Pierwsza godzina przyjęcia urodzinowego upłynęła jej nadzwyczaj szybko. James osobiście zadbał, by nadrobiła wszystkie stracone toasty, Peter zapewnił dostęp do prywatnego zapasu przekąsek, a gdy stan jej żołądka odbiegł już znacznie od ssącej pustki, Fabian i Gideon wprawili ją w taneczny nastrój, wciągając na sam środek parkietu i pogwizdując melodię Dancing Queen, którą odpowiedzialny za obsługę gramofonu Kingsley od razu włączył.
ABBA porwała do tańca tłumy. W którymś momencie salon stał się centrum wydarzeń, a wszystkie pląsające na parkiecie pary zbiły się w koła, w których utworzyły się małe, wirujące w takt muzyki kółeczka. Amelia poddała się tej chwili w całości. Wreszcie udało jej się zapomnieć o wojnie, pracy, Zakonie; nawet uporczywie powracające myśli o Syriuszu nie dokuczały jej już tak bardzo, zastąpione chwytliwymi zwrotkami kolejnych, wyśpiewywanych na głos przebojów.
W końcu jednak płyta dobiegła końca, Kingsley zarządził przerwę, a w ustronnym miejscu przy stole z przekąskami jakimś dziwnym trafem Amelia znalazła się w towarzystwie Alicji Fortescue.
— Masz przepiękny pierścionek — westchnęła Amelia, nie mogąc powstrzymać się od komplementu na widok złotego pierścionka wysadzanego trzema drobnymi, turkusowymi kamykami, połyskującymi na szczupłej dłoni Alicji.
— Och. — Zawstydzona Alicja zacisnęła dłoń w pięść i przykryła ją palcami drugiej ręki. — Dzięki, to... No wiesz. Dostałam go od Franka.
— Czyli to zaręczynowy pierścionek — zaśmiała się Amelia, a Alicja przytaknęła nieśmiało. — Gratuluję przeogromnie! I ze szczerego serca zazdroszczę sympatycznego narzeczonego o dobrym guście.
Alicja roześmiała się serdecznie i spojrzała przelotnie w przestrzeń ponad jej ramieniem.
— Myślę, że i dla ciebie znajdzie się amant o dobrym guście — zapewniła ją z tak rozbrajająco życzliwą intencją, że Amelia musiała nabrać w usta solidną porcję Ognistej, bo niezdolna była wykrztusić z siebie ani słowa. — O ile już się takowy nie znalazł. — Uniosła sugestywnie brew i zwęziła powieki, ponownie wpatrzona w jeden punkt ponad jej ramieniem.
— Nie, nie, nie — zaprotestowała Amelia ze śmiechem. — Na moim horyzoncie nie ma amantów. Szkoda, bo złote pierścionki to zdecydowanie moje klimaty.
Alicja otaksowała ją badawczym spojrzeniem i potrząsnęła głową na znak aprobaty.
— Racja, złoty to twój kolor — przyznała, wyginając pełne, malinowe wargi w tajemniczym półuśmiechu. — Czy mogę ci coś powiedzieć? Jak dziewczyna dziewczynie?
— Co takiego? — zaniepokoiła się Amelia.
Alicja wsparła się biodrem o brzeg stołu i nachyliła się konspiracyjnie do jej ucha.
— Ja na twoim horyzoncie widzę amanta. Całkiem konkretnego amanta — wyszeptała, a Amelia wstrzymała oddech, pełna nadziei, że Alicja miała na myśli Syriusza, i równocześnie obaw, że lada chwila mogłaby się gorzko rozczarować, bo to wcale nie o nim była mowa. — Zerka na ciebie od momentu, w którym przyszłaś. Wiem to na pewno, bo ja zawsze widzę takie rzeczy. O, nawet teraz nie może się powstrzymać i bezczelnie się gapi. No widziałby to kto... — westchnęła, udając święcie oburzoną.
— Kto się gapi? — syknęła Amelia, będąc już na skraju wytrzymałości psychicznej, fizycznej i czująca w sercu nieznośne, acz bardzo zdradliwe w kwestii jej uczuć kołatanie. — I skąd wiesz, od kiedy się gapi?
— ...Normalnie bym go za to zbeształa — relacjonowała dalej Alicja, wysuwając głowę w przód i zdając się nie zważać na jej pytania. — W końcu to trochę niegrzeczne, gapić się w tak ostentacyjny sposób na damę. Ale ten akurat amant to dobra partia, w dodatku zabójczo przystojna i mówię to ja, zakochana po uszy w moim prawie mężu...
— Alicja! — jęknęła Amelia, potrząsając ją mocno za ramię. — Kto się gapi?
— Jeden z kolegów mojego prawie męża — wyjaśniła enigmatycznie, a Amelia, wciąż niemająca odwagi obejrzeć się przez ramię, zaklęła pod nosem, bo z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przed oczami stanęły jej szkliste, paciorkowe ślepia wetknięte głęboko w pucatą twarz zajadającego się pieguskami Petera, i już prawie była pewna, że to o nim mówiła Alicja, a wstawka o zabójczo przystojnym amancie służyła jako element żartu i zmyłki...
— Kto? — powtórzyła Amelia z rozpaczą.
— Syriusz — odszepnęła Alicja, a jej oczy zamigotały szczerym uznaniem. — Nawet tutaj nie może się od ciebie odkleić, a zdaje się, że mieszkacie teraz razem, nie? — Roześmiała się na głos i szturchnęła ją żartobliwie w żebra. — No tak. Wspólne mieszkanie, głupia ja. To oczywiste, on się zauroczył, dlatego teraz tak cię wypatruje.
— On?! Nie! A w życi... — urwała ze świstem, bo Alicja pchnęła ją lekko do przodu, a ona, pragnąc za wszelką cenę utrzymać równowagę, okręciła się na pięcie i stanęła prosto, zwrócona twarzą w kierunku przypatrującego się jej z odległości kilku stóp Syriusza.
