Cały następny dzień Amelia spędziła w Ministerstwie, wykonując swoją zwyczajną, papierkową robotę i starając się nie roztrząsać wydarzeń z alejki przy Grimmauld Place. Od rana urzędnicy „zatoki" gorączkowo podszeptywali plotki, jakoby Ogden miał nie wrócić jeszcze do końca następnego tygodnia ze względu na smoczą ospę, którą — według bardzo wiarygodnych źródeł informacji w postaci sekretarek z atrium — zaraził się od swojej kochanki, kuzynki córki ministra Minchuma. Amelia przyjęła tę wiadomość z ulgą, bo to oznaczało, że dostała kilka dodatkowych dni na wykonanie swojego zadania. Czuła, że chociaż w tej jednej sprawie los się do niej uśmiechał.
Nie mogła za to pozbyć się uporczywych myśli na temat Syriusza. Miała ogromne wyrzuty sumienia, że dała się ponieść chwilowemu pragnieniu i pozwoliła mu się pocałować. I to w dodatku tak pocałować. Cała sytuacja robiła się jeszcze bardziej niezręczna, biorąc pod uwagę fakt, że wciąż byli współlokatorami i, siłą rzeczy, nie mogli się w nieskończoność unikać. Gdy tylko deportowali się do mieszkania, Syriusz na resztę wieczoru czmychnął do garażu, a ona zaszyła się z książką w sypialni.
Może powinna napisać do mamy? Gita z pewnością zrozumiałaby jej niechęć do angażowania się w bliższe relacje ze znanym, szkolnym nicponiem, rebeliantem w skórzanej kurtce i zapalonym motocyklistą w jednym, Syriuszem Blackiem. Tylko co miałaby jej napisać?
Kochana mamo,
Zostałam pocałowana przez Syriusza Blacka. Co gorsza, chyba tego chciałam. Ratunku!
Tak, mowa o tym samym Syriuszu Blacku, którego Ministerstwo poszukuje za aktywne śmierciożerstwo. Tymczasowo ukrywa się u mnie w mieszkaniu, ale nie masz się czym martwić. Razem przynależymy do Zakonu Feniksa, więc dobrze wiem, że Syriusz nie jest żadnym śmierciożercą. Pewnie jesteś ciekawa, czym jest Zakon — nie mogę zdradzić zbyt wielu szczegółów, za to po raz kolejny powtórzę: nie masz się czym martwić! Wciągnął mnie tam Edgar, tuż zanim wyjechał „na zagraniczny kontrakt". Tak naprawdę to wcale nie był żaden kontrakt, tylko śmiertelnie niebezpieczna misja Zakonu. Bo wiesz, on w rzeczywistości wyjechał gdzieś strasznie daleko na prośbę Dropsa. To znaczy Dumbledore'a, nieważne, powtórzę tylko po raz trzeci: zupełnie nie masz się czym martwić!
Po takim liście Amelia była przekonana, że uzyskanie odpowiedzi od mamy wymagałoby od niej osobistej fatygi do szpitala świętego Munga, bo oczami wyobraźni widziała już tylko jej zawał.
Merlinie, przydałaby się jej przyjaciółka. Taka, do której mogłaby wpaść bez zapowiedzi i zwierzyć się z każdej życiowej sprawy, począwszy od przynależności do Zakonu Feniksa, a skończywszy na jej skomplikowanej relacji z Syriuszem. Tak właściwie, skoro ostatnimi czasy zbliżyła się do Jamesa, to równie dobrze mogłaby w tej sprawie zwrócić się do Lily — problem polegał jedynie na tym, że ani ona, ani Lily nigdy nie czuły tego samego rodzaju porozumienia, które teraz skłoniłoby Amelię do zwierzeń. Nie chciała też szukać wsparcia u koleżanek z hogwarckiego dormitorium — one od dawna wysyłały jej tylko zbiorcze listy, w których raz na kwartał streszczały najważniejsze wydarzenia z ostatnich miesięcy. W niepewnych, wojennych czasach problemy sercowe z Syriuszem wydawały się Amelii zbyt błahe i powierzchowne, by z ich powodu wywoływać specjalne poruszenie.
