Na wstępie chciałabym bardzo serdecznie podziękować Zetsubou Hime za komentarz. Niestety jakimś trafem nie mogę na niego odpowiedzieć (albo po prostu nie umiem!), więc pozwolę sobie odnieść się tutaj: rozwój akcji jest dość dynamiczny, wiem, ale mam na uwadze, że to opowiadanie raczej nie będzie długie — planuję łącznie 22 rozdziały, więc żeby w tym czasie antenowym wszystko się pomieściło, gnam z akcją jak na dzikim testralu XD. Co do Lily, przyznam szczerze, że nie jest to specjalnie lubiana przeze mnie postać, stąd niewiele scen przypadnie jej w udziale (i nie chcę kusić losu, bo jeszcze zrobiłabym z niej jędzę). Jak słusznie spostrzegłaś, wolę ten czas przeznaczyć na Alicję-jeszcze-nie-Longbottom-ale-już-prawie! Dzięki śliczne za poświęcony czas i zapraszam na kolejne rozdziały.
Kolejne dni Amelia spędziła w Ministerstwie, wykonując każde zlecenie Ogdena w rekordowo szybkim tempie i poszukując informacji na temat rogu dwurożca. Temat otwierania portali oraz teleportacji za pomocą okultystycznych przedmiotów bardzo ją zaintrygował. W tym celu wyeksploatowała do granic możliwości zasoby sypialnianej biblioteczki i nabyła kilka nowych pozycji z Esów i Floresów. Wszystkie źródła wspominały jednak o rogu dwurożca w kontekście warzenia eliksirów lub niepotrzebnie rozpływały się nad detalami jego wyglądu, snując modernistyczne wizje o zastosowaniu rożnego pyłu w czymś, co mądre głowy opisywały jako „różdżkarstwo estetyczne".
Któregoś dnia pokusiła się nawet o pobuszowanie w rzeczach Syriusza celem wypożyczenia jego ksiąg. Żadna nie wspominała jednak o tym niebezpiecznym przedmiocie, a Rytuały Cieni — najgrubsze i najpotężniejsze medium, które mogłoby dostarczyć jej takowych informacji, cały czas pozostawało bierne wobec jej starań odczytania z nich czegokolwiek.
We wtorek, cztery dni po wyjeździe Syriusza, doszła do wniosku, że doskwiera jej nieodparta emocja, którą każdy normalny człowiek nienazywający się Amelią Bones śmiało zdefiniowałby jako tęsknota. Codziennie po pracy wracała do pustego mieszkania ze świadomością, że wieczór spędzi w towarzystwie książki, herbaty i niczym nieprzerywanej ciszy, codziennie napotykała rzeczy osobiste Syriusza, które ten — jak najprawdziwszy pies — pogrzebał w najróżniejszych zakamarkach jej mieszkania. Codziennie wyobrażała sobie, jak wyglądałoby jej życie, gdyby Syriusz nadal u niej mieszkał. Co by do niej mówił przy kolacji? Czym by ją jeszcze zaskoczył? Co śpiewałby pod prysznicem? Na Merlina, Black nie dawał jej wytchnienia nigdzie i nawet w cholernej łazience czuła ducha jego obecności, choć półka nad umywalką ozdobiona była wyłącznie trzema używanymi przez niego produktami — puszką dezodorantu, szczoteczką do zębów i żelem pod prysznic opatrzonym tajemniczą etykietą „10w1 przez 72h". Jeden, jedyny raz, owładnięta chwilą słabości, zdecydowała się użyć tego specyfiku. Żałowała straszliwie, bo zapach Syriusza trzymał się jej przez całą noc, dzień i trwał aż do wieczornego prysznica, po którym położyła się w łóżku z poczuciem, że już nawet jej własna pościel miała z nim romans.