— Wykorzystaj chwilę, Amelia. — Życzliwy głos Alicji tuż za jej uchem wcale nie dodał jej brawury, ale było już za późno na rozpatrywanie własnej odwagi w jakichkolwiek kategoriach, bo Syriusz ruszył dziarsko w jej stronę. — Powodzenia!
A potem Amelia poczuła chłodny podmuch wiatru za plecami, ciepłą dłoń Alicji muskającą przelotnie jej ramię oraz tężejącą w powietrzu muzykę, której głośność niespodziewanie sięgnęła zenitu, i już wiedziała, że w tej konfrontacji pozostała zdana wyłącznie na swoje przeciętne zdolności komunikacji oraz marny zmysł aktorki mającej do odegrania rolę pod tytułem „Sytuacja z alejki wcale nie miała dla mnie znaczenia".
Syriusz stanął naprzeciwko, wbił ręce w kieszenie dżinsów i spojrzał na nią pochmurnie.
— Bones, chcę z tobą pogadać — obwieścił, nachylając się nad jej twarzą znacznie, acz z odpowiednim dystansem.
I wtedy w nozdrza chlasnął ją ostry zapach Ognistej, żywiczna woń perfum o drzewnych nutach i coś jeszcze — coś, co z całej kompozycji uderzało jej do głowy najbardziej, a co z powodzeniem mogłaby zaklasyfikować jako ten jedyny i niepowtarzalny zapach skóry Syriusza, która trwale przesiąkła wszystkim, co było jej znane: skórzaną kurtką, potem, benzyną, nawet zapachem jej mieszkania i chyba... O słodki Merlinie, leśnym aromatem jej własnych perfum.
Drgnęła w miejscu, potykając się o własne stopy, i byłaby straciła grunt pod nogami, gdyby nie rycerskie ramię Syriusza łapiące ją zwinnie w talii i przytrzymujące w pionie. Uniosła głowę, nabierając w płuca mieszankę, która przed sekundą odjęła jej panowanie nad kończynami, i oniemiała, uświadomiwszy sobie, jak dobrze jej własny zapach łączył się z zapachem jego skóry.
Jak idealnie do niej pasował. Wręcz przylegał.
— Jasne — odpowiedziała, cofając się i puszczając jego ramię. — Tylko chodźmy stąd może, co?
Syriusz odsunął się i bez słowa poprowadził ją do pustej kuchni.
— Dlaczego pierwszą osobą, która dowiaduje się o moim uniewinnieniu, jest Remus? — zapytał, siląc się na beznamiętny ton. Jego wzrok był poważny i skupiony, w oczach czaił się błysk emocji do złudzenia przypominającej złość.
— Bo wpadłam do niego na chwilę po pracy — wyjaśniła, usiłując odnaleźć w myślach powód, dla którego Syriusz mógł być tak zafrasowany i zły. — Zresztą, chciałam ci to powiedzieć dzisiaj...
— Mhm — burknął ponuro. — Bones, zrobiłem coś nie tak? Unikasz mnie od paru dni.
— Nie, skądże — zaprzeczyła, choć sama po sobie czuła, że te słowa wyszły z jej ust nieco nazbyt żywiołowo. — Ja... Zwyczajnie zaangażowałam się w twoją sprawę. Musiałam włożyć dużo pracy, żeby twój raport wyglądał wiarygodnie, i też miałam dużo innych spraw z Ministerstwa i...
— Dobra, dobra, mów mi tu szczerze. — Oczy Syriusza zalśniły rozumnie. — Chodzi o to, że cię pocałowałem? Wtedy, przy Grimmauld Place?
Zimny pot spłynął jej na kark spod kołtuna rozgrzanych od tańca włosów i pociągnął się strużką wzdłuż kręgosłupa, wsiąkając w materiał zwiewnej, muślinowej sukienki.
— Trochę tak — przyznała, czując, że na ten nieoczekiwany przypływ szczerości niebagatelny wpływ miała wypita wcześniej Ognista. — Nie możesz najpierw mnie całować, a potem zwyczajnie udawać, że nic się nigdy nie wydarzyło.
— Przecież nic się nie stało. — Syriusz wzruszył nonszalancko ramionami. — Zresztą, gdy zaczęłaś mnie unikać, pomyślałem, że tego właśnie chcesz. Zapomnieć o sprawie.
Nie!
— Tak! — potwierdziła, choć sama nie wiedziała, dlaczego postanowiła utwierdzić go w tej mylnej interpretacji uczuć i przyjąć ją jako główny powód ochłodzenia ich relacji.
— W takim razie zapominamy o wszystkim — zaśmiał się cicho, wyraźnie rozluźnion wiele lepszym humorze niż jeszcze przed chwilą, czego Amelia nie mogła powiedzieć o sobie, bo im szerszy stawał się jego uśmiech, tym mina coraz bardziej jej rzedła. — Okej? — upewnił się, dostrzegłszy w jej oczach zmartwienie.
O słodka, leśna nimfo, coś ty narobiła?
— Tak, tak — przytaknęła, czując, że głos więźnie jej w gardle wraz z kotłującymi się w jej ustach emocjami, których upustu nie zamierzała jednak dać ani tutaj, ani na głos. — Tylko wolałabym, żebyś więcej mnie nie całował, bo to bardzo komplikuje nam nasze współlokatorskie relacje — dodała cicho.
— W porządku, przyjąłem — uciął temat i nagle, jakby coś sobie uświadomiwszy, mrugnął do niej łobuzersko. — Tylko że od dzisiaj znowu jestem wolnym człowiekiem, prawda? — zauważył, przygryzając lekko dolną wargę. Oczy błyszczały mu tak figlarnie, że serce zabiło jej mocniej w piersi, odurzone nagłym skokiem adrenaliny, bo Syriusz sprawiał wrażenie nad wyraz rozbawionego. — A to chyba oznacza, że muszę się wyprowadzić?
— Wygląda na to, że nie masz wyjścia — odpowiedziała, wciąż nie rozumiejąc tej nagłej zmiany nastroju.
— No cóż, skoro mnie wyganiasz... — zamyślił się, a jego wzrok nieoczekiwanie powędrował ku górze i zawisł nieruchomo w jednym punkcie w oddali. — Luniek się nam przygląda — wyjaśnił półszeptem.
