Kilka miesięcy temu ktoś mądry — prawdopodobnie Remus — zasugerował, że stara, opuszczona posiadłość usytuowana w płytkim uskoku pomiędzy magicznym Hogsmeade a rozległymi terenami hogwarckich błoni byłaby miejscem idealnym do tajnych rozmów i konspiracji. Po miesiącu odbytych spotkań Amelia mogła z całym przekonaniem stwierdzić, że Lunatyk nie pomylił się ani odrobinę. W charakterze kwatery głównej Zakonu Feniksa miejsce to spisywało się wręcz znakomicie.
Droga do Wrzeszczącej Chaty prowadziła na dwa sposoby: poprzez okrągły, wąski tunel rozciągający się od pnia bijącej wierzby albo przez podziemny korytarz z wioski, który rozpoczynał się w piwnicach pubu Pod Trzema Miotłami. Pierwsze przejście zostało tymczasowo wyłączone z użytku — Amelia przypadkiem usłyszała, że w czasach szkolnych któryś z Huncwotów zdradził Severusowi Snape'owi jego dokładną lokalizację. Drugi korytarz Dumbledore stworzył specjalnie pod zebrania Zakonu.
Żeby nie budzić podejrzeń mieszkańców wioski, w początkowym odcinku przejście było wyłączone z zaklęcia antyteleportacyjnego. Dotarcie do niego wiązało się jednak z pewną, bardzo istotną kwestią: jego położenie geograficzne należało znać co do sekundy. Ten pomysł w swojej prostocie okazał się genialny z tego względu, że żadna niezwiązana z Zakonem osoba nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie z tak perfekcyjną dokładnością, jak oni.
— Odkryliśmy z Syriuszem, że Ernest Rowle, urzędnik Departamentu Transportu Magicznego, jest śmierciożercą — oznajmiła Amelia wszystkim zgromadzonym na zebraniu członkom Zakonu. — Uczestniczył nawet w ostatniej akcji w Little Norton, co pozwala nam sądzić, że aktywnie działa na rzecz Voldemorta.
— Świetna robota — pochwalił ich Kingsley. — Jak wam się to udało?
— Wykaz zaklęć był sfałszowany — wyjaśnił Syriusz. — Amelii udało się złamać zabezpieczenia. Z tego spisu wynika, że w przeciągu ostatniego tygodnia Rowle użył kilkunastu zaklęć niewybaczalnych.
— A zatem trzeba go jak najszybciej złapać — warknął Moody, stukając niecierpliwie drewnianą laską o podłogę. — Departament Transportu Magicznego, tak? Łajdak szpieguje dla Voldemorta.
— Można by go prześledzić, gdy będzie wracał z pracy — zaproponował James. — A potem złapalibyśmy go i teleportowali się z nim do Ministerstwa.
— To jest dobry pomysł, Potter — poparł go Szalonooki. — Tylko trzeba wymyślić powód, w myśl którego uznaliśmy, że Rowle jest podejrzany o bycie śmierciożercą — dodał, wstając od stołu i przechodząc na drugi koniec przestronnej jadalni. — Nie możemy w żaden sposób zdradzić Crouchowi, że dowiedzieliśmy się o tym od Bones.
— A zatem nasmaruję mu tendencyjny raport — zadumała się Amelia, mrużąc lekko powieki — w którym dobitnie zwrócę uwagę na obecność zaklęć pojedynkowych pojawiających się o podejrzanych porach. Nie ma szans, żeby się nie zorientował.
— Myślicie, że po przeczytaniu takiego raportu Crouch poinformuje was o Rowle'u i każe go aresztować? — Syriusz ściągnął powątpiewająco brwi i odchylił się na krześle w stronę aurorów.
— Właśnie możliwe, że tak — potwierdził Kingsley. — Barty trochę wyluzował od czasu, kiedy dowiedział się z raportów Amelii, że nie spiskujemy przeciwko Ministerstwu.
Na tę odpowiedź jej twarz mimowolnie rozświetlił promienny uśmiech. Wspaniale było móc przysłużyć się wojennym działaniom w sprawie wyższej rangi niż samo wyrażenie chęci uczestnictwa w życiu Zakonu.
Później Kingsley zaczął rutynowe podsumowanie najważniejszych doniesień z Biura Aurorów. Nie zdążył jednak podzielić się zbyt wieloma szczegółami — przez otwarte okno Wrzeszczącej Chaty wskoczył patronus w kształcie lisa, który przemierzył całą długość prostokątnego stołu i zatrzymał się na jego skraju.
Cień zwierzęcia okręcił się wokół własnej osi, obrzucił wystraszonym spojrzeniem wszystkich zgromadzonych i w końcu odezwał się zdenerwowanym głosem Marleny McKinnon:
— Śmierciożercy planują w nocy atak na Pokątną. Szukają czegoś u Borgina i Burkesa.
Patronus wykonał widowiskowy skok w stronę otwartego okna i nim rozpłynął się na otwartej przestrzeni, pozostawił po sobie unoszący się rozłożystymi smugami cień widmowej poświaty.
— To kto jest chętny dzisiaj na akcję? — zagrzmiał Moody. Przy stole rozległy się rozgorączkowane szepty; poszczególni członkowie spojrzeli po sobie wymownie, po czym jeden po drugim zaczęli zgłaszać się na ochotników. — Shacklebolt, Evans, Longbottom, Fortescue, Prewett jeden, Prewett drugi, Lupin, Potter, Pettigrew — wyliczył na podstawie uniesionych rąk. — Black, ty tylko z eliksirem wielosokowym — dodał, widząc, jak się wyrywa. — Bones to samo.
