Nieustanny, synchroniczny dźwięk stukania wyrwał Amelię z głębokiego snu. Pierwsze, co zauważyła po przebudzeniu, było skąpaną w snopach porannego słońca kuchnią — następnie skierowała wzrok w miejsce swojego położenia. Nie pamiętała momentu, w którym Eliksir Słodkiego Snu zwalił ją z nóg, co nie zmieniało faktu, że leżała na podłodze w towarzystwie tłuczonego szkła i porozbijanych buteleczek po eliksirach. Przeniosła zaspane oczy wyżej, na stojące nieopodal łóżko. Pierś Syriusza unosiła się miarowo w tempie nabieranych głęboko oddechów. Odetchnęła z ulgą, że pacjent przeżył noc bez szwanku i — pomimo rozległych obrażeń ciała — mógł swobodnie oddychać.
Natarczywe stukanie nasiliło się, zmuszając ją do podniesienia się z twardej podłogi. Z ćmiącym bólem głowy wstała i podążyła do drzwi. Upewniwszy się, że po drugiej stronie stoi pozostała część huncwockiej brygady, wpuściła ją do środka.
— CO Z SYRIUSZEM? — zawołał James od progu. Nie zdążyła nawet otworzyć ust, kiedy wparował do salonu dzikim pędem, rozwiewając jej włosy i potęgując lekkie zawroty głowy, które dokuczały jej już od momentu wypadku podczas wczorajszej misji. Za nim do środka wpadli Remus z Peterem.
— U mnie znakomicie, Rogaś. — Syriusz zagruchał do niego niemal od razu, choć Amelia bez większych trudności wychwyciła w jego głosie stłumione tony, tak charakterystyczne dla półprzytomnego stanu umysłu, które jasno wskazywały, że dopiero co się obudził. Black przetarł oczy, odgarnął włosy z twarzy i uniósł się na łokciach do pozycji półleżącej.
— Ładnie nas wczoraj nastraszyłeś — oznajmił Remus, ani na moment nie spuściwszy z niego zaniepokojonego spojrzenia.
— Szukaliśmy cię z Peterem po całym Londynie! — jęknął James z wyrzutem, który jednak zupełnie nie miał odbicia w wyrazie jego twarzy, bo szeroki uśmiech nie schodził mu z ust. Amelia od razu pomyślała, że Rogaczowi musiało niewiarygodnie ulżyć, gdy zobaczył, że jego najlepszy kumpel nie wyglądał tak źle, jak początkowo zakładał. — Co się stało?
— Jakiś gnój się pode mnie podczepił. — Odrzuciwszy kołdrę na bok, Syriusz zsunął powoli stopy na brzeg łóżka. — Tuż po tym, gdy Moody wystrzelił iskry, czaicie to? Pewnie liczył, że się dowie, gdzie mamy kwaterę.
Trzech Huncwotów równocześnie skierowało wzrok w okolicę jego klatki piersiowej i wydało z siebie zduszony okrzyk.
— Musiałem deportować się w zupełnie inne miejsce, inaczej dowiedziałby się o Wrzeszczącej Chacie — kontynuował, zdając się nie zauważać ich przerażenia. — Trochę czasu minęło, zanim udało mi się go na dobre zgubić.
— Syriuszu! — pisnął Peter, wpatrując się intensywnie w grubą, bordową szramę ciągnącą się przez całą długość jego torsu. — Co ci się stało?
Ale Syriusz machnął tylko beztrosko ręką.
— Och, to nic takiego — żachnął się. — Trochę się rozszczepiłem przy teleportacji.
— TROCHĘ?! — ryknęli chórem zupełnie tak, jakby posiadali jeden wspólny umysł sterujący ich ośrodkami mowy.
— No dobrze, może bagatelizuję sprawę. — Wywróciwszy oczami, wstał z łóżka i przeszedł na drugi koniec salonu po swój plecak. — Ale Amelia świetnie sobie z tym poradziła, prawda? — Spojrzał na nią, szukając w jej spojrzeniu niemej aprobaty.
— Nie było najgorzej — potwierdziła jego wersję, chociaż jej oczy mówiły zupełnie co innego. — Co nie zmienia faktu, że było wczoraj poważnie.
