Bank Câştiga znajdował się w potężnym, barokowym pałacu o reprezentatywnej fasadzie i kunsztownie zdobionych filarach osadzonych wzdłuż długiego na kilkaset stóp krużganku. Zewsząd otaczał go labirynt żywopłotu. Spoglądając na zamczysko, Syriusz od razu zauważył, że jego powierzchnia stanowiła zaledwie wierzchołek rozległego systemu złożonego z podziemnych dróżek i korytarzy, wijących się i rozpościerających na ukryte pomiędzy nimi skarbce. Równo przystrzyżony żywopłot w głębokim, butelkowo-zielonym odcieniu co jakiś czas zmieniał rozmiar i sposób ułożenia ścieżki, rzutując na wielkość strzeżonych podziemi, choć Syriusz domyślał się, że był to zaledwie ułamek terenu, który pod sobą skrywał.

— Robi wrażenie, co? — zagadnął James.

Pałac był tak bogaty, tak okazały, wytworny i majestatyczny, że Syriuszowi brakowało tchu na dalsze wymienianie pasujących do niego przymiotników — a fakt, że wymienił je jedynie we własnej głowie, uznał za tymczasowo nieważny. Przez całą trasę do wejścia głównego w oczach błyszczał mu wyłącznie blask jego luksusu i wydanych nań galeonów.

— Câştig to najbogatszy czarodziej w Rumunii, więc chyba mnie to nie dziwi. — Syriusz potrząsnął głową i ruszył dziarsko przed siebie.

— Ty go poznałeś, Łapo? — Zdumiony James popędził za nim, przyspieszając kroku.

— Dość przelotnie. Kiedyś w Mołdawii złamałem dostęp do skarbca, który dostał w spadku od jakiegoś dalekiego krewnego.

— Czyli z Câştigiem nie powinno być problemów? — James przystanął w miejscu i obdarzył go zaniepokojonym spojrzeniem.

— Myślę, że nie — odpowiedział, łapiąc za klamkę i pchając żelazne drzwi do środka.

Zawiasy kliknęły z kilkusekundowym opóźnieniem i z zaskakującą lekkością otworzyły się na przestronną, podzieloną na dwa skrzydła sale, w całości wypełnioną biurkami ułożonymi jeden za drugim w równe szeregi. Wnętrze pałacu było w podobnym stopniu wyelegantowane, co jego fasada i ogród. Co kilka stóp mijali prominentnie rzeźbione arkady, w których cieniu chowały się marmurowe rzeźby i ręcznie malowane obrazy w ciężkich, złotych ramach. Z ozdobionych freskami stropów zwisały kryształowe żyrandole — zawieszone tak nisko, że niemal dotykali je głowami. Spojrzawszy w dół, Syriusz z przerażeniem odkrył, że pod jego stopami rozciągał się kunsztownie intarsjowany, lśniący parkiet.

— Tu pracują ludzie, a nie gobliny? — zdziwił się James, kierując całą uwagę na pracujących przy biurkach bankierów.

— Na to wygląda — odszepnął Syriusz, przysłaniając usta dłonią, bo doszli już do kontuaru, skąd wypatrywała ich jasnowłosa czarownica o sympatycznym uśmiechu.

— Mieliśmy umówione spotkanie z dyrektorem Câştigiem — odezwał się James perfekcyjnie książkową angielszczyzną i błysnął nerwowo zębami do czarownicy. — James Potter, Syriusz Black.

— Wspaniale, właśnie na was czekamy! — zaświergotała czarownica z irytująco pretensjonalną manierą i podniosła się z fotela, okręciwszy się na nim zamaszyście. — Proszę za mną! — zawołała, śmigając w kierunku krótkiego korytarza za ladą, na którego końcu Syriusz zauważył uchylone drzwi z tabliczką opatrzoną imieniem Vlad Câştig.

— Dyrektorze Câştig, goście do pana! — zaanonsowała czarownica po angielsku, poszerzając szparę drzwi i zaglądając do środka.

