Poranek Amelii z reguły zaczynał się o siódmej rano, ale dzisiaj — jak na złość — dziewczyna obudziła się na długo przed zaplanowanym budzikiem i w kiepskim nastroju. Westchnęła ciężko i wynurzyła się z pościeli. Tylko mocna, czarna kawa z plamą z pełnotłustego mleka mogła uratować jej nie najlepiej zapowiadający się dzień przed katastrofą, a żeby osiągnąć ten cel, potrzebowała jedynie dostać się do kuchni. Wyłoniwszy się na palcach z sypialni, z ulgą przyjęła fakt, że w salonie, na transmutowanej w łóżko kanapie Syriusz nadal spał.

Krótką chwilę rozważała, czy nie odpuścić sobie porannego krzątania się po kuchni; zaraz jednak odpędziła te myśli — nie chciała czuć się jak intruz we własnym mieszkaniu. Poza tym bardzo potrzebowała kawy, gdyż w obecnym, półprzytomnym stanie podawała w wątpliwość swoje zdolności teleportacyjne, których zdecydowanie potrzebowała, żeby dostać się do pracy. Postawiła czajnik na gazie i bezrefleksyjnie wprawiła w ruch korbkę swojego ukochanego, przedpotopowego młynka, który zarzęził jak stary, mugolski samochód w ostatnich okrzykach agonii. Natychmiast przerwała mielenie kawy i spojrzała nerwowo w kierunku salonu, ale Syriusz, niewzruszony dobiegającymi z kuchni odgłosami, nie poruszył się ani o cal.

Cztery filiżanki kawy później jej humor uległ znacznej poprawie. W końcu nawet uznała, że wspólne mieszkanie z Syriuszem Blackiem wcale nie było najgorszym z możliwych pomysłów Dumbledore'a. Jeszcze wczoraj czuła się załamana takim obrotem spraw — rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała jej obawy. Po wizycie u Albusa Syriusz zniknął do swojego starego mieszkania, po czym zjawił się u niej ze średniej wielkości plecakiem i rozgościł w salonie. Wieczorem odbyli krótką, kurtuazyjną wymianę zdań, później w milczeniu zjedli kanapki, które Black samodzielnie przygotował w ramach podziękowania za przyjęcie go pod swój dach, a równo o dwudziestej pierwszej Amelia sprzątnęła talerze i zaszyła się w sypialni, dając mu jasno do zrozumienia, że resztę wieczoru spędzi w swoim towarzystwie.

Lampka w salonie świeciła się jeszcze do dobrej drugiej lub trzeciej w nocy, a teraz Syriusz spał w najlepsze głębokim, kamiennym snem, z którego ani myślał się wybudzać. Nie potrzebowała nawet dnia, by zorientować się, że ona i Black mieli zupełnie odmienne rytmy dobowe, wobec czego resztę wspólnej egzystencji mogli spędzić na wzajemnym unikaniu się. Nie było najgorzej.

Zebrawszy się po cichu, opuściła mieszkanie i deportowała się w najbliższym ciemnym zaułku, by za chwilę pojawić się koło gmachu Ministerstwa Magii.

— Panno Bones — zwrócił się do niej Ogden, gdy punktualnie o ósmej stawiła się w progu jego gabinetu. — Mam dla pani ważne zadanie na dzisiaj.

— Zamieniam się w słuch, panie dyrektorze — odpowiedziała grzecznie, siadając na prostym, skórzanym fotelu naprzeciwko biurka.

— Wczoraj wykryto nielegalne użycie czarów przez niejakiego Syriusza Blacka, który dopuścił się pięciu zaklęć niewybaczalnych późnym wieczorem we wsi Little Norton. — Ogden przeniknął ją spojrzeniem, od którego cała napięła się i zesztywniała. — Potrzebuję bardzo dokładnego raportu dotyczącego użycia magii przez Blacka i chcę, żeby uwzględniał on każdy szczegół. Dobrze by było, gdybyś się wyrobiła do końca następnego tygodnia.