Odskoczyła od niego jak oparzona i rozejrzała się gorączkowo na boki. Na szczęście, Remusa już nigdzie nie było — najwidoczniej zniknął w salonie z resztą gości, która właśnie akompaniowała Johnowi Lennonowi w śpiewaniu Come Together. Opuściła ramiona w wyrazie ulgi, nie zważając na fakt, że brwi Syriusza wystrzeliły w górę, chowając się pod pasmem półdługich, przyklejonych do czoła włosów.
Ni stąd, ni zowąd Syriusz zaklął pod nosem.
— Kręcisz z Remusem, tak? — syknął. — Dlatego się tak dziwnie zachowujesz?
— Że ja? — Wytrzeszczyła na niego oczy. — Ja nie...
— Powiedz mi prawdę — odparł z wyrzutem i wbił w nią zbolałe spojrzenie. — Wiesz, że pierwsza zasada brzmi: lasek kumpli się nie tyka.
— Nie kręcę z Remusem! — jęknęła i aż zakołysała się na nogach, bo tak absurdalne wydało jej się to oskarżenie. — Czekaj... Co?!
— Wpadłaś do niego dzisiaj po pracy — kontynuował Syriusz z miną tak nieszczęśliwą, że przez moment do złudzenia przypominał małego, zbitego szczeniaka. — I przyszłaś z nim tutaj?
— Byłam u niego, bo Moody chciał, żebym przekazała mu jakiś pergamin — wykrztusiła z palącym rumieńcem, który, jak znała życie, odznaczył się na jej bladej cerze pąsowymi wypiekami. — A potem od razu się tutaj aportowaliśmy!
— A teraz? — Syriusz nie ustępował. — Dlaczego tak odskoczyłaś?
— Bo... — Amelia poczuła, jak wypieki na jej policzkach przybierają odcień krwistego rubinu. — Remus zapytał się mnie dzisiaj, czy jest coś między nami. Ja skłamałam, mówiąc, że nic nie ma i teraz zwyczajnie nie chciałam wyjść na kłamczuchę — wyjaśniła jednym tchem i zwiesiła głowę.
Wszystkie emocje ustąpiły z twarzy Syriusza jak za dotknięciem różdżki. On sam wydał jej się teraz zmieszany albo nawet skruszony, bo cofnął się o pół kroku, zgarbił plecy i utkwił wzrok w małym palcu u stopy, który, Amelia teraz to spostrzegła, wystawał mu zza dziurawej skarpetki.
— Sory za tę reakcję — odezwał się w końcu. — Po prostu głupio bym się czuł z wiedzą, że pocałowałem potencjalną dziewczynę przyjaciela.
— A ja prawie pomyślałam, że jesteś zazdrosny — westchnęła, opierając się lędźwiami o krawędź kuchennego blatu.
— Dobra, ostatni raz powrócę do tematu Grimmauld Place — oznajmił, puściwszy tę uwagę mimo uszu. — Czy teraz unikałaś mnie z tego samego powodu, co kiedyś?
— Merlinie! — jęknęła. Tym razem policzki zapiekły ją tak żywo, że niemal odczuła fizyczny ból. — Nie!
— Całe szczęście. — Syriusz wsunął dłonie we włosy i jednym, płynnym ruchem odgarnął je za uszy. — Bo musiałbym sobie pogadać z pewną lafiryndą...
Zdumiona Amelia otworzyła usta, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Nie wiedziała, czy Ognista tak bardzo zamroczyła jej umysł, pozbawiając zdolności logicznego myślenia, czy zwyczajnie Syriusz opowiadał kompletne bzdury. Jedno było pewne — nic z tego nie rozumiała.
— O czym ty mówisz? — bąknęła.
— O Marlenie — odpowiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. — Od jakiegoś czasu jest jakaś szurnięta na moim punkcie. Myślałem, że zaczęła ci się naprzykrzać, gdy dowiedziała się od Jamesa, że u ciebie mieszkam.
Czyli jednak Syriusz nie znał jej głupiego, szkolnego sekretu? Pomyślał sobie, że do końca szkoły unikała go przez dziwne zagrywki zazdrosnej Marleny, która, swoją drogą, nie lubiła jej zawsze bez względu na to, czy Amelia akurat trzymała sztamę z Syriuszem, czy unikała go szerokim łukiem?
— Nic takiego nie miało miejsca. — Amelia odepchnęła się od blatu i skierowała kroki w stronę salonu. — Straszny z ciebie egocentryk! — zawołała na odchodne.
— Poczekaj — przywołał ją miękko i złapał za rękę, zmuszając do zatrzymania się w miejscu.
Zamarła w bezruchu, czując, że z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny serce podskoczyło jej aż do gardła.
— Skoro nie będę już u ciebie mieszkał, to chyba nic więcej nie skomplikuje naszych współlokatorskich relacji? — wyszeptał rozbrajająco niskim tonem w płatek jej ucha.
— Nie bardzo wiem, co masz na myśli.
— To.
Syriusz przyciągnął ją do siebie i delikatnie musnął jej wargi. Ledwie dotknął jej ust swoimi, gdy z powrotem się odsunął, ale tyle wystarczyło, żeby Amelia poczuła, jak szumi jej w głowie od nadmiaru emocji i wypitego alkoholu.
— Mącisz mi w głowie — westchnęła, upojona, odurzona, absolutnie otumaniona sposobem, w jaki ją pocałował oraz uczuciem, jakie przelał na jej usta tak subtelnym i rozpalającym zmysły pocałunkiem.
— Ty mnie też. Czy możemy to zrzucić na karby upojenia alkoholowego?