Cofnęła się myślami do szczegółów wczorajszej nocy. Przez cały czas trwania akcji ratowniczej miotała się po salonie, przerażona, że nie wie, co powinna dalej zrobić. To, że Syriusz przeżył, było jedynie szczęśliwym zbiegiem okoliczności — bo niczym więcej nie określiłaby gorączkowej szamotaniny, w której wylewała na jego tors wszystkie odnalezione w apteczce eliksiry w płonnej nadziei, że którykolwiek z nich wreszcie zadziała.
— Dzięki za czujność i za to, że pamiętałaś o patronusie, Amelio — wtrącił się Remus z nieśmiałym uśmiechem. — Moody jakoś przeoczył fakt, że nie pojawiłeś się po akcji, Łapo — dodał, zwracając się już bezpośrednio do niego.
— Moody ma mnie za starego, pojedynkowego wyjadacza, więc pewnie uznał, że nie ma co przesadnie zaprzątać sobie mną głowy — parsknął w odpowiedzi, wciągając przez głowę pierwszą, wyciągniętą z plecaka koszulkę.
I gdy już otwierał usta, by do tej odpowiedzi dorzucić kolejny niefrasobliwy komentarz, jakaś inna myśl w głowie wysunęła mu się na pierwszy plan, bo wyprostował się nagle, a jego oczy zalśniły tak, jakby właśnie zdał sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego.
Obróciwszy się raźnie w jej stronę, powiedział:
— Ty naprawdę się o mnie martwiłaś.
Oczy wszystkich skierowały się na Amelię, która momentalnie poczuła oblewający ją rumieniec. James i Remus wymienili porozumiewawcze spojrzenia; następnie James popatrzył się znacząco na Syriusza, a ten z kolei ze zdziwieniem spojrzał na Remusa. Pytający wyraz twarzy Łapy odmienił się, zupełnie jakby już pojął ich tok rozumowania. Pokręcił głową w przeczącym ruchu.
— O każdego z was bym się zmartwiła — sprostowała twardo, pragnąc zdementować te dziwne, niewerbalnie manifestowane insynuacje. — I każdego z was spróbowałabym za wszelką cenę wyleczyć.
Bo, oczywiście, czuła, że tak właśnie by było. Ewentualnie wykluczyłaby wizję samotnego uzdrawiania Jamesa — w jego przypadku od razu zwróciłaby się o pomoc do Lily. I jeszcze odjęłaby z tej wyliczanki Remusa, bo ten z kolei Huncwot wyciągał z niej wystarczające pokłady zdrowego rozsądku, które ostatecznie nakazałyby jej deportować się z nim w miejsce, gdzie pomocy udzieliłaby mu osoba nieco bardziej od niej kompetentna. Tak właściwie, Petera też mogłaby nie brać pod uwagę — Syriusza lubiła nieco bardziej i nawet się nie łudziła, że Peter wzbudziłby w niej tyle samo emocji, co on, zwłaszcza gdy brała pod uwagę fakt, że pierwszą jej reakcją na widok żywego Łapy było rzucenie się mu na szyję...
— Nie powiedziałem wam czegoś ważnego — zmienił temat Syriusz, a Amelia w moment otrząsnęła się z poprzednich rozważań. — Ten ktoś... W sensie śmierciożerca... On widział moją prawdziwą twarz.
James, Remus i Peter osłupieli tak jednomyślnie i równoczasowo, że hipoteza o ich wspólnym umyśle znów wydała jej się niezwykle bliska i prawdopodobna.
— Nie miałem kiedy napić się eliksiru wielosokowego, ten gość był bardzo natarczywy w stosunku do mnie i mocno zdeterminowany, żeby mnie złapać — wyjaśnił od razu, przysiadając na brzegu łóżka.
— Wiesz może, kto to mógł być? — zapytał James.
— Jakiś facet, raczej wysoki... — Syriusz pochylił głowę i zmrużył mocno powieki. — Czarna szata, trupia maska... Zupełnie nic charakterystycznego.
Gdy odchylił się nieznacznie, Amelia zauważyła, że na szarym podkoszulku znowu pokazała się ciemnoczerwona plama świeżej krwi.
— O nie! — jęknęła, doskakując do niego z wyciągniętą różdżką. — Znowu krwawisz!
I zanim na powrót przystąpiła do ratowania Syriusza, Remus chrząknął znacząco do Jamesa i Petera. Amelia zdołała tylko przyuważyć, jak odnajduje ich spojrzenia i kiwa lekko głową w kierunku drzwi frontowych — następnie usłyszała Jamesa, który rzucił pospiesznie „zgadamy się później" i zaraz potem cała trójka wypadła z jej mieszkania, trzaskając głośno drzwiami.