Przeszła do kuchni i spojrzała tęsknie na przewieszoną przez oparcie krzesła kurtkę. To była ta kurtka. Gruba, czarna, skórzana i o dwa rozmiary na nią za duża. Zgarnęła ją do ręki i opatuliła się nią szczelnie, przesuwając koniuszkiem nosa po fragmentach kołnierza, które najintensywniej utrwaliły zapach jej właściciela. Najwyraźniej incydent z żelem pod prysznic nie nauczył jej niczego — tak, jak i nie zniechęcił do dalszego upajania się zapachem Syriusza. W garażu przypisanym do jej mieszkania wciąż stał jego motocykl, a Amelia przez krótką chwilę zapragnęła go sobie pożyczyć na przejażdżkę. Gdy Syriusz wróci z misji, musi go koniecznie poprosić, żeby zabrał ją na wycieczkę tym mugolskim wynalazkiem. Oczywiście, koleżeńską wycieczkę — broń Merlinie, żeby nazywać taką eskapadę randką.
Następnego dnia, siedząc w zatoce Ministerstwa o wiele dłużej, niż wskazywałyby na to godziny jej otwarcia, postanowiła, że musi dostać się do treści Rytuałów Cieni. Tego dnia humor miała tak podły, że bez żadnych trudności odczytała każdy nagłówek rozdziału ze spisu treści.
Na ten widok ucieszyła się tak bardzo, że słowa z powrotem zmieniły się w runy.
— Przeklęta książka — warknęła pod nosem, ciskając ją ze złością na biurko. — Przeklęty Syriusz, Merlin, autor tego filisternego dzieła i wszyscy pozostali. Otwórz się wreszcie, bo spalę cię w kominku.
Jak na życzenie, Rytuały zmieniły treść rozdziałów na język angielski. Amelia pospiesznie zlustrowała je spojrzeniem, zatrzymując wzrok na interesującym ją zdaniu:
Rozdział pięćdziesiąty piąty: Artefakty teleportacyjne
Otworzyła tom na podanej obok stronie i ujrzała jeden, krótki fragment rozdziału:
„Rogi dwurożca demonicznego — wytwory skóry dwurożnej bestii o ciele byka i głowie kozła, powstałe w myśl koncepcji dualizmu upadłego świata. Ofiarowane jako dowód wierności nawróconego faryzeusza wobec Lucyfera..."
Co za dyrdymały.
Westchnęła przeciągle, gotowa zamknąć książkę, gdy nagle w oczy rzuciła jej się kolejna informacja:
„...Róg dwurożca demonicznego, wykorzystany celem teleportacji czasoprzestrzennej, nie od razu rozwija pełną moc, umożliwiającą rekonesans każdego miejsca. Artefakt absorbuje magię, a każdorazowe użycie rogu potęguje jego siłę na czas ściśle określony. Przedmiot staje się potężniejszy, gdy za jego pomocą czarnoksiężnik eksploruje silnie zabezpieczone magią tereny. "
„...Czarnoksiężnik władający rogiem dwurożca demonicznego może nie tyle się teleportować, ile otworzyć portal do Świata Podziemi (więcej na str. 892). Jedynym zastrzeżeniem jest..."
„...Artefakt uznano za niezniszczalny, acz spekuluje się, że otworzenie portalu w płomieniu szatańskiej pożogi niesie za sobą nieodwracalne konsekwencje w postaci uszkodzenia rogu. W takiej sytuacji nie zaleca się go używać, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że... "
Tyle. Reszta tekstu zapisana była runami.
Spojrzała przelotnie w stronę zegara — wskazówki nieubłaganie szybowały do siódmej. Jednym ruchem różdżki zebrała papiery do aktówki i już miała wychodzić, gdy nagle w oddali usłyszała czyjąś rozmowę.
— Proszę pamiętać, że oni są wierni ideom Dumbledore'a, ministrze. — Po korytarzu rozległ się głos Ogdena. Jego ciężkie kroki kierowały się w stronę urzędu.
Amelia cała zesztywniała na wzmiankę o Dumbledorze. Czyżby Ministerstwo znowu sprawiało kłopoty? Wiele się nie namyślając, zgasiła lampkę i wskoczyła pod biurko.
— Ależ ja sobie z tego doskonale zdaję sprawę — prychnął minister Minchum. — Na pewno mają inne dojścia do różdżek.
— W tej sytuacji należałoby jednomyślnie przekonać ministra Croucha do zmian wśród kadry aurorskiej.
Amelii niedane było usłyszeć nic więcej; drzwi gabinetu zamknęły się z hukiem, który potoczył się echem po pustym korytarzu.