Nie zdążyła nawet przetworzyć w głowie wypowiedzianych do niej słów, bo Syriusz przysunął ją nagle do kuchennego blatu, wplótł dłoń w rozczochrane włosy i bez zbędnego przedłużania pocałował — mocno, żarliwie, w sposób tak zaborczy, że nie śmiała postąpić inaczej, niż tylko poddać się sile, z jaką jego usta napierały na jej własne. Wstrzymała na moment oddech i zamknęła oczy, czując, że świat pod powiekami wiruje jej na wszystkie strony, a potem rozchyliła wargi i pogłębiła ten niespieszny pocałunek. Zarost Syriusza wpił się boleśnie w jej policzki, ale ona wcale się nie przejęła — nie w momencie, w którym chwyciła w garść jego podkoszulek i ściągnęła ku sobie, pragnąc poczuć go jeszcze bardziej, mocniej i bliżej, tak, jakby chciała zapamiętać tę chwilę na zawsze.
— Chyba byłem zazdrosny — wyznał niespodziewanie, oderwawszy się na moment od jej ust. — To strasznie głupie, ale... Pomyślałem sobie, że pasowałabyś lepiej do Remusa. O wiele lepiej niż do mnie.
— I dokładnie tak jest — odpowiedziała niewzruszona, a Syriusz zastygł jak zimny wosk, napinając wszystkie mięśnie kręgosłupa. — Dlatego właśnie Remusa mogę nazwać przyjacielem, a ciebie... — zawahała się. — Chyba kimś więcej.
— Wierzysz w zgodność przeciwieństw? — dopytał z niedowierzaniem.
— Nie wiem, czy wierzę, ale w tej sytuacji — przesunęła wymownym spojrzeniem po jego ustach — jestem skłonna w nią uwierzyć.
I Syriusz ponownie odszukał jej wargi, zamykając je w pocałunku, a potem objął ciasno w pasie i usadził na blacie tuż za kobylastą lodówką osłaniającą ich przed spojrzeniami potencjalnych gapiów z salonu. Jedną dłoń przeniósł na jej talię, drugą odwinął materiał sukienki i załaskotał wgłębienie pod kolanem. Westchnęła prosto w jego usta — raz, drugi i trzeci, kiedy musnął palcami nagą skórę na granicy uda i falującej w rytm wciąganych wdechów sukienki, a potem, nie odrywając się od jej ust i nie przestając sunąć palcami prawej dłoni po talii i żebrach, zmarszczył materiał, przesuwając go niespiesznie ku górze.
Było gorąco, coraz goręcej, para buchała spomiędzy ich spoconych ciał, pot skroplił się na czole, materiał sukienki przylgnął do rozgrzanej skóry, a ona... Już pożałowała tej chwili z Syriuszem.
Chwili, która nosiła znamiona cholernego romansu, bo nadal nic nie było między nimi jasne.
Natychmiast przerwała pocałunek, odepchnęła od siebie Syriusza, i wziąwszy porządny zamach rękami, zeskoczyła z blatu.
— Co jest? — zachrypiał, wbijając w nią zamglone spojrzenie.
— Wracajmy już — wyjaśniła, na co Syriusz zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany i zarazem zaniepokojony, że zrobił coś, co mogłoby się jej nie spodobać.
— Wszystko gra?
— Tak, po prostu... — zawahała się, przejeżdżając kciukiem po ustach, którymi jeszcze przed momentem tak zachłannie całowała Syriusza, i obrysowała nim kształt jego warg, chcąc go sobie utrwalić oraz zapamiętać. — Muzyka ucichła, ludzie się schodzą — odpowiedziała zgodnie z prawdą, bo z salonu sączyło się dość jaskrawe światło, a gramofon pobrzękiwał głucho, służąc już tylko za tło do rozmów i śmiechu.
— Na pewno o to chodzi? — Syriusz nie dawał za wygraną.
— Zaraz zaczną nas szukać, zobaczysz — zaśmiała się i dziabnęła go palcem w żebra.
Gest ten musiał go uspokoić, bo napięcie na jego twarzy znacznie zelżało, a on sam zaczął sprawiać wrażenie, jakby kupił ten argument i przyjął go za główny powód, dla którego zdecydowała się go odepchnąć.
Do salonu podążyła z Syriuszem u boku, błagając w duchu Merlina, Morganę i wszystkich Potężnych Magów, by w momencie, w którym przekroczą jego próg, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Naturalnie, żaden z najpotężniejszych czarodziejów nie przychylił się do spełnienia jej prośby, ba, Amelia była wręcz pewna, że żaden nawet jej nie wysłuchał, bo ledwie przeszli za drzwi, James już pomachał im na powitanie.
— Gdzie byliście? — zawołał, i przebiegłszy rozbawionym spojrzeniem po ich osłupiałych minach, wyszczerzył szeroko zęby.
Amelia zauważyła, że czas, który spędziła z Syriuszem w kuchni, odarł przyjęcie z co najmniej połowy gości. W salonie została już tylko garstka osób — Remus i Peter rozgrywali karcianą partyjkę przy stole, Alicję i Franka pochłonęła rozmowa z pochylonymi nad szachami Fabianem i Gideonem, Kingsley słuchał muzyki w towarzystwie sączącego Ognistą Benia, a Lily przytulała się na kanapie do Jamesa, owijając jego miękkie, zawijające się w fale pasma włosów wokół palca.
Remus uniósł wzrok znad talii kart i obrzucił Amelię lawiną sugestywnych spojrzeń, które zewsząd krzyczały „A nie mówiłem?".
Kątem oka popatrzyła na Syriusza. No tak — miał zaróżowione policzki i rozwichrzone włosy; koszulka z logo Fatalnych Jędz również sprawiała wrażenie bardziej niż zwykle pomiętej, czego nawet owinięta wokół pasa kurtka nie była w stanie ukryć. Przy obrysach warg smużył mu się — a jakżeby inaczej! — ślad jej ukochanej, śliwkowej pomadki, której wyglądu na własnych ustach wolała nawet teraz nie sprawdzać.
— Na chwilę w kuchni — odpowiedziała, przeczesując nerwowo palcami naelektryzowane włosy. — Tylko pogadać, nic takiego.
— To musiała być bardzo angażująca rozmowa — skwitował Remus, posyłając jej znaczący uśmiech.
— Taaak, myślę, że nawet obyło się bez wymiany zdań — zawtórował mu James z miną tak kuriozalną, że Peter zakrztusił się pasztecikiem.