— Szybko się zmyli — parsknął Syriusz, ściągając koszulkę przez głowę.
Spojrzała na jego pierś, a jej serce zamarło na sekundę, bo rana, którą wczoraj z takim uporem zasklepiała, pękła na linii żeber, krwawiąc coraz to intensywniej przy każdym nabieranym przez niego wdechu. Z miejsca rzuciła się na podłogę, klękając pomiędzy jego nogami i celując wiązką odpowiednich zaklęć w zranione miejsca. Syriusz sięgnął ramieniem po swój plecak i wyciągnął z niego fiolkę dyptamu. Amelia natychmiast zakropiła jego pierś całą zawartością buteleczki i odetchnęła potężnie, bo dyptam po raz kolejny spisał się na medal, znacząco ograniczając krwawienie.
— Sytuacja opanowana — skwitował z dziwacznym uśmieszkiem.
— Trzeba to potraktować czymś mocnym, inaczej znowu puści — wyjaśniła, sunąc końcem różdżki nad przebiegiem rany i mamrocząc pod nosem kolejną serię zaklęć.
— Bones. — Syriusz zaśmiał się perliście, spoglądając intensywnie to na swoje kolana, to na nią, i chyba dając jej do zrozumienia, że bawiło go miejsce jej położenia. — Naprawdę nie musisz przede mną klęczeć.
Spojrzała na niego z wyraźną przyganą. Zupełnie nie rozumiała powodu jego rozbawienia.
— Patrząc z innej perspektywy, wygląda to nieco... dwuznacznie. Dobrze, że Rogacz wyszedł.
Och.
Przesunęła wzrokiem w dół, zdając sobie sprawę, jak dziwnie wygląda, klęcząc pomiędzy jego nogami, i jak ta scena mogłaby się jawić w oczach kogoś, kto pokusiłby się o obserwowanie ich od strony drzwi frontowych albo z kąta pokoju. Gdyby Huncwoci zdecydowaliby się wparować teraz do mieszkania... Wolała sobie nie wyobrażać lawiny ich aluzyjnych spojrzeń.
— Naprawdę? — jęknęła, bo przywołany przez niego podtekst wydał jej się nie tyle szczeniacki, ile błahy w obliczu rozszczepienia, które wciąż nie najlepiej reagowało na jej leczenie.
— Mhm — przytaknął tylko, rozbawiony, na co westchnęła z irytacją. — Serio, możesz usiąść obok mnie na łóżku — dodał, poklepując zachęcająco wolne miejsce obok siebie. — Przecież cię na nim nie zjem.
Jego ostatni komentarz sprawił, że niemal zachłysnęła się powietrzem — tak bardzo był dla niej sugestywny i podszyty aluzją. Od razu podniosła się z klęczek i usiadła sztywno we wskazanym miejscu z zachowaniem odpowiedniego dystansu pomiędzy ich nogami.
— A skąd mogę wiedzieć, czy nie jesteś wygłodniałym Bazyliszkiem w ciele człowieka? — zażartowała niewinnie, nie do końca wiedząc, w jaki inny sposób mogłaby zareagować na tę uwagę. Prosty, nieszkodliwy żarcik wydał jej się odpowiedzią skłonną zmienić tor ich rozmowy na taki, który daleki był od wszelkich flirciarskich gierek i dwuznacznych podtekstów.
— Pożerającym ładne urzędniczki? — dopytał z uniesioną brwią, a Amelia poczuła, jak jej różdżka traci połączenie z zaklęciem, którego strumień nieoczekiwanie ustał. — W sumie... Do pewnego stopnia widzę podobieństwo.
— W czym widzisz podobieństwo? — zapytała skonsternowana.
— W upodobaniach.
Uniosła wzrok i złapała jego oczy, które zdawały się jej zupełnie inne niż dotychczas. Tym razem odniosła wrażenie, że były one tajemnicze, zaintrygowane i tak zawzięcie w nią wpatrzone, że Amelia mogłaby przysiąc, że Syriusz był pierwszą osobą w jej życiu, która patrzyła na nią w taki sposób. Co prawda, na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni zdarzyło mu się na nią zerknąć z większym niż zwykle zainteresowaniem, ale żadne z tych spojrzeń nie dorównywało temu, którym obdarzył ją teraz.