Potrząsnęła szybko głową. Z pewnością cała wczorajsza sytuacja była jednorazowym wyskokiem i właśnie zachowywała się jak wariatka, rozbijając każdy jej aspekt na czynniki pierwsze. Syriusz zapewne nawet nie rozważył, czy ten pocałunek mógłby mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, bo oczywiste było, że nie miał żadnego. Ot, chwilowy przypływ emocji, w wyniku którego doszło, do czego doszło, koniec.
Skończywszy pracę o wiele później niż zwykle, postanowiła wrócić do mieszkania. Miała w głowie ułożony plan — jutro rano zamierzała zmodyfikować rejestr różdżki Syriusza i w związku tym musiała poprosić go o pomoc. O wczorajszym zdarzeniu wolała nie wspominać i w duchu marzyła, żeby on również nie rozpoczynał tego niewygodnego tematu.
— O, jesteś wreszcie — oznajmił, gdy tylko pojawiła się w przedpokoju. — Co w końcu z tym naszym planem wykradania papierów z Ministerstwa?
Zupełnie, jakby czytał jej w myślach.
— Mam dobre wieści. Ogden ma smoczą ospę i nie pojawi się do końca następnego tygodnia — bąknęła nerwowo, wpatrzywszy się intensywnie w ścianę nad jego głową.
Brew Syriusza podjechała tak wysoko, że niemal ujrzała ją pod sufitem. Natychmiast przywołała się do porządku — wzięła głęboki wdech i dodała swoim zwyczajowym tonem:
— Jutro będzie dobra okazja, żeby włamać się do jego gabinetu. Pomyślałam, że może ty byś to zrobił.
Przełamała się, żeby spojrzeć na niego po raz pierwszy od wczorajszego wieczoru, a serce zakuło ją delikatnie w piersi, bo... Syriusz wpatrywał się w nią tak samo zwyczajnie, jak zawsze.
Może tak naprawdę ich pocałunek nie wydarzył się nigdy? Może po prostu po rozmowie ze Stworkiem wrócili do alejki, deportowali się w niej bez żadnych ekscesów, a kiedy położyła się spać, jej zdradziecki umysł zabarwił całą tę eskapadę spontanicznym pocałunkiem, żeby za dnia dręczyć ją myślą, że naprawdę miała ochotę całować się z Syriuszem?
A może to wszystko — wojna, Zakon, Syriusz i wspomnienie alejki przy Grimmauld Place — wciąż było tylko snem i jeśli uszczypnie się wystarczająco mocno, to się obudzi?
— Nie ma problemu — uśmiechnął się łagodnie. — Gabinet Croucha też mogę jutro obskoczyć.
— Nie będzie takiej potrzeby — zaprzeczyła od razu, szczypiąc się mocno w nadgarstek. Ten zabieg nie podziałał ani trochę; Syriusz nadal stał naprzeciwko, wyglądał nieprzyzwoicie dobrze i na ten moment przyglądał się z konsternacją zaczerwienionej skórze na jej nadgarstku. — Jeśli o Crouchu mowa, to mam już plan, ale najpierw musimy włamać się do archiwów i podmienić rejestr różdżki Regulusa na twój.
— A jak dokładnie chcesz podmienić te rejestry?
— Mmm... — zawahała się. — Tak właściwie to pomyślałam, że ta twoja nielegalna książka mogłaby nam pomóc...
— Rytuały Cieni? — skrzywił się. — Nie chcę, żebyś z mojego powodu bawiła się czarną magią. Sam odnajdę dobre zaklęcie i zafałszuję dane na rejestrze.
— Jest tylko jeden, mały problem... Bo myślałam nad tym, jak dostaniesz się do Ministerstwa...