Po dłuższej chwili minister Minchum wyłonił się z pomieszczenia. Gdy jego kroki ucichły w oddali, rzuciła na siebie zaklęcie kameleona i zakradła na paluszkach pod gabinet. Ku własnemu zdumieniu zauważyła, że drzwi były nieznacznie uchylone.
— To obłęd, Ellis. — Przyciszony głos w kącie gabinetu dał jej do zrozumienia, że dyrektor rozmawiał z kimś przez kominek. — Dumbledore to stary dureń, ale wciąż nie można go lekceważyć.
Wcześniej wspomniany Ellis burknął coś w odpowiedzi.
— Jasne, że chciałby przejąć Ministerstwo, ale Minchum ma łeb na karku i już dawno odsunął go od wszystkiego, co z Ministerstwem związane.
Ellis odpowiedział coś niezrozumiałego, na co Ogden warknął przez zęby:
— Tak, różdżki też, Minchum zawiesił działalność Ollivandera. — Wieść ta przyprawiła Amelię o skurcz żołądka, który wezbrał w niej falą mdłości, gdy Ogden dodawał: — Poczekaj, muszę coś sprawdzić.
Natychmiast odsunęła się od wejścia i przylgnęła plecami do sąsiadującej ściany. Ogden podszedł do drzwi i domknął je z impetem. Gdy po chwili kontynuował rozmowę, pobiegła do swojego biurka po aktówkę i pospieszyła do atrium, dziękując losowi, że żaden strażnik po drodze nie zwrócił jej uwagi odnośnie godzin otwarcia Ministerstwa.
Od razu deportowała się do Wrzeszczącej Chaty i pognała truchtem w kierunku kwatery, z ulgą przyjmując fakt, że zebranie Zakonu, o którym znów by prawie zapomniała, jeszcze się nie rozpoczęło.
— O! Jesteś, Bones — przywitał ją Moody, kiedy wparowała jak chmura gradowa do jadalni. — Właśnie rozmawialiśmy o tobie i Blacku.
Poraziła go spojrzeniem, na co Moody szarpnął głową, jakby niewerbalnie chciał jej dać do zrozumienia „Nie o to mi chodzi!", i parsknął śmiechem.
— Dobrze to wymyśliłaś, żeby zamienić rejestr Blacka z rejestrem jego brata — pochwalił ją z zadowoloną miną. — Cholernie ryzykowne, ale z tego co oni mi powiedzieli — kiwnął głową w kierunku siedzących przy stole Remusa i Franka — całe machlojstwo zostało przez was dobrze zatuszowane, zgadza się?
Przytaknęła bezgłośnie i zajęła wolne krzesło obok Alicji.
— Syriusz specjalnie zafałszował rejestr zamiast spisu zaklęć, żeby nie padły żadne podejrzenia — wyjaśniła. — Na ten moment maszyny zapisują pod jego spisem zaklęć puste daty, co uwiarygodniłam, pisząc, że według zeznań goblinów z Gringotta przebywa teraz na terytorium Albanii.
— Dobra, Bones, i co dalej? — dociekał Moody, stukając rytmicznie laską o starą, skrzypiącą podłogę. — Black kiedyś musi wrócić z tej Albanii, a jego spisy zaklęć dalej będą puste.
— Trzeba będzie złamać mu różdżkę. — Amelia zagryzła mocno wargę. — I zarejestrować na niego nową.
— Szlag by to. — Auror porwał się z krzesła i w błyskawicznym tempie pokuśtykał na drugi koniec jadalni. — Ollivander właśnie został zawieszony.
— Właśnie! — zawołała nagle, przypomniawszy sobie o rozmowie, którą miała nieprzyjemność podsłuchać. — Słyszałam dzisiaj, jak Ogden rozmawia z kimś przez kominek — zakomunikowała, a Moody z wrażenia stanął w miejscu i skupił całą swą śmiertelną powagę na jej twarzy. — Gadali o różdżkach i psioczyli na Dumbledore'a.
— Mówił coś o Ollivanderze? — indagował Moody.
— Tylko to, że zawieszono mu działalność — odpowiedziała, usiłując wydobyć z pamięci wszystkie szczegóły tej rozmowy. — Wspomnieli jeszcze, że Dumbledore na pewno chciałby przejąć posadę Minchuma...
