Amelia w brawurowym tempie przemierzała znajome korytarze, mknęła po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz, w ponadludzkim wysiłku wymijała stające jej na drodze przeszkody — chmary włóczących się bez celu uczniów, pałętające się pod stopami koty i szczury, rechoczące szyderczo ropuchy wyłażące popołudniową porą na żer przy jeziorze — nic nie mogło jej zatrzymać, co najwyżej spowolnić pęd wariackiego biegu, którego w życiu nie rozwinęłaby do tak imponującej prędkości, gdyby nie fakt, że po dzisiejszych ekscesach w Ministerstwie dosłownie wrzała z rozpaczy. Hogwart, zwyczajowo emanujący jedynym w swoim rodzaju urokiem, jeszcze nigdy nie był jej tak obojętny, jak dzisiaj.
Zatrzymała się dopiero przed kamiennym gargulcem na siódmym piętrze, zionąc z nozdrzy obłokami siwej pary jak po zjedzeniu całej paczki pieprznych diabełków na raz. Resztką sił wyłowiła z odmętów pamięci hasła, które Moody regularnie zdradzał Huncwotom w razie tarapatów, i złapała się za skronie.
Nugatowe ryjówki? Limonkowe rzekotki? Trzmiele w syropie?
A może...
— Orzechogryzki.
Nie mogła uwierzyć we własne szczęście, gdy gargulec gwałtownie odskoczył, ukazując jej kręty tunel pnących się bez końca schodów.
— Profesorze — wysapała, gdy wdrapawszy się do gabinetu, dojrzała pogodną twarz dyrektora skrytą w cieniu Proroka, który, jak sądziła, w jutrzejszym wydaniu eksploduje mu w rękach od nadmiaru krzykliwych nagłówków o karygodnej nielojalności aurorów wobec władz Ministerstwa. — Jest źle, tak bardzo źle, ja nie mogłam nic zrobić...
Pogodny wyraz twarzy Albusa zniknął bezpowrotnie, gdy dostrzegł przed sobą całą zrozpaczoną postać charczącej w bezdechu Amelii.
— Co się stało, Amelio? — Dumbledore wyrwał się niespokojnie z miejsca i okrążył biurko. Jego oczy przepełniała troska.
— Ja... — jęknęła, chowając twarz w złączonych dłoniach. — Zrobiłam coś okropnego...
— Usiądź, proszę. — Gestem dłoni wskazał jej fotel, a sam wsparł się o biurko.
Przysiadła na skraju przypominającego tron fotela i przymknęła oczy, czując, że rozgrzane powieki puchną jej od nadmiaru łez.
— Wydałam Ministerstwu Zakon — wystękała, czując, że dalsze słowa ugrzęzły jej w cieśni zwężonego płaczem gardła. Nie była w stanie nic więcej z siebie wydusić.
Szata Dumbledore'a zafalowała na wysokości piersi, mieniąc się cieniami przygaszonego złota rzucanymi przez lewitujące nad biurkiem świece.
— Crouch wie o Zakonie? — dopytał, na co skinęła głową. — Co ci kazali zrobić?
— Napisać zbiorowy raport o wszystkich jego członkach — wyszlochała przez zaciśnięte zęby. Po rozpalonych policzkach spłynęły jej łzy wielkości ziaren grochu.
— Czy wśród tych osób byłem też ja?
— Nie.
— Tak myślałem. — Sędziwą twarz Dumbledore'a rozświetlił chełpliwy błysk satysfakcji. — Crouch zapewne sprawdził mnie osobiście.
Osłupiała, wpatrując się w dyrektora, z którego ust nie schodził triumfalny uśmiech.
— Będą kłopoty z aurorami. Alastor najprawdopodobniej straci pracę — orzekł rzeczowo.
Jęknęła z wykrzywionymi boleśnie wargami, które dygotały tak niekontrolowanie, jakby do reszty straciła nad nimi panowanie — choć spojrzawszy przelotnie na swoje kolana, osuwające się z fotela jak potraktowane klątwą galaretowatych nóg, mogła śmiało wysnuć wniosek, że wstrząsana konwulsyjnym szlochem, nie panowała nad sobą w ogóle.
