Przez następne kilka dni podejrzany mężczyzna z Nokturnu nie dawał Amelii spokoju. Przed snem rozmyślała o nim intensywnie — wizualizowała go sobie przed oczami, usiłując powiązać jego postać z którymś ze znanych jej śmierciożerców, w głowie zaś szukała odpowiedzi na podstawowe pytania: Kim był? Co robił? Dlaczego się im przyglądał?. Wypożyczyła nawet archiwalne wydania Proroka, żeby skrupulatnie przejrzeć każdą fotografię z rubryki Poszukiwani Śmierciożercy, lecz to działanie również nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Żadne zdjęcie nie nasunęło jej poszlak co do tożsamości tajemniczego mężczyzny.
Z każdym dniem zatracały jej się szczegóły jego wyglądu — powoli już zapominała, czy był on wysoki i chudy, czy niski i krągły; nie potrafiła też jednoznacznie określić, czy zza obszernego kaptura wystawała mu długa, spiczasta broda, czy może jednak wąski, orli nos. W przeciągu następnego tygodnia cała jego postać stała się mglistym wspomnieniem, a niewzruszone podejście Syriusza do sprawy spowodowało, że w końcu i ona poddała się wierze w bezzasadność własnej paranoi.
Na szczęście, jej raport na temat Syriusza był już skończony i — co najważniejsze — w każdym calu gotowy, by złożyć go Ogdenowi do rąk własnych. Dlatego właśnie teraz, wyzbywszy się wszelkich myśli na temat podejrzanego mężczyzny z Nokturnu, skierowała kroki do gabinetu dyrektora, by raz na zawsze zakończyć sprawę domniemanego śmierciożerstwa Łapy.
— Panie dyrektorze — zaczęła Amelia pewnym tonem. — Pisząc raport na temat zaklęć rzuconych za pomocą różdżki Syriusza Blacka, dostrzegłam pewne nieprawidłowości, o których przekonałam się, gdy sprawdziłam je dokładnie w archiwach Ministerstwa.
Brwi dyrektora Ogdena wygięły się łukowato i podjechały mu aż po szczyt czoła.
— Proszę mówić dalej, panno Bones — zachęcił ją, wetknąwszy długie, gęsie pióro do kałamarza.
— Do końca nie jestem w stanie wyjaśnić, jak to się stało, ale... Może zacznę od początku — odetchnęła, przysiadając na fotelu przed jego biurkiem. — Gdy dostałam kopię spisu zaklęć pana Blacka, uświadomiłam sobie, że nie zgadza mi się jego data urodzenia. Wiem to na pewno, bo chodziłam z Blackiem do Hogwartu i pamiętam, że był on dwie klasy niżej niż ja.
Pochyliwszy głowę, Ogden zlustrował ją sceptycznym spojrzeniem.
— A zatem udałam się do archiwum celem zdobycia odpisu z rejestru różdżek — kontynuowała, umyślnie ignorując jego niedowierzającą minę. — Co utwierdziło mnie w przekonaniu, że różdżka pana Blacka w rzeczywistości nie jest jego własnością. Dane różdżki ze spisu zaklęć, który otrzymałam, nie pokrywają się z danymi z rejestru.
— Czyli uważa pani, że spis zaklęć jest błędny? — westchnął Ogden, sięgając dłonią na skraj biurka po małą, srebrną papierośnicę. — Sfałszowany?
— Skłaniałabym się raczej ku opcji, że ktoś pomylił osoby i w nieprawidłowy sposób nałożył dane pana Blacka z rejestru na maszyny sporządzające spisy, co poskutkowało tym błędem — wyjaśniła jednym tchem, wsparłszy się ciężko łokciami o krawędź biurka.
— Interesujące — burknął, gestem dłoni częstując ją cygaretką, której przyjęcia od razu odmówiła. — Jeśli zatem różdżka pana Blacka nie należy do niego, to w takim razie do kogo?
— Otóż właśnie. — Nabrała ze świstem powietrza i uniosła wysoko głowę. — Podzieliłam się moimi wątpliwościami z ministrem Crouchem i był on tak miły, że pozwolił mi zdobyć jeszcze jeden odpis z rejestru. Dzięki temu dowiedziałam się, że spisy zaklęć panów Syriusza i Regulusa Blacka są niezgodne z ich rejestrami, i najwyraźniej ktoś się pomylił w przypadku tych dwóch osób.