— A ja świętego Mikołaja — warknął Moody ze złością. — Jełopy, troglodyci... I tacy ludzie nami rządzą!
— A to złamanie różdżki Syriusza to już przesądzone? — wtrącił się nagle Remus, a w splecionych pod stołem dłoniach błysnęło odbicie zawieszonego pod sufitem żyrandola, który bynajmniej nie należał do wyposażenia Wrzeszczącej Chaty. Lusterko dwukierunkowe, wywnioskowała Amelia z iskrą ekscytacji na myśl, że Syriusz właśnie przysłuchiwał się zebraniu, i równocześnie ciekawości, który etap misji wymagał od niego pojawienia się w miejscu oświetlonym drogim, kryształowym żyrandolem. — Nie ma żadnej alternatywy?
— Przesądzone — potwierdził Moody. — Fletcher, załatwisz rejestrowaną różdżkę dla Blacka? — zwrócił się bezpośrednio do siedzącego kilka miejsc dalej Mundungusa, któremu na te słowa oczy zaświeciły się jak galeony.
— Załatwię — przytaknął, a Amelia pomyślała w duchu, że galeony w oczach były niczym innym jak wiernym odwzorowaniem jego myśli, bo Fletcher wyglądał, jakby za tę przysługę zamierzał zawołać od Syriusza konkretną sumę pieniędzy.
— Ale skoro Syriusz został już uniewinniony, to przecież może sobie złamać różdżkę, kupić nową i normalnie ją zarejestrować, tak? — zagrzmiała Marlena z końca sali. — Skoro nie Ollivander, to został jeszcze Gregorowicz. Mogę wybrać się z Syriuszem do Rosji i to załatwić. Gregorowicz to znajomy moich rodziców, zresztą sama mam od niego różdżkę.
— I wcale by to nie było dziwne, że nagle po tym wszystkim Blackowi jeszcze złamała się różdżka — prychnął ironicznie Moody, na co Marlena ułożyła usta w obrażoną podkówkę.
W ostatniej chwili Amelia powstrzymała się, żeby nie posłać Moody'emu uśmiechu pełnego wdzięczności. Syriusz miał rację — Marlena ewidentnie szukała z nim kontaktu. Pięknie, pomyślała z rozlewającym się po piersi ukłuciem złości, wchodzisz na pole minowe z fankami Blacka, choć nawet nie jesteś z nim w związku.
Marlena naprężyła się jak dzika kotka i uniosła wysoko głowę.
— Nie byłoby to dziwne, bo Syriusz jest łamaczem zaklęć — odfuknęła. — Ze względu na niebezpieczny zawód jego różdżka mogłaby się przypadkowo złamać.
— Nie — odparł stanowczo Moody, kręcąc głową. — Żadnych takich akcji. Wiem, McKinnon, że marzy ci się wycieczka z naszym Adonisem, ale nic z tego. Trzeba zrobić tak, żeby temat Blacka w Ministerstwie został więcej nieporuszony.
— Dopóki sprawa Syriusza nie ucichnie na dobre, musi używać różdżki załatwionej przez Mundungusa — skwitowała Amelia, kątem oka dostrzegając złowrogie spojrzenie Marleny. — A potem wróci sobie do swojej — dodała, tym razem spoglądając na Remusa, który kiwnął głową i pokazał dyskretnie kciuk odbijającemu się w lusterku Syriuszowi. Black pomachał mu na pożegnanie, a jego rozczochrana głowa mignęła po raz ostatni i zniknęła, zastąpiona odbiciem ciemnego drewna spodniej strony jadalnianego stołu.
— Nie wróci, Bones — wtrącił się Moody. — Ale Black nie musi o tym na razie wiedzieć — dodał, przenikając okiem powierzchnię stołu w miejscu, gdzie Remus trzymał lusterko.
— Ale na razie chyba bez pośpiechu, bo Syriusz jest akurat w Rumunii, prawda? — zauważył Frank, do tej pory przysłuchujący się dyskusji w milczeniu. — Masz jakieś wieści od nich, Remusie?
