Syriusz, nie czekając na odpowiedź Amelii, jednym ruchem różdżki przywołał swój plecak, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł. Nawet się za nią nie obejrzał, nie mówiąc już, żeby wysłuchał, co miała do powiedzenia.
Po mieszkaniu rozległ się huk zamykanych z impetem drzwi. Amelia stanęła nieruchomo, wpatrując się z konsternacją w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Syriusz. Nabrała głęboko powietrza, ledwie powstrzymując spazm płaczu. Uspokoiwszy się nieco, smagnęła różdżką na kuchenną szafkę i wyciągnęła puszkę miłorzębnego suszu i zaparzacz. Czajnik na gazie postawiła z poczuciem, że jeszcze chwila, a zamiast z filiżanką herbaty na kanapie skończy z butelką Ognistej pod stołem.
Na kuchennym blacie odnotowała obecność niewielkiego, prostokątnego pudełka. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak szkatułka, w której dostała swoją pierwszą, zakupioną u Ollivandera różdżkę, o czym upewniły ją wygrawerowane nań złote napisy. Uchyliła wieko i niemal wrzasnęła ze strachu na widok jej zawartości. Na muślinowej szmatce leżał długi, kręty, lśniący na czarno róg. Spojrzała na niego niepewnie — miał idealnie gładką fakturę, głęboki, czarny kolor, ostro zakończony czubek... Wyglądał jak misterna rzeźba. Natychmiast zatrzasnęła wieko pudełka i schowała je głęboko, na samym dnie szafy w sypialni.
Rzuciła się twarzą na łóżko i skuliła w kłębek pod kołdrą. Skoro Syriusz pozostawił jej róg, to oznaczało, że nie miał już dłużej zamiaru uczestniczyć w jego zniszczeniu, a to chyba wskazywało na definitywny koniec ich znajomości. Z jednej strony zranił ją przeokrutnie swoimi oskarżeniami, a z drugiej... Miał rację. Praca, którą zajmowała się w urzędzie, była nieetyczna i w gruncie rzeczy od dłuższego czasu polegała głównie na donoszeniu — nie tylko na szmalcowników i śmierciożerców, ale również, jak się teraz gorzko przekonała, na przyjaciół. Jej serce zakołatało boleśnie o żebra. Nie mogła powstrzymać myśli, że naprawdę zakochała się w Syriuszu, co uświadomiła sobie teraz, gdy wszystko było między nimi skończone.
Nazajutrz rano czuła się w zupełnej rozsypce, ale zebrała się w sobie i aportowała w najbliższym zaułku przy Ministerstwie. Poczuła, że zbiera się jej na wymioty, gdy dostrzegła gmach budynku, do którego zazwyczaj wchodziła z obojętną miną.
Pokręciła głową, odpędzając natłok myśli, i szybkim krokiem przemierzyła ostatnią prostą prowadzącą do zatoki.
Przebywanie w tym miejscu było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę. Wspomnienie wczorajszej kłótni krążyło w jej myślach nieustannie, wypalało znamiona w rozgrzanej skórze palców, którymi przerzucała dzisiejszy stos pergaminów. Może faktycznie powinna napisać wypowiedzenie i odejść?
Nieoczekiwanie nad jej głową pojawił się Kingsley.
— Amelio — szepnął przyciszonym głosem. — O dwunastej jest rozprawa w związku z utworzeniem przez pewne osoby tajnej organizacji pozaministerialnej. — Spojrzał na nią znacząco, a Amelia natychmiast pojęła, że miał na myśli Zakon.
— Jak to rozprawa? — Wybałuszyła na niego oczy. — Było już przesłuchanie w tej sprawie?
Kingsley skinął głową. Minę miał co najmniej posępną.
— Ogden kazał mi przekazać, żebyś się przygotowała.
— Ja też mam w tym uczestniczyć?
— Na to wygląda.
— A ty się wybierasz? — zapytała w nadziei, że nie będzie osamotniona w patrzeniu, jak Wizengamot karze jej przyjaciół za zdradę Ministerstwa.
— Nie — odparł zdawkowo. — Ale wierzę, że coś wymyślisz.
— Ale co...?
— Powodzenia — rzucił przez ramię i oddalił się pospiesznie, pozostawiając ją w niemym szoku.
Wspaniale. Ten dzień nie mógłby być gorszy.