Amelia nie zarejestrowała momentu, w którym uniosła rękę — nie potrafiła też jednoznacznie określić, dlaczego w ogóle ją uniosła. Być może był to impuls albo inna nieprzemyślana reakcja mózgu, który już od jakiegoś czasu podsuwał jej wyobrażenia swojej pierwszej, zakonnej walki. Ostatecznie jednak uznała te rozmyślania za nieistotne; najwyraźniej na poziomie podświadomości poczuła, że w końcu nadeszła pora, by przełamać się i zawalczyć z Zakonem u boku.
— Alastorze, lecę do Hogwartu poinformować Dumbledore'a — oznajmił Kingsley, zrywając się na równe nogi.
— Bez sensu, Shacklebolt, Albus wyjechał. — Moody machnął różdżką nad zwiniętą rolką pergaminu, którą Frank Longbottom wyjął pospiesznie z torby. — Kto zostaje w kwaterze jako wsparcie?
Kilka kolejnych rąk wystrzeliło w górę. Auror podliczył wszystkich i paroma sprawnymi ruchami różdżki przeniósł nazwiska na pergamin.
— Bones — odezwał się nagle, zatrzymując wzrok w punkcie listy, gdzie po podwójnym, zaokrąglonym brzuszku przy starannie wykaligrafowanym „B" rozpoznała swoje nazwisko. — Ty nie byłaś jeszcze na akcji.
— Nie byłam — powtórzyła za nim jak echo, z trudem przełykając ślinę.
— Ale jesteś już przeszkolona. — Szalone oko aurora przeskoczyło od jej zmartwiałej w bezruchu sylwetki do siedzącego obok Syriusza. — Dlatego możesz iść. Black, zajmiesz się koleżanką?
— Z przyjemnością — przytaknął ochoczo.
Moody rozciągnął wąską linię ust w skrzywionym uśmiechu.
— Wspaniale — ucieszył się. — Widzimy się na warcie o szóstej. Szykujcie się na długą noc.
Po zebraniu zdenerwowana Amelia wróciła z Syriuszem do mieszkania. W prawej dłoni trzymała nierejestrowaną różdżkę, którą tuż przed opuszczeniem kwatery wręczył jej Moody, lewą rękę zaciskała kurczowo na piersiówce z gotowym eliksirem wielosokowym od Lily.
To była pierwsza akcja, w której miała czynnie uczestniczyć. Pierwsza, w której musiała wykazać się wszystkimi nabytymi w ostatnim czasie umiejętnościami podczas walki ze śmierciożercami. W duchu żałowała, że gdy miesiąc temu dołączała w szeregi Zakonu, nie rzuciła się od razu na losową potyczkę w terenie. Teraz paraliżował ją strach.
— Bones, wyluzuj — powiedział Syriusz, przypatrując się uważnie jej pozbawionej wyrazu twarzy. Amelia czuła, że niezdrowo pobladła, policzki miała zimne i lepkie od potu. — Zobaczysz, spodoba ci się. Po tej akcji będziesz się wyrywać na każdą kolejną — próbował dodać jej otuchy, ale jego słowa docierały do niej jak przez wytłumioną ścianę, w której dźwięki mieszały się ze sobą w bezładny ciąg ledwie słyszalnych dla ucha głosek.
Najwyraźniej nie wyglądała na zbyt przekonaną, bo Syriusz zbliżył się do niej na bardzo bliską odległość i zrobił coś, czego zupełnie by się po nim nie spodziewała — delikatnym ruchem dłoni odgarnął kosmyk włosów, który przykleił jej się do policzka. Coś subtelnego i nieuchwytnego, jakby strumień chłodnej wody albo przeskok elektrycznej iskry przebiegło jej wzdłuż linii kręgosłupa, kondensując się na wysokości mrowiącej skóry na karku.
Nabrała głęboko powietrza, w pełni świadoma, że Syriusz pachniał absolutnie odurzającą mieszanką, z której była w stanie zidentyfikować tylko korzenny zapach jakiejś przyprawy: gałki muszkatołowej albo kardamonu, intensywną woń benzyny i ciepłe nuty drewna, co jednak wystarczało, by mogła z całą pewnością stwierdzić, że nie dziwiła się żadnej dziewczynie — nawet samej sobie sprzed czterech lat — której kiedykolwiek podobał się Syriusz. Nikt nie pozostałby obojętny na tak upajającą woń.
— Posłuchaj mnie — szepnął rozbrajająco niskim tonem i skrócił dystans między nimi o kilka kolejnych cali, chociaż stali już tak blisko, że Amelia czuła, jak stykają się ze sobą stopami. — Będę cię cały czas obserwował. Gdy Moody wystrzeli w niebo czerwone iskry, to znaczy, że akcja zakończona. Cokolwiek by się wtedy nie działo, deportuj się od razu do Wrzeszczącej Chaty, okej?
Kiwnęła głową w zrozumieniu.
— Jesteś o niebo lepsza w zaklęciach niż ja, a sama widzisz, że trzymam się całkiem nieźle — zaśmiał się cicho, a jego twarz zmarszczyła się nagle w wyrazie niepowstrzymywanego bólu. Przez ułamek sekundy zastanawiała się nad powodem tego grymasu, lecz wtedy akurat Syriusz spojrzał na ich stopy i zrobił zdecydowany krok w tył, odsuwając się od niej na odległość ramion.