Câştig był opalonym, starszym mężczyzną o niespotykanie bujnej jak na swój wiek czuprynie półdługich, białych włosów. Syriuszowi przywiódł na myśl posąg Zeusa bez brody. Minął go zresztą mniej więcej w połowie wędrówki do lady, wywyższonego na ozdobnym podeście, co, jak teraz sobie uświadomił, porównawszy ich fizyczne podobieństwo, nie stanowiło wyrazu miłości Câştiga do mitologii greckiej, a samego siebie. Bystre spojrzenie jasnych oczu zbadało ich dyskretnie, acz wnikliwie, wydatne czoło zmarszczyło się oceniająco, ale był to zaledwie ułamek sekundy obserwacji, bo gdy czarownica z recepcji trzasnęła drzwiami, Câştig skinął zachęcająco głową i przywołał na twarz pogodny uśmiech.

— Przyszliśmy w sprawie skrytki dla Dumbledore'a — wyjaśnił James.

— Pan-Pot-ter-i-pan-Black — przeliterował Câştig z zabawnym akcentem, wskazując im fotele przed biurkiem. — Pytanie kontrolne, które otrzymałem od Albusa to: z jakiego powodu odbył się wasz pierwszy szlaban w szkole?

Umościwszy się w fotelach, James i Syriusz parsknęli śmiechem.

— Zamknęliśmy poltergeista w szafce z łajnobombami w biurze... woźnego — zawahał się Syriusz, nie do końca pewny, czy tego pokroju dowcip mógłby przypaść Câştigowi do gustu.

— I podsunęliśmy mu pomysł, co należy zrobić, gdy woźny otworzy szafkę — rozpromienił się James, ewidentnie nie podzielając momentu refleksji Syriusza. — Podziałało!

— Musieliście nieźle rozrabiać w szkole, co? — Câştig odchylił się w fotelu i roześmiał na głos, tak że jego przejrzyste oczy pokrył szklisty film łez. — Z tego, co Albus mi powiedział, potrzebujecie mojej najpilniej strzeżonej skrytki.

— Tak — potwierdził Syriusz. — Musimy jak najszybciej schować coś, co należy do Dumbledore'a.

— Panie Black, czy my się z panem już przypadkiem nie znamy? — Smukły policzek Câştiga uniósł się w niepokojąco figlarnym uśmiechu.

— Złamałem wejście do jednego z pańskich skarbców, sir. — Syriusz nie potrafił się nie wyszczerzyć na wspomnienie tej przygody. — Incydent mołdawski.

— A taaak — przytaknął Câştig, a w jego oczach zamigotały rozbawione płomyki. — Wyjątkowo paskudnie zabezpieczona bestia. W takim razie jestem pełen podziwu dla pana umiejętności. Po dziś dzień zastanawiam się, jak udało się panu ujarzmić tę... — Brew dyrektora drgnęła aluzyjnie. — ...Skrytkę.

— Cała przyjemność po mojej stronie — zaśmiał się Syriusz.

— Panie Black, proszę mi wybaczyć, ale mój bank poszukuje teraz łamacza zaklęć. Może skusiłby się pan na moją ofertę? Proponuję świetne warunki i solidne wynagrodzenie.

Bezpośredniość tej propozycji wbiła go w fotel i Syriusz przez dłuższą chwilę wpatrywał się tępo w twarz uprzejmie oczekującego na odpowiedź Câştiga, który z każdą sekundą przedłużającej się ciszy wyglądał na coraz to bardziej rozczarowanego.

Oferta pracy w bajońsko drogim pałacu pełniącym funkcję magicznego banku — prawdopodobnie największego w kraju, o ile nie w całej Europie, z sympatycznym przełożonym, który na skąpego człowieka zdecydowanie nie wyglądał... Bez niechcianego dodatku w postaci goblinów, za to w niezwykle malowniczej scenerii...