— Banał, zakradnę się pod peleryną Jamesa — odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.
— Ministerstwo jest teraz bardzo pilnie strzeżone — wyjaśniła szybko i, odwiesiwszy płaszcz i parasol na wieszak, podążyła w głąb salonu. Syriusz od razu ruszył za nią. — Ostatnio zwiększyli liczbę strażników. Nikt nieproszony nie jest w stanie dostać się do środka.
— Czyli, że nie mogę tak po prostu wejść, nawet wprowadzony przez ciebie i pod peleryną?
— A wyobrażasz sobie, co by było, gdyby tak się dało? — Zatrzymawszy się w jedynej czystej przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, Amelia obróciła się żwawo w jego stronę. — Śmierciożercy sabotowaliby Ministerstwo, a Voldemort mógłby je całkowicie przejąć jednym atakiem. Zapanowałby chaos.
— Czyli chcesz mi powiedzieć, że mamy kolejne zaklęcia do złamania? — Na twarzy Syriusza wykwitł drobny uśmiech.
— Nie. — Pokręciła głową. — Nie sądzę, żeby wejście do Ministerstwa dało się tak po prostu złamać. Jeśli zwykły śmiertelnik z odrobiną wiedzy na temat zaklęć mógłby tak po prostu wtargnąć do Ministerstwa, to teoretycznie śmierciożercy także by mogli. Nie sądzę, żeby użyli magii, którą ktokolwiek jest w stanie przechytrzyć.
— Czyli to coś naprawdę mocnego — wymamrotał ponuro. — Pewnie kaliber Fideliusa.
— Zapewne tak, natomiast świadkowie jakoś muszą się dostać do Wizengamotu...
Syriusz posłał jej bystre spojrzenie.
— Jestem właśnie poszukiwany przez Wizengamot. Nie mógłbym oszukać tej magii, podając do informacji, że stawiam się na przesłuchanie?
— Magii nie da się oszukać — uśmiechnęła się szeroko, czując, że cały jej stres związany z wczorajszym epizodem przy Grimmauld Place odszedł już bezpowrotnie. — Co nie zmienia faktu, że magiczna bramka mogłaby uwierzyć, że przyszedłeś na przesłuchanie, na którym wcale się nie stawisz.
Syriusz opadł ciężko na swoje łóżko i odrzucił na bok niezasłaną pościel.
— Bones, nie wiem, czy to ma sens. — Ściągnął brwi w wyrazie niemal nieodróżnialnym od wyrazu bólu, a Amelia od razu przysiadła obok niego, bacznie obserwując okolicę jego piersi w obawie, że skutki zeszłotygodniowego rozszczepienia mogłyby na powrót dać o sobie znać. — Zrobię jeszcze większy zamęt, pojawiając się jako podejrzany w sprawie aktywnego śmierciożerstwa. Potem nie będzie można tego odkręcić.
— Zdradzę ci małą tajemnicę, Syriuszu. Ministerstwo nie rejestruje kto, kiedy i o której godzinie wszedł do gmachu. Bezgranicznie wierzą w swoje zabezpieczenia i słusznie, bo są naprawdę dobre.
Przez dłuższą chwilę Syriusz przyglądał się jej w milczeniu.
— Wiem na pewno, że te czary wykrywają intencje osoby, która próbuje dostać się do środka, i automatycznie wiążą je z aktualnymi sprawami Wizengamotu — kontynuowała. — W ten sposób osoby niepracujące w Ministerstwie mogą do niego wejść.
— Masz na myśli świadków i podejrzanych w Wizengamocie?
— Otóż to! — Klasnęła triumfalnie w dłonie, zadowolona, że Syriusz tak szybko domyślił się, do czego zmierzała. — A zatem będziesz musiał się trochę wysilić, żeby bramka uwierzyła, że idziesz na przesłuchanie, co zostanie automatycznie potwierdzone przez dane z Wizengamotu.