— Ale to nie jest twoja wina, Amelio. Można było przewidzieć, że prędzej czy później Ministerstwo nas wytropi. I tak im to znacznie utrudniłaś.
— Nie tylko Moody straci pracę — wychrypiała, ocierając załzawioną twarz rękawem urzędniczej szaty. — Na pewno też Remus, Frank, Alicja, James... I cała reszta...
— Nie sądzę, by w obecnych czasach Ministerstwu sprzyjało dokonywanie aż takich czystek wśród aurorów — odpowiedział Dumbledore tonem, który sprawił, że poczuła się jak skarcone dziecko. — Najważniejsze, że zachowałaś spokój i napisałaś raport, którego od ciebie oczekiwali. To dla nich najlepsze potwierdzenie, że jesteś lojalna wobec Ministerstwa i nie spiskujesz za ich plecami.
Skinęła głową, nieco podniesiona na duchu, choć wciąż nie do końca przekonana. Na najbliższym spotkaniu we Wrzeszczącej Chacie każdy będzie wiedział, że to ona wysypała informacje o Zakonie, każdy, komu nie wytłumaczy osobiście, że naprawdę została postawiona w sytuacji bez wyjścia, uzna ją za służbistkę wolącą zdradzić kilka słów za dużo niż stracić posadę w urzędzie. Mniej przychylne jej osoby uczepią się tezy, że przedłożyła własne dobro ponad Zakon, w co sama już chyba zaczynała wierzyć — zupełnie bezpodstawnie, bo przecież autentycznie wyczuła, że w momencie zlecenia raportów Ogden i Crouch już o wszystkim wiedzieli.
— Porozmawiam na ten temat z Alastorem — orzekł Dumbledore, wyrywając ją ze szponów zdecydowanie zbyt paranoicznych myśli, w której James i Remus odwracali się do niej plecami, a Syriusz zawijał plecak i na zawsze znikał z mieszkania. — I przygotuję go na ewentualną rozmowę z Wizengamotem.
— A co, jeśli Crouch zwolni każdego aurora, który był zaangażowany w pracę dla Zakonu?
— To nic, Amelio — odpowiedział łagodnie. — Zapewniam cię, że nawet gdyby tak postąpił, zaraz tego pożałuje i przywróci ich z powrotem. Poza tym Kingsley i Elfias z pewnością pozostaną w Ministerstwie, bo na każdej akcji posługiwali się nierejestrowanymi różdżkami.
Skinęła głową, otrząsając się z natłoku bzdurnych wizji, w których wciąż widziała siebie pod ostrzałem nienawistnych spojrzeń rzucanych przez rozgniewanych członków Zakonu w chwili, gdy uzmysłowią sobie skalę rozpętanego przez nią piekła. Dumbledore z pewnością się za nią wstawi, Moody i Kingsley w lot pojmą okoliczności jej zdrady. Syriusz również okaże wsparcie i zrozumie nierozwiązywalność tej sytuacji, zważywszy na łączącą ich relację i sympatię, którą ostatnimi czasy coraz śmielej ją obdarzał.
— Profesorze — bąknęła, przypominając sobie nagle o jeszcze jednej sprawie, nurtującej ją głównie ze względu na Syriusza. — Wiem o rogu dwurożca.
Dumbledore przyjrzał się jej ciekawie znad cienkich oprawek okularów-połówek.
— Pewnie Syriusz ci powiedział? — dopytał, z trudem powstrzymując wesołkowaty uśmiech. — Ostatnio dobrze się dogadujecie, prawda?
— Akurat nie Syriusz — zmieszała się, świadomie ignorując istnienie drugiego pytania.
Skąd, u licha, wszyscy wiedzieli, że coś między nimi było?
