Następnego dnia punktualnie za pięć dwunasta Syriusz i James stawili się w chacie Constantina — przyjaciela Dumbledore'a, który po wczorajszej przygodzie w rezerwacie zaopiekował się ich smokiem.
— Smok to taki większy wilkołak... Nie będzie chyba sprawiał dużego kłopotu? — zapytał James, drapiąc się z zamyśleniem po głowie.
— Rogaś, skąd ja to mogę wiedzieć? Wyglądam ci na znawcę smoków? — zaśmiał się Syriusz.
— Ja myśli, że sobi poradzici — zapewnił ich rumuński poskramiacz smoków, Constantin, gładząc spiżobrzucha po szyi. — Ja dam smoka, a wy musici odlecić na nim tam, gdzie chceci. On bardzo grzeczni i dobrzi szkolony.
— Dzięki, Constantin — odpowiedział James z krzywym uśmiechem.
— Ja wam pomogi na nim usinść, a wy rzuci mu mięso, żeby się słuchał. Bardzo łatwe.
— Tak, tak, bardzo łatwe — powtórzył Syriusz z nieprzekonaną miną.
— No to hop — zachęcił ich pogodnie Constantin i poklepał spiżobrzucha po grzbiecie. — Kto pierwsi?
James uniósł dłoń, zgłaszając się na ochotnika, i zachęcony skinieniem głowy Constantina, wolnym krokiem zbliżył się do zwierzęcia. Constantin pokazał mu uniesiony kciuk, na co James wyciągnął ostrożnie rękę, rozprostował palce — lekko, leciutko, raptem do połowy — i wreszcie położył ją płasko na jego boku. Spiżobrzuch zadrżał nieznacznie i parsknął, z jego nozdrzy buchnął kłąb cuchnącego, siarkowego dymu, ale nie cofnął się ani nie zaatakował. James przesunął dłonią po zrogowaciałej skórze, musnął palcami idealnie skrojone łuski o połyskującej, srebrzystosrebrnej poświacie, a następnie przełożył zwinnie nogę za grzbiet i usadowił się tuż przy kłębie. Spiżobrzuch machnął w powietrzu ogonem, pozostał jednak spokojny i opanowany, więc James nie wykonał ani ruchu więcej — w ciszy doczekał momentu, aż zwierzę przyzwyczai się do nowego pasażera i w pełni zaakceptuje jego bliskość.
Lata tresury, pomyślał Syriusz, spoglądając współczująco w skośne szparki intensywnie piaskowych ślepi spiżobrzucha, który przerzucił zakrzywionymi szponami stertę kamieni i ułożył się wygodniej na brzuchu.
— Fajno. To teraz Seriusz — zarządził zadowolony Constantin.
Syriusz westchnął przeciągle, słysząc swoje imię w wersji, w której nie chciałby go nigdy usłyszeć, i powtórzył wszystkie niezbędne ruchy za Jamesem. Przesunąwszy opuszką kciuka od szyi do boku spiżobrzucha, pomyślał, że kontakt ze zwierzęciem o tak silnie rozwiniętym instynkcie był naprawdę satysfakcjonujący. Spiżobrzuch wyczuwał każdy moment zawahania — drżenie mięśni, sztywność nadgarstków, ześlizg spoconych palców — bezbłędnie wychwytywał zmiany tempa i rytmu. Gdy myśli Syriusza powędrowały w kierunku misji, którą Amelia i Frank mieli odbyć dzisiaj w terenie, i zadzierzgnął paznokciem o ostrą krawędź łuski na szyi, spiżobrzuch od razu wyłapał zmianę — sapnął przez nozdrza i poruszył się niespokojnie, unosząc tułów na przednich kończynach.
— Ostrożni — pouczył go Constantin z poważną miną. — Spiżobrzuch nie lubi niecierpliwi ludzi.
— Myślę, że spiżobrzuch lubi wszystko, co ma odrobinę mięska... — wymamrotał pod nosem, na szczęście zbyt cicho, by Constantin był w stanie go usłyszeć, bo w odpowiedzi na jego usta wkradł się uprzejmy uśmiech niezrozumienia.
Constantin pokazał mu znak ręką, więc Syriusz odtworzył czynność z głaskaniem smoka raz jeszcze, a następnie bardzo delikatnie przerzucił nogę przez jego grzbiet i dosiadł się, przywierając do pleców Jamesa.