O słodka, leśna nimfo, właśnie zorientowała się, że przez ostatnie dwie minuty miażdżyła jego prawie bose — nie licząc skarpetek — stopy podeszwami adidasów. Dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do skracania odległości między nimi? Naprawdę nie wiedziała. Nie potrafiła też odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, co nią kierowało i dlaczego sama jego obecność pozbawiała ją resztek rozumu.
— Jest za pięć szósta — odchrząknęła z lekkim rumieńcem, wpatrując się intensywnie w ścienny zegar ponad jego ramieniem. — Pijemy eliksir?
Kiwnąwszy potakująco głową, Syriusz zatkał sobie nos i upił kilka łyków ze swojej piersiówki. Amelia powtórzyła za nim wszystkie ruchy, włącznie z uciśnięciem skrzydełek nosa. Przełknąwszy solidną porcję eliksiru, odruchowo się skrzywiła — pomimo blokady zmysłu powonienia, kwaśny posmak zgniłej kapusty i tak zaszczypał ją w język.
Odczekali w ciszy parę chwil, wypatrując u siebie pierwszych objawów nadciągającej metamorfozy, aż w końcu Amelia poczuła gwałtowne bulgotanie w żołądku, a następnie uderzającą falę palącego zimna, która przetoczyła się przez jej krwiobieg mroźnym, obezwładniającym kończyny dreszczem. Wstrząsnęła ścierpniętymi rękami, które wydłużyły się znacznie i zjaśniały do barwy śnieżnej bieli, odgarnęła z twarzy włosy — czarne i poskręcane w miękkie, lśniące fale, a chwilę później nieprzyjemne doznania ustąpiły i Amelia uniosła wysoko głowę, zdając sobie sprawę, że zamiast Syriusza stał przed nią znajomy jej z Zakonu mężczyzna... Ted Tonks.
— Och, nie spodziewałem się, że zamienisz się w moją kuzynkę — oznajmił Syriusz ze zdumieniem, a Amelia uświadomiła sobie, że miał na myśli Andromedę, której wygląd właśnie przybrała. — Nigdy nie sądziłem, że wcielę się w męża własnej kuzynki — stwierdził, oglądając ze wszystkich stron swoje nowe ciało. — Ciekawe doświadczenie.
— Na pewno nie ciekawsze niż fakt, że gramy małżeństwo — zażartowała, nim zdążyła ugryźć się w język.
Syriusz skłonił lekko głowę i spojrzał na nią przenikliwie spod krótkich, jasnych rzęs Teda Tonksa. Po chwili odchrząknął znacząco, zapatrzył na niską donicę z szeleszczącymi liśćmi skrzydłokwiatu i już tylko charakterystyczne ułożenie ust, które łamały mu się w wyrazie z trudem ignorowanego rozbawienia, zdradzało, jak bardzo się przed nim skompromitowała.
Merlinie, jak to musiało głupio zabrzmieć. Przecież nie chodziło jej o to, że uznałaby ich potencjalne małżeństwo za ciekawą przygodę — w ogóle nie miała wobec niego takich zamiarów ani nawet temu podobnych myśli.
— Chodź, wybranko mego serca, Moody nie cierpi spóźnień — parsknął i położywszy jej rękę na plecach, poprowadził ją do drzwi. — Poza tym szybka jesteś, Amelio, że ślub już ze mną planujesz.
Rumiane wykwity na alabastrowych policzkach Andromedy musiały naprawdę żywo zapłonąć, bo zerknąwszy na nią, Syriusz parsknął charakterystycznym, zachrypniętym śmiechem Teda.
Totalna kompromitacja.
— To był tylko nieśmieszny żart. Nie musisz brać na poważnie wszystkiego, co powiem — burknęła zawstydzona, a cichy śmiech Syriusza zamienił się w głośny wybuch szczerego rozbawienia. — I co się śmiejesz?
— Najbardziej poważna osoba, jaką znam, prawi mnie, naczelnemu Huncwotowi, morały, żebym nie brał jej słów na serio...
Syriusz wciągnął na stopy martensy, nawet nie zawiązując sznurówek, po czym opuścił mieszkanie. Amelia zamknęła za nimi drzwi, zabezpieczyła zamek kilkoma zaklęciami ochronnymi i w milczeniu podążyła w głąb klatki schodowej.
— Bo nie powiedziałam tego na serio — syknęła, kiedy wypadli już na ulicę rozlewającą się w łagodnych snopach zbiegającego się ku horyzontowi słońca.
— Wiem, Bones — szepnął, a jego głos rozległ się gdzieś w pobliżu jej rozwianych włosów. Obejrzała się za lewe ramię, wytrącona z równowagi jego zuchwałością, jednak za plecami dostrzegła jedynie cień opuszczonej uliczki, kilka zaparkowanych przy chodniku samochodów i spacerującą parę mugoli. Już miała obracać głowę w prawo, gdy Syriusz stanął równolegle do linii jej kręgosłupa i zbliżył się ustami do ucha. — Przecież na mnie nie lecisz, co?
Odskoczyła od niego jak oparzona.
Na brodę Merlina, Syriusz to przeokrutny flirciarz.
Nie chcąc dać się sprowokować, nie odpowiedziała nic. Ostatni odcinek drogi wiodący do najbliższego punktu teleportacyjnego przemierzyli w niczym niezmąconej ciszy.
— Gotowa? — zapytał, gdy stanęli za pokrytą obrazoburczym graffiti wiatą brudnego, opuszczonego śmietnika.
Przytaknęła bezgłośnie, chwyciła go mocno za nadgarstek i razem przenieśli się na Pokątną.