— Chodzi o to, że odnalazłam, w jaki sposób można zniszczyć ten róg. Podzieliłam się tą wiedzą z Syriuszem i on... — Wyłamała palce, aż kości strzyknęły jej w stawach. — Pojechał po niego do Rumunii.
— Cóż, Syriusz bywa nieroztropny — skwitował Dumbledore, a jego ton na powrót stał się suchy i karcący. — Ale ty, Amelio, jako głos rozsądku, mogłaś mnie o tym uprzedzić.
Wrząca w żyłach krew buchnęła jej prosto w twarz rosnącym zakłopotaniem.
— Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw — wyjaśniła, wbijając wzrok w zmarszczony szpic tiary przydziału, która z nieznanego Amelii powodu przypatrywała się jej jak żywemu obiektowi fascynacji. — Syriusz wybrał się tam bardzo niespodziewanie.
— Rozumiem. A zatem, co udało ci się znaleźć na temat zniszczenia rogu?
— Żeby go zniszczyć, trzeba otworzyć portal w płomieniu szatańskiej pożogi.
— I gdzie odnalazłaś taką informację? — Dumbledore wplótł palce w brodę i przeczesał ją kilkoma posuwistymi ruchami.
— W Rytuałach Cieni. Zna pan tę książkę?
Dumbledore zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem.
— Nie do końca. Jesteś pewna, że jest to wiarygodne źródło informacji?
— Tak — potwierdziła śmiało. — Udało nam się, to znaczy mnie i Syriuszowi, za jej pomocą zdemaskować wykaz Rowle'a i zafałszować rejestr Regulusa. Poza tym Syriusz ciągle jej używał, gdy pracował jeszcze dla Banku Gringotta.
— Czyli jest to rodzaj czarnomagicznego podręcznika?
Skinęła głową, niespecjalnie dumna i zdecydowanie mająca na uwadze, że zakonnej działalności przede wszystkim przewodził cel zwalczania czarnej magii, a nie przekuwania jej mocy dla osiągnięcia osobistych korzyści.
— Cóż, mam nadzieję, że wiesz, że igranie z czarną magią często niesie za sobą fatalne skutki?
— Wiem, ale chcemy zaryzykować. — Poprawiła się w fotelu i napięła sztywno linię ramion. — Albo przynajmniej spróbować. Poćwiczymy panowanie nad szatańską pożogą, doczytamy o panowaniu nad inferiusami i z czyjąś pomocą, może Jamesa lub Remusa, z pewnością nam się uda.
— Otwieranie portalu jest bardzo ryzykowne. — Przyciszony głos Dumbledore'a nie tracił na oschłości. — Nawet jeśli chcesz go otworzyć wyłącznie za pomocą jednego rogu. Nie przeczę, że jesteś bardzo uzdolnioną czarownicą, ale...
— Profesorze — przerwała mu. — Pan wie, jak otworzyć ten portal, prawda?
Tak zuchwale postawione pytanie musiało go zaskoczyć, bo Dumbledore otworzył na moment usta, po czym zamknął je i zamilknął z nieodgadnionym wyrazem twarzy, rozważnie ubierając odpowiedź w słowa.
— Interesowałem się tą wiedzą w młodości — przyznał półszeptem, w którym słychać było nutę zawstydzenia. — Nie jestem z tego dumny, ale tak, domyślam się, jak otworzyć portal i jakiej inkantacji należałoby w tym celu użyć.
Oczy Amelii rozwarły się szeroko z wrażenia. Czyli jej pomysł był możliwy do zrealizowania!
— A gdyby pan nam pomógł go zniszczyć? — podekscytowała się, doznawszy olśnienia wydzierającego z jej ust piskliwy skrzek, na którego dźwięk tiarze przydziału opadł szpic, a czuwające w głębi gabinetu portrety ostentacyjnie zatkały sobie uszy.
— Moim zdaniem najbezpieczniej będzie, jeśli róg dwurożca spocznie na zawsze w skrytce w banku Câştiga — orzekł arbitralnie.