— Fajno, udali się! No to wio! — zawołał radośnie Constantin i zagwizdał w palce.
Usłyszawszy melodię, spiżobrzuch natychmiast rozpostarł skrzydła i zatrzepotał nimi, biczując przestrzeń wokół siebie, przezwyciężając opór grawitacji tak, że nagła różnica ciśnień huknęła Syriuszowi w uszy rozdzierającym powietrze grzmotem.
— O rany, jakie to cudowne! — zakrzyknął James, śmiejąc się na cały głos.
— ROGACZ, STERUJ NIM! — wrzasnął Syriusz, czując, że szerokie otworzenie ust przynosi zbawienną ulgę wyrównującą ciśnienie atmosferyczne wewnątrz boleśnie zatkanych uszu. James skrzywił się, słysząc donośny ryk przyjaciela za plecami, ale objął ciaśniej jeden z wystających rogów na grzbiecie spiżobrzucha i klepnął go mocno w lewy bok.
Spiżobrzuch natychmiast skierował się we wskazaną stronę, rycząc głośno i prychając wokoło rzadkim, popielatym dymem, od czasu do czasu mieszającym się z podmuchami gorącego ognia. Gdy znaleźli się już na miejscu, pozwolił zsiąść im z grzbietu i z zadowoleniem umościł się na kamieniach rozrzuconych na całej szerokości wybrzeża.
— Spiżobrzuch, siedź tu spokojnie — zakomenderował James, jakby naprawdę spodziewał się wzbudzić w nim poczucie autorytetu. Spiżobrzuch przewiercił go spojrzeniem ślepi tak ognistych i rozjątrzonych, że aż opalizujących, ale nie kiwnął nawet pazurem.
Syriusz w tym czasie celował w niebo salwami zaklęć ochronnych odbijających się od uprzednio przez niego wyczarowanej tarczy ochronnej, rozpiętej w poprzek wybrzeża. Wielobarwne iskry strzelały efektownie z końca różdżki, rozpryskując się na miliardy okruchów w momencie styku z barierą, i powracały, trzaskając z łomotem o ziemię. Przy kilkunastym z kolei zaklęciu eksplodującym na niebie jak najdroższe fajerwerki Filibustera, spiżobrzuch uniósł lekko zad i zakołysał nim niespokojnie na boki, zniesmaczony efektami dźwiękowymi, których przyszło mu nasłuchiwać.
— Łapa, szybciej... — jęknął James, ale było już za późno.
Spiżobrzuch poderwał się nagle z miejsca, zamachnął jurnie skrzydłami, a grube, szarosrebrne błony rozpięte między kośćmi palców załopotały jak targane silnym sztormem żagle. Zbliżywszy się do wyczarowanej przez Syriusza tarczy, musnął ją zewnętrzną krawędzią skrzydła. Błysnęło, świsnęło, zabrzęczało — horyzont zaszklił się przezierną bańką tarczy ochronnej, jaśniejącą żarówiastą rysą w miejscu, które przed momentem zetknęło się ze skrzydłem. Spiżobrzuch zawył przeraźliwie i obniżył się w locie, trzepocząc energicznie zranioną kończyną.
— Dobra, starczy tego. — Syriusz opuścił różdżkę wzdłuż ciała, z niepokojem obserwując cierpiącego smoka. — Uciekamy stąd.
Wtem spiżobrzuch cały się rozjuszył; ryknął złowrogo i runął w dół. Teraz sunął prosto na nich, z nozdrzy buchała mu para, a jego źrenice, rozżarzone do czerwoności, zapłonęły ostrzegawczo ogniem.
— UWAŻAJ! ZARAZ ZIONIE! — wrzasnął James, a Syriusz rzucił się za najbliższą skałę, boleśnie obtłukując sobie żebra, golenie i kolana, i raniąc do krwi nadgarstki, które w momencie skoku na kamienie przyjęły cały ciężar uderzenia.