Wylądowali u wylotu wąskiego zaułku znajdującego się jeszcze przy dobrze im znanej Pokątnej, ale w bezpośrednim sąsiedztwie zacienionej alei Śmiertelnego Nokturnu. Bez najmniejszego szelestu opuścili to miejsce i stanęli w odległości kilkunastu stóp od siebie. Amelia dostrzegła w ciemności kilka ostrożnie poruszających się sylwetek. Po luźnych mugolskich ubraniach i wyciągniętych w gotowości różdżkach rozpoznała pozostałych uczestników akcji. Zarówno Pokątna, jak i Śmiertelny Nokturn były mgliście skąpane blaskiem przydrożnych lamp, co pozwalało jej na uważną obserwację obu ulic.
Minęła pierwsza godzina. Amelia upiła bezwiednie dwa łyki z piersiówki i rozruszała zdrętwiałe od bezczynnego stania kończyny. Przed upływem kolejnej godziny postanowiła przenieść się w inne miejsce, żeby mieć odrobinę lepszą widoczność na Pokątną.
Nagle usłyszała charakterystyczny trzask teleportacji. Gdy tylko w świetle lamp błysnęły srebrne maski, ciszę przerwała wyraźna inkantacja rzucanej Drętwoty. Kilka strug szkarłatnego światła świsnęło w stronę aportujących się śmierciożerców. Część osób z Zakonu ujawniło się z kryjówek, inna, mniejsza grupka zajęła strategiczne pozycje przy krawędziach murowanych kamienic. Około tuzina zakapturzonych postaci strzeliło pasmami zaklęć, które wybiły liniowo rząd sklepowych witryn i podpaliły sąsiadujące budynki.
— IMPEDIMENTO! — usłyszała ryk za sobą, który nakazał jej się równocześnie odwrócić i schylić tak nisko, by głową sięgnąć niemalże do samych kolan.
— Protego! — wrzasnęła, odbijając zaklęcie, nim zdążyło ugodzić ją w plecy. — Everte statum!
Jej przeciwnik został odrzucony na sąsiedni budynek, od którego odbił się z głuchym łoskotem, krusząc pojedyncze cegły i osuwając się bezwładnie na żwir.
— Świetnie, Bones! — Przebijająca się przez zgiełk rzucanych zaklęć pochwała Syriusza sprawiła, że jej gnające dziko serce zatrzepotało w piersi. Jasnozielone oczy Teda spojrzały na nią przelotnie i zajaśniały z podziwem, lecz Amelia nie zdołała uchwycić w pełni ich wyrazu, bo na wysokości twarzy zauważyła cienką jak pajęczyna wiązkę karminowego światła zmierzającego prosto w jej stronę.
— Protego! — wrzasnął Syriusz, zderzając się z nią tak gwałtownie, że niemal przewróciła się pod naporem jego otwartych ramion, które tuż potem zmiażdżyły ją w żelaznym uścisku. Dojrzawszy na horyzoncie obszerną pelerynę kolejnego, szybującego w ich stronę przeciwnika, Amelia wyswobodziła się z objęć Syriusza i osłoniła go ciałem, odgradzając dzielącą ich od śmierciożercy przestrzeń wzmocnionym Protego. Zaklęcie odrzuciło ich o pół kroku w tył, więc Amelia, nie chcąc stracić równowagi na najbardziej obleganym froncie, przebrała żwawo nogami i przemknęła kilka stóp dalej, celując różdżką w zarys śmierciożercy, który wychynął ostrożnie zza rozbitej, sklepowej witryny.
— Arresto Momentum! Expelliarmus! — krzyczała, czując, jak krew wrze jej w tętnicach, a zmysły zyskują na ostrości pod wpływem kumulujących się w niej emocji. — DRĘTWOTA!
Na ostatnim, pogłębionym wydechu, który pozwolił jej na idealną akcentację zaklęcia, wygrała starcie ze śmierciożercą, którego ciało porwało się w górę i sfrunęło z powrotem za witrynę, przetaczając się z brzękiem o tłuczone szkło.
Nagły przypływ ekscytacji z powodu wygranego pojedynku wyzwolił w niej niepowstrzymaną chęć jak najszybszego odnalezienia Syriusza i przyznania mu racji — walka dla Zakonu była cudownie satysfakcjonująca, a jej poprzednie obawy nieuzasadnione i zupełnie absurdalne.
— EXPULSO! — dobiegł z niedaleka donośny, gardłowy ryk. — Bombarda maxima!
Nagle poczuła, jak niewidzialna siła odśrodkowa wyrzuca ją w powietrze. Z łoskotem grzmotnęła o ziemię, a gruzy eksplodującego budynku przeturlały się po głównej ulicy — jeden z nich trafił ją prosto w głowę, raniąc i przecinając jej skórę. Ostatnie, co zobaczyła, zanim jej obraz spowiła ciemność, było strugą gorącej krwi zalewającą lewe oko. Amelia przeczołgała się błyskawicznie po ostrych kamieniach, nie zważając na poranione wnętrza dłoni i odsłonięte fragmenty skóry. Zastrzyk adrenaliny, który zawładnął jej ciałem, sprawił, że zaraz podniosła się i schowała za ciemnym zarysem czegoś, co jawiło jej się jako ozdobna, murowana chatka o spadzistym dachu.