— Czy Wizengamot nie zostanie poinformowany, że wszedłem do Ministerstwa?
— Nie, bo bramka tego nie zapisuje.
Syriusz wybuchnął radosnym śmiechem.
— Ile jeszcze niedopatrzeń tego typu ma Ministerstwo?
— Myślę, że całą masę. Ale pomyśl, gdyby magiczne bramki miały jeszcze rejestrować, kto i kiedy wszedł do Ministerstwa, to wiesz, ile raportów byłoby do napisania?
Następnego dnia przybyli do Ministerstwa wczesną porą. Syriusz miał wkraść się do gabinetu Ogdena, a Amelia stać na straży i w ostateczności wprowadzić sztuczny zamęt. To zadanie nie sprawiło im większych trudności — pora była tak wczesna, że w ministerialnej zatoce nie zastali ani jednej żywej duszy. Amelia nieudolnie próbowała odwrócić uwagę strażnika luźną pogawędką o pogodzie, jednak on jedynie burczał w odpowiedzi i łypał na nią złowrogo. Koniec końców, ten prosty sposób okazał się wystarczająco skuteczny, żeby odciągnąć jego czujne spojrzenie od wejścia do gabinetu, bo Syriusz bez większego problemu się do niego dostał.
Druga część ich planu stanowiła już prawdziwe wyzwanie.
— Panie ministrze — zaczęła Amelia spokojnym tonem, zajmując miejsce w fotelu przed biurkiem Croucha. — Chciałabym prosić o uzyskanie dostępu do archiwum z rejestrami różdżek — oznajmiła, pilnując, żeby głos jej nie zadrżał.
— To bardzo konkretna prośba — skwitował, mierząc ją podejrzliwym spojrzeniem spod roztrzepanych kępek gęstych, czarnych brwi. — A jeśli można spytać, to jaki ma pani w tym interes?
— Jestem w trakcie sporządzania raportu na temat niejakiego Syriusza Blacka — wyjaśniła najbardziej beznamiętnym tonem głosu, jaki potrafiła z siebie wykrzesać. — I otrzymane od dyrektora Ogdena wykazy zaklęć nie do końca mi do siebie pasują, stąd...
— A co konkretnie pani nie pasuje? — przerwał jej wpół zdania.
— Dane osobowe — wypaliła, czując, że właśnie odgrywa konkretną improwizację. — Chodziłam z Syriuszem Blackiem do Hogwartu i data urodzenia na jego wykazie zupełnie mi się nie zgadza, toteż chciałabym ją sprawdzić w rejestrze różdżek.
— Mam rozumieć, że Black to pani kolega ze szkoły? — zapytał, przyglądając się jej z coraz większą podejrzliwością.
Zacisnęła mocno palce na skórzanej teczce z pergaminami.
— Ależ skąd — żachnęła się z szerokim, teatralnym uśmiechem. — Natomiast data urodzenia widniejąca na wykazie pana Blacka to trzeci listopada 1959, ja zaś pamiętam ze szkoły, że był on o dwie klasy niżej niż ja — skłamała gładko.
— Mhmmm — wymamrotał Crouch, okręcając w palcach końcówkę wąsa. — To bardzo osobliwa pomyłka. Zważywszy na fakt, że wykazy są sporządzane przez zaczarowane maszyny do pisania, ryzyko błędu jest wręcz minimalne.
— Oczywiście. — Posłała mu nerwowy uśmiech. — Jednakże chciałabym się co do tego upewnić, żeby złożyć jak najbardziej rzetelny raport dyrektorowi Ogdenowi. Bardzo mu na tym zależało.
— W porządku — westchnął, a Amelię od razu zalała fala ulgi. Nie spodziewała się, że sprawa pójdzie tak gładko; tak właściwie w ogóle nie sądziła, że uzyska od niego tę zgodę. — Wyślę po odpis mojego sekretarza.
Przeklęty Merlinie.