Zdziwiło ją tajemnicze zachowanie Kingsleya, w uszach dudniło zdanie „...wierzę, że coś wymyślisz". Kingsley sprawiał wrażenie, jakby naprawdę wierzył, że mogłaby coś poradzić...
Myśl, Bones, myśl.
Wzdrygnęła się. Po nazwisku mówił do niej tylko Syriusz, a on nie był już dłużej częścią jej życia — a przynajmniej nie w jego fizycznym aspekcie, bo Amelia czuła, że mentalnie wciąż ją prześladował.
Niemal wyskoczyła z krzesła, zdawszy sobie sprawę, że przecież nie raz czytała kodeksy wydane przez Wizengamot. Magiczne prawo nie zabraniało wprost tworzenia organizacji pozaministerialnych, a już tym bardziej nie wspominało o karach gorszych niż grzywna za brak ich rejestracji...
Wybiegła na sam dół do archiwum Wizengamotu.
— Co potrzebujesz, kochaniutka? — zacmokała do niej drobna, siwa babuleńka, której głowa ledwo co wystawała zza okutej stosami papierzysk lady przy samym wejściu.
— Potrzebna mi Karta Praw Wizengamotu — wydyszała Amelia, zatrzymując się gwałtownie przed jej biurkiem, niemal nie zrzucając na posadzkę papierów. — A także Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych.
— Szykuje się rozprawa?
— Mhm — sapnęła na wydechu.
— Ach, słyszałam. Podobno znowu utworzono jakąś nielegalną grupę...
Kobieta podniosła się z miejsca, wycofując w głąb skrytej w niepozornej wnęce za ladą biblioteczki, i po chwili pojawiła się z powrotem przy ladzie z przyciśniętym do piersi naręczem pergaminów.
— Proszę cię bardzo — odezwała się życzliwie, wręczając jej do ręki gruby plik arkuszy.
— Dziękuję! — zakrzyknęła z ulgą Amelia, i wykonawszy niezgrabny piruet wokół własnej osi, pognała najprostszą drogą do zatoki.
Odsapnęła dopiero przy biurku, i przygładziwszy dłońmi zwinięte rolki pergaminu, zlustrowała uważnie każdy akapit długiego na kilka stóp arkusza, dogłębnie zdziwiona, że gdziekolwiek jeszcze sprzedawali woluminy o tak pokaźnej długości.
Przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości oraz przestępstwa wojenne
To nie.
Przestępstwa przeciwko mugolom
Kolejny ślepy traf. O leśna nimfo, dlaczego to musiało być takie długie? I jakby nie mogli stworzyć spisu treści...
Przestępstwa przeciwko Ministerstwu
Dureń!*
Pogrążyła się w lekturze interesującego ją rozdziału, a jej entuzjazm stopniowo gasnął, gdy zbliżywszy się do końca, w dalszym ciągu nie odnalazła ani jednej interesującej ją wzmianki. Spojrzała na najnowsze rozporządzenia Ministerstwa w oparciu o Kartę Praw Wizengamotu i porównała ze sobą oba dokumenty. Tak właściwie nie wydano żadnej nowej decyzji, która wyraźnie precyzowałaby rodzaj kary za utworzenie takiej organizacji jak Zakon Feniksa...
I wtedy przypomniała sobie, że tajemnicza kobieta z archiwum wsunęła jej w dłonie jeszcze jeden wolumin. Natychmiast roztrzepała stertę pergaminów w poszukiwaniu odpowiedniej rolki, ganiąc się w myślach, że wcześniej nawet o niej nie pomyślała.
Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów
Przejechała wzrokiem po spisie rozdziałów, a jej usta same rozchyliły się w promiennym uśmiechu, odnalazłszy zdanie, które tak bardzo życzyła sobie odnaleźć.
Założenie i przynależność do organizacji pozaministerialnej, również niezarejestrowanej, nie jest podstawą do nałożenia sankcji karnej na czarodzieja, charłaka lub magiczne stworzenie.
Nie jest podstawą do nałożenia sankcji karnej... To znaczy, że Minchum nie ma prawa skazać aurorów na Azkaban.
— Piętnasty kwietnia, przesłuchanie dyscyplinarne — zagrzmiał głos ministra Minchuma — w sprawie złamania Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych z 1912 roku i Dekretu o Restrykcjach Wobec Organizacji Pozaministerialnych przez następujące osoby...