— Jesteście okropni — westchnęła zrezygnowana i podążyła do stołu, by nalać sobie szklankę soku.
— Wybacz nam, Amelio, nie mogliśmy się powstrzymać — wyjaśnił Remus przepraszająco.
— W sumie nawet nie chcieliśmy się powstrzymywać — dodał James, i podniósłszy się z kanapy, zlustrował ich bacznie spojrzeniem od stóp do głów. — To mieszkanie razem chyba wam służy, prawda?
— Nie wiem, o czym mówisz, Rogaś — wtrącił się Syriusz przesłodzonym tonem. — Chyba Ognista ci już huczy w tej czuprynie, co?
I jednym szybkim susem zbliżył się do Jamesa, po czym złapał go za szyję, zmiażdżył w niedźwiedzim uścisku i zmierzwił kurtynę gęstych, czarnych włosów.
— Syriuszu, przestań! — zawołał przez śmiech, usiłując wykręcić głowę spod ramienia Syriusza, który wcale jednak nie wyglądał, jakby miał zamiar odpuścić, bo na tę reakcję tylko wzmożył swój atak. — Przecież wiesz, że nie cierpię, gdy tak robisz!
— A ja nie lubię, gdy wysnuwasz dziwne insynuacje na mój temat — odbił gładko Syriusz, ani na moment nie przestając czochrać włosów Rogacza, któremu łzy śmiechu spływały już spod oprawek ześlizgujących się z nosa okularów.
— Wszystkie bardzo trafne, bo znam cię pół życia! — wykrzyczał James, bordowy z utraty tchu, i uniósł wysoko ręce. — Poddaję się!
Amelia parsknęła śmiechem w szklankę z sokiem dyniowym i zajęła miejsce przy stole. Dziecinne zachowania Jamesa i Syriusza były na swój sposób urocze i, musiała to przyznać, naprawdę przyjemne do postronnej obserwacji. Kochali się jak bracia, kłócili jak stare małżeństwo, a sposób, w jaki prowadzili utarczki czy przekomarzanki, sprawiał, że za każdym razem, gdy dochodziło między nimi do spięcia, Amelia odczuwała nieprzemożną chęć, by rozsiąść się w fotelu z miską popcornu i poprzyglądać się ich wybrykom jak najlepszemu przedstawieniu.
— O nie, to jeszcze nie koniec — charknął Syriusz i poluzował uścisk, dając Jamesowi pole do manewru. — Wyzywam cię na partyjkę w szachy!
— W tym stanie twoje pionki wykończą się same — zaśmiał się James, i wyswobodziwszy się spod ramienia Syriusza, przygładził dłońmi sterczące we wszystkich kierunkach świata włosy. — Na widok strategii, którą im zaprezentujesz!
— Osz ty goblinie — sapnął rozeźlony Syriusz.
— Tylko nie goblinie — odparł złowrogo James, wsuwając okulary na grzbiet nosa i obciągając koszulę. — Nie jestem odbiciem twojego lustra!
— Coś ci się humor wyostrzył, Rogasiu — wycedził Syriusz, mrużąc gniewnie oczy. — Dawaj te szachy. Chcę zobaczyć twoją porażkę...
— Jak sobie życzysz — odrzekł kurtuazyjnie James, błyskając równymi, białymi zębami, na co Gideon przelewitował szachy na niski stolik, a Fabian smagnął różdżką, by przesunąć figury w odpowiednie miejsca na planszy. — Tylko się postaraj, bo Amelia patrzy!
Amelia popluła się sokiem, siedząca obok Alicja schowała twarz w dłoniach, a Syriusz wymierzył Jamesowi kuksańca w żebra.
— Auć! — zawołał James, łapiąc się pod bok i rozmasowując obolałe miejsce. — Jak możesz? I to jeszcze solenizanta!
— Nic nie poradzę, gdy solenizant zachowuje się jak jeleń — wycedził na to Syriusz, zajmując miejsce przy stoliku z rozłożonymi szachami.
— Wypraszam sobie — odgryzł się Rogacz, wystawiając mu język i przysiadając na niskiej pufie naprzeciwko. — Białe zaczynają.
I nie czekając na widownię, która w błyskawicznym tempie pozajmowała miejsca na podłodze wokół stolika, Syriusz przybrał pozę profesjonalisty i śmiałym ruchem przesunął gońca o pole. Na kilka minut salon pogrążył się w niczym niezmąconej ciszy; James i Syriusz potrzebowali pełnego skupienia podczas rozgrywki, którą pionki zdawały się doskonale rozumieć, bo donośne wrzaski wydobywały się z nich tylko w momentach, w których gracz zrobił naprawdę nieprzemyślany ruch czy podstawowy błąd w strategii.
Gdy kwadrans później większość pionków postrącała już siebie nawzajem, oburzona wieża ryknęła głośno na Jamesa:
— Palant! Skretyniały, szatański pomiot! Trzeba było ruszyć koniem na E4!
— Rogacz, tyś strategię chyba zgubił wraz z rozumem — parsknął Syriusz i rozparł się wygodnie na pufie. — Król na D3!
Król poruszył się o pole i jednym ruchem miecza zdzielił wieżę w pół, burząc ją z głuchym łoskotem.
— Mam cię, Łapo! — zawołał uradowany James i ruszył królową. — Połknąłeś haczyk!
— To ty go połknąłeś! — ucieszył się Syriusz i pstryknął palcami w króla, popychając go naprzód. — Szach mat, Rogaś!
Królowa Jamesa wystrzeliła w powietrze z hukiem tak gromkim, że Amelia mogłaby przysiąc, że zasięg tego hałasu objął całą Dolinę Godryka, okoliczne wioski i pociągnął się infrasygnałem aż do samego Hogsmeade.
— Dałem ci fory, Syriuszu — wymamrotał pod nosem strapiony Rogacz.