— Oczywiście — przytaknęła spokojnie. Spodziewała się po nim takiej prośby. — Czy po wykaz użytych zaklęć mam się zgłosić do ministra Croucha?

— Nie będzie to konieczne. Minister Crouch wysłał mi kopię. — Ogden machnął ręką w kierunku stosu piętrzących się na biurku pergaminów, a Amelia od razu poczuła dławiący ucisk w gardle. Obecność kopii z góry źle rokowała na pomyślne rozwiązanie tej sprawy, co skłoniło ją do ponurej refleksji, że Syriusz zapewne utknie w jej mieszkaniu na dłuższy czas. — Jesteśmy niemal pewni, że Black jest śmierciożercą. Departamentowi bardzo zależy na jego szybkim schwytaniu.

— Mogę zerknąć? — Wskazała dłonią na pokaźny plik dokumentów. Kiedy Ogden skinął potakująco głową, wzięła do ręki pierwszy spis zaklęć z brzegu i przestudiowała go wzrokiem. — Zaklęcia niewybaczalne pojawiają się dopiero na samym końcu wykazu. Nigdzie indziej ich nie widzę... — Ściągnęła brwi z teatralnie zagranym sceptycyzmem. — Może ktoś go napadł?

— Panno Bones, od dociekania sprawiedliwości jest Wizengamot — urwał, a w jego głosie dosłyszała wyraźną nutę zniecierpliwienia. — Nasz urząd się tym nie zajmuje.

— Naturalnie — przytaknęła.

Amelia wstała, zgarnęła wszystkie pergaminy z biurka i skierowała się do wyjścia.

— Proszę też monitorować różdżkę Blacka i dodawać adnotację przy każdym nowym zaklęciu — dodał na odchodne. — Nie będzie mnie do końca następnego tygodnia, wyjeżdżam służbowo. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, proszę zgłosić się do ministra Croucha osobiście lub za pośrednictwem jego asystentów.

— Oczywiście, może pan na mnie liczyć — odpowiedziała, siląc się na beznamiętny ton.

Wyłoniwszy się z gabinetu, nachmurzona Amelia podążyła do swojego biurka w zatoce. Od środka wypełniały ją obawy wobec kroków, które Ministerstwo podjęło w sprawie Syriusza. Skoro Black został oficjalnie wpisany na listę śmierciożerców, to czy istniały szanse, by do końca życia nie musiał się ukrywać? Obiecała też, że postara się mu w tej sytuacji pomóc — tylko co mogłaby zrobić, by odsunąć od niego podejrzenia? I czy w ogóle była możliwość, by w jakikolwiek sposób udowodnić jego niewinność bez ujawniania informacji o Zakonie Feniksa? W całym impasie musiała myśleć też o sobie — gdyby Crouch dowiedział się o istnieniu Zakonu w świetle jej fałszywych raportów o aurorach, mógłby ją skazać jako zdrajczynię. A z biegiem czasu raportów będzie pisała coraz więcej... Nie wiedziała, czy Ogden wstawiłby się za nią w razie kłopotów i szczerze wątpiła, żeby w jej sprawie postawił swoją ministerialną karierę pod znakiem zapytania. Myśl ta wydała się jej tak absurdalna, że parsknęła śmiechem.

Mimowolnie spojrzała na swoje biurko. Ogromny stos pergaminów niemal w całości przysłaniał jej pole widzenia. Chwyciła za pierwszy spis zaklęć, sięgnęła do szuflady po pióro, a chwilę później już oddawała się pracy, tworząc dokładny raport dla swojego przełożonego.