Rozwścieczony spiżobrzuch buchnął z paszczy pasmem gorącego ognia. Karłowate drzewka przy wybrzeżu zaskwierczały, w górę zaś wzniosły się kłęby smolistego dymu, który zmieszał się z bielą puszystych obłoków, rozrzedzając je do wyglądu szarego pierza. Na prawym ramieniu Syriusz poczuł palący uścisk, jakby zwarły się na nim stalowe szczęki, zmieniając w popiół rękaw jego koszulki i parząc mu skórę.
Usłyszawszy donośny głos Jamesa, spiżobrzuch skierował się w jego stronę, przerażająco wyjąc, rycząc, prychając i zionąc ogniem na wszystko, co znalazło się w zasięgu jego wzroku.
Nagle Syriusz poczuł, że kieszeń jego spodni robi się coraz cięższa i gorętsza; cała spęczniała, napierając boleśnie na udo. Natychmiast przeturlał się na prawy bok tak, by lewa połowa ciała zwrócona była w kierunku nieba i tym samym nie gniotła newralgicznej kieszeni, z której z niemałym trudem wyszarpał niewielki, połyskujący na srebrno grzebień.
— JAMES! — ryknął spanikowany, świdrując wzrokiem grzebień, który teraz niemiłosiernie parzył go w dłoń. — Świstoklik się aktywuje!
Rozwarte do niebotycznych rozmiarów oczy Jamesa omiotły spojrzeniem wybrzeże w poszukiwaniu przyjaciela. Jego niecierpliwy wzrok odnalazł go znikającego w wąskiej wnęce utworzonej przez dwie, niemal stykające się ze sobą skały. Jednym, zwinnym susem doskoczył do niego, zwalając się mu na plecy i przygważdżając całym ciężarem torsu. Syriusz jęknął z bólu i osunął się pod jego naporem. Spiżobrzuch drapał zaciekle pazurami w stertę gruzów otaczającą kamienisko i buchał na nią żarem z takim impetem, że temperatura ich kryjówki przekraczała wszelkie granice wytrzymałości cieplnej.
— Trzy... dwa... jeden... JUŻ!
W ostatniej chwili sięgnęli dłońmi do grzebienia i nagle poczuli, jak niewidzialna siła rotuje ich do wewnątrz, zakrzywiając tor ciał, i z cmoknięciem godnym klozetowej przepychaczki wciąga w wicher sprawiający, że zawartość ich brzuchów przekoziołkowała parokrotnie góra-dół, a sam żołądek wywrócił się na lewą stronę. Syriusz i James zniknęli z pola widzenia spiżobrzucha, rozmywając się w krajobrazie, a parę chwil później jedynym śladem ich spotkania był niosący się powłóczystym, wibrującym w powietrzu echem skowyt o natężeniu, które śmiało mogłoby ubiegać się o miano ultradźwięku.
Świstoklik przeniósł ich tuż przed bramę rumuńskiego hotelu.
— Żyjesz, Łapciu? — sapnął James, unosząc się powoli na trawie i nasuwając połamane okulary na oczy.
— Led... dwo — dychnął, i złapawszy krótki wdech, napiął mięśnie brzucha, podnosząc się do siadu. — Ile ty ważysz, człowieku? — jęknął z wyrzutem, łapiąc się pod bok, który na wskroś przeszyty był bólem. — Chyba złamałeś mi żebro na tych kamieniach...
— Wybacz, zaraz ci je nastawię. — Zatroskany James podszedł do niego i chwycił oburącz za przedramiona, pomagając stanąć na nogach. — Dasz radę iść?
— Tak, jest w porządku.
Syriusz stanął na szeroko rozstawionych stopach i kręg po kręgu wyprostował plecy, mając na uwadze jedną z aurorskich rad Moody'ego: Połamanego człowieka od śmierci dzieli tylko jeden nieprzemyślany ruch! Uniósłszy jednak wzrok na usmolone węglem policzki Jamesa, jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.
— Wyglądasz jak ofiara losu, Rogaś.
— A ty wcale nie lepiej, Łapciu — rzucił z przekąsem James, przeskakując spojrzeniem od jego rozwianych włosów, przez spopielony rękaw koszulki, aż po ślady krwi na odsłoniętych kolanach.