— Czyli, że dane różdżek Syriusza i Regulusa Blacka są zamienione?
— Dokładnie tak — potwierdziła, zaplatając trzęsące się ręce na kolanach.
Uwierzy jej czy nie?
Zaciągnąwszy się mocno tytoniem, Ogden wypuścił głośno porcję dymu z ust.
— Panno Bones, nie wiem, jak to jest możliwe. Rejestry są absolutnie kompatybilne z maszynami sporządzającymi spisy, a magia nigdy się nie myli.
— Ale człowiek już tak. Panie dyrektorze, jestem pewna swojej racji, sprawdzałam te dane wielokrotnie. Nie zajmowałabym panu czasu, gdyby to były wyłącznie moje domysły. — Spojrzała na niego błagalnie.
— Rozumiem — przytaknął, strzepując popiół do popielniczki. — Czy mógłbym rzucić okiem na sporządzony przez panią raport?
— Tak, oczywiście — odrzekła, przesuwając w jego kierunku kilka woluminów pergaminu. — Tutaj przygotowałam dla pana raport, wykazy i odpisy z rejestru potwierdzające moje słowa.
Dobrnąwszy wzrokiem do końca pierwszej rolki, dyrektor ściągnął blade usta w wąską, papierową linię.
— Uprzedzając pana pytania, wykaz Syriusza Blacka jest pusty, gdyż prawdopodobnie przebywa on teraz w Albanii. Dawlish z Wizengamotu podzielił się ze mną tą wiedzą; podobno już przesłuchano świadków w jego sprawie — oznajmiła po kilku długich, spędzonych w ciszy minutach, w czasie których Ogden wertował pozostałe rolki pergaminu. — A Regulus, którego uznano za zaginionego, najprawdopodobniej żyje i z tego, co się dowiedziałam, już przed swoim tajemniczym zniknięciem był poszukiwany przez aurorów jako śmierciożerca.
Wybacz, Regulusie Blacku, że pośmiertnie nadszarpuję Twoje dobre imię w niecnych celach.
Acz z drugiej strony, pomyślała, Regulus niezaprzeczalnie był śmierciożercą i fakt, że dostał ciężkie zadanie od Voldemorta, którego wykonania się nie podjął, nie do końca go usprawiedliwiał...
Twarz Ogdena odmieniała się stopniowo w miarę, gdy wertował wzrokiem kolejne pergaminy. Powątpiewający grymas zniknął z jego wychudłych policzków, zastąpiony sympatycznym i, Amelia musiała to przyznać, całkiem pochlebnym uśmiechem.
— Panno Bones, jestem pełen podziwu pani zdolności dedukcji — pochwalił ją, odkładając ostatnią rolkę pergaminu na bok. — Nie rozważała pani kariery w Wizengamocie?
Zakłopotana, przesunęła paznokciem po krawędzi skórzanej teczki i spuściła wzrok. Oczywiście, że rozważała karierę w Wizengamocie! Nieśmiałe marzenie o pozostaniu wizengamocką sędziną powracało do niej nieustannie, a i sprawowanie pieczy nad porządkiem w czarodziejskim świecie sprawiało wrażenie nadzwyczaj kuszącego. Teraz jednak, jako zasypana obowiązkami asystentka, zupełnie nie miała czasu i chęci, by zająć się swoją karierą na poważnie. Raporty zdawały się nie kończyć, spisy zaklęć mnożyć, a oczekiwania Ogdena i Croucha jedynie rozrastać. Nic dziwnego, że po pracy bywała wykończona.
— Myślę, że kiedyś rozważę taką opcję — odpowiedziała grzecznie.
— Rozumiem. — Ogden skinął głową. — W każdym razie uważam, że należałoby powiadomić ministra Croucha o pani odkryciu i poprosić reporterów z Proroka o zamieszczenie informacji o poszukiwaniu Regulusa Blacka zamiast Syriusza. Czy mógłbym panią o to poprosić?
— Jak najbardziej.
— Dziękuję, panno Bones.
Całą trasę od gabinetu do biurka pofrunęła, jakby zyskała parę anielskich skrzydeł. Pozostało jej już raptem kilka godzin w Ministerstwie — później planowała powrót do domu na szybki prysznic i zmianę stroju, a wieczorem w Dolinie Godryka czekała na nią huncwocka zgraja na czele z Jamesem, który właśnie dzisiaj, dwudziestego siódmego marca, obchodził swoje dziewiętnaste urodziny.