Wróciwszy do mieszkania, Amelia jednym ruchem różdżki rozpaliła ogień w kominku, a następnie osunęła się na kanapę i przymknęła oczy. Ten chwilowy błogostan i możliwość posiedzenia w ciszy chociaż trochę wynagradzały jej dzisiejsze trudy w Ministerstwie. Do godziny szesnastej udało jej się przerobić sporą część wykazów zaklęć, a na koniec odbyć jeszcze kontrolną wizytę w gabinecie Ogdena. Dyrektor nie miał ani jednego zarzutu do jej wczorajszych raportów na temat aurorów — nawet słowem o nich nie wspomniał. Musiał jej ufać, skoro jej nie sprawdził i bez cienia podejrzeń złożył dokumenty Crouchowi, uznając je za pewnik.

Zapadła się głębiej w kanapę i obróciła na lewy bok. To była naprawdę odprężająca chwila — móc położyć się wieczorem z myślą, że żaden napisany przez nią raport nie zagrażał jej wolności, że mogła dalej ryzykować dla Zakonu, bo nikt z Ministerstwa nie kwapił się do kontrolowania efektów pracy asystentów takich, jak ona... Już prawie zasypiała, kiedy ciszę przerwało głośne pytanie:

— Ciężki dzień w Ministerstwie, co?

Męski głos, którego źródło zlokalizowała w okolicy łazienki, z miejsca przyprawił ją o stan przedzawałowy. Natychmiast otworzyła oczy i zerwała się do pionu, w półmroku usiłując wymacać różdżkę. Rozum napłynął do jej głowy dopiero sekundę później, kiedy przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Odetchnęła z ulgą, bo głos ten wcale nie należał do intruza, a jej nowego współlokatora.

— Przestraszyłeś mnie — wysapała, gdy zdziwiony Syriusz wyłonił się z ciemnego korytarza w luźnej koszulce, dresowych spodniach i z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Czarne, sięgające brody kosmyki włosów lśniły mu od kropel wody, co nasunęło jej wniosek, że dopiero co wyszedł spod prysznica.

Amelia osobiście zadbała, by każde pomieszczenie było odizolowane od nadmiaru szturmujących ją zewsząd bodźców dźwiękowych — zarówno tych docierających do niej z ulicy, jak i z wnętrza mieszkania, ale jakim cudem nie usłyszała nawet szumu wody?

— Nie spodziewałem się, że zapomnisz o tym, że mieszkamy teraz razem — zdumiał się, zapalając światło w salonie.

Dopiero wtedy pokusiła się, by spojrzeć na swoje mieszkanie. W pierwszej kolejności w oczy rzuciły jej się porozrzucane tu i ówdzie części męskiej garderoby, następnie zerknęła w kierunku kuchni — koło zlewu spiętrzyła się sterta brudnych naczyń i mała górka śmieci. Dalej wolała się nawet nie przyglądać, bo zapewne znalazłaby jeszcze kilka niechcianych śladów obecności Syriusza.

Zacisnęła mocno usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed potokiem niecenzuralnych słów. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, a on już rozpanoszył się u niej jak we własnym domu, znacząc teren hałdami ciuchów i śmieci. Spojrzawszy krótko na ławę w salonie, zauważyła plamę z keczupu, okruchy chleba i talerz z niedojedzonym tostem.

— Masz jakieś wieści dla mnie? — zapytał, zupełnie nie zwracając uwagi na jej rozzłoszczoną minę. Amelia mogłaby przysiąc, że Blackowi wystarczyłby tydzień, by wraz z brudem przyciągnąć do jej mieszkania stado karaluchów.

Wypuściwszy głośno powietrze z płuc, kiwnęła twierdząco głową.

— Piszę raport na temat wszystkich zaklęć rzuconych z twojej różdżki.

— Wykorzystują cię w tym Ministerstwie — odpowiedział z uśmieszkiem, którego nie potrafiła przyporządkować do żadnego ze znanych jej dotąd uśmieszków Blacka. Szelmostwo? Arogancja? A może po prostu nuta szyderstwa wobec jej urzędniczej posady? — Trochę się ich uzbierało od czasu, gdy skończyłem jedenaście lat.