Trybiki w głowie Syriusza pracowały na najwyższych obrotach, dopisując kilka kolejnych argumentów„za" propozycją Câştiga, gdy wtem w ich miejsce wsunęły się trzy słowa kluczowe stanowiące podstawę jego dorosłego życia i rdzeń obecnej rzeczywistości, których zmiana wywróciłaby mu świat o całe trzysta sześćdziesiąt stopni.

Huncwoci, Zakon, wojna z Voldemortem.

I jeszcze jedno słowo. Jedna, bardzo bliska mu osoba.

Amelia.

— Bardzo mi pan schlebia, ale obawiam się, że nie mogę przyjąć pańskiej propozycji — odpowiedział dyplomatycznie.

James kopnął go w goleń. Syriusz prawie zapłakał.

— Proszę go nie słuchać — wtrącił się James, ignorując serię bazyliszkowych spojrzeń Syriusza. — Chciał powiedzieć, że jeszcze się zastanowi.

— Mam taką nadzieję — westchnął Câştig, dogłębnie niepocieszony odmową. — W podziemiach pałacu jest jeszcze mnóstwo niedostępnych skarbców... Z reguły płaciłem łamaczom sto pięćdziesiąt galeonów za skrytkę — zerknął ukradkiem na Syriusza z nadzieją, że wzmianka ta zrobi na nim odpowiednie wrażenie — ale jeśli taka stawka pana nie zadowala, to naturalnie jestem gotów zapłacić więcej...

James wybałuszył oczy, Syriusz złapał się za głowę

— Na pewno to przemyśli i da panu znać, sir. — Ciąg słów wypłynął z ust Jamesa tak szybko, że Syriusz nie zdążył nawet zaprotestować. — Może ruszajmy już do skarbca?

— Tak, oczywiście. — Dyrektor podniósł się raźnie z fotela, sprawiając wrażenie o wiele bardziej zadowolonego i udobruchanego. — No to w drogę!

I opuścili gabinet, kierując się za Câştigiem do wyjścia głównego.

— Rogacz, czyś ty oszalał? — syknął cicho Syriusz, gdy wypadli już na zewnątrz, otoczeni harmidrem przyciszonych rozmów młodych bankierów, wymieniających się gorączkowo plotkami i uwagami podczas spaceru wzdłuż krużganku.

— Przecież to genialna oferta, Łapo — obruszył się James. — Rumunia nie jest tak daleko od Anglii.

— Miałbym was tak zostawić? Ciebie, Luńka, Glizdka...? — Syriusz zamilknął, bo przez myśl przeszła mu jeszcze jedna osoba, której z wiadomych względów przed Jamesem wymienić nie mógł. — I jeszcze przy okazji Zakon?

— Akcje są planowane z wyprzedzeniem. — Rogacz wzruszył ramionami. — Zresztą ta draka z... — urwał, zerkając nieufnie na taneczny pląs kroczącego przed nimi Câştiga — wiesz kim nie będzie trwała wiecznie...

— Nie ma takiej opcji, James — zaprotestował Syriusz.

— Wcześniej jakoś pracowałeś i dla Gringotta, i dla Zakonu!

— Ale Gringott jest w Anglii!

— I tak ciągle cię gdzieś wysyłali — polemizował James, kiwając brodą na Câştiga. — A on płaci naprawdę nieźle i gdybyś go poprosił, z pewnością stworzyłby ci świstoklika.

Syriusz machnął ręką, zbywając wszystkie jego argumenty milczącym protestem. Dopiero wtedy zorientował się, że przeszli już spory kawał terenu. Minęli pałacowe ogrody, przemierzyli wzdłuż cały żywopłot i teraz szybkim susem zbliżali się do głównej bramy.

— Ten skarbiec nie znajduje się na terenie banku? — zapytał James na głos, tak by Câştig był w stanie go usłyszeć.