Amelia siedziała w dolnym skrzydle eliptycznej sali rozpraw rozświetlonej nikłymi błyskami rozstawionych w półokręgu pochodni. Liche światło rozpraszało wyraźnie najwyższy rząd purpurowych tog i spływało w dół, niknąc w mroku najniższych ław okalających podium. Po prawicy miała Ogdena; ten zawzięcie skrobał piórem o pergamin; przy lewym łokciu czuła trącającego ją nieustannie Moby'ego, świeżo upieczonego asystenta w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów. Wpatrywała się w członków Zakonu, którzy znajdowali się w centralnej części sali, okupując dwie liche ławeczki dostawione specjalnie na poczet rozprawy.
— Zarzuty wobec oskarżonych brzmią następująco: wymienieni oskarżeni, celowo i z rozmysłem dopuścili się stworzenia nielegalnej organizacji pozaministerialnej w celu sabotowania autorytetu Ministerstwa Magii, co stanowi pogwałcenie paragrafu szóstego Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych z 1912 roku, a także paragrafu drugiego Dekretu o Restrykcjach Wobec Organizacji Pozaministerialnych. Proszę o wystąpienie głównego oskarżonego, Alastora Moody'ego.
Moody podniósł się raźnie z ławki i dziarskim krokiem wystąpił na mównicę.
— Ty jesteś Alastor Moody zamieszkały w Aberdeen w Szkocji przy Ashgrove Road West numer czterdzieści dwa?
— Tak. — Moody łypnął na niego groźnie i zacisnął kurczowo dłoń na rzeźbionej rączce swojej nieodłącznej, drewnianej laski.
— Czy oskarżony przyznaje się do członkostwa w nielegalnej organizacji pozaministerialnej?
— Tak.
— Czy oskarżony znał charakter organizacji, do której należał?
— Tak.
— Czy oskarżony przyznaje, że organizacja została stworzona celem sabotowania Ministerstwa Magii?
— Nie.
Minchum otaksował surowo całą postać wyprostowanego dumnie Moody'ego.
— Czy oskarżony zdaje sobie sprawę z konsekwencji związanych ze składaniem fałszywych zeznań przed Wizengamotem?
— Tak.
— A zatem, w imieniu moim i sędziów Wizengamotu, prosimy o przedstawienie charakteru działalności tej organizacji.
— Założycielem tej grupy jestem ja — warknął Moody, prześlizgując twardym spojrzeniem po twarzy każdego sędziego z osobna — i powołałem ją w celu walki ze śmierciożercami.
— Walką ze śmierciożercami zajmują się aurorzy — odezwał się lekceważąco Bartemiusz Crouch. — Nie sądzę, żeby w tej intencji należało tworzyć nielegalne organizacje.
— Jako szef Biura Aurorów poprosiłem moich pracowników o pomoc w walce ze śmierciożercami poza godzinami pracy, bo zagrożenie ze strony Voldemorta jest coraz większe, a stosunek ilości aurorów do śmierciożerców zbyt mały.
Sędziowie zadrżeli na dźwięk imienia, którego nie wolno było wymawiać — a już z pewnością nie na głos na forum Wizengamotu. Zaczęli pomrukiwać i szeptać między sobą, niektórzy wybałuszyli oczy na Moody'ego, inni siedzieli nachmurzeni i kręcili głowami.
— A zatem oskarżony chce powiedzieć — wtrącił się wyniośle Crouch, wznosząc o kilka cali ponad prawe ramię ministra Minchuma — że założył nielegalnie organizację celem sabotowania nie Ministerstwa, acz Biura Aurorów?
— Założyłem ją, żeby wzmożyć siły w poszukiwaniach śmierciożerców. Członkami mojej organizacji nie są wyłącznie aurorzy.
— Mhm — przytaknął powątpiewająco Minchum, gestem dłoni ściągając Croucha w dół. — Bez względu na cel organizacji oskarżony dopuścił się złamania paragrafu szóstego Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych, który zakazuje podejmowania podobnych działalności bez zgody Ministerstwa i prowadzenia takowych bez ich rejestracji...
Moody przyglądał się ministrowi z posępną miną.