— Ale żadna skrytka nie jest nigdy do końca bezpieczna — polemizowała, spoglądając na niego lśniącymi błagalnie oczami i niejako upodabniając swój wyraz twarzy do syriuszowej miny zbitego psiaka, która, Amelia była przekonana, rozmiękczyłaby nawet najtwardsze serce.
— Zgadza się. — Dumbledore wygiął usta na kształt krzywego uśmiechu. — Ale póki co jest to najlepsze rozwiązanie.
— Ale skoro wiadomo, jak go zniszczyć, to dlaczego by nie spróbować?
Przez dłuższą chwilę Dumbledore nie odzywał się wcale — przyglądał się jej z wahaniem, wywijał palcami młynki, i w końcu, gdy do reszty straciła nadzieję, rozłożył poddańczo ręce.
— No dobrze, Amelio — ustąpił dobrodusznie, wzbudzając w niej poczucie, że na całą tę farsę zgadzał się wyłącznie ze względu na empatię nieopuszczającą go od momentu, w którym wtargnęła do jego gabinetu, cała spocona i w łzach. — Skoro jesteś tak bardzo zdeterminowana, żeby zniszczyć róg dwurożca demonicznego, to ja ci w tym pomogę.
— Naprawdę? — dopytała uradowana, ledwo powstrzymując się przed radosnym zerwaniem się z fotela z okrzykiem radości.
— Naprawdę. Poćwiczcie, proszę, z Syriuszem rzucanie szatańskiej pożogi. — Uśmiechnął się i tym razem Amelia odniosła wrażenie, że każdy cal jego rozpiętych w szerokim uśmiechu ust wyrażał niewymuszoną szczerość. — Ja zajmę się inferiusami.
Następny dzień przyniósł jej powrót do Ministerstwa w nieco lepszym nastroju, który uległ dramatycznemu załamaniu, gdy usiadłszy przy biurku w zatoce, jej uszu dosięgły rozgorączkowane szepty paplających po kątach urzędników:
— Crouch jest wściekły. Słyszałeś, że zawiesił aurorów?
— No ba! Podobno sam Moody wyleciał z Biura. Ciekawe, kto teraz będzie szefem.
— Może Shacklebolt?
— Być może. A kogo jeszcze zawiesili?
— Pottera, Lupina i Longbottoma...
— Nieźle. A do tego szykują się strajki strażników, słyszałeś?
Zaciśnięty w supeł żołądek podjechał jej aż do gardła. Crouch nie miał żadnej litości i to była w głównej mierze jej wina. Może Ministerstwo samodzielnie odkryło Zakon, ale to ona utwierdziła ich w przekonaniu, że się nie mylili — to przez jej urzędniczą posadę i raporty, które własnoręcznie napisała, aurorzy stracili pracę.
Spojrzała z obrzydzeniem na okazałą bryłę ułożonych równo papierów, sterczących wysoko ponad powierzchnię biurka. Dzisiaj musiała brnąć dalej w dyskredytowanie Zakonu — po wczorajszym raporcie Ogden uznał, że jest na tyle zaufaną urzędniczką, że tym razem zlecił jej napisanie szczegółowych sprawozdań o każdej, podejrzanej o nielegalną pracę na rzecz Dumbledore'a osobie.
Kilka godzin później machnęła niechlujną parafkę pod ostatnim sprawozdaniem i deportowała się do mieszkania. Odbezpieczyła zamki i wpadła do środka, niemal natychmiast odskakując w próg, dojrzawszy zarys męskiej sylwetki odcinającej wyraźny kontur w pogrążonej w półmroku kuchni. Natychmiast wysunęła różdżkę z kieszeni i rozświetliła ją na wysokości oczu, drugą ręką usiłując wymacać włącznik światła.
Gdy światło żyrandola spłynęło w głąb mieszkania, nieznajomy cień rozpierzchł się, ujawniając oblicze zesztywniałego na kuchennym krześle Syriusza.
— Wiem, że masz świstoklika kierującego prosto do mojego mieszkania — wysapała, uspokoiwszy nieco oddech — ale nie musisz mnie tak straszyć.