— Urzędniczych upodobaniach — doprecyzował i odchylił się na materacu, żeby ułatwić jej dostęp do rany. — Choć nie ukrywam, że teraz czuję się raczej jak pacjent molestowany przez uzdrowicielkę.
— Jeszcze jedna uwaga — zagroziła, strojąc do niego surową minę — a będziesz leczył się sam.
— Och, nie obrażaj się — żachnął się. — Nie miałem na myśli skarżenia się na jakość twoich usług uzdrowicielskich — zaśmiał się głośno, a Amelia westchnęła z rezygnacją, bo jego pierś ponownie zaczęła podkrwawiać. — Te oceniam na Wybitny z plusem.
— Pomimo że czujesz się molestowany? —.parsknęła śmiechem, przesuwając palcami po zabliźnionych fragmentach ran na brzuchu. Syriusz zadrżał lekko pod jej dotykiem.
— Dobra, trochę przesadziłem z tym molestowanym — przyznał, ujmując jej dłoń, by skierować koniec różdżki wyżej, w kierunku lewej łopatki. — Czuję się zaopiekowany. Lubię, gdy ktoś się mną opiekuje.
Ostatnie zdanie zabrzmiało w jego ustach rozbrajająco szczerze i prostolinijnie — i chyba właśnie dlatego Amelia pomyślała sobie, że mogłaby się tak Syriuszem poopiekować... dłużej. Nawet nie odnotowała momentu, w którym pięciokrotnie zabezpieczyła każdy fragment rozciętej skóry — tak bardzo pochłonięta była przesuwaniem po niej opuszkami i upewnianiem się, że żaden cal jej powierzchni nie puści więcej magicznych więzów, że przestała nawet liczyć, ile razy już tę czynność wykonała. Syriusz chyba zdawał sobie sprawę, że wszystko, co mogła zrobić, uczyniła już dobrą chwilę temu, ale ani jej nie poganiał, ani też nie usiłował przerywać tego momentu. Dopiero kiedy odchylił się znacząco na materacu, a ona prawie już kładła się na jego nagiej piersi, by wygodniej jej było sunąć opuszkami palców po brzuchu, zdała sobie sprawę, że dystans pomiędzy nimi praktycznie przestał istnieć.
Kilka kolejnych dni Amelia spędziła, zaszywając się w pracy i wykorzystując ostatnie chwile nieobecności jej szefa. W poniedziałek rano złożyła Crouchowi obiecane raporty, nie zdradzając, że wykaz Rowle'a był zafałszowany. Miała na uwadze, że taki zabieg przydałby jej się, gdy opracuje sposób na uniewinnienie Syriusza. W swoim dokumencie wspomniała jedynie o tym, co niepokojącego zauważyła nawet i bez łamania zaklęcia z wykazu, natomiast mogłaby się założyć, że Crouch, odbierając od niej ten dokument, prawie na niego nie spojrzał i zapewne nawet nie miał zamiaru go przeczytać.
Plotka, że w Departamencie Transportu Magicznego pracował śmierciożerca, rozeszła się niemal z prędkością światła — od kilku dni trąbiła o tym każda czarodziejska gazeta, wywołując spore zamieszanie w Ministerstwie. Minister Minchum był zewsząd zasypywany niewygodnymi pytaniami na temat innych, potencjalnych śmierciożerców, którzy mogliby jeszcze pracować na urzędniczych stanowiskach, a Crouch wyżywał się na Merlinowi ducha winnych asystentach za to, że autorytet instytucji został w tak prosty sposób podważony.
Amelia nie mogła wymarzyć sobie lepszych okoliczności, żeby zrealizować pomysł, który zrodził się w jej głowie już jakiś czas temu. Wiedziała, co musi zrobić, żeby odwieść Ministerstwo od zarzutów wobec Syriusza, a do pełnej realizacji planu potrzebny był jej tylko sam zainteresowany.
— Syriusz? — odezwała się pewnego niedzielnego poranka podczas rutynowej medytacji nad filiżanką gorącej kawy.
Na dźwięk jej poważniejszego niż zwykle tonu Syriusz od razu uniósł głowę powyżej poziomu łóżka i spojrzał na nią z wymownym „hmm?".
— Nie chciałabym wyjść na niedelikatną, ale czy twój... — Przygryzła nerwowo wargę, widząc, jak odsuwa od siebie kołdrę i wstaje do kuchni.