A potem w salonie pojawiła się mama Jamesa w puszystym, różowym szlafroku i dopasowanymi do niego kapciami, sprawiająca wrażenie zmęczonej, wyrwanej z głębokiego snu i nieprawdopodobnie... Głodnej. Pomachawszy im dłonią na powitanie, skierowała kroki do lodówki. Pani Potter przystanęła na chwilę, przybrała zadumaną minę, a potem wyjęła pospiesznie pakunek z tortem, o którego istnieniu zapomnieli wszyscy, włącznie z odpowiedzialną za jego upieczenie Amelią.
— Jamie — zaświergotała pani Potter, przenosząc tort na szklaną paterę i lewitując go do salonu — jak mogłeś zapomnieć o torcie?
— To tort Amelii! — James złapał się za głowę i wytrzeszczył oczy, jakby przerażony, że w tak niegrzeczny sposób zlekceważył jeden ze swoich urodzinowych prezentów.
— Och, kochanie, wszystkiego najlepszego! — zwróciła się do niej pani Potter, i nim Amelia zdołała odezwać się słowem, poszybowała w jej stronę, by serdecznie ją wyściskać.
I wtedy po salonie rozległo się huczne, zainicjowane przez Jamesa „STO LAT!", a Amelii nie pozostało już nic innego jak przeczekać ten niezręczny moment i potraktować go jako przedwczesne życzenia na urodziny, które obchodziła dopiero za pół roku we wrześniu.
Nazajutrz w południe natarczywe stukanie ptasiego dzioba o szybę wyrwało Amelię ze snu. Półprzytomnie podniosła się z łóżka i wpuściła do sypialni małego, puchatego puszczyka, nim ten zdążył rozbić dziobem jej okno. Do nóżki przywiązany miał cienki list, który bez chwili zwłoki odwiązała i otworzyła.
Bones,
Lecę na wczasy do Rumunii. Jest ze mną Rogacz. Humorzastemu zamarzyła się smocza ospa, a my poczuliśmy się zobowiązani do spełnienia jego zachcianki. Wybacz, że wcześniej Cię nie poinformowałem — dopiero teraz dowiedzieliśmy się od Trzmiela. Nie wiem jeszcze, kiedy wrócę.
Łapa
PS Uważaj na siebie.
Odrzuciwszy list na kołdrę, parsknęła śmiechem. Dumbledore, na życzenie Moody'ego, wysłał Syriusza na misję — to było jasne. Ale smocza ospa? Czy Zakon potrzebował smoka, którego James i Syriusz mieli sprowadzić z Rumunii?
Naprawdę ucieszyła się, że otrzymała od niego tę wiadomość. W końcu Syriusz nie musiał jej o niczym pisać — skoro wczorajszy dzień definitywnie rozwiązał kwestię ich wspólnego mieszkania, to informowanie jej o planowanych wyjazdach czy nieobecnościach nie należało już dłużej do zakresu jego obowiązków. Ona sama czułaby się nieswojo, wymagając od niego tego rodzaju sprawozdawczości w momencie, w którym nie łączyło ich już ze sobą nic — no może poza skomplikowaną przyjaźnią, sporadycznie ulegającą zawieszeniu na czas naprawdę gorących pocałunków, których sinusoidalna frekwencja w dłuższej perspektywie nie zwiastowała niczego więcej niż to, co już osiągnęli wraz z niechybną, sypialnianą korzyścią w postaci... Wiadomo jakiej.
Merlinie, czy ona naprawdę o tym pomyślała?
Wślizgnęła się pod kołdrę i jeszcze raz przestudiowała wzrokiem świstek pergaminu. Nie potrafiła sobie wytłumaczyć, dlaczego tak ją ta wiadomość przejęła. Dlaczego Syriusz tak ją przejmował?
I jeszcze to „uważaj na siebie"... Zupełnie jakby się o nią martwił. Cofnęła się myślami do wczorajszych wydarzeń, i uświadomiwszy sobie ich przebieg, jęknęła stłumionym głosem zza poduszki, którą z całych sił przycisnęła do twarzy.
Z Doliny Godryka deportowała się w niedługim odstępie czasu po konsumpcji tortu — oczywiście, wpierw opróżniła fiolkę z eliksirem trzeźwiącym i upewniła się, że jest w stanie bezpiecznie skorzystać z magii. Pierwszą noc po oficjalnym uniewinnieniu Syriusz postanowił spędzić w domu Jamesa, czemu absolutnie się nie dziwiła, bo przyjęcie skończyło się grubo po drugiej, a Syriusz wyglądał, jakby po pochłoniętej ilości Ognistej nie miał siły na nic bardziej skomplikowanego niż wędrówka schodami na górę i rzucenie się twarzą na łóżko. Chwilę przed wyjściem zapewnił ją jednak, że wróci rano do mieszkania po swoje rzeczy, a ostateczność tej decyzji wzbudziła w Amelii takie poczucie żalu, że aż ją to zabolało. Nieprawdopodobne, że właśnie tego chciała przez większość ostatniego miesiąca; żeby Syriusz się wyprowadził, zniknął z jej życia tak, jak się w nim pojawił — nagle i bez zaproszenia. Teraz za nic w świecie nie chciała jego wyprowadzki — tak bardzo przyzwyczaiła się do obecności drugiej osoby za ścianą, tak miło było odezwać się do kogoś po powrocie z pracy, że na samą myśl, że począwszy od dzisiaj, miałaby już tego nie doświadczyć, w oczach stawały jej łzy.
Co gorsza, po pamiętnej sytuacji z alejki obiecała sobie, że nie wpląta się więcej w żadną pseudoromantyczną sytuację z Syriuszem, nie ulegnie pokusie i nie pozwoli się pocałować, nie odwzajemni żadnego dwuznacznego gestu, nie odpowie dotykiem na jego dotyk... Nie zrobi nic, czego miałaby później żałować, i, naturalnie, danego sobie słowa nie dotrzymała.
I wtedy pomyślała, że może jednak potrzebuje tej porady Remusa — może to właśnie on doradzi jej mądrze, nawet jeśli wiązałoby się to z koniecznością naprostowania wczorajszego kłamstwa i otwartego przyznania, że naprawdę lubiła Syriusza.
