, napisać, ćwiczyć, zgrać się. Po powiedzeniu tego na głos mam wrażenie, że w życiu nie wyrobimy się na czas. – Dziewczyna spuściła lekko wzrok z westchnięciem.
– Spokojnie, Smerfetko, nie ma co się martwić na zapas.
– Ale zbyt pewnym siebie też nie można być.
– To prawda...
Wyglądało na to, że trio już wie, na czym stoi, a więc dalsze obrady nie miały sensu. Bez pełnego składu nie będą mogli zacząć przygotowań do występu.
– Mamy jeszcze kilka godzin i żadnych obowiązków – odezwał się po chwili Ważniak. – Proponuję przechadzkę po wiosce, nie ma czasu do stracenia.
– To byłoby zbyt piękne, gdybyśmy zebrali całą drużynę jednego dnia – przyznała Smerfetka, poprawiając sukienkę.
– Cóż, nie uważam, że uda nam się skompletować zespół dzisiaj, ale warto próbować. – Ważniak wstał zaraz za Smerfetką, po czym spojrzał na nadal siedzącego Ciamajdę. – Ciamajdo, idziemy na spacer.
– Co? Ach, tak! – Rudzielec zebrał się szybko z ziemi i otrzepał swój sweter.
Po drodze trio przeszło ścieżką ciągnącą się wśród pola, na którym przebywał Farmer w towarzystwie Piekarza. Oba Smerfy gawędziły na temat jesiennych plonów, jednak oboje zaprzestali rozmawiać, kiedy dostrzegli trójkę Smerfów na drodze. Wpatrywali się w nich nieco podejrzliwie, ale bardziej chyba ze zdziwieniem. W końcu Smerfetka nie przepadała za Ważniakiem i rzadko była widywana w jego towarzystwie.
– Hej, Smerfetko! – zawołał Farmer, machając na powitanie.
– A niech to, zobaczyli nas – mruknął Ważniak.
– Witaj, Farmerze! Cześć, Piekarzu! – odpowiedziała głośno Smerfka.
– Ciamajdo! Nie miałeś czasami przynieść na moje podwórko jakiś kamień?! – krzyczał Farmer, podczas gdy Piekarz zaczął przechadzać się po polu i obserwować.
– Tak, ale coś mi wypadło! – odparł niepewnie Ciamajda. – Obiecuję, że przyniosę go jutro z rana!
– Lepiej nie obiecuj, bo możesz zapomnieć – upomniał go okularnik. – Chętnie byśmy porozmawiali, ale trochę nam się spieszy! – dodał.
Troje śpiewaków ruszyło dalej ścieżką w stronę wioski. Nie mogli się teraz rozpraszać, a zwłaszcza Ciamajda. Ważniak chciał utrzymać swoje plany w tajemnicy przed innymi Smerfami jak najdłużej. Smerfetce można było zaufać, ale Ciamajda to zupełnie inna historia.
W wiosce rzeczywiście panował niemały gwar. Przede wszystkim Smerfiki wybiegły ze swojego domku i rozdzieliły się na całą wioskę, aby się pobawić, a przy okazji także nabroić. Papa Smerf powyznaczał poszczególnym Smerfom zadania do wykonania na ten dzień, najprawdopodobniej niektórzy wrócą do pracy jeszcze po kolacji.
Żeby wyglądać bardziej naturalnie, Smerfetka postanowiła rozpocząć dyskusję na jakiś temat. Dziewczyna przewróciła kilkakrotnie oczami, myśląc nad tematem, który nie zwróci na nich uwagi, a który rozwinie rozmowę na co najmniej kilka minut.
– Zastanawia mnie mój nowy przyjaciel, szczygieł – zaczęła lekko zadumanym głosem, wpatrując się w samotną chmurkę pośrodku nieba.
– Tak? A co z nim? – spytał Ważniak, zaplatając ręce na piersi.
– Och, nic. Po prostu śpiewał, a przecież szczygły śpiewają wiosną.
– Cóż, ty wtedy śpiewałaś, czyż nie?