— Ależ skąd — żachnął się, potrząsając gwałtownie grzywą białych, przysłaniających twarz włosów. — To by było zbyt oczywiste. — Câştig odetchnął ciężko i stanął kilka kroków za główną bramą. — Musimy się teleportować, więc złapcie mnie teraz za ramię.

James i Syriusz obrzucili się porozumiewawczymi spojrzeniami.

Zaufać?, niewerbalny komunikat Jamesa nadany wyłącznie poprzez tak dobrze Syriuszowi znany wyraz twarzy rozbrzmiał mu w uszach niczym prawdziwe pytanie.

Zaufać, Syriusz w porę pohamował skinienie głową i zamiast niego ścisnął szybko palce prawej ręki na sygnał potwierdzający.

Câştig odwrócił głowę, kryjąc rozbawienie w burzy rozwichrzonych włosów. James i Syriusz zbliżyli się bez słowa i ujęli go za ramię, a po chwili, wessani przez wir magii, aportowali się w samym środku gęsto porośniętego lasu.

— Wiem, że to dziwnie wygląda, ale naprawdę nie chcę was uprowadzić — roześmiał się Câştig na głos, nie mogąc już dłużej powstrzymać się od komentarza odnoszącego się do ich sposobu komunikacji. — Jesteśmy prawie na samym końcu tego lasu. Za nim roztacza się widok na morze. — Machnął ręką na majaczący w oddali horyzont, który jaśniał oranżowymi snopami słońca zza rozkołysanych na wietrze drzew. — To jedyna część Rumunii, w której wybrzeże jest skaliste, a sama krypta mieści się w głębi niewielkiej groty, do której poprowadzi nas system podziemnych jaskiń.

— Câştig, sir... — chrząknął Syriusz niepewnie. — Nie wiem, czy Dumbledore o tym napomknął, ale wejście do skrytki miało być strzeżone przez smoka, wobec tego mam pewne obawy, czy „niewielka grota" dobrze się spisze...

— Ależ oczywiście, że tak — obruszył się Câştig. — Wasz smok nie będzie pilnował groty, tylko terenu. W Rumunii konwencja zakazuje skuwania smoków łańcuchami oraz znaczącego ograniczania ich swobód. Grożą za to surowe kary, więc proszę mieć to na uwadze. — Przewiercił Syriusza srogim spojrzeniem, tak że włos zjeżył mu się na karku. — W myśl tutejszego prawa należy zabezpieczyć magicznie terytorium tych zwierząt na powierzchni wynoszącej minimum siedemdziesiąt pięć akrów.

Syriusz pomyślał o długim na pięćdziesiąt stóp, żelaznym łańcuchu, pobrzękującym w jego pomniejszonym plecaku i przełknął głośno ślinę. Słowa Câştiga bardzo komplikowały im plan, który zakładał ujarzmienie smoka za pomocą pętów. W duchu zastanawiał się, w jaki sposób mieliby obłożyć zaklęciami siedemdziesiąt pięć akrów ziemi wraz z dzikim, szybującym im nad głowami spiżobrzuchem, który niespecjalnie kwapił się do życia w niewoli i — co gorsza — w którego krwi wartkim strumieniem płynęła afirmacja wolności.

— Pokażę wam, jak dostać się do skrytki, a potem zmienicie ułożenie wrót tak, żebyście tylko wy potrafili do nich wejść. — Pogodny ton Câştiga sprowadził Syriusza do rzeczywistości. — Albus zapewnił mnie, że wiecie co i jak, więc myślę, że nie będzie to dla was problem.

James i Syriusz wymienili przerażone spojrzenia, utwierdzając się w przekonaniu, że z całą pewnością nie wiedzieli „co i jak".

— Chodźcie za mną! — zawołał Câştig i niepostrzeżenie zniknął im sprzed oczu, czmychając do groty.

— Dość energiczny z niego staruszek, nie powiem — parsknął pod nosem James. Rozbawiony Syriusz szturchnął go w plecy i pochylił głowę, krocząc za Câştigiem w głąb tunelu.