— Tak, ale niewiele się dowiedziałem — odpowiedział Remus, zerkając badawczo na ściągniętą w napięciu twarz Moody'ego. — Póki co byli w rezerwacie i w dalszym ciągu negocjują cenę smoka.
— Dobra, dobra — uciął temat Moody. Amelia od razu wywnioskowała, że z jakiegoś powodu auror nie chciał, żeby w Zakonie poruszano temat tej misji. — Na następną akcję potrzebne są dwie chętne osoby — zakomenderował, widząc, że znad stołu wychyla się ponad tuzin zaciekawionych głów.
— Chyba natknęliśmy się na kryjówkę jednego ze śmierciożerców — oświadczył Fabian Prewett do zaskoczonych członków Zakonu i uśmiechnął się szeroko do swojego brata, Gideona. — Wypadałoby zrobić rozeznanie. Moody, możemy się wybrać?
— Nie — odwarknął i łypnął na nich groźnie. — Za dobrze was znam, hultaje. Zrobilibyście tam akcję i tyle by było z waszego rozeznania.
Bliźniacy jęknęli z zawodu.
— Ja mogę iść — zaoferował nieśmiało Frank, unosząc rękę.
— Świetnie, Longbottom. Tylko pamiętaj, żadnego ujawniania się — zagroził Moody, świdrując go swoim szalonym okiem. — Kto z tobą pójdzie? Może Bones? — Szalone oko przeskoczyło prosto na nią. — Trzeba cię trochę bardziej zaangażować w akcje Zakonu, bo jesteś u nas świeżynką.
— Z przyjemnością — zgodziła się bez zająknięcia.
— Może tak być, Fortescue? — upewnił się Moody, łapiąc spojrzenie błyszczących, zielonych oczu Alicji. — Twój Longbottom z Bones na jednym rozeznaniu?
— Jasne — zaśmiała się Alicja, potrząsając czekoladowymi kosmykami długiej, roztrzepanej grzywki, która rozsypała się wokół skroni i spłynęła gładko na policzki. — Powierzyłabym tej dziewczynie życie, a co dopiero narzeczonego.
Na moment odebrało Amelii mowę i musiała zamrugać szybko powiekami, żeby zaprzestać głupiego układania ust w ciąg bezdźwięcznych samogłosek, a zarazem upewnić się, że słowa te padły naprawdę i Alicja wypowiedziała je na poważnie. W całym swoim dziewiętnastoletnim życiu nikt jeszcze nie skomplementował jej w sposób tak dobitnie utwierdzający w przekonaniu, że była osobą wartościową oraz odpowiedzialną. I co lepsze, Amelia musiała przyznać, że czuła dokładnie to samo względem Alicji — i to nie tylko ze względu na fakt, że Alicja była świeżo upieczonym aurorem albo oddaną członkinią Zakonu Feniksa. Fortescue najzwyczajniej w świecie wzbudzała zaufanie, którym Amelia na co dzień darzyła jedynie garstkę najbliższych jej osób.
Czy to był znak, że powinna zbliżyć się do Alicji?
Po pięciu dniach misji Syriusz wiedział na pewno, że Rumunia była jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Dech w piersi zapierało mu wszystko: wznoszące się monumentalnie pasma górskie, których wierzchołki topniały w oczach, pokryte warstewką lodowego, odbijającego słońce kryształu, meandrujące u ich podnóży rzeki o nieskazitelnych wodach — nawet pas wybrzeża niespokojnego Morza Czarnego o plaży tak piaszczystej, jakby najbliższy łańcuch górski wcale nie sytuował się raptem kilkadziesiąt mil dalej, robił na nim nadzwyczajne wrażenie, choć na kursie łamacza zaklęć w Mołdawii miał takich plaż pod dostatkiem i, szczerze powiedziawszy, pod sam koniec tej przygody ich poważny przesyt.
I choć przez cztery ostatnie dni misja stała w punkcie wyjścia, to ani on, ani James nie czuli się sfrustrowani. Cieszyli się. Korzystali z Rumunii jak z najlepszych wakacji. Nic dziwnego, że negocjacja ceny smoka spadła u nich na dalszy plan, który stał się priorytetem dopiero piątego dnia, gdy nabrali już przekonania, że chciwych sprzedawców smoków trzeba zwalczać ich własną bronią — czyli chciwością.