Tuż przed wyjściem z Ministerstwa Moody przykuśtykał do jej biurka i rzucił w nie bezczelnie pokaźnych rozmiarów zwojem pergaminu. Na szczęście, Amelia nie zdołała przerazić się wizją dodatkowej pracy — auror od razu poprosił ją, by dostarczyła pergamin Remusowi. Następnie życzył jej dobrej zabawy na urodzinach Jamesa, zrobił w tył zwrot i nim zdążyła podziękować, popędził żwawo do Biura Aurorów.
Amelia uznała, że przesyłka od Moody'ego jest zbyt ważna, by tak po prostu wręczyć ją Remusowi na przyjęciu. W końcu nie znała wszystkich zaproszonych gości, a w czasach wzmożonej czujności istniało prawdopodobieństwo, że dokument mógłby przypadkiem wpaść w niepowołane ręce. Wpierw więc powróciła do mieszkania — naturalnie, Syriusza już w nim nie było — potem wskoczyła w sukienkę, podrasowała magią tort czekoladowy dla Jamesa i w końcu, dzierżąc w dłoniach pakunek z tortem, przesyłkę od Moody'ego oraz wyrwaną z notesu Syriusza karteczkę z adresem domowym Remusa, deportowała się prosto we wskazane miejsce.
Mieszkanie Remusa okazało się niewielką kawalerką położoną w hrabstwie Essex, tuż za wschodnią granicą Londynu.
— Amelia? — przywitał ją w progu, szczerze zaskoczony. — Bardzo miło cię widzieć!
— Ciebie również — odpowiedziała, wsuwając mu w dłoń rolkę pergaminu. — Mam dla ciebie robotę od Moody'ego — wyjaśniła, spoglądając na niego z wymownym przekazem, że to właśnie było powodem jej nieoczekiwanego zajścia.
Remus z miejsca pojął jej minę, bo skinął lekko głową i przyjął od niej pergamin.
— Cudowny jest ten kurs aurorski — westchnął, obejmując ją serdecznie ramieniem na powitanie. — Marzyło się łapanie czarnoksiężników, a koniec końców tonę po uszy w papierach. — Remus odsunął się na odległość stopy i gestem dłoni zachęcił ją, by weszła do środka. — Napijesz się herbaty?
— Chętnie — przytaknęła i poprowadzona na migi przez Lunatyka, podążyła w głąb krótkiego korytarza, po czym obróciła się w lewo, gdzie za otwartymi drzwiami ukazała się jej niewielka, z trudem wygospodarowana przestrzeń kuchenna z półokrągłym stołem i niskimi, perkatymi krzesłami.
Odłożywszy pakunek z tortem do lodówki, zajęła miejsce przy stole i zlustrowała bacznie wycieńczoną twarz przyjaciela. Remus wyglądał, jakby ostatnie kilka nocy spędził wszędzie, tylko nie w łóżku — spojówki miał blade, oczy szkliste, a przez biel twardówki prześwitywała siatka drobnych, czerwonawych żyłek.
— Ostatnio była pełnia — skonstatowała, dochodząc do wniosku, że kiepski wygląd Remusa musiał mieć bezpośredni związek z jego przypadłością. — Jak się czujesz?
— W porządku, dzięki za troskę. — Uśmiechnął się niemrawo i machnięciem różdżki postawił czajnik na palniku. — Im dłuższy czas upłynie od pełni, tym lepiej. Oczywiście, aż do czasu następnej.
Amelia spojrzała na niego z wymalowanym w oczach współczuciem, które najwyraźniej zakłopotało go jeszcze bardziej niż rozmowa o pełni, bo Remus odwrócił się nagle w kierunku szafek, zrobił pantomimę, udając, że kontempluje nad wyborem odpowiedniego kubka, i pospiesznie zmienił temat:
— A jak w Ministerstwie? Jak ci idzie raport o Syriuszu?
— Och, właśnie! — Klasnęła z entuzjazmem w dłonie. — Złożyłam go dzisiaj Ogdenowi i nie uwierzysz, ale... — urwała, bo oczy Remusa zajaśniały, zmieniając barwę z ciemnego bursztynu na orzechowy, tak uderzająco podobny do odcienia tęczówek Jamesa, których wspomnienie skłoniło ją do nieprzemyślanego porównania: — On to wszystko łyknął jak James Ognistą!
Remus ryknął niekontrolowanym śmiechem.