— ...A zatem Wizengamot zmuszony jest nałożyć na głównego oskarżonego, Alastora Moody'ego, dwumiesięczną karę pozbawienia wolności za nielegalne stworzenie organizacji pozaministerialnej w opozycji do Biura Aurorów stanowiącego wydział Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Amelia przymknęła ciężko powieki i z całej siły zacisnęła zęby. Dwa miesiące spędzone w Azkabanie same w sobie były przerażające i, co gorsza, zwiastowały brak powrotu Moody'ego na poprzednie stanowisko — magiczne prawo zabraniało pracy w Biurze Aurorów przez osoby karane więzieniem. A to wszystko miałoby się wydarzyć za sprawą jej raportów...
— Panie Ministrze. — Nim zdążyła zorientować się, co robi, jej własny, porażająco donośny głos rozdarł powietrze, wypełniając każdy zakamarek sali. Lawina oceniających spojrzeń posypała się prosto na nią. — W myśl rozdziału osiemnastego Międzynarodowego Kodeksu Czarodziejów nie można nałożyć sankcji karnej na czarodzieja za założenie lub przynależność do organizacji pozaministerialnej, nawet utworzonej nielegalnie.
Echo słów dzwoniących w głębi czaszki Amelii rozbrzmiewało z całą mocą, przedłużając moment triumfu. Głos jej nie zdradził, nie zabarwiło go zwątpienie, drżenie, zupełnie nic, co później mogłaby ze wstydem wspominać lub rozpamiętywać. Nie mogła powstrzymać radości. Oczy Moody'ego iskrzyły dumą.
Minister Minchum zmierzył ją spojrzeniem spod schylonego czoła.
— A pani to kto?
— Amelia Susan Bones — odpowiedziała spokojnie. — Asystentka dyrektora Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów.
— Co ty robisz? — syknął Ogden, ciągnąc ją za poły szaty, ale pozwoliła sobie go zignorować.
— Ach tak... — Minchum przeciągnął każdą głoskę z osobna, jego twarz wyrażała czystą pogardę. — A zatem, panno Bones, z lektury Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych dowiedziałaby się pani, że zarówno założenie, jak i aktywne uczestnictwo w nielegalnej organizacji kwalifikuje do ukarania każdego zamieszanego w nią uczestnika.
— Przestudiowałam go bardzo wnikliwie — odpowiedziała, lekko już zirytowana lekceważącymi spojrzeniami ministra. — Natomiast chciałabym zauważyć, że wspomniany przeze mnie Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów jest dokumentem o większej mocy prawnej niż Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych.
Po sali rozległy się szepty tak gorączkowe, że całą salę spowił szum przyciszonych odgłosów. Amelia zauważyła, że niektórzy sędziowie popatrzyli w jej stronę i pokiwali twierdząco głowami.
— CISZA! — Minchum stuknął młotkiem o biurko. — Proszę usiąść, panno Bones. Wydawane przez Ministerstwo rozporządzenia nie zaprzeczają sobie wzajemnie, a zatem, bazując wyłącznie na podstawie Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych, mam pełne prawo ukarać oskarżonych.
— Istotnie, żadne dokumenty sobie nie zaprzeczają — potwierdziła Amelia. — Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów zakazuje w omawianym przypadku nałożenia sankcji karnej, a Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych nie definiuje jasno rodzaju wymierzanej kary.
Sala rozpraw pogrążyła się w ciszy.
— Ma rację — odezwał się siedzący pięć rzędów wyżej tęgi mężczyzna z gęstym, siwym wąsem. Amelia rozpoznała w nim Tyberiusza Doge'a, jednego z pięćdziesięciu sędziów Wizengamotu. — Jeżeli Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów zabrania w tym przypadku nałożenia sankcji karnej, to oskarżonemu na pewno nie może zostać wymierzona kara pozbawienia wolności.
Usiadła na ławie z triumfalną miną.
— A zatem zgodnie z Kartą Praw Wizengamotu wymierzam głównemu oskarżonemu, Alastorowi Moody'emu, karę w wysokości dwustu galeonów i wymierzam każdemu współuczestnikowi organizacji założonej przez głównego oskarżonego karę w wysokości stu pięćdziesięciu galeonów — oznajmił Minchum. Jego twarz była purpurowa ze złości. — A także zawieszam Alastorowi Moody'emu prawo wykonywania zawodu aurora na okres dwóch miesięcy i zawieszam następującym oskarżonym, Dorcas Meadowes, Beniowi Fenwickowi, Jamesowi Potterowi, Remusowi Lupinowi, Frankowi Longbottomowi i Alicji Fortescue prawo kontynuowania kursu aurorskiego na okres miesiąca.