— Oj, nie bądź niemądry — żachnęła się. — Ministerstwo przechowuje takie dane co najwyżej do miesiąca wstecz.

Amelia wyciągnęła przed siebie różdżkę, po czym bez słowa zaczęła sprzątać pozostawiony przez Syriusza bałagan. Miała nadzieję, że ten ruch choć trochę go zawstydzi, ale on jedynie przesunął się w bok, jakby nie chciał jej przeszkadzać.

— To wspaniale — odpowiedział, choć sama już nie potrafiła określić, czy jego słowa faktycznie były wyrazem uciechy, czy tylko nieudolnie skrywaną ironią. Miała ogromne trudności, żeby go wyczuć. — I tak w ogóle... Muszę ci podziękować.

— Za co? — spytała, w pierwszej kolejności myśląc o bałaganie, który za niego sprzątała.

— Za to, że zgodziłaś się mnie przyjąć do siebie. Wczoraj u Dumbledore'a zastanawiałaś się tak długo, że byłem niemal pewny twojej kurtuazyjnej odmowy.

Zaskoczona, otworzyła bezgłośnie usta i opuściła różdżkę wzdłuż ciała. Sterta lewitujących w powietrzu opakowań po czekoladowych żabach rozsypała się w połowie drogi do kosza na śmieci.

— Domyślam się, że moja obecność tutaj nie jest ci na rękę — kontynuował rozbawiony jej reakcją — i że nie jesteś moją największą fanką, ale postaram się nie pogarszać znacząco komfortu twojego perfekcyjnego, ministerialnie zaprogramowanego życia.

To już było dla niej za wiele.

— Jesteś okropny — odparowała, czując, jak złość odbija się na jej twarzy w postaci dwóch piekących wykwitów. — A ty niby nie pracowałeś w Banku Gringotta? W dodatku z goblinami. To są dopiero urzędnicze świry...

— Bones, w Gringotcie byłem łamaczem zaklęć.

— Och. — Tylko tyle z siebie wydusiła.

No tak — byłoby niemądrym pomyśleć, że ktoś taki, jak Syriusz mógłby kiedykolwiek przyjąć nudną, urzędniczą posadę w banku. Wręcz brzmiało to nieco absurdalnie, jeśli znało się choć trochę jego charakter. Zupełne przeciwieństwo niej samej.

— Nie miej mi tego za złe... — Mrugnął do niej, zmieniając temat. — Zaprosiłem chłopaków dzisiaj wieczorem.

Jak na potwierdzenie tych słów po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie, na które Syriusz zareagował błyskawicznym skokiem do drzwi.

O leśna nimfo, on naprawdę czuł się w jej mieszkaniu jak w domu. Albo po prostu był bezczelny i lubił się rządzić — Amelia brała pod uwagę obie te opcje. I pomyśleć, że jeszcze dzisiaj rano sądziła, że jego obecność nie sprawi jej zbyt dużego kłopotu... Dawno się tak nie przeliczyła.

— O wilku mowa. — Uśmiechnął się znacząco, spoglądając jednym okiem przez wizjer. — Luniaczku, na którym roku opracowaliśmy eliksir trwałego przylepca?

— Na czwartym — dobiegł ich głos Remus zza drzwi. — I nie mów do mnie Luniaczku, bo zacznę cię nazywać Łapciu przy Moodym.

— Jakbyś już tego nie robił — parsknął Syriusz, odryglowując zamki.

— Dobry wieczór, Amelio. Jakie wieści z Ministerstwa? — zagadnął ją uprzejmie Remus, gdy przestąpiwszy przez próg, dostrzegł jej obecność w salonie.

Zanim jednak zdążyła mu odpowiedzieć, do mieszkania wparowali jeszcze James i Peter, wyraźnie czymś uradowani.