Do pokoju hotelowego podążyli w milczeniu, wciąż uspokajając oddech i wyciszając emocje po przygodzie. Gdy drzwi pokoju trzasnęły, zamki zgrzytnęły, a zasuwy przeskoczyły w odpowiednie miejsca wzdłuż linii drewnianych żłobień, James, jakby odzyskawszy werwę, wskoczył na łóżko i rzucił rozmarzonym podsumowaniem:
— Ach, cóż to była za misja! Kradzież smoka, krypta w Tunelu Lichwiarzy, ucieczka w ogniu ziejącej bestii...
— Będziesz miał co dzieciom opowiadać — parsknął Syriusz, przysiadając na łóżku obok.
— Co z twoim żebrem? — Zaniepokojony James przeturlał się na łóżku ze wzrokiem utkwionym w niewielkie wybrzuszenie na jego boku.
Syriusz pochylił głowę i obejrzał się czujnie ze wszystkich stron. Miał poranione dłonie i kończyny — na szczęście bardzo płytko i powierzchownie, były to raptem niewielkie przerwy w ciągłości skóry, które na żadnym odcinku rany nie sięgały do głębiej położonych tkanek. Lewe ramię miał poparzone, o czym przekonał się boleśnie, gdy tłumiony przez adrenalinę ból uderzył w niego w pełnej gamie sensorycznej, rwąc i paląc skórę wokół czerwonego wykwitu. Syriusz musiał jednak przyznać, że żadne z tych obrażeń — nawet to najpoważniejsze w postaci pogruchotanego żebra — nie równało się rozszczepieniu, z którym nie tak dawno musiała uporać się Amelia.
Zrzuciwszy z siebie brudną koszulkę, przebiegł opuszkami po bliźnie na piersi, którą na jej polecenie codziennie rano smarował gęstą papką ze śluzu ślimaka. Syriusz znał swój charakter wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że rzadko kiedy słuchał czyichś porad — zazwyczaj wolał uporać się z konkretnym problemem samodzielnie i po swojemu; zresztą ten model postępowania wyrobił już dawno temu w dzieciństwie, gdy zdany był wyłącznie na własną ocenę sytuacji. Dlaczego zatem tak bardzo wziął sobie te słowa do serca?
A potem roześmiał się w duchu, po części z własnej niedomyślności. Amelia. Oczywiście, że słuchał się jej porad. Odkąd u niej zamieszkał, słuchał wszystkiego, co miała do powiedzenia. Spijał każde jej słowo.
— Episkey! — zawołał James w chwili nieuwagi, celnie trafiając końcem różdżki w jego połamane żebro.
Syknął pod nosem, wykrzywił się z bólu i w końcu poczuł ulgę. Zaklęcie podziałało natychmiast — zsiniała wypukłość, która jeszcze przed momentem zdobiła jego tors, zrównała się z poziomem klatki piersiowej i wygładziła, znikając bez śladu.
— Dzięki — odetchnął, i zgarnąwszy z plecaka koszulę i spodnie, skierował się do łazienki. — Powiadomisz Remusa, że misja się udała? — zapytał, obróciwszy się jeszcze na sekundę w drzwiach.
— Jasne — przytaknął James, gmerając w swoim plecaku za lusterkiem dwukierunkowym. — Luniek, jesteś tam?
Zamknąwszy się w łazience, Syriusz przysiadł na brzegu wanny i skierował koniec różdżki na obdarte kolana.
I choć wcale nie miał intencji podsłuchiwać, to... Właśnie to robił. Czuł podskórnie, że Remus od razu podzieli się wieścią z rozeznania Amelii i Franka.
— Jestem! — Za ścianą rozbrzmiał stłumiony głos Remusa. — I jak, udało wam się poskromić smoka?
— Pewnie, misja wykonana — odpowiedział James. — Trochę było z tym zachodu, nie powiem! Nie uwierzysz, ale...
Syriusz nie mógł powstrzymać cichego parsknięcia. Kochał Jamesa — kochał go jak brata i najbliższą w życiu osobę, nie mógł jednak ignorować skali rozmiaru jego ego i wiążącego się z nim głodu pochwały, którą przez wszystkie szkolne lata on, Remus i Peter zmuszeni byli zaspokajać.
— Słuchaj, jest tam Syriusz koło ciebie? — przerwał mu Remus wpół zdania.
Syriusz skamieniał w niewygodnej pozie z łydką wspartą o udo.
— Bierze prysznic. Stało się coś? — zaniepokoił się James.