— Nie okłamałem Bones, mówiąc, że jadę na wczasy — westchnął z zadowoleniem Syriusz, rzucając się plecami na hotelowe łóżko.
— To chyba najprzyjemniejsza misja, na jakiej byłem — ekscytował się James, wyciągając nogi na czystej, śnieżnobiałej pościeli pojedynczego łóżka obok. — I szczerze, nigdy nie przypuszczałem, że w Rumunii można tak zwyczajnie pójść do rezerwatu i kupić sobie smoka.
— O ile masz wystarczająco dużo galeonów. — Syriusz popatrzył na niego z ukosa. — Rogacz, myśmy go nie kupili, tylko ukradli...
— Nieprawda, Łapo — prychnął w odpowiedzi z miną tak rozkosznie rozbawioną, że Syriusz od razu poczuł wzbierający w nim atak głupawki. — Dumbledore umawiał się wcześniej z Ridgebitem. Nie nasza wina, że nas oszukał. Zresztą, tysiąc galeonów za smoka? — James pokręcił nosem w wyrazie sprzeciwu. — Naprawdę naiwny z niego człowiek, jeżeli myślał, że tyle mu zapłacimy.
— A ile było w sakiewce, którą mu zostawiłeś?
— Pięćset. I mam papiery na tego smoka, więc nam nie podskoczy. — James podparł dłonią policzek i wyszczerzył do niego zęby.
Syriusz z wrażenia zachłysnął się śliną.
— Kiedy...? — wycharczał.
— Wytrąciłem mu je z ręki, gdy postanowiłeś dosiąść smoka i na nim odlecieć — zaśmiał się James. — Swoją drogą, naprawdę niezły z ciebie Huncwot, Łapo...
Syriusz wybuchnął śmiechem tak szczerym, że przez dobre kilka minut nie był w stanie się uspokoić. Sam nie wiedział, czy bardziej bawiło go wspomnienie kradzieży, którą zrelacjonowałby jako „wskoczyliśmy na smoka, a on odleciał", czy niemy szok Ridgebita na widok porywającego się do lotu spiżobrzucha z dwoma pasażerami na grzbiecie.
— To była najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłem w życiu — przyznał Syriusz z rozmarzeniem. — Ale przyznasz, że całkiem nieźle wychowują tam smoki?
— Jasne. — James poprawił okulary, które ledwie uszły cało po dzisiejszej przygodzie, i schylił się, by sprawdzić stan pudełka pod łóżkiem. — Tylko że teraz nasz spiżobrzuch ukraiński zostanie krwiożerczą bestią pilnującą wejścia do skrytki...
— Szkoda takiego fajnego smoka. Mam nadzieję, że Dumbledore prędko wymyśli sposób, żeby zniszczyć to ustrojstwo — westchnął Syriusz, spoglądając wymownie na pudełko pod łóżkiem Jamesa, w którym, rzecz jasna, schowany był róg dwurożca.
— A Rytuały Cieni? One mogłyby posiadać takie informacje. Tam jest chyba wszystko — podsunął James, a dostrzegłszy jego karcącą minę, od razu dodał: — Tak, wiem, masz dosyć czarnej magii, ale użylibyśmy jej w dobrej wierze.
— Rogacz, ja się od tej czarnej magii nigdy nie uwolnię. I nie wiem, czy potrzebna jest nam do tego ta książka. Większość źródeł zazwyczaj w takich przypadkach proponuje rozwiązanie w postaci szatańskiej pożogi.
— Skąd wiesz? — Zmrużył podejrzliwie powieki.
— Złamałem kilka skarbców, których wejścia okute były różnymi szemranymi przedmiotami. Sam wiesz, łańcuchy, zapory i takie tam. — Syriusz machnął lekceważąco ręką. — Tylko szatańska pożoga potrafiła je skruszyć.
— Nie wiem, czy w tym przypadku to zadziała, Łapo, skoro róg należał do samego „Księcia Ciemności" — prychnął James, zakreślając palcami w powietrzu cudzysłów.