— Moody złapał Rosiera! — wrzasnął z całej siły Peter. Amelia w duchu poczuła ulgę, że Syriusz od razu zamknął za nimi drzwi; inaczej mogła być pewna nalotu gwardii oburzonych staruszek, które mieszkały piętro wyżej. — Dopadł go, eskortowaliśmy ich do Ministerstwa! A teraz jest w Azkabanie!

Ucieszony James podbiegł do niej, chwycił ją za ręce i okręcił wokół własnej osi.

— Jest co świętować! — zawołał radośnie, zdejmując z ramienia plecak, by chwilę później wyciągnąć z niego dwie butelki Ognistej. — Nie będziesz miała nic przeciwko, prawda? — upewnił się, zwracając to pytanie bezpośrednio do niej. Jego orzechowe oczy błyszczały ze szczęścia.

Oczywiście, że nie miała. Nastrój Jamesa był tak zaraźliwy, że nie potrafiła mu odmówić.

— Syriuszu, ten numer z ponurakiem był genialny! — ekscytował się Peter. Nim zdążyła mrugnąć, Pettigrew już zasypał kuchenny blat lawiną przekąsek i słodyczy z wypchanej po brzegi torby z emblematem Miodowego Królestwa. — GE-NIAL-NY!

— Absolutnie pierwszorzędny! — zawtórował mu James i rozglądnął się bacznie po jej kuchni, zapewne w poszukiwaniu szklanek, które zaraz wyciągnęła z szafki. — Kto by pomyślał, że Rosier panicznie się ich boi!

— O co chodzi? — zapytała, stawiając na blacie pięć niskich szklaneczek, które Potter z miejsca napełnił whisky. — Przecież Syriusz cały czas był tutaj...

— Wróciłem, zanim zaczęłaś się martwić — wyjaśnił, szczerząc do niej zęby.

— Byłeś na akcji? Dzień po tym, jak złapali ci różdżkę?! — Wybałuszyła na niego oczy, na co James zapobiegawczo wsadził jej szklankę Ognistej w dłoń. — Bez eliksiru wielosokowego?

— Skąd wiesz, że bez niego? — zapytał ironicznym tonem, który jedynie utwierdził ją w przekonaniu, że się nie myliła.

— Ktoś mógł cię rozpoznać! — jęknęła, omal nie rozłożywszy bezradnie rąk. Jak mógł być taki nierozważny?

— Dzięki za troskę, ale pierwsze skrzypce i tak odegrał...

— NUMER Z PONURAKIEM! — dokończyli za niego Huncwoci i ryknęli głośno śmiechem.

Czymkolwiek był numer z ponurakiem, Amelia uznała, że zanim dostąpi zaszczytu poznania tej wiedzy, musi pociągnąć solidny łyk Ognistej. Kątem oka spojrzała na Syriusza, który na ten widok przybrał wyraźnie zdumioną minę. Prawie prychnęła pod nosem, gdy to zrobił. Wiele osób mówiło jej, że wygląda na grzeczną, a urzędnicza posada w Ministerstwie dorabiała wokół niej otoczkę porządnej, ale, litości, nie była przecież święta.

— Do licha, jakim ponurakiem? — zapytała, patrząc wymownie po wszystkich czterech Huncwotach. James prawdopodobnie wyczuł, że w ich gronie nadciąga poważna rozmowa, bo od razu uzupełnił jej szklankę nową porcją alkoholu. — To jakiś tajny szyfr?

Huncwoci wymienili porozumiewawcze spojrzenia i tajemniczo zamilkli.

Po kilkunastu sekundach jednoznacznego milczenia oblał ją palący rumieniec. Że też w ogóle zadała takie pytanie! To było jasne, że Huncwoci posiadali sekrety, do których ona, jako osoba z zewnątrz, nie miała prawa wstępu. W Hogwarcie trzymała się dość blisko Gryfonów, szybko złapała wspólny język z uprzejmym Remusem czy towarzyskim Jamesem, ale nigdy nie wytworzyła z nimi więzi, która skłoniłaby ich, by w pełni jej zaufać. Nawet teraz, kiedy jako najmłodszy stażem członek Zakonu Feniksa czuła się zagubiona wśród nowych twarzy, a Huncwoci podjęli decyzję, by wziąć ją pod swoje skrzydła, wiedziała, że to tylko zwyczajny, ludzki odruch i drobny przejaw sympatii.