— Zamieniam się w słuch, Amelio — oznajmił w końcu, stłumiwszy w sobie rozbawienie.
I opowiedziała Remusowi całą historię, począwszy od kradzieży rejestru różdżek z archiwum Departamentu Przestrzegania Prawa, poprzez wyjaśnienia, jak działają spisy zaklęć, aż po ostateczną, uniewinniającą Syriusza rozmowę, którą przeprowadziła dzisiaj z Ogdenem w jego gabinecie.
— No, no, jestem pod wrażeniem — skomentował, kiedy już dobrnęła do dzisiejszych wydarzeń, w których po rozmowie z Ogdenem wybrała się do działu Proroka z prośbą o oficjalne wykreślenie Syriusza z listy poszukiwanych. — Nie bałaś się tak ryzykować?
— Trochę się bałam, ale zatuszowaliśmy każdy ślad tego fałszerstwa — odpowiedziała, upijając łyk gorącej herbaty. — Jedyne, po czym mogliby nas rozpoznać, to ewentualne rejestry z archiwum, ale Syriusz zafałszował je czarną magią i rzucił kilka zaklęć maskujących, więc szanse na wpadkę są naprawdę minimalne.
Remus uśmiechnął się, a charakterystyczną dla niego uprzejmość przełamało zadziorne uniesienie kącików ust, które podszepnęło jej, że coś w tej odpowiedzi przykuło jego szczególną uwagę.
— Wiesz, Amelio, gdyby coś poszło nie tak... — zaczął nieadekwatnie poważnym tonem. — Nie tyle mogliby cię wyrzucić, ile zabrać do Azkabanu. — Wbił w nią bystre spojrzenie. — Musisz naprawdę lubić Syriusza, prawda?
Amelia zachłysnęła się herbatą, aż ta pociekła jej nosem i spłynęła obficie po brodzie. Remus natychmiast zerwał się po serwetkę — przez moment zdawało jej się nawet, że dojrzała w wyrazie jego twarzy skruchę, ale huncwocki błysk w oczach i drobny uśmiech stopniowo zajmujący coraz większy obszar twarzy, zdradzały, że Remus ewidentnie triumfował.
Triumfował, bo wiedział, że trafił w samo meritum jej relacji z Syriuszem.
— Remus! — jęknęła z wyrzutem. — Nie baw się w swatkę!
— Wybacz, nie mogłem nie zapytać. — Lunatyk odrzucił głowę do tyłu, a kuchnia po raz kolejny zadrżała od wybuchu szczerego śmiechu. — Ale poważnie, jest coś między wami?
— Nic nie ma. To, że ze sobą mieszkamy, nie oznacza, że mamy romans. — Skarciła wzrokiem jego nazbyt wesołą minę. — Zależało mi na tej sprawie, bo mieszkanie z Syriuszem przez Merlin wie ile czasu niekoniecznie było spełnieniem moich marzeń.
— Wiesz, tak dopytuję, bo... Wydaje się oczywiste, że wpadłaś mu w oko — odrzekł, a jego śmiech tym razem ustąpił miejsca rozmarzeniu w oczach. Amelia pomyślała, że do pełni szczęścia brakowałoby mu już tylko błękitnej szaty, złotej aureoli i jej oraz Syriusza na ślubnym kobiercu.
— Nie! — zaprotestowała, chcąc odeprzeć od siebie to wyobrażenie i przy okazji jasno określić swój stosunek do jakichkolwiek prób wmówienia jej, że pomiędzy nią a Syriuszem naprawdę coś było.
— Syriusz nie zwykł przyjaźnić się z kobietami — argumentował Remus. — Wyjątkiem są tylko dziewczyny kumpli.
— Patrzysz na niego przez pryzmat Hogwartu. On bardzo się zmienił od tamtego czasu — odpowiedziała, choć sama nie była pewna, czy o tym stanie rzeczy usiłuje przekonać siebie, czy Remusa. — I mam poważne podstawy, żeby twierdzić, że w tej kwestii się mylisz — burknęła ponuro, mając na uwadze fakt, że po pamiętnym pocałunku w alejce ich relacja powróciła do punktu wyjścia.
O leśna nimfo, gdy ubrała to w słowa, poczuła się jeszcze gorzej. A przecież ten scenariusz rozegrał się naprawdę — wpierw poczynili kilka kroków naprzód, potem wydarzył się pocałunek, a po wszystkim zmiotło ich na pole startowe niczym w grze w zaczarowanego alkochińczyka. Nie żeby kiedykolwiek interesowały ją temu podobne rozrywki, ale parę razy zdarzyło jej się kibicować Puchonom podczas turniejów. Alkochińczyk był grą o tyle specyficzną, że przez siedem lat szkoły Amelia nie zdołała poznać ucznia, który by ją wygrał.