– No tak, ale...
– I masz odpowiedź. Chciał sobie chłopak pośpiewać, więc znalazł towarzyszkę – zaśmiał się brunet i wzruszył lekko ramionami, po czym spojrzał przed siebie. – Uwaga, będziemy przechodzić pod drabiną. Mówię głównie do ciebie, Ciamajdo.
– A to nie przynosi pecha? – spytał przestraszony rudzielec.
– Och, dajcie spokój. Co złego może się stać? – zadrwiła Smerfetka. – To tylko głupi przesąd. – Smerfka machnęła ręką.
Przed triem, pomiędzy dwoma blisko położonymi grzybkami, stała drabina, opierająca się o jeden z domków. Dość ciasny punkt w wiosce zmusił ich do przejścia pod jej szczeblami.
– W każdym razie czekam na kolejną wizytę mojego ptasiego przyjaciela.
– Żeby znowu sobie pośpiewać?
~Some people say a man is made outta mud...~
Grupa przystanęła idealnie pod drabiną, wbita w ziemię niespodziewanym głosem. Cała trójka spuściła uszy, otworzyła buzie i wytrzeszczyła oczy, jakby zobaczyli przed sobą ducha. Tymczasem gruby, głęboki i bardzo atrakcyjny głos kontynuował powolną piosenkę dokładnie nad ich głowami.
~A poor man's made outta muscle and blood, Muscle and blood and skin and bones, A mind that's a-weak and the back that's strong...~
– Oł... – pisnęła cichutko Smerfetka, łapiąc obu braci za rękawy. Pociągnęła ich lekko bliżej siebie i szepnęła. – Jest dokładnie nad nami...
– Widocznie dach Papy Smerfa wymagał jakiejś naprawy – wymamrotał Ważniak, po czy wyszarpnął Smerfetkę i Ciamajdę spod drabiny. Kiedy tylko znaleźli się w bezpiecznej odległości, zaryzykowali spojrzenie na dach.
Tam, na szczycie drabiny, stał Osiłek, machając ogonem w rytm śpiewanej piosenki. Jego skóra była nieco przygrzana od słońca i śliska od potu, jednak Smerf miał wciąż dużo do zrobienia, a pokłady jego energii wydawały się nie mieć końca. Jego głos był czysty i dźwięczny, miał ciekawą, niską barwę, choć nie można było tego poznać po sposobie, w jaki mówił na co dzień.
Na dachu, naprzeciwko Osiłka, siedział Pracuś, trzymając między wargami gwoździe, i poruszał się dość dwuznacznie w rytm śpiewanej przez przyjaciela piosenki. Oba Smerfy wpatrywały się co chwila w siebie maślanymi oczkami, wygłupiając się jak zwykle.
Cała wioska wiedziała, że uwielbiali się bawić i udawać kogoś, kim nie są. Chociaż nikt nie miał pewności, czy to faktycznie była tylko zabawa, ponieważ już minęło sporo czasu odkąd jeden z nich zadeklarował bycie biseksualistą, a drugiego raczej interesowały relacje romantyczne z innymi chłopcami.
~I owe my soul to the company store! Ah... I was born one mornin' when the sun didn't shine...~
– Co za głos – szepnął Ciamajda, obgryzając paznokcie.
– Co za barwa – dodała Smerfetka.
– Co za okropny dzień, żeby mieć oczy – mruknął Ważniak i przewrócił oczami.
– Csiii, chyba nie wiedzą, że mają publiczność.
Rzeczywiście, ani Osiłek, ani Pracuś zdawali się nie zwracać uwagi na otoczenie, święcie przekonani, że hałasy codzienności zagłuszają ich igraszki. Co robili tak właściwie? Otóż łatali dziurę w dachu chatki Papy Smerfa. Osiłek przytrzymywał belki, a Pracuś je przybijał.
~You load sixteen tons, what do you get? Another day older and deeper in debt...~ kontynuował ciemnowłosy Smerf, przecierając pot z czoła.