— Mój co? — dopytał, zajmując miejsce przy stole.
— Twój brat, Regulus...
— On nie żyje, Bones — skwitował chłodno, wbijając spojrzenie zimnych, stalowych oczu w filiżankę kawy, którą podsunęła mu pod nos.
— Pytam dlatego, bo wiem... Chyba wiem, jak mogę cię uniewinnić w oczach Ministerstwa.
Na ponurej twarzy Syriusza pojawił się błysk zainteresowania.
— Jak chcesz to zrobić?
— Mam twój spis zaklęć. Ogden posiada jego kopię, ale nie pojawi się w Ministerstwie do końca tygodnia, więc można by spróbować go wykraść z gabinetu. Gorzej z Crouchem...
— Pomogę ci — zaoferował się z ożywieniem, które skutecznie wymazało ostatnie ślady niewyspania z twarzy. — Ale co dalej? Przecież oni wiedzą, że z mojej różdżki poszło kilka niewybaczalnych.
Wyszczerzyła do niego zęby w szerokim uśmiechu.
— Jeśli złożysz im raport, w którym skłamiesz, że nic takiego nie miało miejsca, to uznają, że oszalałaś — kontynuował, a jego karcące spojrzenie jedynie utwierdzało ją w przekonaniu, że ani trochę nie domyślał się, jaki mogła mieć plan. — I nie ma mowy, żebyś sfałszowała mój wykaz zaklęciem z Rytuałów Cieni. To zbyt ryzykowne.
— Nie zamierzam spreparować twojego wykazu poprzez wymazanie z niego zaklęć niewybaczalnych — wyjaśniła z dumnym uśmiechem. — Za to mogłabym trochę nagiąć rzeczywistość i wmówić Ogdenowi, że twój wykaz wcale nie jest twój...
— A czyj? Regulusa? — prychnął, wywracając teatralnie oczami. — Nie gniewaj się, Amelio, ale ze wszystkich twoich pomysłów, ten jest zdecydowanie najgorszy.
— Ale dlaczego? — jęknęła, czując, jak cały jej plan legnie w gruzach, zepchnięty raptem przez jedno zirytowane prychnięcie Syriusza. Ta reakcja trochę ją uraziła. Przecież chciała dobrze...
— Posłuchaj mnie. — Przeszył ją spojrzeniem tak oziębłym, że mogłaby się założyć, że jej kawa obniżyła swoją temperaturę o co najmniej kilkanaście stopni. — Nie chcę wykorzystywać śmierci Regulusa do osiągnięcia własnych korzyści.
— Litości. — Tym razem to ona wywróciła oczami. — To nie jest żadne wykorzystywanie śmierci!
— A jak inaczej chciałabyś to nazwać? — syknął, zaciskając mocno palce na krawędzi blatu i odwracając szybko wzrok. — Masz zamiar skierować wszystkie podejrzenia na niego...
— Byłeś jego bratem, Syriuszu.
— I co w związku z tym?
— Regulus na pewno chciałby ci pomóc — odpowiedziała, wykrzesawszy z siebie ostatki cierpliwości.
— Nie mieliśmy najlepszego kontaktu — wyszeptał tak cicho i bezdźwięcznie, że przez głowę przeszła jej dziwna refleksja, że ten konkretnie aspekt jego relacji z Regulusem wzbudzał w nim jedynie wstyd i wyrzuty sumienia. — I wolałbym zostawić go w spokoju.
Wciągnęła głośno powietrze, gdy dotarło do niej, że Syriuszem kierowało jakieś niewytłumaczalne poczucie winy — dlatego właśnie nie chciał mieszać Regulusa w swoje sprawy, nawet jeśli byłby to jedyny możliwy sposób na rozwiązanie ciążących na nim problemów...
— To nie ma znaczenia, jaki mieliście kontakt — odpowiedziała, patrząc mu odważnie w oczy. — Jeżeli tobie na nim zależało, to jemu na pewno również.
Syriusz zastygł na krześle z nieodgadnionym wyrazem twarzy, co uznała za wystarczającą zachętę, by dopowiedzieć jeszcze coś, co przewijało się w jej myślach już od jakiegoś czasu:
— I myślę, że Regulus nie miałby nic przeciwko. Sam zrobiłbyś dla niego to samo.