Bo prawdę mówiąc, na ten moment Amelia przeżywała kryzys samotności. Wojna trwała w najlepsze — jej ukochany brat wyjechał na misję, koleżanki z dormitorium rozeszły się w swoje strony, a inni znajomi z Hufflepuffu rozpierzchli się po całym świecie w poszukiwaniu wolności i schronienia. Londyn nie był dłużej bezpiecznym miejscem do życia i nawet rodzice namawiali ją do tymczasowego porzucenia pracy w Brytyjskim Ministerstwie Magii i wyprowadzki na wieś. Minęły raptem dwa lata, odkąd skończyła szkołę, a wydawało się, że od tamtych czasów dzieliła ją cała towarzyska przepaść, bo w stolicy nie ostał się praktycznie nikt, z kim niegdyś utrzymywała bliższy kontakt.

— Och, powiedzmy jej — odezwał się Syriusz, ku jej niepomiernemu zaskoczeniu, bo Black był akurat ostatnią osobą, po której by się takich słów spodziewała.

James wyglądał z kolei, jakby tylko na to pozwolenie czekał, bo złapawszy krótko spojrzenia Remusa i Petera, odchrząknął uroczyście i rzekł:

— Amelio Bones, nadeszła pora, żeby wtajemniczyć cię w największy sekret Huncwotów...

— Jesteśmy animagami — wtrącił się Syriusz, psując podniosłą chwilę Jamesa, za co zarobił od niego zaciśniętą pięścią w ramię. — Niezarejestrowanymi, rzecz jasna. Ja jestem psem, James jeleniem, Peter szczurem, a Remus... — urwał na chwilę. — Remus jest wilkiem.

Spojrzała niepewnie na Remusa, który stanął przy kuchennym blacie zgarbiony i ze zwieszoną głową. Czuła podskórnie, że Syriusz nie wyznał jej całej prawdy i domyślała się, że za formą animagiczną Lupina krył się jeszcze jeden, podrzędny mu sekret. Nie chciała jednak w ten temat wnikać, bo speszony wyraz twarzy i lekko podkulona sylwetka chłopaka podpowiadały jej, że on sam niespecjalnie miał ochotę na ten temat rozmawiać.

A potem Peter wydał z siebie zduszony okrzyk, bo Remus nagle wyprostował się i zadarł brodę, gotowy się otworzyć.

— Skoro już się zwierzamy z sekretów, to w całości — odezwał się ze szczerością, która zaskoczyła nawet jego samego, bo Amelii zdawało się, że po wypowiedzeniu tych słów zamrugał szybko powiekami. — Ja... Jestem wilkołakiem. Fenrir Greyback zaatakował mnie, gdy miałem pięć lat.

Zamurowało ją. Zamurowało ją do tego stopnia, że chyba poraziło jej aparat mowy, bo przez kilkanaście długich sekund niezdolna była wykrztusić z siebie ani sylaby.

Nic na tym świecie nie uwalniało z niej takich pokładów złości jak pełna okrucieństwa przemoc wobec bezbronnego dziecka. Greyback nie zasługiwał nawet na miano człowieka, bo ktoś, kto zatracał się w swoim bestialstwie, z premedytacją krzywdził niewinne istoty, nie mógł się nim nazywać. Chwila zabawy naznaczyła małego Remusa cierpieniem, którego skutki będą ciągnęły się za nim już do końca życia.

— Och, Merlinie... Tak mi przykro — wyszeptała tylko, a on skinął głową, jakby chciał podziękować, chociaż Amelia nie miała pojęcia za co, bo jej marne wyrazy współczucia były niczym wobec tragedii, jaka go spotkała.