Syriusz podniósł się z krzesła, wyminął kuchenny blat i niespiesznym krokiem zbliżył się, schylając nieznacznie nad jej twarzą. Szare oczy, dotąd zawsze mrugające psotnymi ognikami, zdawały się nienaturalnie ciemne i przygaszone, w skurczonych grymaśnie policzkach Amelia rozpoznała wyraz bezgranicznego zawodu. Momentalnie poczuła ogarniającą ją słabość. W powietrzu nagle zabrakło tlenu.
— Amelia — odezwał się cicho. — James mi powiedział. Jak to się stało?
— Och — zachrypiała, w lot pojmując, że miał na myśli aferę w Ministerstwie. — Ja... nie mogłam nic zrobić.
Syriusz bez słowa przyciągnął ją do siebie i zamknął w mocnym uścisku ramion. Z wdzięcznością wtuliła się w jego tors i przycisnęła twarz do szorstkiego kołnierza skórzanej kurtki. Tak życzliwy i odruchowy gest rozczulił ją do tego stopnia, że dławiący ucisk na powrót rozpalił jej gardło. Zatrzepotała szybko zwilgotniałymi rzęsami, rozpraszając sprzed oczu łzy. Nie chciała się przy nim rozklejać — w zupełności wystarczało jej, że już wczoraj zaliczyła podobną kompromitację przed Dumbledore'em.
— Zabrałeś róg ze skrytki? — zachrypiała, gdy kojąca moc ramion Syriusza odpędziła już nieco jej rozpacz.
— Tak — potwierdził cicho. — Przykro mi, że akurat ciebie to spotkało.
— Mnie też — odszepnęła.
— Z drugiej strony mogliśmy się tego spodziewać — wyznał, a jego głos zdał się jej osobliwie zniekształcony, jakby dobiegał z zepsutego radia — jako że pracujesz w Ministerstwie na takim, a nie innym stanowisku...
Natychmiast wyswobodziła się z jego objęć i zrobiła dwa kroki w tył, odsuwając się na odległość wyciągniętych ramion. Płytka zadra w sercu pogłębiła się i rozwarła jak rozcięta wyjątkowo paskudnym zaklęciem rana.
— Na jakim stanowisku? — obruszyła się. Jej oddech przyspieszył, serce nie nadążało z pompowaniem krwi, gęstej i gorącej jak magma kipiąca z powierzchni krateru. — Jestem asystentką w urzędzie, to fakt, ale co to ma wspólnego?
— No właśnie ma wiele. — Syriusz zrobił pauzę, zacisnął usta i szarpnął zamkiem błyskawicznym kurtki, rozsuwając nerwowo kieszeń, którą zaraz potem zasunął i raz jeszcze rozsunął. — Nie gniewaj się, Amelio, ale te wszystkie sprawozdania, raporty... — Nabrał ze świstem powietrza i opuścił dłoń, gdy zepsuty zamek zerwał się i poturlał z brzękiem po podłodze.
Posłała mu wyczekujące spojrzenie, zachęcając go do dokończenia myśli.
— Chodzi mi o to, że... Tylko nie zrozum mnie źle...
Przechyliła głowę ze zniecierpliwieniem.
— No powiedz.
— Twoja praca ma charakter nieco donosicielski.
Zamurowało ją.
— Ach tak — zachrypiała cicho tonem tak oziębłym, że powietrze między nimi powiało arktyczną zawieruchą. — Czyli mam rozumieć, że jestem donosicielką?
— Wcale tak nie powiedziałem — odpowiedział szorstko. — Po prostu... Ludzie giną, Bones. Fabian i Gideon nie żyją, a ty tak po prostu wydajesz Zakon Ministerstwu. Przez te wszystkie raporty aurorzy zostaną wylani, Zakon padnie na pysk, Voldemort lada chwila zmiecie nas stąd jak pionki z planszy, a ty podchodzisz do tego tak, jakby to było jedyne właściwe postępowanie, bo jesteś ministerialną urzędniczką i musisz robić wszystko, co ci każą.