Smerfetka, Ciamajda i Ważniak nadal gapili się niegrzecznie na oba pracujące Smerfy z niedowierzaniem. Kiedy Osiłek skończył śpiewać, Ważniak wykonał odważnie krok w ich stronę, jednak blondynka zatrzymała go, jakby wyczuwała, że to jeszcze nie koniec. I miała rację.
– Tak się spociłeś, że aż świecisz! – parsknął śmiechem Pracuś i wyjął z kieszeni chustę. – Masz. – Podał kawałek materiału przyjacielowi. Przez chwilę przyglądał się znudzonym wzrokiem, jak Osiłek wycierał mokrą twarz, jego spojrzenie wyglądało prawie krytycznie. – Faktycznie jesteś taki zmęczony – zaczął nieco złośliwie z dziwnym uśmiechem na twarzy. – Harujesz cały dzień, a co dostajesz w zamian?
– Niech zgadnę, twoją zasmarkaną chustę? – odpowiedział drwiącym głosem Osiłek. – Tylko się nie obrażaj, Pracusiu – dodał pospiesznie, widząc, jak twarz blondyna zaczyna się marszczyć. – Zawsze jestem ci wdzięczny, przyjacielu.
– Tak, tak, wiem – odparł Pracuś, przewracając oczami i machając energicznie uszami. – Zawsze możesz na mnie liczyć.
– A ty na mnie!
– Cieszę się.
Blondyn wrócił do przybijania deski gwoździami, nie zwracając już uwagi na przyjaciela. Osiłek trzymał przez chwilę deskę bez słowa, jednak szybko jego zrelaksowana i neutralna mina zmieniła się w dziwny grymas. Ze zmarszczonym czołem i zwieszonymi uszami spojrzał na przyjaciela spode łba.
– Weź coś zaśpiewaj – zażądał.
– Ja?! – pisnął niższy Smerf, uderzając młotkiem w deskę, zamiast w gwóźdź. – Nie uderzyłem cię?! Przepraszam!
– Nie, nie, spokojnie – odpowiedział pospiesznie ciemnowłosy Smerf, pokazując mu ręce dla pewności. – Po prostu to niesprawiedliwe, że ty się dobrze bawiłeś przy moim głosie, a ja nie mogę – dodał z uśmiechem.
– W sumie racja – mruknął Pracuś, po czym powiedział z uśmiechem: – W końcu zawsze możemy na siebie liczyć.
– Otóż to.
~If you ever find yourself stuck in the middle of the sea, I'll sail the world to find you...~
Kiedy Pracuś zaczął śpiewać, była to zupełnie inna bajka niż niski głos Osiłka. Blondyn dysponował czymś, co Ważniak znał pod nazwą kontratenor, chociaż na co dzień nie było to takie oczywiste, gdy rozmawiał ze Smerfami.
– Coś takiego – westchnęła zapowietrzonym głosem Smerfetka. – Dobrze, że cię powstrzymałam, prawda, Ważniaku? – Dziewczyna spojrzała na bruneta, ale nie otrzymała od niego żadnej reakcji zwrotnej. – Ważniaku? – Szarpnęła go lekko za rękaw, na nic to się jednak zdało.
Ciamajda wzruszył jedynie ramionami i wrócił wzrokiem na dach chaty Papy Smerfa, gdzie obaj bracia wrócili do pracy i kołysania się w rytm piosenki, a także do swoich śmiesznych i nieco sprośnych zabaw.
~You can count on me like one, two, three – I'll be there, And I know when I need it I can count on you like four, three, two – And you'll be there, 'Cause that's what friends are supposed to do, oh yeah~ kontynuował blondyn, wyciągając z kieszeni kolejne gwoździe.
– To się nie dzieje – mruknął Ważniak, wgapiając się w nich tępo.
– Och, daj spokój, oni się tylko wygłupiają.
– Co? Nie, nie to. Znaczy, za każdym razem dobija mnie ten widok, ale teraz chodzi mi o...o...
– O rety, oni pasują do twojego schematu, Ważniaku – powiedział nieśmiało Ciamajda.
– Właśnie!