— Nie chcę sprawiać kłopotu — zaśmiała się perliście. — Mogę wybrać się do archiwum sama.
— Jak pani uważa — odparł od niechcenia, przenosząc wzrok na wolumin, w którego czytaniu przeszkodziła mu, wchodząc do gabinetu. — Odpis z archiwum może zrobić tylko jego pracownik, więc proszę się zgłosić do pani Marigold.
— Dziękuję, panie ministrze — odrzekła, wstając z fotela i kierując się do wyjścia.
— Jeśliby pani dała radę, to poproszę raport o pani Flynn na za dwie godziny. Nie musi być szczegółowy.
Skinęła głową.
Wszystko szło zgodnie z planem oprócz jednego, małego szczegółu: Syriusz musiał zakraść się do archiwum sam. A gdy już wszystko mu się uda, Amelia najzwyczajniej w świecie poprosi panią Marigold o odpis rejestru, który od razu będzie posiadał zamienione informacje.
— I jak? — szepnął Syriusz, gdy znalazła się przy swoim biurku w zatoce.
— Musisz iść tam sam — wymamrotała, zakrywając usta dłonią, żeby nikt nie nabrał podejrzeń, że z kimś rozmawia.
Usiadłszy przy biurku, urwała kawałek pergaminu i na szybko nabazgrała wiadomość:
Muszę złożyć Crouchowi raport, więc nie mogę z Tobą pójść. Archiwum jest na trzecim piętrze — idź do końca korytarza i skręć w lewo. Powiedziałam Crouchowi, że jesteś ode mnie dwa lata młodszy, więc na Twoim rejestrze musi widnieć data urodzenia 03.11.1961 r. Koniecznie o tym pamiętaj! Poradzisz sobie?
Niby przypadkiem zrzuciła wiadomość na podłogę. Po chwili obok swojego buta zauważyła jedno, zapisane wielkimi literami słowo:
TAK
A zatem nie pozostało jej nic innego, jak tylko czekać.
Syriusz zakradł się bezszelestnie pod archiwum Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Stanąwszy przed drzwiami i upewniwszy się, że na korytarzu nikogo nie było, uchylił je lekko, pospiesznie wkradając się do środka.
— Cholerny przeciąg — zaklął któryś z urzędników, podchodząc do drzwi i domykając je z głuchym trzaskiem.
Archiwum było ogromne — zewsząd rozpościerały się półki z uginającymi się pod nimi kartotekami. W centralnej części sali stało ciężkie, drewniane biurko, w każdej wolnej przestrzeni wypełnione stosami papierzysk. Syriusz poczuł, że jego sytuacja stała się patowa — zanim cokolwiek by tutaj znalazł, minęłyby wieki. W dodatku nie było szans obszukać tego archiwum za dnia, gdy oprócz niego znajdowało się w nim też kilka innych osób. Jedyne, co mógł na ten moment zrobić, to przeczekać do jego zamknięcia i dopiero wtedy poszukać interesujących go dokumentacji.
Spojrzał na wiszący na ścianie zegar — powoli dochodziła dwunasta. Miał nadzieję, że Bones nie padnie na zawał, gdy nie pojawi się w mieszkaniu na noc, bo miał przeczucie, iż utknie tutaj na ładnych parę godzin.
Po kilku godzinach oczekiwania, ostatni pracownik nareszcie opuścił archiwum. Syriusz wiedział, gdzie powinien szukać swojego rejestru — dokumentacje z nazwiskami na B mieściły się zaraz na początkowych regałach, a przez ten czas zdążył je już wielokrotnie obejść.
Barnbrook, Barnes, Bayfield, Bell... Black. Chwycił do ręki odpowiednie akta i oświetlił je różdżką. Kartoteka Blacków była dość pokaźna, ale po kilku długich minutach rozkładania każdej rolki pergaminu na podłodze, Syriusz odnalazł pośród nich siebie i Regulusa, po czym zamienił informacje dotyczące różdżek i daty urodzenia. Na koniec, zgodnie z życzeniem Amelii, włożył akta do odpowiednich broszur i odłożył je na swoje miejsce.