Osunęła się wzdłuż ceglanej ściany i odczekała tak dobry kwadrans — oszołomiona, dygocząca ze strachu i mająca za towarzysza jedynie ciemność. Z całych sił starała się zachować świadomość, jednak ostry ból głowy ćmił i pulsował jej w skroniach, skutecznie paraliżując zmysły. Po jakimś czasie, który spędziła na równoczesnym wycieraniu sprzed oczu gorących strug krwi i uciskaniu rozciętego łuku brwiowego, ponownie zaczęła dostrzegać mgliste zarysy witryn sklepowych ulicy Pokątnej, a także rozmyte smugi świateł dobiegających z różdżek pojedynkujących się czarodziejów.
Zupełnie nieoczekiwanie, niczym w zacinającym się, klatkowym obrazie przed twarzą mignęła jej wiotka sylwetka krótko ostrzyżonego, jasnowłosego mężczyzny. Po karykaturalnie wysklepionej masce o odcinającej się w ciemności, srebrzystej barwie mogła stwierdzić, że był to śmierciożerca. Długą szatę miał rozerwaną w pół, szeroki kaptur spadł mu z głowy.
Momentalnie otrząsnęła się z szoku. Ten mężczyzna uporczywie przypominał jej kogoś znajomego...
— Persona revelare — szepnęła pod nosem, mierząc końcem różdżki w centralny punkt jego twarzy. Ku jej zdumieniu zaklęcie okazało się celne.
Maska zsunęła się z twarzy śmierciożercy, ujawniając jego prawdziwe oblicze. Minęły milisekundy, nim mężczyzna przywołał ją z powrotem, ale tyle wystarczyło, żeby mogła go zidentyfikować. To był Rowle.
— Drętwota! — zawołał James, wykorzystując chwilę nieuwagi śmierciożercy.
— Rictusempra! — zawtórował mu Remus, celując w tego samego przeciwnika. — Expelliarmus!
Huncwoci doskoczyli do niego równocześnie, napierając z obu stron i chwytając go mocno pod pachami. Zaszumiały drzewa, zaświszczały pęknięcia i szczeliny zdemolowanych budynków i już ich nie było — wciągnął ich wir rozpływającej się w powietrzu magii oraz pęd łopoczącego zaciekle wiatru. Amelia wpatrywała się w miejsce ich teleportacji jak oniemiała. Wciąż nie mogła wyjść z podziwu, że James i Remus w tak krótkim czasie doskoczyli do śmierciożercy, niemalże bez przerywania toczącego się pojedynku. Już rozumiała, dlaczego Moody zabierał ich na każdą zakonną misję — w zaklęciach byli absolutnie bezbłędni.
Koniec akcji rozbłysł na niebie pyłem drobnych, czerwonych iskier. Wykończona, aportowała się w przesiąkniętej wilgocią piwnicy, która prostą drogą wyprowadziła ją do Wrzeszczącej Chaty.
Dotarła na miejsce jako jedna z pierwszych; zaraz po niej przybyli pozostali członkowie potyczki. Amelia przemierzyła całą długość korytarza i powoli, trzymając się ściany, podreptała schodkami na górę. Znalazłszy się w jadalni, od razu podążyła w stronę Moody'ego, zgłaszając swoją obecność.
— Trzymasz się, Bones? — zapytał, wpatrując się w jeden punkt tuż nad jej lewym okiem. Odruchowo sięgnęła dłonią do tego miejsca, wyczuwając pod opuszkami sączącą się powoli strużkę gęstej krwi.
— Nic mi nie jest — odpowiedziała niemrawo. Moody obdarzył ją czujnym spojrzeniem, ale bez słowa wykreślił z listy jej nazwisko.
— Merlinie, Amelia — jęknęła Lily Evans, doskakując do niej z końcem różdżki skierowanym na jej skroń.
Lily wymówiła cicho zaklęcie, a Amelia skrzywiła się, czując, jak jej skóra ściąga się wzdłuż przebiegu rany i napręża na brzegu oczodołu. Evans uśmiechnęła się do niej z wyraźną ulgą, zapewniając, że wszystkie kości twarzoczaszki uszły z tego starcia cało, i wydobyła z kieszeni kurtki przejrzystą, różową fiolkę z kwiatową etykietą.
— Jak się czujesz? — zapytała troskliwie, zalewając połowę czoła Amelii wodnistą esencją roślinną. Po kolorze fiolki i delikatnym, pudrowym zapachu domyśliła się, że był to dyptam.
— W porządku — odpowiedziała, siląc się na blady uśmiech. Lily zmierzyła ją sceptycznym spojrzeniem i z marszu wcisnęła jej w dłonie kubek gorącego eliksiru pieprzowego. — Czy wszyscy już wrócili do kwatery?
— Jeszcze nie — westchnęła zmartwiona, rozglądając się nerwowo po jadalni, w której stłoczyła się znaczna część uczestników dzisiejszego starcia.
Przesunęła wzrokiem po znajomych twarzach. James i Remus nadal nie wrócili do kwatery, co pozwalało jej sądzić, że jeszcze nie skończyli eskortować Rowle'a do Ministerstwa. Kingsley prawdopodobnie wybrał się wraz z nimi, żeby poświadczyć ich wersję wydarzeń przed aurorami z biura. Siedząca naprzeciwko niej Alicja Fortescue obmywała twarz swojego świeżo upieczonego narzeczonego, Franka, który zajęty był uzdrawianiem długich, szarpanych ran na jej przedramionach. Nieco na prawo bliźniacy Prewett żartowali nad kubkami parujących ziół, a w lewym skrzydle jadalni Marlena i Dorcas główkowały nad złożeniem w całość pogruchotanej dłoni Petera, która chwiała się na wszystkie strony jak miękka galaretka. Oprócz kilku głębszych zranień i paru złamanych kości nic się nikomu nie stało, nikogo też nie trzeba było holować na noszach, co zdarzało się nawet i po krótszych starciach.