Szli w ciemności wąskimi, krętymi przejściami, które wielokrotnie rozwidlały się, ukazując przeróżne ścieżki — rozchodzące się, zbiegające lub zakończone ślepymi zaułkami. Ich przyzwyczajone do prażącego, rumuńskiego słońca oczy przyzwyczaiły się do półmroku dopiero po kilku minutach, co jednak niewiele im dało, bo ciągnący się jak jelito węża korytarz na każdym odcinku drogi wyglądał dokładnie w ten sam sposób.

— To Tunel Lichwiarzy — odezwał się Câştig, a obijająca się o ściany fala dźwiękowa zadudniła Syriuszowi w czaszce zwielokrotnionym słowem Lichwiarzy, Lichwiarzy, Lichwiarzy. — Musicie dobrze zapamiętać tę ścieżkę, bo jeśli raz zbłądzicie, nigdy stąd nie wyjdziecie.

Przytaknąwszy mrukliwie, echo korytarza zadźwięczało przedłużonym „mmm", przywodzącym Syriuszowi na myśl modlitewne pieśni buddyjskich mnichów.

— Jesteśmy! — oznajmił Câştig po dłuższej chwili, oświetlając grube, żeliwne wrota migoczącym blaskiem lampy naftowej. — Malinowa chmurka.

Na dźwięk hasła wijące się na drzwiach pręty zorganizowały się w poziome linie i rozstąpiły jak przegrody śluzy, na dowód swojej obecności pozostawiając echo przeraźliwie piłującego brzęku.

— Naturalnie, hasło sobie zmienicie, na jakie będziecie chcieli — oświadczył Câştig, przesuwając końcem różdżki wzdłuż linii framug, by zdjąć ostatnie zabezpieczenia ochronne. — I proszę! Wasz skarbiec!

Przed oczami ukazała im się obskurna, pokryta ciemnymi kafelkami komnata wielkości małego pokoju. Syriusz wyjął pudełko z pomniejszonego plecaka, i podążywszy naprzód, położył je na posadzce w centralnej części krypty.

— I to wszystko? — zafrasował się Câştig, nie kryjąc zawodu na widok niewielkiego, drewnianego pudełka, które zapewne i jemu skojarzyło się z najzwyklejszym pokrowcem na różdżkę, bo przyglądnął się uważnie wykaligrafowanemu nań nazwisku Ollivander i zrezygnowany opuścił ramiona. — Myślałem, że Albus będzie chciał schować coś więcej niż tylko pudełko...

— Zapewniam pana, że przedmiot, który Dumbledore chce ukryć, jest bardziej spektakularny, niż się panu wydaje — wyszczerzył się łobuzersko James.

— Nie zdradzicie, co to jest, nie? — westchnął Câştig, a nadzieja w jego głosie zmieszała się z iskrą ekscytacji.

James pokręcił stanowczo głową, Syriusz posłał mu przepraszające spojrzenie.

— Ach ten Albus, wiecznie coś kombinuje... — zadumał się Câştig. — Głowa pełna pomysłów.

Dyrektor obrócił się do nich tyłem, kilkoma wprawnymi zaklęciami zabezpieczył kryptę, i okręciwszy się w tył, pognał żwawo do wyjścia.

Kiedy kilkanaście minut później wyskoczyli z groty, ćmiący na czerwono alarm w głowie Syriusza zawył ostrzegawczo. Zatrzymawszy się u stóp wybrzeża, Câştig prześlizgnął niespiesznym spojrzeniem po jego sylwetce, zacmokał w powietrzu ustami i wreszcie odezwał się czarująco niskim tonem:

— Panie Black, tymczasowo nałożyłem na skarbiec standardowe zaklęcia ochronne, więc myślę, że taki czarodziej jak pan, poradzi sobie z nimi bez większych trudności...

— Naturalnie — przytaknął Syriusz niemrawo.