— Okultyzm to nadzwyczajnie bzdurny rodzaj magii, głównie ze względu na te opowiastki. — Syriusz wywrócił oczami, a następnie, wiedziony stłumionymi odgłosami, których źródło zlokalizował w okolicach rzuconego w nogi łóżka plecaka, sięgnął w głąb niego po lusterko dwukierunkowe.
— Luniaczku, jesteś tam? — zagruchał śpiewnie, wypatrując pośród bieli sufitu odbicia twarzy Remusa.
— Tak, Łapciu — potwierdził naburmuszony Lunatyk. — Dziesięć minut się do ciebie dobijam.
— Wybacz, nie słyszeliśmy cię! — zawołał James z drugiego łóżka, i zerwawszy się na równe nogi, pomachał Remusowi na powitanie.
— W porządku. Jak wasza misja?
— Świetnie, mamy już smoka, a jutro z samego rana wybieramy się do Câştiga, żeby dał nam swoją skrytkę — zreferował Syriusz lakonicznie, ale z rozmysłem, by nie wyciągać od razu na wierzch szczegółów dzisiejszej, noszącej ślady kradzieży transakcji smoka.
— Ten Câştig to jakiś znajomy Dumbledore'a? — Remus uniósł pytająco brew.
— Tak. I oby nie trzeba go było dodatkowo przekupywać... — Oczy Jamesa błysnęły złowrogo. — Wystarczy, że wydaliśmy pięćset galeonów na smoka.
— Ile?! — zająknął się Lunatyk.
— Chciał od nas tysiąc, ale Łapa go dosiadł i uciekliśmy na nim z rezerwatu — wyjaśnił James tonem tak beztroskim, jakby opowiadał, co jadł dzisiaj na śniadanie, a Syriusz jęknął w obawie przed reprymendą.
Zszokowany Remus nie rozpoczął jednak kazania, na czym polega skuteczna negocjacja i dlaczego nie wolno wskakiwać na grzbiet wzbijającego się w powietrze smoka — na te słowa jedynie przybliżył lusterko do twarzy i wybałuszył przerażająco oczy.
— Naprawdę, Luniaczku — wyszeptał dramatycznie James, kiwając głową dla wzmocnienia efektu. — Gdybyś widział minę Ridgebita w momencie naszej ucieczki... Nie uwierzyłbyś.
— Strasznie niebezpieczne. Mogliście zginąć — wymamrotał Remus, choć jego usta rozpięły się w uśmiechu pełnym szczęścia i huncwockiej dumy. Serce urosło Syriuszowi w piersi; jeżeli Lunatyk czuł dumę, to znaczy, że obarczona ryzykiem zejścia śmiertelnego kradzież warta była zachodu. — Gdzie jesteście? W hotelu?
— Tak, w hotelu — odpowiedział Syriusz, okręcając w palcach lusterko. — A jak tam u Glizdka? — zapytał, mając na uwadze, że na urodzinach Jamesa pogadali łącznie przez czas nieprzekraczający granicy pięciu minut.
Nie żeby ubolewał, w końcu był bardzo zajęty innymi sprawami, ale na większości imprez zwykł z Glizdkiem spędzać pół nocy, więc ta odmiana stanowiła dla niego niechcianą nowość. Zresztą, Glizdek wydał mu się jakiś przygaszony i nieswój, i Syriusz obawiał się, że chorowita natura pani Pettigrew mogłaby na powrót stać się źródłem utrapień przyjaciela.
Podzielił się tym spostrzeżeniem z chłopakami, a oni przyznali mu rację.
— Przypomnij mi jeszcze, jakimi to sprawami byłeś zajęty? — wyszczerzył się James z szatańskim błyskiem w oku.
Cóż, prawdę mówiąc, Syriusz zajęty był tylko jedną sprawą — bardzo ładną i uroczą, w zwiewnej, czarnej sukience i z drapieżnie pomalowanymi na fioletowo ustami. Wyglądała obłędnie dobrze, o czym rzecz jasna zapomniał ją poinformować, podsuwała wyobraźni obrazy, które on sam uznawał za nieprzyzwoite, i pachniała lasem i jeżynami.
Lubił las i jeżyny.