— Amelia i Frank nie wrócili z rozeznania. Moody wysłał parę osób z Zakonu na przeszpiegi. Podobno Kingsley i bliźniacy obeszli tę kryjówkę już kilka razy i nadal nikogo nie znaleźli...
W jednej chwili pociemniało mu przed oczami — nawet nie odnotował momentu, w którym osunął się wzdłuż wanny. Krew zapulsowała mu w skroniach.
— Niedobrze... — Przez ścianę Syriusz wychwycił obecność jeszcze kilku słów ni to przypominających odpowiedź, ni to przekleństwa. — Na razie nie będę mu tego mówił, nasz świstoklik do Anglii aktywuje się dopiero za...
Dalej już nawet nie słuchał — wtargnął szybko pod prysznic, nie bacząc, że wciąż miał na sobie szorty, i odkręcił kurek z zimną wodą.
Ich świstoklik aktywował się dopiero za godzinę.
Pełną, zegarową godzinę.
Dwie minuty lodowatego prysznica ciągnęły mu się przez wieczność — jak zatem miał wytrzymać całą godzinę, nie wiedział.
W pośpiechu zakręcił wodę, wciągnął na siebie suche ubranie i wypadł z łazienki.
— Co jest grane? — zagaił, starając się wyglądać i brzmieć swobodnie, co nie do końca się powiodło, bo James przyjrzał mu się tak wnikliwie, jakby już go przejrzał.
— A nic takiego — odpowiedział wymijająco i wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu. — Gadam właśnie z Luniem. — Obrócił ku niemu lusterko z odbiciem machającego mu Remusa.
— Nie bujaj mi tu, Rogaś, widzę, że coś jest nie tak.
James wymienił gorączkowe spojrzenie z odbiciem Remusa.
— Amelia i Frank nie wrócili z rozeznania — wychrypiał Remus grobowo.
— Szlag — zaklął Syriusz. Wiedział o tym, wiedział od dobrych paru minut, a i tak sama treść tego komunikatu zapiekła go w gardło, jakby usłyszał go raz pierwszy. — Gdzie jest ta kryjówka? Trzeba tam iść, coś im się mogło stać...
— Syriuszu, nasz świstoklik będzie aktywny dopiero za godzinę — argumentował James.
— Naprawdę nie obchodzi mnie nasz świstoklik — charknął, przejeżdżając kłykciami zaciśniętej pięści po framudze drzwi. — Na pewno Câştig ma jakiegoś awaryjnego, można by go poprosić o...
— Zakon ich szuka, na pewno sobie poradzą — uciął stanowczo Remus. — Na razie nie możemy nic zrobić. Świstokliki o nieznanym pochodzeniu prawie zawsze mają nałożony radar z Ministerstwa, a i tak wasza obecność w niczym by nie pomogła.
Argument Remusa przemawiał do niego z całą mocą — jego natychmiastowa prezencja niewiele by wniosła w poszukiwania. Syriusz znał to doskonale, nauczony doświadczeniem poprzednich misji, gdy niewdrożony ochotnik mieszał się w sprawę, w którą Zakon zaangażował się już kilka godzin wcześniej. Więcej tłumaczenia niż pożytku.
Każde słowo obracał w myślach kilka razy przed wypowiedzeniem go na głos.
— Dobra, poczekam — zaryzykował. — Bones to mała spryciula, na pewno da sobie radę.
James i Remus odetchnęli z ulgą.
Wykończona Amelia wróciła do mieszkania, i podążywszy do sypialni, rzuciła się twarzą na łóżko. Głowa pękała jej od nadmiaru wrażeń — Frank na rozeznaniu kryjówki Traversa odkrył ślady prowadzące do niewielkiej szopy położonej milę dalej, w której akurat rozpoczęło się spotkanie śmierciożerców. Cały obszar w promieniu kilkunastu jardów obłożony był zaklęciami, ale przeczekali do końca zgromadzenia i zabezpieczyli teren, przez co wrócili do Wrzeszczącej Chaty godzinę lub dwie po ustalonym czasie. Amelia nie potrafiła podać konkretnego przedziału — towarzystwo Franka okazało się do tego stopnia przyjemne, że w pewnym momencie zupełnie straciła rachubę, a i Frank zdawał się dobrze bawić przy jej perypetiach z Syriuszem, którymi, pominąwszy co prywatniejsze szczegóły, podzieliła się w zamian za obfitującą w szczegóły historię związku z Alicją. Gdy zaszli już do kwatery głównej — powolnym krokiem i nie spiesząc się, bo Frank nie skończył jeszcze opowieści o wyborze idealnego pierścionka zaręczynowego — okazało się, że Moody zdążył zorganizować i wysłać całą akcję ratowniczą, za którą oberwali ochrzanem stulecia.