Syriusz nic już na to nie odpowiedział — wsparł się tylko łokciami o blat i wpatrzył tępo w filiżankę z kawą, z której najwyraźniej uczynił sobie swój osobisty, ziemski łącznik pomiędzy rzeczywistością a wspomnieniami o Regulusie, bo przez dłuższy moment jego oczy przybierały wyraz najróżniejszych emocji znajdujących ujście wyłącznie w ruchomych ilustracjach na porcelanie.
Po długiej, pełnej wahania ciszy, zmrużył powieki i kiwnął powoli głową. Uznała to za potwierdzenie.
— Zrobimy tak — powiedziała najłagodniej, jak tylko potrafiła. — Ponieważ każdy wykaz zaklęć posiada pełną charakterystykę różdżki, to podmienimy dane twojej różdżki na dane różdżki Regulusa. W raporcie zaś powiadomię Ogdena, że popełniono karygodny błąd i to nie ty jesteś wszystkiemu winien.
Posępne spojrzenie Syriusza rozjaśniło się w zrozumieniu.
— Regulus widnieje w kartotekach Ministerstwa jako zaginiony, prawda?
Kiwnęła twierdząco głową.
— Gdy zwalniałeś się z Gringotta, powiedziałeś goblinom, że wyjeżdżasz do Albanii, mam rację? — upewniła się, a Syriusz przytaknął skwapliwie. — Jestem przekonana, że Wizengamot przesłuchał kogoś z Banku Gringotta w twojej sprawie, stąd przypuszczam, że Ministerstwo wie o twoim wyjeździe. Monitoring różdżek działa tylko w obrębie Wysp Brytyjskich, więc skoro jesteś teraz na terytorium Albanii, to ministerialne maszyny powinny zapisywać wyłącznie puste daty pod twoim spisem czarów, bez żadnych zaklęć. W przypadku Regulusa, który nie został uznany za zmarłego, maszyny także produkują puste spisy...
Syriusz zmarszczył brwi z takim wysiłkiem, jakby przetworzenie w myślach jej monologu sprawiało mu fizyczny ból.
— ...A zatem jeśli wmówię im, że zaklęcia niewybaczalne zostały rzucone z różdżki Regulusa, a twój podmieniony spis zaklęć będzie pusty z powodu wyjazdu do Albanii, to uda nam się oczyścić cię z zarzutów.
— To całkiem dobry plan — podsumował po chwili już całkiem pogodnym tonem głosu, na którego dźwięk Amelia cała się rozpromieniła. — Prawdę mówiąc, w życiu bym na to nie wpadł.
Od triumfalnego klaśnięcia w dłonie odwodziło ją już raptem jedno pytanie:
— Jest jeszcze jedna kwestia... Czy jesteś absolutnie pewny, że różdżki Regulusa nie przechwycił żaden inny śmierciożerca? — Dostrzegłszy mętlik w jego oczach, od razu pospieszyła z wyjaśnieniami: — To ważne, bo jeśli różdżka Regulusa została przez kogoś przechwycona, to spis zaklęć z pewnością nie będzie pusty.
— To będzie wiedział tylko Stworek — odpowiedział bezbarwnie. — A to oznacza, że musimy złożyć mu wizytę w domu mojej matki.
Amelia była niemal pewna, że Syriusz celowo użył sformułowania „w domu mojej matki", zamiast jakiegokolwiek innego określenia uznającego związek jego osoby z domem, w którym spędził sporą część dzieciństwa. Dodawszy do tego pełną pogardy nutę, z jaką wymówił słowo „matka", w moment domyśliła się, że ta wizyta będzie kosztowała go o wiele więcej wysiłku emocjonalnego, niż on sam dawał to po sobie poznać.
Amelia całą sobą czuła, że wszystkie jej pomysły wkraczają na grząski grunt trudnych relacji rodzinnych i skrywanych głęboko tajemnic, których odkrywanie intrygowało ją coraz to bardziej. Od zawsze lubiła trudzić się nad zagadkami, a jeśli były one dodatkowo związane z jej pracą w Ministerstwie, to czuła się już, jakby wygrała los na loterii. Wszelkie łamigłówki były cudowną odskocznią od raportów, którymi codziennie zasypywał ją Ogden czy Crouch.
Nie potrafiła tylko wyjaśnić, dlaczego w tym przypadku bardziej od ministerialnego aspektu sprawy intrygowała ją struktura relacji panujących w rodzinie Blacków.
A może to po prostu Syriusz ją intrygował?