— Masz rację, Łapo, Glizdek stał się ostatnio jakiś markotny — zmartwił się Remus, zwalniając Syriusza z obowiązku odpowiadania na pytanie Jamesa. — Ostatnio mało się do mnie odzywa.
— Chyba trzeba będzie do niego wpaść na gargulki i miód pitny. — James podrapał się z zamyśleniem po nosie. — I z galonem czekoladowych żab.
Remus uśmiechnął się ciepło i ściągnął brwi, uświadomiwszy sobie coś ważnego.
— Skoro wy jesteście w hotelu... To co zrobiliście ze smokiem?
— Na razie oddaliśmy go przyjacielowi Dumbledore'a, który zawodowo się nimi zajmuje. Ma ich kilka, więc wie, co robi — pospieszył z wyjaśnieniami James.
— Uważajcie na ten przeklęty róg. — Remus ścisnął palcami nasadę nosa i odetchnął ciężko.
— Uważamy — zapewnił go Syriusz. — Widziałeś się może z Bones?
Brwi Lunatyka tym razem wystrzeliły w górę.
— A co, Łapo, stęskniłeś się?
— Oj, przestań. — Odchrząknął nerwowo i zatopił palce we włosach. Serce pognało mu testralim galopem; Syriusz był pewien, że gdyby mogło, wyskoczyłoby mu z piersi i poszybowało w przestworza jak skuszony wizją wolności spiżobrzuch. Nawet James usłyszał jego dudnienie, bo przyglądnął mu się podejrzliwie i zapobiegawczo sprawdził tętno na nadgarstku. — Jestem zwyczajnie ciekawy, co u niej, a skoro nie mogę wysłać sowy do Anglii, to pomyślałem, że może ty coś wiesz — wysapał jak maratończyk po biegu i zacisnął palce na krawędziach lusterka w desperackiej próbie uspokojenia swojego zdradzieckiego oddechu.
Spojrzał przelotnie na Jamesa, który wsparł się potylicą o wezgłowie i przymknął powieki, drżąc od nieudolnie tłumionego śmiechu.
— U Amelii wszystko w porządku. Była u mnie pięć dni temu, żeby zapytać o waszą misję, a ostatnio widziałem ją w kwaterze na zebraniu. Wybiera się w piątek na akcję — odpowiedział Remus z bardzo niepokojącym uśmieszkiem.
— Coś ciężkiego się szykuje? — Syriusz położył całe siły witalne w skupieniu twarzy w kamiennej powadze.
— Nie, Syriuszu, to tylko rozeznanie. — Remusowi najwyraźniej udzielił się humor chichoczącego pod nosem Jamesa, bo tym razem rozciągnął całe usta w uśmiechu od ucha do ucha. — Prawdopodobnie odkryliśmy kryjówkę Traversa, a Amelia sprawdzi zabezpieczenia ochronne.
— Kto z nią idzie? — indagował Syriusz, lekko podirytowany, że musi ciągnąć Remusa za język. Jakby nie mógł mu od razu wszystkiego powiedzieć! I tak się domyślał, że lubił Amelię; lubił bardziej, niż chciał się do tego przyznać, więc to było jasne, że...
Że co? Że musiał wiedzieć, czy będzie na tej misji bezpieczna? Cholerny Moody nie mógł odczekać tygodnia i wyprawić jej w nieznane po ich powrocie z Rumunii. Zgłosiłby się za nią od razu, mając w nosie dwuznaczne uśmieszki przyjaciół, których żadna boska siła nie skłaniała ku zapewnieniom, że tylko ją lubił. Co prawda, on sam w to nie wierzył, ale trzymał się dzielnie etapu racjonalizacji i zaprzeczenia, stąd nie w smak mu były ich docinki.
— Frank — odparł Remus, już nawet nie kryjąc własnego rozbawienia. — Nic jej nie grozi, nie obawiaj się.
— I co cię tak bawi, Luniaczku? — fuknął Syriusz z przekąsem.
— Nic, Łapciu. Zupełnie nic. — Remus roześmiał się na głos. — Ale jakbyś zapomniał, to wiesz, Frank ma narzeczoną, więc możesz spać spokojnie...
— Poczekaj do pełni, to zmażę ci ten uśmieszek z twarzy — burknął pod nosem rozeźlony Syriusz.