– Csiii...
~I'll never let go, never say goodbye!~
Trio stało przy domku Papy Smerfa, zapominając o całym świecie i czekali na odpowiedni moment.
Okularnik miał cichą nadzieję, że los nie płata mu w tej chwili żadnego figla i wcale nie ma bujnej wyobraźni. Ale przecież Smerfetka i Ciamajda również to słyszą. Raczej nie padli ofiarami halucynacji zbiorowej, prawda? Coś podłożyło mu całą drużynę jednego dnia jak na tacy, ale należy pamiętać, że Osiłek i Pracuś to nie Ciamajda i Smerfetka. Nie są tak cierpliwi i tolerancyjni, a poza tym również mają uprzedzenia względem bruneta, toteż może być ciężko z nimi rozmawiać.
~You can count on me 'cause I can count on you~
– To jest nasz hymn, nie możesz temu zaprzeczyć! – zaśmiał się Osiłek.
– Lepiej wracajmy do pracy, Tropiciel wspominał, że od jutra może czekać nas tydzień obfitych opadów.
Bracia wrócili do pracy, jak gdyby nigdy nic, nucąc sobie w dwugłosie kolejną melodyjkę. Wyglądało na to, że nadal nie zauważyli, jaką uwagę na siebie ściągnęli. Przynajmniej przestali się dziwnie zachowywać, bo tak ich zachowanie nazywał Ważniak.
Twórca niekompletnego zespołu nie musiał nawet dawać znać o swojej, a przy okazji Ciamajdy i Smerfetki, obecności. Para sama ich zauważyła, kiedy w pewnej chwili jeden z gwoździ wypadł Pracusiowi z kieszeni i blondyn przechylił się niebezpiecznie do przodu, aby go złapać. W wyniku zdarzenia Osiłek upuścił trzymaną belkę i złapał przyjaciela za szelki, jednak gwoździa nie dało się uratować. Skubany stoczył się po dachu i wpadł w gęstą trawę.
– Brawo ty – zaczął skrzeczącym głosem Osiłek. – Teraz nie mamy ani gwoździa, ani belki.
– Bardzo przepraszam, ale pragnę zauważyć, że belka nie spadła z mojej... – tu Pracuś urwał, ponieważ w polu jego widzenia znalazło się troje gapiów, z czego jeden był kimś, kogo na pewno ani blondyn, ani szatyn nie chcieli widzieć, a szczególnie w takim momencie. – Od jak dawna tu stoicie? – spytał, prostując się w rekordowym tempie i splótł ręce na piersi, przyglądając się im podejrzliwie.
– Em, od kilku minut – odpowiedziała zgodnie z prawdą Smerfetka.
– Zaciekawiło nas to śpiewanie – powiedział Ważniak, również zakładając ręce.
– Podsłuchiwałeś nas, Ważniaku.
To nie było pytanie. Kiedy Pracuś niemalże wypluł te słowa, Osiłek zwrócił na nich swoje lekko rozgniewane spojrzenie. Ciamajda przełknął głośno ślinę i cofnął się. Rudzielec najchętniej uciekłby do domu, ale okularnik zablokował mu drogę ucieczki ramieniem. Smerfetka bawiła się lekko kosmkiem włosów, aby zredukować stres. Cała trójka machała nerwowo uszami i zamiatała ziemię ogonami.
– Dlaczego zaraz, że podsłuchiwałem? – spytał głośno Ważniak. – Poza tym, Ciamajda i Smerfetka też tu są, więc nie skupiaj się tylko na mnie, kochany!
– Bleh, zaraz zwymiotuję.
– Dlaczego? – Uwaga Osiłka na chwilę wróciła do przyjaciela.
– Powiedział do mnie "kochany".
– Chłopaki! – krzyknęła Smerfetka. – Nie mieliśmy złych zamiarów. Po prostu przechodziliśmy tędy i mimowolnie nie dało się nie usłyszeć waszych głosów. Cudownych zresztą!