Wyciągnęła się z lubością na łóżku i przymknęła powieki, chłonąc ciszę, którą nieoczekiwanie przerwał cichy trzask dobiegający z salonu. Czyjeś kroki potoczyły się po podłodze.
Jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu na myśl, że w całym swoim przeklętym roztargnieniu, nie pamiętała, czy zabezpieczyła dokładnie mieszkanie. Od jej powrotu z rozeznania minęła już prawie godzina, ale śmierciożercy mogli się zaczaić i poczekać na odpowiedni moment... Krew odpłynęła jej z twarzy. Zerwała się na równe nogi i przykleiła do ściany sypialni; ręce drżały jej tak bardzo, że bała się, że zaraz wypuści z nich różdżkę.
— Amelia?
Na dźwięk znajomego głosu, odetchnęła z ulgą i wyłoniła się z korytarza. Syriusz stał hardo pośrodku salonu — milczący i cholernie przystojny; nawet w nikłym świetle księżyca sączącym się przez niestarannie zasłonięte okiennice mogła dostrzec, że jego zwykle blada twarz była muśnięta słońcem, a ciemne włosy jeszcze bardziej zmierzwione niż zwykle.
— Syriusz — zachrypiała bezbarwnie, czując, jak pozostała część zdania grzęźnie jej w ściśniętym gardle.
Syriusz jednym, zwinnym susem doskoczył do niej i przyciągnął do siebie tak, że stracili równowagę i wpadli na pobliską kanapę — ona wtopiona między poduszki, on górujący nad nią, przyciskający do oparcia; rozpalony, płonący, buchający żarem jak rozgrzany węgiel polany chłodną wodą.
— Nigdy więcej tak nie rób.
Wzrok Syriusza przeszywał ją na wskroś — sama nie wiedziała, czy w jego oczach czaił się ogień, lód, czy ogień i lód równocześnie. Przemknęła niecierpliwym spojrzeniem po jego twarzy i sylwetce; tak bardzo za nim tęskniła, że ani myślała tłumaczyć się teraz ze szczegółów jej rozeznania z Frankiem, zresztą Syriusz nie wyglądał, jakby go to specjalnie interesowało, gdy tak trwał w napięciu i zawieszeniu, obejmując ją kurczowo w pasie, łapiąc chaotyczne wdechy, owiewając twarz tym jedynym, unikalnym zapachem, który uderzał jej do głowy jak najlepszy szampan...
— Martwiłem się o ciebie.
— Naprawdę? — szepnęła zaskoczona.
— Cholernie bardzo.
Syriusz bez zastanowienia odszukał jej usta i złączył je w mocnym, szorstkim pocałunku — zupełnie niepodobnym do tego sprzed ponad tygodnia, który stanowił wypadkową dużej ilości alkoholu i chwilowego zapomnienia. Ten pocałunek był inny pod każdym względem i Amelia mogła z całą pewnością stwierdzić, że całował ją w sposób, w jaki pragnął już od bardzo dawna.
Nie przyznałaby się do tego nawet sama przed sobą, ale cały ostatni tydzień marzyła, żeby to zrobił, nawet jeśli uważała to za niewłaściwe, nieprzyszłościowe i koszmarnie mieszające w jej idealnie poukładanej głowie. Fakt, że cała ich znajomość przedstawiała się tak bardzo niejasno, a przyjacielskie relacje były nieustannie sabotowane przez spontaniczne, w zamyśle nic nieznaczące pocałunki, tylko bardziej ją do niego przyciągał.