— Amelia? — zdumiał się Remus, otworzywszy drzwi frontowe swojego mieszkania, jeszcze zanim zdążyła w nie zapukać. Miał na sobie płaszcz, a w ręce trzymał parasol, co nasunęło jej wniosek, że gdzieś się wybierał.
— Och... — zawahała się i cofnęła o krok. — Chyba przyszłam w złą porę.
— Wręcz przeciwnie — odpowiedział uprzejmie Remus. — Właśnie się do ciebie wybierałem.
Remus odsunął się od drzwi i przepuścił ją w progu.
— Co się stało? — zapytała bez żadnych wstępów, lekko poddenerwowana, że sprawa mogłaby dotyczyć zakonnych problemów, przez które Moody w trybie pilnym zdecydował się wyprawić Jamesa i Syriusza aż do Rumunii.
Remus trzasnął drzwiami, machnął różdżką nad zamkiem, który zaskoczył głucho, i odwiesił płaszcz na wieszak.
— Dumbledore ma trop w sprawie Voldemorta. Wysłał Syriusza i Jamesa na misję do Rumunii — wyjaśnił od razu, utwierdzając Amelię w swoich podejrzeniach.
— Tak, wiem, Syriusz wysłał mi bardzo enigmatyczną wiadomość. — Uśmiechnęła się mimowolnie i w odpowiedzi na niewerbalną zachętę Remusa, podążyła do kuchni. — O Humorzastym i Trzmielu każącym mu łapać smoczą ospę.
— Przeklęty Łapa — wymamrotał w odpowiedzi, przysiadając na krześle. — Miał nie udzielać nikomu żadnych informacji na ten temat, a już zwłaszcza kontaktując się bezpośrednio z Rumunii.
— Jestem pewna, że wysłał ten list jeszcze z domu Jamesa. Rozpoznałam jego sowę — wyjaśniła, wiedziona niewytłumaczalnym poczuciem obowiązku usprawiedliwienia Syriusza. — O co chodzi ze smoczą ospą?
— Smocza ospa jest kryptonimem dla smoka. Dumbledore uważa, że posiada rzecz, na której bardzo zależy śmierciożercom. Jest wypełniona po brzegi czarną magią i trzeba ją dobrze ukryć — wyjaśnił, stawiając przed nią talerzyk z kociołkowymi pieguskami i kubek z herbacianym suszem.
— Gdzie chce ją ukryć? — Mętlik w jej głowie odznaczył się napięciem mięśni w okolicy brwi, bo nagle poczuła, jak górna część jej twarzy marszczy się boleśnie w wyrazie niezrozumienia. — I dalej nie wiem, co ma z tym wspólnego jakiś smok...
Remus potrząsnął głową i pochwycił w dłoń czajnik, by zalać kubki wrzątkiem.
— Dumbledore ma jakąś kryjówkę w Rumunii. Zadaniem Jamesa i Syriusza jest schowanie w nią tego przedmiotu, a smok... Przydziałem smoka jest pilnowanie kryjówki.
Amelia wypuściła powietrze ze świstem.
— Wiesz może, co to jest? — wyszeptała bezdźwięcznie, gdy sens intrygi dotarł już do niej w pełni.
— A jak dobrze obyta jesteś z oklumencją? — odbił pytanie Remus.
— Wcale — przyznała szczerze. — Masz rację, nie mów tego na głos. Im mniej osób wie, tym lepiej.
— Jasne — westchnął i upił łyk czarnej, niesłodzonej herbaty.
Przez krótki moment siedzieli naprzeciwko siebie, chrupiąc w milczeniu ciasteczka i popijając je herbatą, aż w końcu ciekawość Amelii zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem, bo bez głębszego namysłu zapytała:
— Dlaczego ta rzecz jest tak ważna dla śmierciożerców?
— Nie do końca wiadomo — odpowiedział Remus od razu, ani na chwilę nie zastanowiwszy się, czy jest to wiedza, którą powinien się z nią dzielić. Amelia uśmiechnęła się w duchu na myśl, jak godna zaufania musiała się Remusowi wydawać, skoro bez chwili refleksji skłonny był powtórzyć jej najpilniej strzeżone, zakonne sekrety. — Dumbledore jest przekonany, że śmierciożercy będą chcieli wykorzystać ten przedmiot w przyszłości i to już było właściwie wszystko, co chciał oraz mógł mi przekazać — wyjaśnił, a jego oczy mignęły huncwocką iskrą. — Tylko że ja tak zupełnie przypadkiem podsłuchałem jego rozmowę z Moodym...
— Remusie, tak nie można! — zaśmiała się Amelia.
— Tylko nikomu nie mów — zagroził, wbijając w nią surowe spojrzenie. — Chodzi o coś, co pozwoli śmierciożercom na otwarcie portalu do Podziemi. W ten sposób Voldemort mógłby stworzyć nieskończoną armię inferiusów i wykorzystać ją podczas wojny.
Ręka Amelii trzymająca kubek z herbatą poluzowała się i osunęła bezwładnie wzdłuż ciała. Kubek zareagował zgodnie z siłami grawitacji — przechylił swą zawartość i w końcu, dotknąwszy z brzękiem podłoża, roztrzaskał na tysiące ostrych odłamków i rozprysnął po kuchni.
— Szlag — zaklęła pod nosem i pospiesznie sprzątnęła bałagan różdżką. — Przepraszam.
— Nic nie szkodzi — odpowiedział i podrapał się machinalnie po brodzie, jakby zmartwiony jej reakcją. — Ale nie przejmuj się tym za bardzo. Syriusz i James schowają ten... — urwał w porę, przełknął z trudem ślinę i dokończył: — Ten przedmiot tak, że nikt go nie znajdzie.
— Zdradziłeś mi już tak wiele — westchnęła, przejmując od Remusa drugi kubek herbaty. — Co to jest?
Remus westchnął przeciągle, przejechał dłońmi po twarzy, jakby chciał tym gestem kupić sobie trochę czasu, i w końcu, uległszy jej ciekawości, odrzekł:
— Róg dwurożca.