W jasnym świetle kuchennej lampy blizny Remusa zalśniły jak perłoworóżowe rysy na bladej, pergaminowej skórze, a to spostrzeżenie uderzyło jej do głowy serią składających się ze sobą fragmentów:

Po pierwsze, tajemnicze znikanie ze szkoły o zaskakującej regularności.

Po drugie, ciągła obecność świeżych ran szarpanych, których liczba rosła po każdym epizodzie tajemniczego zniknięcia.

Po trzecie, osobliwe pojawianie się otarć i zadrapań na skórze pozostałych Huncwotów, które zbiegały się w czasie z pogorszeniem stanu zdrowia Remusa.

— Czy wy — przebiegła szybkim spojrzeniem po twarzach Jamesa, Syriusza i Petera — nie uczestniczyliście przypadkiem w przemianach Remusa?

Peter pokiwał gorliwie głową.

— Jako animadzy — uściślił. — I od nich też wzięły się nasze ksywki: Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz.

— No tak, to logiczne — zgodziła się, łapiąc łagodne spojrzenie Remusa. — Ale... Och, ale dlaczego... Dlaczego cię to spotkało? — jęknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język, bo to pytanie zdecydowanie przekraczało granicę kategorii pytań osobistych.

— To długa historia, Amelio. Obiecuję, że opowiem ci wszystko od początku, ale może w innych okolicznościach — odpowiedział zmieszany.

Amelii nie trzeba było dwa razy powtarzać — już na początku tej rozmowy zrozumiała, że w temacie likantropii Remus nie czuł się ani trochę komfortowo.

— To o co w końcu chodzi z ponurakiem? — zmieniła temat. — Nie mów, że to twoja forma animagiczna — zwróciła się bezpośrednio do Syriusza i parsknęła śmiechem.

— Określiłbym się co najwyżej jako potulny psiak — prychnął lekko urażony tą sugestią.

— No nie wiem... — zafrasował się James. — Rosier wyglądał na przerażonego.

— Pokaż jej, Łapo — zachęcił przyjaciela Peter.

Syriusz odstawił swoją szklankę na blat i stanął pośrodku kuchennej wyspy z twarzą zwróconą w jej stronę. Ledwie poczuła, jak powietrze wokół niej wypełnia magia, ledwie zdążyła wychwycić znajome wibracje na skórze, gdy już go nie było — a przynajmniej nie na wysokości oczu, bo koło swoich nóg zauważyła sporych rozmiarów brytana o wydłużonym pysku, lekko oklapłych uszach i długiej, czarnej sierści, która wyglądała na aksamitnie miękką i delikatną.

Spojrzała na niego z niemym zachwytem. Pies był marzeniem jej dzieciństwa i zawsze, och, zawsze namawiała rodziców na czworonożnego przyjaciela, a oni ciągle tylko jej odmawiali ze względu na uczulenie mamy na sierść zwierząt. Po latach Amelia porzuciła to pragnienie, bo ani godziny jej pracy, ani panująca na Wyspach wojna nie sprzyjały kupnu psa, ale teraz...

Teraz mogłaby mieszkać z Syriuszem pod postacią Łapy! Na tę myśl ucieszyła się tak bardzo, że od razu dopadła do niego z wyciągniętymi ramionami, by poczochrać jego gęstą czuprynę, podrapać przestrzeń za uszami i zupełnie zapomnieć, że to wcale nie był prawdziwy pies, a jej zbuntowany współlokator o nieco zuchwałym podejściu do życia i bałaganiarskich zapędach. Brytan zarzucił łapy na jej ramiona i z lubością polizał ją po twarzy, a ona zaśmiała się radośnie, bo na chwilę spełniło się jej marzenie z dzieciństwa, na chwilę mogła oddać się zabawie z tym rozkosznym kudłaczem o niespotykanie wesołym usposobieniu, któremu miała ochotę rzucić cały worek kości na raz, byleby tylko sprawić mu frajdę...