Syriusz wplótł jedną dłoń w jej włosy, drugą wślizgnął pod bluzkę. Westchnęła cicho, odpowiadając tym samym dotykiem — odgarnęła mu lepkie kosmyki włosów z czoła, prześledziła zarys mięśni pod koszulką, którą zaraz później zdjęła i rzuciła za kanapę. Upojona pożądaniem, uzmysłowiła sobie, że nie jest w stanie przerwać tej chwili, a zdecydowane ruchy Syriusza wcale nie zachęcały do wycofania się z ich gwałtownie eskalującej plątaniny nieprzyzwoitych gestów i westchnień.
Amelia nie odnotowała momentu, w którym została pozbawiona niemal wszystkich części garderoby; uświadomiwszy sobie jednak, że za nic w świecie nie chciałaby już odwrócić tego biegu wydarzeń, wyswobodziła się z jego objęć i chwyciła za dłonie.
— Nie wycofujmy się teraz — szepnął, gdy tylko podniosła się z kanapy.
W odpowiedzi uśmiechnęła się lekko i bez słowa pociągnęła go w kierunku sypialni. Być może była to jedynie ciekawa gra świateł w pogrążonym w półmroku pokoju, ale przez moment zdawało jej się, że oczy Syriusza zalśniły jak srebrne aureole — jaśniejsze i szczęśliwsze niż cokolwiek, co w życiu widziała. Brała też pod uwagę możliwość, że jego spojrzenie mogło jedynie przybrać formę lustrzanego odbicia jej własnych, odurzonych namiętnością oczu. Amelia nie poddawała tego zbyt długiej analizie — tak bardzo chciała obsypywać go pocałunkami i szeptać do ucha słowa, których nigdy nie ośmieliłaby się wypowiedzieć na głos, że wszystko inne zatracało w niej sens i znaczenie.
Zanim pchnęła go w pościel, nakrywając własnym ciałem, zdążyła tylko zauważyć, że zgarnął z salonu jej różdżkę. Wyciągnęła mu ją z ręki i odłożyła na bok, zastanawiając się, po co ją w ogóle zabrał, a potem opuściła tę myśl, bo już przeszła do całowania każdego skrawka cienkiej skóry na szyi, która musiała być dla Syriusza równie wrażliwym miejscem, co dla niej, bo zaczął oddychać inaczej, głębiej i chaotyczniej. Czuła jego gorący oddech na swoim policzku.
A potem inicjatywa przeszła w ręce Syriusza, które ślizgały się po niej, rozciągając koronkę bielizny, w usta, które zawzięcie rozchylały jej własne, w tors, którego ciężar na niej sprawiał jej tyle przyjemności. W głowie ćmiła jej łagodna sugestia, by powiedzieć mu, że go lubi, lubi tak bardzo, że chyba jest zakochana, a przynajmniej tak czuje, gdy robi z nią wszystkie te odciągające od zmysłów rzeczy, ale ostatecznie zepchnęła ją na dno świadomości, bo Syriusz odchylił się i utkwił w niej zamglone spojrzenie.
— Nie bierzesz eliksiru, prawda? — wymruczał półszeptem. Amelia potrzebowała chwili, by zorientować się, jaki eliksir miał na myśli.
Serce zabiło jej mocniej w piersi, gdy potrząsała głową, myśląc gorączkowo nad jakąkolwiek metodą antykoncepcji, która nie wymagałaby zbyt wiele czasu i najlepiej wychodzenia poza obręb łóżka.
— Tak przypuszczałem — uśmiechnął się lekko i sięgnął dłonią po różdżkę, którą, jak teraz sobie uświadomiła, nie bez powodu zabrał z salonu. — Rzucisz zaklęcie?
Na te słowa w głowie Amelii niefortunnie zbiegły się trzy kryzysowe dźwięki: zdrowe łupnięcie o czaszkę, trzask pękającej śmiałości i opad bladego strachu.
Nie znała tego zaklęcia. Nigdy nie miała okazji go wypróbować, zresztą podobnie jak i eliksiru. Syriusz był jej pierwszym mężczyzną w niemal każdym tego słowa znaczeniu, co dla niej stanowiło irracjonalnie dużą wartość, ponieważ za „byciem pierwszym" kryło się coś unikalnego i znamiennego.