Słowa te chlasnęły ją jak brzytwa — w moment zaszczypały ją oczy i policzki. Pole widzenia rozmyło się, zlewając kontury ścian i mebli w bezkształną, szarą plamę.
Pobladła z przerażenia twarz Syriusza zdradzała wyraźnie, że dopiero teraz dotarł do niego sens słów, które wypowiedział na głos. Zacięty wyraz szczęk rozluźnił się i zmiękł, oczy zalśniły przepraszająco — nawet wyciągnął dłoń, żeby dotknąć jej ramienia, ale jej urażona duma ani śmiała potraktować go wyrozumiale.
— Nie dotykaj mnie — warknęła, cofając się raptownie.
Zapłonął w niej gniew — gniew zmieszany z wyrzutami sumienia, bo Syriusz nie tyle oskarżył ją o wszystko, co zarzucała sobie nieustannie przez ostatnią dobę, ile wyniósł na światło dzienne prawdę, za którą obwiniała się niemalże całe swoje dorosłe życie. Od samego początku specyfika jej pracy była denuncjatorska — od samego początku donosiła na zwyczajnych cywili, ludzi w żaden sposób niezwiązanych z łamaniem prawa — a fakt, że ten jeden raz udało jej się trafić z Rowle'em, który naprawdę okazał się śmierciożercą, w żaden sposób jej nie wybielał.
— Szlag. — Syriusz zacisnął dłonie w pięści i odwrócił wzrok. — Źle to zabrzmiało...
— Nie — zaprzeczyła tak zimno, że jej własny głos zmroził jej skórę na karku. — Dobrze zrozumiałam, co miałeś na myśli. Trudno cię za to winić. Nie powinnam była w ogóle się łudzić, że ktoś taki, jak ty mógłby kiedykolwiek zrozumieć kogoś takiego, jak ja.
— Nie, Amelia, to nie tak. — Syriusz przejechał dłonią po twarzy i zaklął siarczyście pod nosem.
— Naprawdę? — Uśmiechnęła się delikatnie, jednak w wyrazie jej twarzy nie było niczego, co wskazywałoby, żeby to był miły uśmiech. — Przez ostatni miesiąc nie dopuszczałam do siebie pewnej alarmującej prawdy o tobie, ale już chyba najwyższa pora się z nią zmierzyć. — Ściągnęła do tyłu łopatki i popatrzyła mu prosto w oczy. — Ty mną zwyczajnie gardzisz, Syriuszu, i nie chodzi tu o nic personalnego. Przez cały ten czas ignorowałam fakt, że kryształowy bohater, Syriusz Black, najzwyczajniej w świecie gardzi ludźmi takimi, jak ja. Pracującymi na zwyczajnych, urzędniczych stanowiskach. Zwykłymi, szarymi jednostkami, które czasem po prostu się boją i nie chcą wychylać dla idei samotnego ratowania świata przed złem.
— Mylisz się — odszepnął.
— Oczywiście, że nie — odpowiedziała spokojnie. — I oboje to wiemy. Ty przecież nienawidzisz Ministerstwa i jak najbardziej masz do tego pełne prawo. Ja także w wielu aspektach się z nim nie zgadzam, ale mimo wszystko jestem jego reprezentantką, co stanowi mój główny problem w twoich oczach.
— To nie ma żadnego znaczenia, gdzie pracujesz.
— Ależ oczywiście, że ma — skwitowała gorzko. — Jestem spoza twojej ligi, po prostu. To dlatego nie traktujesz mnie na poważnie.
— Ja cię nie traktuje poważnie?
— Tak. — W ustach czuła porażającą suchość, jakby przez wiele dni nie miała w ustach ani kropli wody. — Jesteś dupkiem, Syriuszu, i przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie.
— Świetnie — syknął ze złością. — Wiesz, Bones, akurat z naszej dwójki, ja traktuję cię poważnie. To ty mnie bez ustanku przyciągasz i odpychasz.