Amelia miała nieodparte przeczucie, że z pozostałych uczestników potyczki już tylko Syriusz nie stawił się w kwaterze na wezwanie Moody'ego.
— Zaraz na pewno będziemy w komplecie — zapewniła ją łagodnie Lily i wymierzyła w jej głowę zaklęciem. Ból, który przez ostatnią godzinę ćmił wzrok i rozsadzał czaszkę, gwałtownie ustąpił; zostało po nim jedynie tępe pulsowanie i wrażenie ucisku na skroniach.
— Co za szuje — wściekał się Moody. — Spanikowali, gdy tylko zobaczyli, że mamy przewagę!
Zdyszany Kingsley wparował długim, nerwowym krokiem do jadalni i prześlizgnąwszy się spojrzeniem po twarzach obecnych w niej osób, zatrzymał pełen powagi wzrok na Szalonookim.
— James i Remus schwytali Rowle'a — wysapał na jednym oddechu i powłóczył nogami w jego stronę. — Deportowali się z nim do Ministerstwa. Crouch i Minister Magii już wiedzą.
— Widziałeś się z nimi? — charknął Moody, podnosząc się raźnie ze starego, wyjedzonego przez mole fotela.
— Tak. — Skinął głową. — Potwierdziłem, że był atak śmierciożerców na Pokątną. Trochę ich zamurowało, gdy na własne oczy przekonali się, że Voldemort miał wtykę w Ministerstwie.
Poznaczona grubymi, przerosłymi bliznami twarz Alastora rozjaśniła się w wyrazie triumfu i kpiny.
— Śmierciożercy prawdopodobnie mają to, co chcieli dostać — wtrącił się Frank, a Moody zacisnął posępnie usta. — Próbowaliśmy ich odwieść od wtargnięcia do Borgina i Burkesa, ale okazali się od nas sprytniejsi.
— To dlatego tak szybko uciekli — zauważył Kingsley, opadając bezwładnie na najbliższe wolne krzesło. — Rano trzeba będzie wezwać na przesłuchanie starego Burkesa. Może nam powie, co mu zniknęło z towaru.
Moody skinął głową do Kingsleya w porozumiewawczym geście.
— Dobra, ludziska — zaapelował tubalnym głosem, zwracając się do wszystkich obecnych w kwaterze osób. — Wracajcie do domów.
Wróciwszy do mieszkania, Amelia nie mogła powstrzymać wrażenia, że Syriusz do tej pory nie zjawił się w kwaterze po akcji. Ostatni raz widzieli się na Pokątnej, gdy osłonił ją zaklęciem — później skrupulatnie przeszukiwała wzrokiem każdy cal wolnej przestrzeni Wrzeszczącej Chaty, jednak nie zarejestrowała nigdzie jego obecności. W jej głowie coraz dotkliwiej kłębiły się obawy, które próbowała odgonić, przechadzając się w kółko wokół kanapy.
Przecież skoro Moody kazał się im rozejść, to chyba oznaczało, że odhaczył wszystkich ze swojej listy?
Minęło kilkanaście minut, kiedy Syriusz dalej się nie pojawiał. W końcu Amelia uznała, że nie może dłużej czekać. Z zegarkiem w ręce odliczyła ostatnią minutę, po czym wybiegła z mieszkania i aportowała się u wlotu piwnicy Wrzeszczącej Chaty. Korytarz przemierzyła żywiołowym truchtem, do salonu wtargnęła tak gwałtownie, że drzwi odbiły się z łoskotem od ściany.
— Remus! — zawołała z ulgą, gdy tylko dostrzegła jego sylwetkę siedzącą przy samym końcu jadalnianego stołu. — Czy Syriusz... — zawahała się na moment i dokończyła niezobowiązująco: — Widziałeś go może?
Lunatyk uniósł głowę znad sterty pergaminów. Długie, gęsie pióro wypadło mu z dłoni, tworząc ciemnogranatowy kleks na arkuszu.
— Nie wrócił do ciebie? — W pociemniałych ze zmęczenia oczach Remusa pojawiła się mieszanina strachu i zaskoczenia.
— Nie — szepnęła ochryple, bo w gardle poczuła taką suchość, że niezdolna była przeciągnąć przez krtań ani jednej głośnej sylaby. — Nie wrócił do kwatery po akcji — stwierdziła ze zgrozą, wyczytując tę informację z pobladłej twarzy Remusa.
— Już wysyłam kogoś po niego — oznajmił z pełną rozwagą, po czym schylił się, sięgając ręką do torby, z której zaraz później wyciągnął niewielkie lusterko.
Na co, u diabła, potrzebne mu było lusterko w tej sytuacji?
Amelii niedane było o to zapytać, bo Remus od razu uniósł je na wysokość oczu i zawołał:
— Rogacz! Rogacz, jesteś tam?
Po kilkunastu ciągnących się w nieskończoność sekundach po drugiej stronie usłyszeli głos Jamesa, który zapytał czule:
— Co jest, Luniaczku?
Wybałuszyła na niego ogromne z wrażenia oczy. Nie miała pojęcia, jaki rodzaj magii umożliwiał swobodne przeprowadzenie rozmowy przez gładką taflę lustra — domyślała się tylko, że osoba, która wpadła na tak kreatywny pomysł, niewątpliwie była geniuszem.
— Łapa nie wrócił z akcji.