Sam nie wierzył, że to robił. Jego rodzina od zawsze chełpiła się zamiłowaniem do czarnej magii, a on z kolei brzydził się podobnymi fascynacjami. W Banku Gringotta bardzo często łamał różne szemrane zaklęcia, ale w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że kiedykolwiek będzie posługiwał się nimi na własny użytek.
Nagle za sąsiadującą półką rozbrzmiał cichy trzask; stara podłoga zaskrzypiała pod naporem czyichś kroków. Serce zadudniło mu w piersi — nie wiedział, czy bardziej ze strachu, czy z ekscytacji, bo na krótki moment poczuł się, jakby po raz kolejny został nakryty na przeglądaniu hogwarckich zbiorów działu ksiąg zakazanych. Czym prędzej zgasił różdżkę i owinął się peleryną niewidką.
— Syriusz! — dobiegł go szept. Od razu rozpoznał w nim głos Amelii.
Wypuścił powietrze ze świstem.
— Bones — syknął, ściągając pelerynę z głowy. — Pryskaj stąd. Jak ktoś cię złapie, to będziesz miała kłopoty.
— A niby jak chciałeś stąd wyjść?
— Poczekałbym do rana i wymknąłbym się przy pierwszej lepszej okazji. — Wywrócił wymownie oczami, mimo że archiwum spowiły takie ciemności, że nie było szans, żeby to dostrzegła.
— To wymkniesz się teraz. Ze mną.
W jej szepcie słychać było ton nieznoszący sprzeciwu, a Syriusz ledwo powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem. Ten stanowczy głos, niczym prawiąca mu kazanie McGonagall, w połączeniu z puchońsko uroczą buźką Amelii nijak mu do siebie nie pasowały.
Nie mówiąc nic, wyłonił się zza regału i podążył w jej kierunku. Jednym ruchem ramienia okrył ją peleryną i przyciągnął do siebie tak, żeby żadna część ciała nie wystawała spod niej ani o cal. Amelia chrząknęła nerwowo i odwróciła głowę. Z jakiegoś powodu wydawała się zakłopotana; cała się spięła, gdy objął ją za biodro, chcąc poprawić zewnętrzną krawędź peleryny, spod której wystawała jej stopa. Na końcu języka miał już komentarz wyjaśniający tę sytuację — w końcu peleryna Jamesa była nieco za mała, by dwie dorosłe osoby mogły przejść pod nią bez ścisku — ale ostatecznie z niego zrezygnował, czując intuicyjnie, że ta uwaga wprawiłaby ją w jeszcze większy dyskomfort.
— Jak stąd wyjdziemy? — szepnął jej do ucha. — Korytarz jest pełen strażników.
— Przejdziemy teraz ostrożnie przez tę chmarę i odbijemy w bok. W pierwszej pustej alejce wyłonię się spod peleryny i wyprowadzę nas do kominka w atrium. Musimy dostać się na Pokątną, bo kominek w moim mieszkaniu nie jest połączony z Ministerstwem — wyjaśniła jednym tchem, zupełnie jakby pod jego nieobecność zdążyła przemyśleć ten plan co najmniej tysiąc razy. — Jest dopiero dwudziesta, a strażnicy nie będą mnie o nic podejrzewać, bo czasem zostaję dłużej, żeby popracować.
W ostatniej chwili powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem. Mógłby przysiąc, że jej „czasem zostaję dłużej" w języku każdej normalnej osoby byłoby uznane za „spędzam w Ministerstwie trzy czwarte życia".
Nagle dobiegło go skrzypnięcie drzwi; w oddali dostrzegł wąską strugę światła sączącą się z korytarza. Stukot kroków nasilił się — teraz dało się go słyszeć z odległości nie większej niż kilkanaście stóp od miejsca ich położenia. Od razu wymienił gorączkowe spojrzenie z Amelią.