— Ty chyba lubisz psy — skomentował James, przyglądając się jej z dziwacznym uśmiechem, który skłonił ją, by z bólem serca odsunąć się od Łapy i chociaż spróbować zachować pozory powściągliwości. Czuła, że trochę się zapędziła w głaskaniu tego cudownie kudłatego czworonoga, który, bądź co bądź, nadal był tylko Syriuszem.

— Jest cudny — westchnęła, spoglądając tęsknie za Łapą, który trącił jej kolano nosem i zamerdał ogonem. — Aż ciężko mi uwierzyć, że on i Syriusz to ta sama osoba.

Oburzony Łapa fuknął na nią w odpowiedzi, co jednak wykonał w sposób tak uroczy, że znowu się roześmiała.

— I ani trochę nie przypomina ponuraka!

Naprawdę nie rozumiała, jak Rosier mógł pomylić go z omenem śmierci. To tak, jakby wziąć puszka pigmejskiego za sklątkę — absolutnie niemożliwe!

— Oj, zdziwiłabyś się — zaoponował James. — Łapa, pokaż Amelii, co potrafisz.

Łapa podniósł się z siadu i jednym, prężnym susem doskoczył na środek salonu. Sekundę później ani trochę nie przypomniał już słodkiego psiaka — cały się najeżył, przyjmując pozycję obronną. Jego długa sierść nastroszyła się, uszy zaś stanęły w dwa ostre szpice — wyglądał teraz na kilkukrotnie większego, niż był w rzeczywistości. Pies otworzył pysk, obnażył kły i szczeknął tak przeraźliwie, że jej serce, dotąd wypełnione bezgranicznym uwielbieniem do zwierzęcia, zamarło w przerażeniu.

— Zwracam honor. — Uniosła ręce w obronnym geście. — Cud, że Rosier nie dostał zawału.

Łapa w odpowiedzi błysnął zębami w uśmiechu pełnym samozadowolenia i wykonał dziwny ruch, jakby chciał stanąć na tylnych nogach. Nim zdążyła zorientować się, co robi, pies przemienił się do swojej ludzkiej postaci.

Kilka godzin później, gdy Huncwoci rozeszli się już do domów, Amelia nie mogła powstrzymać wrażenia, że coś w jej życiu uległo zmianie. Po raz pierwszy od dawna straciła kontrolę nad upływem czasu, po raz pierwszy była w stanie w pełni odsunąć od siebie stres i ponure myśli. Nawet nieodłącznie towarzysząca jej samotność zniknęła, ustępując miejsca poczuciu bezgranicznej akceptacji i przynależności.

Po wyjściu Huncwotów Syriusz bez żadnego zaproszenia z jej strony poszedł do kuchni i zajął się sprzątaniem. Chciała mu pomóc, ale on stanowczo zaprotestował, przypominając jej, że jeszcze dzisiaj rano wychodzi do pracy. Myśl o punktualnym stawieniu się w Ministerstwie odwiodła ją od dłuższego spierania się — wzięła tylko ręcznik i piżamę z sypialni, po czym skierowała się do łazienki.

Wchodząc pod prysznic, w głowie zabębniły jej słowa Jamesa sprzed kilku godzin:

„Witaj w naszej paczce, Amelio".

Od tamtej pory wiedziała, że ta noc stanie się oficjalnym początkiem nowej ery — ery, w której już nigdy więcej nie poczuje się samotna.

Ery, w której miała prawdziwych przyjaciół.

Tylko palące ją od środka spojrzenie Syriusza, którego intensywność zdawała się rosnąć proporcjonalnie do ilości przyswojonego alkoholu, napełniała jej głowę obawami, że być może ta przyjaźń wcale nie będzie tak czysta i szczera, jakby sobie tego życzyła.