Zbliżywszy się do Remusa, kątem oka zauważyła, jak rozszerzona źrenica Jamesa zastyga w centralnym punkcie lusterka.
— Nie ma go u Amelii?
— Nie. Wołaj Kingsleya i Franka, ja lecę po Moody'ego.
— Przyjąłem.
— Wracaj do siebie, Amelio — zwrócił się do niej Remus. Ton jego głosu był zarazem uprzejmy i stanowczy. — Syriusz może w każdej chwili się u ciebie pojawić.
— I mam tak na niego bezczynnie czekać? — jęknęła przez zaciśnięte zęby głosem tak przejętym, że zadźwięczał jej on w uszach. Niemal natychmiast ogarnęło ją zażenowanie, gdy uświadomiła sobie, jak żałośnie zabrzmiała.
Remus przyjrzał się jej badawczo i Amelia mogłaby przysiąc, że przez ułamek sekundy na jego pociągłej twarzy zbłądził cień uśmiechu.
— Nie masz innego wyjścia — odrzekł, posyłając jej przepraszające spojrzenie. — Jeśli tylko pojawi się u ciebie, natychmiast wyślij patronusa. Ja i tak będę tutaj siedział, bo mam jeszcze parę spraw od Moody'ego.
Skinęła powoli głową, i opuściwszy teren Wrzeszczącej Chaty, aportowała się przecznicę od swojego mieszkania.
Prawie trzy kwadranse później Syriusz dalej się nie pojawiał, a Amelia nerwowo wydeptywała ścieżkę w podłodze swojego salonu, spodziewając się najgorszego. Gdy po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie, na które tak rozpaczliwie czekała, od razu doskoczyła do drzwi i cienkim głosem zawołała:
— Ulubiona baśń?
— Fontanna Szczęśliwego Losu.
Szarpnęła mocno za klamkę, a jej oczom ukazał się Syriusz — cały i zdrowy. Niewiele myśląc, rzuciła mu się na szyję tak, że oboje zatoczyli się do tyłu, niemal tracąc równowagę. Amelia uderzyła plecami o drzwi, zatrzaskując je od środka, Syriusz schował twarz w zagłębieniu jej szyi.
— Zabezpieczyłaś mieszkanie? — wymamrotał jej do ucha, przypadkowo zahaczając ustami o odsłonięty fragment skóry. Nogi niezamierzenie ugięły jej się w kolanach, jednak Amelia zbagatelizowała w głowie tę reakcję, bo właśnie odczuła niewymowną radość i ulgę, że Syriusz żył i nic mu się nie stało...
— Od razu jak wróciłam.
Obejmując go mocno i wtulając głowę w jego szyję w nieco zbyt poufałym jak na nią geście, uświadomiła sobie, że bluza Syriusza była przemoczona. Wzięła głęboki wdech, a w nos uderzyła ją upajająca mieszanina benzyny, drewna i... krwi. Nie chcąc stracić ani chwili, odsunęła się od niego na taką odległość, by móc uważnie mu się przyjrzeć.
— O Merlinie, ty jesteś ranny — szepnęła, wpatrując się intensywnie w ciemną plamę na jego bluzie. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy spojrzawszy w górę, dostrzegła, że miał bledszą niż zwykle twarz i mętne spojrzenie.
Dalsze wydarzenia potoczyły się tak szybko, że ledwie zarejestrowała ich przebieg. Pamiętając o zobowiązaniu wobec Remusa, wyczarowała cielesnego patronusa i posłała go do Wrzeszczącej Chaty. Następnym ruchem różdżki transmutowała kanapę w salonie w łóżko i położyła na nim Syriusza, a kolejnym zaklęciem rozerwała jego koszulkę, ukazując nagi tors, który przeszywała na ukos głęboka, cięta rana ciągnąca się przez całą długość klatki piersiowej — od lewej linii pachowej do prawego podżebrza.
— Niedobrze — bąknęła złowróżbnie, wpatrując się w połyskującą na burgundowo szramę. — Źle to wygląda.
— Domyślam się — sapnął, a jego twarz wykrzywił grymas bólu.
— Co się stało? — jęknęła rozpaczliwie, czując tężejącą w głosie panikę. Nie znała się na uzdrawianiu, a sącząca się z rany krew, która ściekała obfitymi strugami, pozostawiając ślady na brzuchu i spodniach, nie pomagała w porządkowaniu logicznych myśli. — Może trzeba cię zabrać do Munga? Strasznie krwawisz...
— Bones — syknął karcąco i sięgnąwszy wzrokiem jej oczu, wpatrzył się w nią przytomnie. Momentalnie ją otrzeźwiło. — Nikt nie może się o mnie dowiedzieć. Masz dyptam, prawda? Coś na pewno masz.
Skinęła głową w odpowiedzi. Syriusz miał rację — musiała zachować zimną krew i poradzić sobie w pojedynkę. Zaklęciem przywołała do siebie apteczkę i obejrzawszy pobieżnie każdą etykietę, wyciągnęła z niej fiolkę łez feniksa, płynnego srebra i dyptamu, po czym, nie żałując ani kropli, zalała obficie całą powierzchnię rany. Syriusz stęknął przeciągle, zwijając się z bólu. Po kilku minutach wykorzystała prawie wszystkie swoje zapasy, ale to wciąż wydawało się za mało. Merlinie, dlaczego te eliksiry tak wolno działały?
— Co ci się stało? — ponowiła pytanie. Cienki, piskliwy głos zdradzał jej ściśnięte z przejęcia gardło i Amelia w duchu modliła się, żeby Syriusz nie zapamiętał jej wstrząśniętej miny, gdy na następny dzień już trochę wyzdrowieje.