Strażnik Ministerstwa, najwyraźniej wiedziony szeptami, rozejrzał się nerwowo po archiwum. Pozostawiwszy uchylone drzwi, wszedł do środka, wyciągnął przed siebie zapaloną różdżkę i zaczął obszukiwać pierwszą alejkę na lewo.
Syriusz pociągnął Amelię za rękę, wykorzystując nadarzającą się okazję do ucieczki. Drzwi frontowe były jednak na tyle wąsko uchylone, że nie mieli szans, żeby przemknąć przez ich szczelinę. Przystanęli na chwilę. Bones posłała mu spojrzenie z serii „I co teraz?", na co on zdecydował, że zaryzykuje, rozwierając je szerzej. Zawiasy skrzypnęły, a ich dźwięk odbił się echem w pustym archiwum. Nie musieli nic do siebie mówić — wiedzieli, że muszą uciekać. Strażnik natychmiast podbiegł w miejsce hałasu, wrzeszcząc głośno:
— Korytarz na trzecim piętrze! Włamywacze!
Kolejne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie — w głowie Syriusza zarysował się plan, który bez chwili zwłoki postanowił zrealizować. Ujął Amelię za łokieć i poprowadził ją w głąb korytarza. W odpowiedzi Amelia trąciła go w kostkę i spojrzała mu pytająco w oczy. Mrugnął do niej porozumiewawczo, dając do zrozumienia, że wie, w jakim kierunku mają podążać. Zrozumiała.
Pod peleryną zrobiło się nieprawdopodobnie duszno, lecz nie mogli jej zdjąć i nie mogli też przyspieszyć kroku, bo każdy najmniejszy dźwięk niósł się echem po korytarzu. Wokół nich roiło się od strażników, którzy pojawili się tak nagle, jakby czaili się w każdym zaułku Ministerstwa.
Syriusz chwycił Amelię w pasie, przyciągając ją do siebie i zmuszając do zatrzymania się w miejscu. Zamarli w bezruchu — teraz on przylegał plecami do ściany, a Bones napierała na niego swoim ciężarem, dysząc ciężko w jego bluzę. Jej przyspieszony oddech sprawił, że pod ciasno oplatającą ich peleryną było mu już nie tyle duszno, ile wręcz piekielnie gorąco. Przez głowę przemknęła mu scena, w której Bones napierała na niego w nieco innych okolicznościach...
Potrząsnął szybko głową, odsuwając od siebie te myśli. Był sam i to niepokojąco długo jak na niego, a Amelia wydawała mu się bardzo intrygującą wiedźmą, ale, do licha, nie musiał sprowadzać każdej relacji z przedstawicielkami płci przeciwnej do jednego.
Po chwili ciszy któryś ze strażników prychnął lekceważąco:
— Panikujesz, Ambler. Pewnie jakiś szczur przebiegł po korytarzu, a tobie się wydaje, że to atak Sam-Wiesz-Kogo.
Korytarz wypełnił się rechotem, a strażnik o nazwisku Ambler spurpurowiał aż po czubek głowy.
— Ktoś naprawdę był w archiwum — jęknął. — O tutaj! — Smagnął niecierpliwie różdżką, a jej koniec rozświetlił uchylone drzwi prowadzące prosto do ukrytych wewnątrz kartotek.
— No to chodźcie, poszukamy tego włamywacza — zakpił inny mężczyzna, machnięciem ręki przywołując do siebie resztę strażników.
— Zakład o dziesięć sykli, że to był przeciąg — prychnął ktoś z lewej strony i podążył za tłumem.
Niecałe pięć minut później Syriusz objął Amelię w pasie i wyprowadził ją na schody. Bones wlepiła w niego zaskoczone spojrzenie.
— Wiem, co robię — wyjaśnił półszeptem.