— Tak, z pewnością — sarknęła, nie dając się złapać na tanią zagrywkę z odwracaniem sklątki odwłokiem. — Może jeszcze powiesz, że sprowokowałam każdą sytuację, która się między nami wydarzyła?
— Jasne, że nie — jęknął, rozkładając bezradnie ręce. — Nie wydaje ci się oczywiste dlaczego?
— Ależ wydaje mi się. Bardzo mi się wydaje. — Otaksowała go spojrzeniem z myślą, że gdyby tylko jej oczy zdolne były ciskać gromy, to Syriusz od dobrych kilku minut leżałby znokautowany na dywanie. — Myślę, że znam cię wystarczająco, by wiedzieć, jaki jesteś.
— Nic o mnie nie wiesz — warknął zirytowany i odwrócił się twarzą do okna. — Stygmatyzujesz mnie na podstawie tego, co tylko ci się wydaje, że jest prawdą.
— Może wcale cię nie stygmatyzuję, a ty nie jesteś ofiarą krzywdzących osądów innych ludzi? — Zbliżywszy się o krok, skrzyżowała ramiona na piersi i wbiła pełne furii spojrzenie w jego zgarbione plecy. — Zdobyłeś się kiedyś na taką refleksję nad sobą? Czy tylko potrafisz oceniać?
— Codziennie się nad sobą zastanawiam, Bones.
— To również zastanów się nad swoim zachowaniem, zanim uwikłasz kogoś w romans, w którym ten ktoś wcale nie będzie chciał się znaleźć!
W zwolnionym tempie patrzyła, jak plecy Syriusza prostują się, a on sam odwraca się do niej przodem — jednak tym razem nie dostrzegła w nim choćby śladu poprzedniej złości. Przycisnęła szybko dłoń do ust. Tak zranionych oczu nie widziała jeszcze nigdy.
— W porządku, już mi wystarczy — burknął ponuro. — Zrozumiałem.
Syriusz wyprostował się o kolejnych kilka cali — teraz górował nad nią o pełne dwie głowy, rzucając złowieszczy cień na całą jej trawioną poczuciem winy sylwetkę.
— Wiesz co, Bones? Gdy byłem na misji w Rumunii, dostałem fantastyczną ofertę pracy w banku Câştiga. I zgadnij, co? Bez wahania odmówiłem...
Słowa Syriusza zdawały się jej wyrwanymi z kontekstu hasłami, które za nic w świecie nie chciały złożyć się w logiczne zdania.
— A wiesz, dlaczego odmówiłem? — parsknął kpiącym śmiechem. — Bo pomyślałem wtedy o tobie i o tym, że praktycznie bym cię nie widywał.
Stanęła jak wryta, na przemian otwierając i zamykając usta, lecz ostatecznie nie wydała z siebie najcichszego dźwięku. Na ułamek sekundy pomyślała, że sobie z niej żartował, ale jego śmiertelnie poważna mina podpowiadała jej, że tym razem było zupełnie inaczej.
Czy jemu naprawdę chodziło o to, że...
— Zrezygnowałem z tej oferty dla ciebie — wyznał, akcentując wyraźnie każde słowo. — I teraz cholernie tego żałuję, bo i tak nic dobrego nie wyszłoby z tej relacji. Masz rację, nie powinniśmy byli dopuścić do tego, co się wydarzyło. To jest przede wszystkim moja wina, dlatego obiecuję, że już nigdy więcej nie doprowadzę do żadnej tego typu sytuacji między nami.
Amelia chciała mu powiedzieć tyle rzeczy, ale wszystkie słowa rozpłynęły się jej na końcu splątanego języka. Jedyne, co była w stanie zrobić, to stać bezradnie w miejscu i wlepiać w niego oniemiałe spojrzenie szerokich jak spodki oczu.
— I przepraszam, że wplątałem cię w relację, w której nigdy nie chciałaś się znaleźć.