O ile w ogóle wyzdrowieje. Potrząsnęła głową. Nawet nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.
Syriusz oddychał ciężko, najwyraźniej nie mając siły na zbędne tłumaczenia. Amelia zaklęła siarczyście pod nosem, na co w odpowiedzi przez jego twarz przemknął cień bladego uśmiechu.
— Nic... mi... nie będzie — wyartykułował zdawkowo. Amelia pomyślała w duchu, że Syriusz był niewiarygodnie dzielny, zbierając siły, żeby ją jeszcze pocieszać, zwłaszcza że plama krwi wokół jego ciała coraz bardziej przesiąkała i wnikała w materiał prześcieradła, niepokojąco zbliżając się na obrzeża łóżka. — Za... tamuj krwa... wienie.
— O leśna nimfo — wydyszała, wzdrygając się mimowolnie. — Może trzeba z tym iść do Dumbledore'a... Albo chociaż do Lily? — lamentowała, gmerając w skórzanej sakiewce i niecierpliwie potrząsając całą jej zawartością. Po materacu potoczyły się szklane fiolki; niektóre z nich z brzękiem upadły na podłogę, roztrzaskując się na kawałki. Pod stopami poczuła wilgoć, a parę sekund później brodziła już w płytkiej kałuży. Westchnęła rozpaczliwie z jedną, jedyną prośbą do niebios, by nie okazało się, że właśnie zmarnowała ostatnie lecznicze eliksiry.
No dalej, na pewno coś jeszcze było przydatnego w tej apteczce.
Na dnie sakiewki błysnęła jasnoróżowa poświata, a Amelia ze zwycięską miną wyciągnęła drugą i zarazem ostatnią fiolkę dyptamu. Nie zastanawiając się ani chwili, odkorkowała ją i przechyliła, wylewając całą jej zawartość na klatkę piersiową Syriusza. Tym razem eliksir poradził sobie zdecydowanie lepiej — z każdą chwilą krew spływała z rany coraz to wolniej i mniej obficie. Odetchnęła z ulgą i zaklęciem oczyściła zakrwawioną pościel.
— No widzisz — wymamrotał, na co w odpowiedzi uśmiechnęła się dumnie. — Dałaś radę. Swoją drogą, niezła z ciebie sanitariuszka...
Zmieszana, zagryzła mocno dolną wargę.
— Nie powinieneś nic mówić. Niepotrzebnie tracisz siły — odpowiedziała moralizatorsko.
— Ktoś się pode mnie podczepił. — Syriusz wlepił w nią zamglone spojrzenie.
— Jak to podczepił? — szepnęła, zamierając w bezruchu.
— Zgubiłem go — bąknął słabo w odpowiedzi. Z każdym momentem Syriusz coraz bardziej bladł; jego oczy stawały się puste i nieobecne, a przytomność zdawała się gasnąć. — Nikt nie zna lokalizacji twojego mieszkania.
Syriusz powoli odpływał, a Amelia co rusz przenosiła przerażony wzrok z jego kredowobiałej twarzy na leżące przed nią fiolki z eliksirami. Przecież jeszcze przed chwilą czuł się lepiej...
W pamięci usiłowała przywołać formuły jakichkolwiek zaklęć uzdrawiających, których przebłyski krążyły jej po głowie. Wyprostowała się i wytężyła umysł. Było takie jedno zaklęcie — z pewnością znała jego formułę i wiedziała, w jaki sposób jej użyć; przecież nie tak dawno prezentowała je na Owutemach... Choćby nie wiadomo co, musiała go uratować, a już zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ochronił ją dzisiaj na akcji.
Machnąwszy różdżką nad rozciętym torsem Syriusza, szepnęła:
— Vulnera Sanentur.
Wolne brzegi rany zbliżyły się ku sobie i zsunęły w cienką, pionową kreskę. Sączącą się krew zastąpiła ciemnobrązowa łuska świeżego skrzepu.
— Masz, wypij to. — Przytknęła mu do ust małą, błękitną buteleczkę, której wcześniej nie zauważyła pośród piętrzących się na prześcieradle fiolek. — To Eliksir Słodkiego Snu.
Po przełknięciu kilku małych łyków Syriusz zasnął. Amelia westchnęła ciężko. Wiedziała, że postępuje na oślep. Kompletnie nie znała się na uzdrawianiu i w duchu przeklinała swoją ignorancję, bo nigdy przedtem nie zainteresowała się choćby podstawowymi algorytmami uzdrawiania, których broszury wisiały na każdym korytarzu w świętym Mungu... Nie miała pojęcia, czy jest to rana pochodzenia zaklęciowego, czy może uraz spowodowany rozszczepieniem albo pazurami jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Zrobiło jej się słabo na myśl, że mogłyby to być ślady spowodowane przez wilkołaka.
Na wszelki wypadek skropiła jego klatkę piersiową całym posiadanym zapasem płynnego srebra.
— Vulnera Sanentur. — Rzucała w kółko to samo zaklęcie na każdy cal rozciętej skóry, a gdy tylko rana zasklepiła się na dobre, odpuściła.
Wyczerpana spojrzała na jego śpiącą twarz i z rozrzewnieniem odkorkowała fiolkę Eliksiru Słodkiego Snu, opróżniając znajdującą się w niej resztkę płynu. Nagle poczuła ogarniającą ją senność i, nie spodziewając się tak gwałtownego działania mikstury, padła z impetem na podłogę.