Silny Smerf wydawał się myśleć intensywnie, błądząc wzrokiem po stojących blisko drabiny Smerfach. Pracuś wyraźnie się speszył, słysząc niecodzienny komplement, ponieważ zwiesił uszy i zarumienił się, odwracając lekko twarz.
– Ale możecie się już rozejść – burknął wreszcie Osiłek. – Posłuchaliście sobie, było fajnie, ale teraz wracamy do pracy i nie będziemy śpiewać.
– Kiedy my właśnie w sprawie waszego śpiewu – powiedział Ciamajda, siląc się na słowa.
– Oł...
– Bierzecie udział w konkursie? – zapytała Smerfetka, szczerząc się nieco.
– Och, nie, nie mamy na to czasu – zaprzeczył pospiesznie Pracuś. – Mamy za dużo pracy, żeby myśleć jeszcze o występie.
– Papa Smerf wybrał nas do pomocy w przygotowaniach – dodał Osiłek, nie kryjąc satysfakcji, jaką wywołało u niego zazdrosne spojrzenie Ważniaka. – Nie mamy pojęcia tak naprawdę, ile roboty nas czeka, więc nie chcemy sobie zaprzątać głowy dodatkowymi wymysłami.
– A czy zgodzilibyście się wystąpić, gdyby ktoś zaprosił was do zespołu? – Okularnik uniósł lekko brwi.
– Eee, nie, nie sądzę.
– Dlaczego?
– Mam swoje powody osobiste – mruknął Pracuś, wymachując młotkiem.
– Dobra, z wami nie ma co owijać w bawełnę. – Ważniak machnął ręką. – Zakładam zespół na konkurs i poszukuję dobrych głosów. Potrzebny mi bas i wysoki głos męski, a los tak chciał, że natknęliśmy się na śpiewających was.
– Wziąć udział w konkursie muzycznym? Z tobą?!
– Chyba śnisz!
– Trudno, dałem z siebie jakieś siedemdziesiąt procent...
– Moment! – zawołała Smerfetka, machając energicznie rękami. – Chłopcy, pomyślcie o tym, proszę. Ja też nie chciałam wziąć w tym udziału, ale Ważniak mnie przekonał. To nie jest żaden kant ani dowcip, przysięgamy.
– Jesteś w zespole Ważniaka? – Osiłek wybałuszył oczy na siostrę.
– Tak, ponieważ Ważniak i Ciamajda porozmawiali ze mną szczerze i teraz też mam swój cel.
Ciemnowłosy i blondyn spojrzeli na siebie. Pracuś wzruszył ramionami. Nie myśleli o konkursie, ponieważ nie mieli zespołu, a założenie go i pomysł zabrałyby im mnóstwo czasu. Jednak gdyby dołączyli do gotowego zespołu z przygotowanym repertuarem, nie mieliby dużych nakładów pracy i czas na próby by się znalazł.
– Pomożecie nam? – zapytał Ciamajda.
– Ugh, obym tego nie żałował – jęknął blondyn.
– Nie pożałujesz, gwarantuję ci – zapewnił Ważniak. – No, to teraz proste pytanie, na które na pewno znasz odpowiedź, bo w końcu należysz do naszego smerfnego chóru. W sumie to pytanie do was wszystkich.
– Naprawdę?
– Wal.
– Czy słyszeliście kiedyś taki termin, jak a-cappella?
Uwagi:
Nie, nie mam zamiaru spiknąć ze sobą żadnych Smerfów, ponieważ cała wioska jest jedną wielką rodziną i panuje tam miłość platoniczna. Jednakże postanowiłam dodać niektórym zachowań, które sprawią, że całość będzie miała bardziej klimat XXI wieku (postacie inne niż hetero nie kryjące się ze swoją orientacją itd.).
Piosenki użyte w rozdziale:
– Sixteen Tons (Merle Travis – dużo bardziej znanych coverów tej piosenki, ja obrazowałam sobie, że Osiłek śpiewa ją podobnie jak Munkh-Erdene.I z mongolskiego The Voice, ale poprawnie wymawia słowa)
– Count On Me (Bruno Mars)