— Świetnie. — Dyrektor zwilżył usta, zamrugał, a jego oczarowane spojrzenie przeniosło się na Jamesa i ku syriuszowej zgrozie porażająco znormalniało. — Panie Potter, zapamiętał pan, jak dojść do skarbca?

James odchrząknął i wyrecytował z pamięci:

— Po kolei: w lewo, prawo i znowu w prawo, na trzykrotnym rozwidleniu w lewo, na czterokrotnym pójść w drugi korytarz od lewej, uważać na ukryte przejście w odległości dziesięciu stóp od początku tunelu, a następnie przejść do północnego skrzydła, gdzie drugi zaułek jest ślepy, ale czwarty od niego na zachód stanowi wejście do skrytki.

— Wyśmienicie — pochwalił go Câştig i klepnął nieco poniżej łopatek, a choć nie użył zbyt wiele siły i ruch jego dłoni wydał się Syriuszowi stosunkowo ślamazarny, to James i tak wciągnął gwałtownie powietrze, nieprzyzwyczajony do temu podobnych gestów. — Myślę, że to już wszystko, co powinienem wam przekazać. Możecie pozmieniać ułożenie korytarzy, tylko błagam, nie zapomnijcie potem, co zmieniliście, bo mało kto umie złamać zabezpieczenia Tunelu Lichwiarzy.

— Proszę się nie obawiać — zapewnił go James, przyklejając do ust grzeczny uśmiech.

— Cudnie. — Câştig zacmokał z uznaniem. — Gdybyście mieli ochotę, to zapraszam was do pałacu na szachy i țuicę. Rumuńskie alkohole są zdecydowanie wyborniejsze niż ta wasza Ognista. A pana, panie Black — obrócił twarz bezpośrednio w jego stronę — proszę o rozważenie mojej oferty. Myślę, że byśmy się dogadali.

Syriusz byłby skłonny założyć się o wagon czekoladowych żab, że powłóczyste spojrzenie Câştiga ślizgające się po naturalnych krzywiznach jego sylwetki nie było przypadkowe.

— Eee... Przemyślę to, panie Câştig — bąknął, przejeżdżając dłonią po karku.

— Znakomicie. To chyba tyle, ja się z wami żegnam i was tu zostawiam — oświadczył radośnie. — Do prędkiego zobaczenia! Bună! — pożegnał się, zerkając po raz ostatni na Syriusza, któremu potężny rumieniec zażenowania wypalał już wnętrzności.

Nie czekając na ich odpowiedź, Câştig wzniósł się z gracją na palce, powiódł różdżką w powietrzu i deportował z cichym pyknięciem. Gdy tylko zniknął im z pola widzenia, James huknął śmiechem na widok zdegustowanej miny Syriusza.

— Gość jest bezbłędny. — James wciągnął haust powietrza i otarł łzy śmiechu wierzchem dłoni. — Może się wybierzemy do niego na szachy i tę całą țuicę?

— Nie ma mowy — odmówił Syriusz stanowczo i ruszył żwawo do lasu. — Będzie mnie przekonywał, żebym zgodził się u niego pracować.

— Zdaje się, że wpadłeś mu w oko... — Donośny głos Jamesa zmieszał mu się za plecami z szelestem ściółki. — Nie sądzisz?

— Tym bardziej nie przyjmę tej oferty. Nie zniosę jego lubieżnych spojrzeń.

— Daj spokój, Łapo! — zawołał James, gnając za nim w głąb lasu, bo Syriusz wzmógł znacząco tempo, szybując naprzód niczym nawałnica. — Przecież byś go widywał tylko przy wypłacie!

— Nie byłbym tego taki pewny. — Syriusz stanął w miejscu i wsparł się łokciami o uda, czując kłujący ból pod żebrami.

— Tak właściwie, ile płacił ci Gringott od skrytki? — James stanął naprzeciwko i przyjrzał mu się badawczo znad okularów.