Zalała ją fala ulgi.
— Niniejszym zamykam posiedzenie rady.
Sędziowie Wizengamotu wstali z ław, rozmawiając i zbierając swoje pergaminy. Amelia spojrzała w kierunku Ogdena, ten uśmiechnął się do niej serdecznie i nachyliwszy się, szepnął:
— Dobra robota, panno Bones. Chyba sobie pani wzięła do serca moją uwagę o karierze w Wizengamocie.
Podziękowała grzecznie, ostatkiem woli powstrzymując się przed radosną przebieżką przez środek sali, zamiast dystyngowanego okrążenia ław wraz z pozostałymi uczestnikami rozprawy.
— Panno Bones. — Usłyszawszy znajomy głos, obróciła się przez ramię, w pełni świadoma, że należał on do samego Tyberiusza Doge'a, jedynego sędzi, który miał odwagę poprzeć ją na rozprawie. — Bardzo dobre wystąpienie.
— Dziękuję, sir. — Posłała mu promienny uśmiech.
— Czy nie rozważała pani pracy w Wizengamocie?
— Kiedyś na pewno — odpowiedziała, podążając za Doge'em do wyjścia.
— A teraz? — zaśmiał się i roztrzepał resztkę włosów na czubku głowy. — Prawdę mówiąc, szukam nowej asystentki, a pani wydała mi się dość bystra.
Amelia wytrzeszczyła na niego oczy. Nie mogła uwierzyć, że za sprawą jednej rozprawy, jej pierwszej w życiu zresztą, ktoś mógłby ją zauważyć i zainteresować się na tyle, żeby zaproponować pracę. I w dodatku Doge należał do czołówki najbardziej poważanych sędziów, był jednym z nielicznych sprawiedliwych i nieskorumpowanych członków Wizengamotu, człowiekiem, który mógłby ją wiele nauczyć, może nawet pomóc rozwinąć skrzydła, które jak pąki wyrastały z niewinnych marzeń o staniu się kimś ważnym i znaczącym dla czarodziejskiej społeczności...
— Ja...
— Oczywiście, proszę to przemyśleć. — Tyberiusz otaksował ją pogodnym spojrzeniem łagodnych, przejrzystych oczu. — Gdyby była pani zainteresowana, proszę zgłosić się do mojego gabinetu. Dębowe drzwi z numerem siedem na parterze.
Doge zniknął za filarem, pozostawiając ją wrytą w podłogę korytarza i z rozdziawionymi ustami.
W kwaterze głównej Zakonu Feniksa pojawiła się na kwadrans przed planowanym zebraniem. Radość i duma nie opuszczały jej od momentu wygranej rozprawy. Pik adrenaliny utrzymał ją na wysokich obrotach, sprawiając, że z łatwością przepłynęła przez dzień wypełniony zwyczajną, ministerialną pracą, później zrobiła zakupy w pobliskim sklepie i nawet przygotowała posiłek nieco bardziej pożywny od makaronu z serem i kanapek z pomidorami. Niesiona szczęściem i rozpierającą energią, przebiegła przez korytarz Wrzeszczącej Chaty — przez dłuższy moment towarzyszył jej wyłącznie szmer jej własnego oddechu i stukot ciężkich kroków, zaczęła się więc zastanawiać, czy wszystko było w porządku. Jej czujność wzrosła, przystanęła więc w miejscu i zaczęła nasłuchiwać. Z wnętrza kwatery nie dobiegł jej ani jeden stłumiony odgłos. Podążyła w kierunku jadalni i zatrzymała się w pół kroku.
Rozwalona nonszalancko na krześle Marlena McKinnon powitała ją szyderczym uśmiechem.
— O proszę. — Marlena skrzyżowała w powietrzu skórzane trapery i spojrzała na nią wyzywająco. — Gwiazda Wizengamotu przyszła.
— Zazdrościsz, Marleno? — Amelia zmierzyła ją surowym spojrzeniem i stanęła w progu.
— Nie — prychnęła. — Dobrze dla ciebie. Trochę się zrehabilitowałaś po tej wtopie z Zakonem.