Skinęła głową w odpowiedzi, wyraźnie zdając się na niego. Syriusz z ulgą przyjął fakt, że wszyscy strażnicy chwilowo czmychnęli na korytarz na trzecim piętrze, bo alejka prowadząca do Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów była już całkiem opustoszała. Rozglądnąwszy się ostrożnie na boki, otworzył gabinet Ogdena najzwyklejszą Alohomorą. Gdy zamki kliknęły od środka, Amelia pospiesznie ściągnęła pelerynę.
— Ogden ma żenująco słabo zabezpieczony gabinet — odetchnęła, zgarniając wilgotne od potu włosy z czoła.
— Nie ma czasu na pogaduszki — ponaglił ją, wskazując głową na kominek. — Wskakuj.
Amelia bez słowa podbiegła we wskazane miejsce, chwyciła garść proszku Fiuu z kamiennej misy i szepnęła:
— Na Pokątną.
Kiedy zniknęła w płomieniach, Syriusz nabrał resztkę proszku i wskoczył za nią do kominka.
Otrzepawszy się z popiołu, Amelia uświadomiła sobie, że wcale nie znajduje się w znajomej okolicy tuż obok Dziurawego Kotła. Rozejrzała się dookoła. Sękaty, żwirowy deptak — lśniący od kapiącego leniwie deszczu i niespłukanych nieczystości — w żadnym odcinku drogi nie przypominał uroczej, kamiennej ścieżki przecinającej wzdłuż najbardziej reprezentatywną część ulicy Pokątnej. Zza ponurych zaułków niosły się głosy: szyderczy rechot wiedźm, grzechot potrząsanych sakiewek i szept składanych po cichu zamówień... Dalej już nie nasłuchiwała, bo Syriusz wypadł obok niej z komina, równie zdezorientowany swoją obecną lokalizacją, co ona.
— Dlaczego wylądowaliśmy na Nokturnie? — zapytała cicho.
— Nie mam pojęcia — odrzekł, marszcząc brwi.
Omiótłszy spojrzeniem ulicę, dostrzegła postać wysokiego mężczyzny stojącego w blasku przydrożnej lampy. Mgliste światło oświetlało jego czarną szatę, na głowie miał założony kaptur. Wyglądał jak najzwyklejszy, szemrany typ z Nokturnu — w jego zakapturzonej postaci Amelia nie dostrzegała niczego, co mogłoby się jej rzucić w oczy. Gdy jednak popatrzyła mu w twarz, zrozumiała, że od chwili, w której wyłonili się z komina, mężczyzna nie odrywał od nich spojrzenia.
— Chodźmy stąd — bąknęła. — Szybko.
Syriusz bez słowa złapał ją w pasie i okręcił w palcach różdżkę, szepcząc jej w policzek nazwę odpowiedniej ulicy. Magia porwała ich z wyjątkowo donośnym hukiem; Amelii zdawało się, że moment ich deportacji ożywiłby nawet zmarłego na drugim końcu Londynu. To spostrzeżenie nie zajęło jednak jej myśli na długo, bo umysł wciąż wypełniony był obezwładniającym poczuciem, że...
— Ktoś się na nas gapił.
— Daj spokój, Bones — żachnął się Syriusz. — To Nokturn. Tam się każdy na ciebie podejrzanie gapi.
— Nie — zaprotestowała, wrastając w ziemię pośrodku ulicy. — Ten ktoś naprawdę się na nas gapił.
Syriusz spojrzał na nią, jakby w myślach usiłował ocenić stopień jej paranoi i oszacować, czy to był już ten moment, w którym powinien zmartwić się o stan jej zdrowia psychicznego. Zignorowała go zupełnie, gdyż przed oczami wciąż widziała wysokiego, zakapturzonego mężczyznę, który stał obok latarni w alei Świętego Nokturnu i zawzięcie mierzył ich spojrzeniem. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że był to ktoś dobrze jej znany.