— Jakie podstawy? — dopytał rozpromieniony Remus. — Takie, że najpierw coś się między wami dzieje, a potem on udaje, że nic takiego nie miało miejsca? — Zerknął na nią sugestywnie znad trzymanego oburącz kubka herbaty. — Amelio, gdybyś tylko wiedziała, jakie to jest do niego niepodobne...
— Skąd... skąd ty to wiesz? — wyjąkała, czując nagłe uderzenie gorąca oraz krwisty rumieniec oblewający szyję i policzki, którego czujna uwaga Remusa zdawała się nie przeoczyć. — Powiedział ci, tak?
— Nie musiał. — Lunatyk pokręcił głową i wyszczerzył szeroko zęby. — Sam się tego domyśliłem. Rozmawialiśmy o tobie ostatnio; to znaczy, ja próbowałem porozmawiać, ale on jakoś nienaturalnie odpędzał twój temat. I tak się ożywił, gdy o tobie wspomniałem... — zamyślił się, obrysowując kciukiem brzeg kubka. — O mało lusterka nie rozbił. No w każdym razie teraz już wiem, co jest grane, a ty mi to właśnie potwierdziłaś.
— Jego dziwne zachowania o niczym nie świadczą — odpowiedziała hardo. — I niczego między nami nie ma.
— Amelia, ja i tak wiem swoje — zaśmiał się Lunatyk, dolewając różdżką herbatę do kubków. — Lepiej powiedz mi, co takiego się wydarzyło.
— Nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie — bąknęła, mając nadzieję, że Remus nie pomyśli o niczym nieobyczajnym.
— Jak wolisz — westchnął bez przekonania i odchylił się na krześle. — Ale gdybyś potrzebowała porady, to wiesz, gdzie mnie szukać.
— Myślę, że w tej kwestii nie będzie takiej potrzeby — odmówiła stanowczo, i przypomniawszy sobie nagle o urodzinach Jamesa, na które spóźniona była już w momencie deportacji z mieszkania, podniosła się energicznie do pionu. — Remus, James ma urodziny!
Remus rzucił pospiesznie okiem na zegarek, opróżnił duszkiem kubek herbaty i zerwał się za nią z krzesła.
— O Godryku, już idziemy — przytaknął, smagnąwszy różdżką w kierunku lodówki, której drzwiczki odskoczyły z potężnym skrzypnięciem w zawiasach. — Nie zapomnij o torcie dla Jamesa!
I minutę później aportowali się w świetle niebieskiego księżyca rzucającego rozbieżne, podwójne cienie na okazałą rezydencję położoną wysoko na malowanych chabrami wrzosowiskach. Tlące się w oddali świetliki oświetlały dekoracyjną fasadę, po wysokiej bramie pięła się dzika winorośl, szeleszcząca od grasujących w pnączach chrząszczy i przędziorków. Powietrze wokół nabrzmiało słodyczą wilgotnych traw i kwiatowego pyłu, a Amelia pomyślała nagle, że gdyby mogła, nabrałaby sobie próbkę tego powietrza do fiolki i skropliła w perfumy. Całokształt treści krajobrazu zaparł jej dech na tyle spektakularnie, że trzymany przez nią tort niemalże dostąpił bezpośredniego kontaktu z tą boską ziemią.
— James jest dość majętny — wyjaśnił Remus, chwytając od spodu kartonowe zawiniątko z tortem, który najprawdopodobniej postanowił rozpłynąć się wraz z nią. — Świętej pamięci pan Potter stworzył Ulizannę.
— Stąd ten zapach — zauważyła, przypominając sobie woń popularnej pasty do włosów, której Syriusz od czasu do czasu używał, żeby zaczesać co dłuższe pasemka włosów za uszy. Może dlatego tak lubiła ten zapach?
Nie, nie, nie, pomyślała sobie, podążając ostrożnie kamienną dróżką za Remusem. Wcale nie lubiła zapachu tej pasty bardziej od... Drewna i benzyny.
O ironio.
— Tata Jamesa zmarł? — zapytała nagle, gdy sens słów Remusa rozjarzył skłębioną sieć neuronów w jej mózgu, skutecznie odnajdując drogę do rozumu.