Lodowate oczy Marleny wkłuły się w nią jak mroźne sople, szpile raniące niemal tak głęboko, jak wypowiadane słowa. Jak daleko sięga nienawiść do osoby, która niczym sobie na nią nie zasłużyła? Amelia nie pamiętała sytuacji, w której kiedykolwiek potraktowała Marlenę źle. W czasach szkolnych nigdy nie wchodziła jej w drogę, nie zabiegała o kontakt, ani razu nie podjęła nawet próby interakcji. Od samego początku miała wobec Marleny czystą kartę, czym więc sobie zasłużyła na takie traktowanie?
— O co ci chodzi? — fuknęła Amelia, przysiadając na krześle najbliżej wejścia. Kątem oka zerknęła na zegar, który tykał cicho na gzymsie kominka. Dziesięć minut do zebrania. W duchu błagała Merlina, żeby ktoś już zakończył tę farsę, nim którakolwiek z nich przeszłaby do rękoczynów.
— O nic. — Marlena okręciła w palcach jasnego loka i zlustrowała ją krytycznym spojrzeniem. — Przyszłaś tutaj sama?
— Jak widać.
Amelia skrzyżowała ramiona na piersi i spuściła wzrok. Czuła podskórnie, w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Żołądek skurczył się jej we wszystkich możliwych płaszczyznach, jakby przeczuwał, jakie pytanie zaraz nastąpi.
— Black już z tobą nie mieszka?
Amelia mogłaby teraz skłamać. Mogłaby jej odpyskować, rzucić w odwecie kąśliwą uwagą, odwrócić ostrzał pytań tak, by skierować ich groty w stronę Marleny, ale nie potrafiła. Za bardzo rozsypała się po rozstaniu z Syriuszem, zbyt mocno bolało ją serce, tak połamane i roztrzaskane jak nie było jeszcze nigdy... Nie umiałaby teraz jak gdyby nigdy nic odpowiedzieć, że Syriusz po prostu dołączy do niej później, zresztą to kłamstwo wyszłoby na jaw w przeciągu najbliższej godziny, gdy Marlena spostrzegłaby już, że nawet ze sobą nie rozmawiają. Nie miała innego wyjścia, jak zbyć ją wymownym milczeniem, które w obecnych okolicznościach mówiło za nią dosłownie wszystko.
— Zgadłam, tak? — Błękitne oczy Marleny rozpaliła dzika, nieokrzesana, zwierzęca wręcz satysfakcja. — Mogłaś się tego po nim spodziewać, naprawdę...
— My nigdy nie byliśmy razem, Marlena.
Twarz Amelii ściągnęła się boleśnie w wyrazie goryczy. Nie chciała tego mówić, ale czy miała jakiekolwiek wyjście, jeżeli za mniej niż dziesięć minut do kwatery wpadnie cała zakonna zgraja wraz z Syriuszem, który pewnie nawet nie będzie chciał na nią spojrzeć?...
Marlena i tak się dowie. To kwestia czasu.
— I nikt nikogo nie rzucił — dopowiedziała cicho, kątem oka dostrzegając, że Marlena wstaje.
— Ale coś między wami było. — McKinnon zbliżyła się do Amelii i okrążyła ją, powoli i ostrożnie, jak drapieżnik obchodzący ofiarę na chwilę przed atakiem.
Amelia wstrzymała oddech i zacisnęła szczęki. Twarz Marleny rozjaśniła się w jadowitym uśmiechu.
— Ktoś tu się chyba zakochał — skwitowała tak obmierzle i podle, że w uszach Amelii zaświszczała siarczysta wiązanka przekleństw. — Żałosna jesteś, naprawdę. Serio myślałaś, że Black mógłby się zaangażować w coś poważnego? Widać było, że macie romans i było wiadome, że tak szybko, jak się rozpoczął, tak szybko się skończy...
— Słuchaj — odparowała rozeźlona Amelia, piorunując Marlenę spojrzeniem rozmytym przez rażąco czerwoną smugę wściekłości, która pojawiła się w jej polu widzenia dosłownie znikąd. — Jak tak ci na nim zależy, to do niego leć, proszę bardzo. Krzyżyk na drogę i życzę szczęścia.
— Ależ ja go nie chcę — parsknęła Marlena. — I nigdy go nie chciałam. Zresztą ani myślę zbierać po tobie ochłapów.