— Różnie — westchnął Syriusz z myślą, że wystosowana przez rumuńskiego bankiera propozycja byłaby dla niego niczym interes życia. — Średnia stawka to pięćdziesiąt galeonów.

— To w porównaniu z Gringottem, Câştig ma dużo więcej do zaoferowania — skwitował, a Syriusz przeklął w duchu puchoński pierwiastek sprawiedliwej natury Jamesa, ujawniający się tylko w momentach, w których nikt o niego nie prosił.

— Myślę, że za odpowiednią sumę galeonów, swoje towarzystwo również by mi chętnie zaoferował — odburknął z niezadowoleniem, a James znów wybuchnął salwą radosnego śmiechu. Syriusz prychnął pod nosem, ale bardziej z rozbawieniem aniżeli irytacją, co było zasługą zaraźliwego humoru przyjaciela. Kiedy James się śmiał, Syriuszowi automatycznie poprawiał się nastrój, nawet jeśli to jego niekomfortowa sytuacja była asumptem tegoż zadowolenia.

— Powiem ci, Łapo, że jestem zdumiony twoją zawziętą postawą — oznajmił w końcu. — Chociaż poniekąd cię rozumiem. Amelia czeka w Londynie... — Roześmiane oczy Jamesa błyszczały jak niuchacz po napadzie na sklep jubilerski, a Syriusz w tym momencie jak nic innego zapragnął posłać go w diabły i wrócić po niego dopiero po wymuszeniu dożywotniego zakazu dokuczania mu.

— Odbija wam do reszty — odparł, choć w uszach rozbrzmiało mu nie rozdrażenienie, a... poddenerowanie. Ciche, rzężące, nietrącące śladem irytacji, co najwyżej poruszenia, że James tak trafnie rozpoznawał każdą jego emocję. — Najpierw Lunatyk, teraz ty... Zanim wrócę z Rumunii, moim jedynym sojusznikiem pozostanie już tylko Glizdek.

— Och, Łapo — westchnął James z pobłażaniem. — Twoja reakcja to dla mnie najlepsze potwierdzenie, że...

Ale Syriusz nie dowiedział się, jakiego rodzaju potwierdzenie zyskiwał James, badając jego reakcje emocjonalne, bo jego umysł w całości pochłonęła myśl o Amelii.

Tęsknił za nią. Tęsknił bardzo — i tak jak pierwszego dnia misji była to swobodnie pochwycona myśl, którą zaraz odgonił, zajmując się wytycznymi od Moody'ego, tak teraz kłuło go boleśnie na samo jej wspomnienie. A przecież nikogo mu nie brakowało. Miał przyjaciół, na których zawsze mógł liczyć, znajomych, których darzył sympatią, Zakon, o który codziennie się martwił... I tak żył w wiecznym napięciu, z nieodzownie towarzyszącym niepokojem. W końcu wojna była nieprzewidywalna i Syriusz nigdy nie miał pewności, czy śmierć nie zajrzy mu w oczy na pozornie łatwym pojedynku w terenie albo czy nie będzie jej świadkiem wobec kogoś mu bliskiego, znalazłszy się w złym miejscu, o niewłaściwym czasie. I tak źle przeżył odejście Regulusa, mimo że przez długie lata nie utrzymywali kontaktu, nie wyobrażał sobie zatem ogromu żałoby po którymś z Huncwotów. Chyba właśnie dlatego tłumił w sobie głębsze uczucia wobec Amelii. Nie potrzebował w życiu kolejnej osoby, którą mógłby potencjalnie stracić.

— Witaj w klubie, zakochańcu! — James objął go przyjacielsko za szyję i poklepał po plecach. — Potrzebowałem w naszym gronie kogoś, kto na własnej skórze zrozumie to, co i ja!

Syriusz potrząsnął z niedowierzaniem głową, ale odwzajemnił uścisk.

I tak już było za późno na dekadenckie rozważania. Polubił ją i musiał się wreszcie do tego przyznać, wpierw zaczynając od samego siebie.