— Dwa lata temu — wyszeptał cicho, jakby zdradzał jej pilnie strzeżony, huncwocki sekret. — James przyszedł na świat, kiedy państwo Potter byli już w podeszłym wieku. Pan Potter chorował od dawna no i... Od jakiegoś czasu James ma już tylko mamę.
— To bardzo przykre — zachrypiała Amelia, trzepocząc szybko zwilgotniałymi rzęsami. — James nigdy nie mówił...
— Wiesz, jaki jest James — wtrącił się Remus, machnąwszy w bok błyszczącą, prezentową torebką. — Wiecznie wesoły i beztroski, nawet jeśli w środku rozdziera mu się serce.
Przytaknęła bezgłośnie, zanurzona we wspomnieniach z początku siódmego roku. Istotnie, choć James nigdy nie pokazał po sobie choćby cienia żałoby, zmiana w jego zachowaniu była wręcz namacalna. W przeciągu jednych wakacji stał się skrytszy i rozsądniejszy, a i jego charakter nabrał dojrzalszych kształtów, upodabniających go znacznie do naturalnego usposobienia Remusa. Dumbledore również zdawał się dostrzec tę różnicę — na początku siódmej klasy wyróżnił Rogacza, mianując go Prefektem Naczelnym, i nawet sama McGonagall w którymś momencie stała się mniej cięta na rutynowe, huncwockie wybryki...
Kolejne wspomnienia rozprysnęły się w jej głowie jak rozgrzane szkło — znalazłszy się przy ganku, rozradowany James pomachał im nieotwartą butelką Ognistej.
— WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! — wrzasnęli chórem i puścili się biegiem, żeby osaczyć go z dwóch stron i zamknąć w niedźwiedzim uścisku.
— Remus! Amelia! — zakrzyknął wesoło i rozpostarł szeroko ramiona. — Czekaliśmy już tylko na was!
Stanąwszy na palcach, Amelia wysunęła szyję i spojrzała w głąb domu. Salon pogrążony był w półmroku cieni i świateł; twarze wirujących na parkiecie sylwetek na przemian jaśniały w blasku choinkowych lampek i gasły, osnute półtransparentną ciemnością. Lśniące półmiski drżały od magicznie nagłośnionej muzyki, wprawiając w ruch zawieszone pod sufitem serpentyny, które pląsały dziko w rytm najnowszego hitu punkrockowej grupy The Clash. Gdy chwilę później jej wzrok zaadaptował się do warunków oświetlenia, zauważyła, że Peter skakał na parkiecie z Marleną, Frank wywijał piruety z Alicją, a stojąca przy oknie Lily przekrzykiwała muzykę w usilnej próbie skomunikowania się z Fabianem i Gideonem.
— Rogacz, wybacz nam to spóźnienie, trochę się zagadaliśmy — podjął temat Remus, wręczając mu prezentową torebkę. — Spełnienia marzeń, stary Huncwocie.
— Dziewiętnaście lat to nie taka starość — obruszył się teatralnie James i poklepał go serdecznie po plecach.
James coś jeszcze dodał, ale ona już dawno straciła wątek — zbuntowana postać Syriusza w skórzanej kurtce z brzęczącymi suwakami śmignęła jej przez salon i zatrzymała się za sąsiednim filarem.
— Amelio, dziękuję za tort, naprawdę nie musiałaś — odezwał się James, po raz kolejny miażdżąc ją w silnym uścisku swoich muskularnych ramion.
— Drobiazg, James — odparła machinalnie, odwzajemniając uścisk i mrużąc podejrzliwie powieki, bo Syriusz sprawiał wrażenie, jakby za wszelką usiłował ich podsłuchać...
— Amelii właśnie udało się oczyścić Syriusza z podejrzeń Ministerstwa — oznajmił dumnie Remus.
James okręcił się w miejscu z okrzykiem radości i wycofał do salonu, gotowy wznieść potrójny toast za jej zdrowie, gdy wtem zza kolumny wyłonił się Syriusz. Amelia od razu porwała rękę, żeby go przywołać, ale on, nie zaszczyciwszy jej ani spojrzeniem, przeciął szybko salon i zniknął w jadalni.
Opuściła bezwładnie dłoń, a jej własny, niczym niepowstrzymany jęk zawodu zgrał się idealnie w czasie z refrenem piosenki. Co znowu było nie tak?