Syriusz był jej pierwszym zauroczeniem, pierwszym pocałunkiem — bo słodkie buziaki z rok młodszym Harveyem Wiley za regałem szkolnej biblioteki bladły na samo wspomnienie sytuacji z alejki — i w końcu pierwszym mężczyzną, którego pragnęła każdą cząstką swojego ciała, pierwszym, któremu oddałaby całą siebie, pozwalając na wszystko, o co tylko by ją poprosił. Amelia zdawała sobie sprawę, że zanim pójdą o krok dalej, powinna go o tym stanie rzeczy poinformować, ale — będąc zupełnie szczerą — wolałaby tej konieczności uniknąć. Taki komunikat równał się otwartemu wyznaniu, że cała ich skomplikowana relacja znaczyła dla niej coś więcej, że Syriusz był kimś więcej niż tylko pociągającym współlokatorem, z którym miała ochotę pójść do łóżka. Nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo przez ostatni miesiąc stał się dla niej ważny i wyjątkowy, bo nie miała żadnej pewności, że on czuł to samo w stosunku do niej.
Syriusz zerknął na nią wyczekująco, na co przełknęła głośno ślinę i uciekła wzrokiem w pościel.
— Nie znam formuły — wychrypiała z zamiarem, by do tej odpowiedzi dorzucić jeszcze niewzruszone „nie pamiętam". Te słowa jednak nie opuściły jej ust, bo oczy Syriusza zmieniły wyraz ze zdezorientowanych na w pełni pojmujące cały niewerbalny przekaz, który tak starała się przed nim ukryć.
— Amelia — mruknął rozbrajająco niskim tonem w skórę za płatkiem jej ucha. — Czy to jest twój pierwszy raz?
Dłuższe udawanie nie miało sensu — nie pozostało jej nic innego, jak kiwnąć z zakłopotaniem głową. Na moment spłonęła tak intensywnie, że prawie stopiła się z rozpalonym ciałem Syriusza, który uśmiechnął się, jakby usłyszał od niej bardzo miły i pochlebiający komplement.
— Mogłaś od razu powiedzieć — westchnął miękko. Jego dotyk stał się łagodniejszy i o wiele czulszy niż jeszcze kwadrans temu, gdy dosłownie zrywali z siebie ubrania na kanapie. — Zacząłbym inaczej.
— Ale nie chcę — stęknęła, bo Syriusz zdawał się cofnąć do początku, bardzo niewinnie całując ją w usta i niemal wywołując falę łaskotek, gdy ujął opuszkami talię. Amelia poczuła jeszcze nieodpartą chęć, by zapytać: — A ty jak dużo razy...
— Kilka — odszepnął tylko, odrywając się od jej szyi, by znowu zajrzeć w oczy. — Ale nigdy się nie angażowałem.
Czy w domyśle można było uznać, że angażował się teraz?
— A teraz? — zdobyła się na odwagę zapytać, chociaż zdawała sobie sprawę, że jego odpowiedź w takich okolicznościach mogłaby być jedynie odpowiedzią, którą gorąco oczekiwała usłyszeć.
— Teraz bardzo — wyznał, a słowa te spłynęły prosto do jej serca, bo Syriusz wydawał się w nich obezwładniająco szczery, autentyczny, a nawet przeszyty czymś na kształt dyskomfortu lub skrępowania, że wypowiedział je na głos.
Amelia nie potrzebowała niczego więcej — jedynie zamknęła oczy i dała się mu poprowadzić: dopasować do ciała, dostosować do rytmu. Straciła kontrolę nad drżeniem serca, nie panowała nad częstością oddechu i szeptanymi głoskami urwanych w połowie słów. Nie myślała. Tonęła w dotyku Syriusza, pozwoliła łamiącym się w jej ustach westchnieniom wypełnić ściany sypialni i zgasnąć w zagłębieniu jego szyi.
Świat mógłby skończyć się dla niej teraz albo kilka momentów później, gdy leżała w objęciach ramion zasypiającego Łapy. Nie protestowałaby, nie podniosłaby się nawet z łóżka, by wyjrzeć przez okno na dokonującą się apokalipsę, bo żal byłoby jej go budzić. Zanim na dobre zasnął, oplotła go ciaśniej w pasie i zanurzyła nos we wcięciu mostka. Jego skóra łączyła się z jej własnym zapachem w odurzającą mieszankę pasji i namiętności, która panoszyła się zewsząd, zawieszona gęsto w powietrzu jej sypialni.