— Róg dwurożca? — powtórzyła z niedowierzaniem. Po opisach Remusa spodziewała się co najmniej boskiego klejnotu kutego w pocie czoła przez pojmanych w niewolę goblinów, a tymczasem w odpowiedzi dostała coś, co kojarzyło jej się jedynie z lekcjami eliksirów u Slughorna. — Po prostu róg dwurożca? — jęknęła, nie kryjąc zawodu.
— Po prostu róg dwurożca — zaśmiał się Remus.
— Taki sam, jakiego używa się do stworzenia Eliksiru Wielosokowego? — dopytała, przypomniawszy sobie, że Syriusz posiadał takowy w asortymencie niezbędnym do zamiany jej niewielkiej kuchni w kącik eliksirowarstwa.
— Domyślam się, że nie, Amelio — wyjaśnił, spoglądając na nią w sposób tak pobłażliwy, że na policzkach poczuła gorące rumieńce zażenowania. — Ten akurat egzemplarz odznacza się specyficznymi właściwościami.
— Skoro róg należy do dwurożca, to znaczy, że gdzieś na świecie jest jeszcze drugi taki róg, prawda? — upewniła się.
— To też, ale... — Remus przeciągnął dłońmi po stole i wsparł się o niego łokciami. — Żeby otworzyć portal, potrzebne są dwa bliźniacze rogi. To bardzo stary i zakrawający na okultyzm rodzaj magii.
— O rany... — stęknęła stłumionym głosem zza kubka herbaty, którą już zdążyła poparzyć sobie język. — Dlaczego Dumbledore tego nie zniszczy?
— To dobre pytanie. — Remus kiwnął z zamyśleniem głową. — Myślę, że tego nie da się tak zwyczajnie zniszczyć, a przynajmniej Dumbledore nie znalazł jeszcze na to sposobu.
— Gdyby Sam-Wiesz-Kto... Voldemort — poprawiła się i spojrzała mu odważnie w oczy. — Gdyby Voldemort zdobył te rogi, przegralibyśmy wojnę, zanim by się zaczęła.
— W tym właśnie rzecz — skwitował z przejęciem, które Amelia wychwyciła po marszczącym się lustrze cieczy w jego kubku. — Natomiast sam jeden róg również jest bardzo niebezpieczny w rękach śmierciożerców. Dzięki niemu można otworzyć portal umożliwiający teleportację w każde miejsce bez względu na zaklęcia ochronne, jakimi obłożony jest dany obiekt.
— Żartujesz — wychrypiała zimno, wręcz lodowato, tak że przeszyła ją gęsia skórka.
Przed oczami stanęła jej potężna, murowana twierdza zamku, w którym spędziła najlepsze chwile swojego życia. Tak wielu niewinnych uczniów znalazłoby się w potencjalnie śmiertelnym niebezpieczeństwie, tak wielu zostałoby rannych... Tak wielu straciłoby życie za sprawą jednego, przeklętego przedmiotu w niepowołanych rękach — bo Amelia wiedziała, że Śmierciożercy nie znali granic, domyślała się, że żaden z nich nie przepuściłby okazji, by zagrać Dumbledore'owi na nosie, prezentując gwiazdorski popis siły i przewagi. Szkoła bezpowrotnie straciłaby tytuł najbezpieczniejszego miejsca na świecie, a jej dyrektor którejś nocy mógłby tak po prostu zginąć, może nawet we własnym łóżku, nie spodziewając się wcześniej zupełnie niczego.
Zamarła na krześle z sercem tłukącym się boleśnie o żebra, uświadomiwszy sobie jeszcze jeden, szalenie istotny aspekt.
— Gdy był atak na Pokątną, śmierciożercy chcieli zabrać coś ze sklepu Borgina i Burkesa — wyszeptała jednym tchem i drżącą ręką zapobiegawczo odsunęła od siebie kubek. — Po akcji Frank Longbottom powiedział Moody'emu, że im się to udało.
— Tak, myśleli, że znajdą tam oryginalny róg dwurożca — odrzekł Remus z cichym, lekceważącym prychnięciem. — Nic bardziej mylnego, Amelio. Z Borgina ukradli wyłącznie marną replikę tego przedmiotu.
— Jesteście tego pewni?
Lunatyk skinął głową.
— Aurorzy przesłuchali Burkesa pod Veritaserum, a on potwierdził im tę wersję. — Stoicki spokój Remusa zniwelował jej napięcie jedynie odrobinę, bo ręce wciąż nieprawdopodobnie jej drżały.
— A jeśli Burkes nie znał jego prawdziwych właściwości? — zapytała z rosnącą w głosie paniką.
— Stary Burkes nie jest głupcem, zna się na czarnomagicznych artefaktach lepiej niż niejedno z nas — wyjaśnił Remus, ani na sekundę nie rezygnując ze swojego uspokajającego tonu. — Na pewno by wiedział, gdyby posiadał w swojej kolekcji coś tak potężnego.
Amelia odetchnęła z ulgą i oklapła bezsilnie na krzesło.
— A wiadomo, gdzie może być drugi róg? — zdobyła się, by zadać już ostatnie pytanie, choć czuła podskórnie, że odpowiedź na nie nasuwa jej się sama.
— No... — Remus utkwił wzrok w brązowej plamie przy zlewie, a Amelia była wręcz pewna, że przez chwilę pomyślał o tym samym, co ona. — Wszyscy mamy nadzieję, że nie w rękach Lorda... — urwał, zauważywszy jej pozbawioną wyrazu twarz, i dokończył, siląc się na beztroskę: — Ale na pewno nie, Amelia, on wcale nie jest taki genialny i potężny, jak wszyscy myś...
Ale Amelia już go nie słuchała, dotknięta przeczuciem, że osoba mająca tak rozległą sieć kontaktów, hordę poddanych, niemałe zaplecze finansowe i chorą ambicję przejęcia świata, nie ugięłaby się przed niczym, by odnaleźć przedmiot zapewniający choćby i najmniejszą z możliwych cząstkę przewagi nad Dumbledore'em.
W końcu przewaga była przewagą. Ziarenkiem materii przeważającym szalę.