Przez bardzo krótką chwilę Amelia odniosła wrażenie, że Marlena wcale nie kłamała — w wyrazie jej twarzy nie było dosłownie niczego, co wskazywałoby, że naprawdę kochała Syriusza. W końcu prawie zawsze zwracała się do niego z chłodną obojętnością i Amelia często miała poczucie, że typowo syriuszowe zachowania bardziej ją irytują, niż oczarowują. Tylko czasem patrzyła na niego inaczej, otulała jego oczy czymś, co przywodziło na myśl odległe wspomnienie czasów, po których pozostała już tylko świadomość, że najszczęśliwsze momenty życia należą do zamkniętej i dawno zapomnianej przeszłości.
Marlena patrzyła na Syriusza, jakby miłość jej życia zamykała się w jego błyszczących, szarych oczach — poza tym jego osoba nie budziła w niej żadnych głębszych emocji. To było dla Amelii jasne — ale w jaki sposób powinna była połączyć tę zależność z sytuacją Marleny?
— To o co ci chodzi? — wyszeptała skonfundowana Amelia.
— O nic. — Marlena trąciła nóżkę krzesła i wyprostowała się gwałtownie. Burza naelektryzowanych włosów rozwichrzyła się wokół jej głowy jak sztywna, platynowa aureola. — Jesteś idiotką, Bones. Zabujałaś się w beznadziejnym przypadku, który zostawił cię przy pierwszej możliwej okazji i wiesz co? Tak jak mnie to bawi, tak trochę mi cię nawet szkoda.
— Jesteś idiotką, Marleno — odpowiedziała Amelia łagodnie, opierając zaciśnięte pięści na kolanach. — Nie ma w tobie ani trochę klasy czy godności. Wylewasz na mnie żale za swoje niepowodzenia życiowe i wiesz co? — Zwilżyła obficie usta, czując, że z każdym kolejnym słowem jej głos ulega cierpkiej, nosowej chrypie. — Mnie to wcale nie bawi i nie jest mi cię ani trochę szkoda.
— Przestańcie! — wrzasnął ktoś z tyłu na tyle głośno, że Amelia natychmiast zamilkła, a Marlena obróciła się przez ramię.
W progu jadalni stanęła Lily Evans.
— Lily. — Złośliwy wzrok Marleny stopniał znacząco i złagodniał. — To jest sprawa pomiędzy mną a...
— Nie. — Kasztanowe włosy Lily zalśniły ostrzegawczo płomiennym oranżem. — To nie jest wyłącznie wasza sprawa, Marls. Nie możesz obwiniać wszystkich dookoła za to, co się... Za to, że czujesz się nieszczęśliwa. To nie jest jej wina. — Lily przeskoczyła spojrzeniem na Amelię, którą ogarnęło nieodparte poczucie derealizacji, jakby ktoś wrzucił ją w sam środek przedstawienia teatralnego o trudnej do zrozumienia fabule. — Za dwa miesiące biorę ślub. Syriusz już dawno określił się, że idzie tylko z Amelią. — Lily uśmiechnęła się pokrzepiająco, a Amelia poczuła się jak kopnięta w brzuch. Nawet nie wiedziała, że Syriusz miał wobec niej takie plany. Zresztą, nie robiło jej to teraz większej różnicy, bo po wczorajszej kłótni z pewnością były już nieaktualne. — Więc odpuść, proszę, Marls, bo krzywdzisz sama siebie.
Marlena i Lily sięgnęły swoich oczu i wymieniły się znaczącymi spojrzeniami. Amelię dotknęło przeczucie, że dziewczyny związane były tajemnicą, o której ona nie mogła się dowiedzieć. Chyba nawet nie chciała się dowiadywać — w końcu co ją interesowały rozterki życiowe Marleny?
Amelia nie odpowiedziała sobie na to pytanie — drzwi skrzypnęły przeciągle, niemal pękając w zawiasach od chmary uradowanych czarodziejów, jeden po drugim wlewających się do jadalni.
— Bones, dobrze się spisałaś — pochwalił ją Moody od progu i dziarskim krokiem pokuśtykał w jej stronę.
— No co ty, Moody — zaperzył się James. — To było genialne. Gdyby nie nasza Amelia, siedzielibyśmy teraz w Azkabanie.
— To nic takiego — żachnęła się Amelia, obracając się do Moody'ego i Jamesa i odchodząc jak najdalej od Marleny. — Byłam wam to winna, zresztą i tak zostaliście zawieszeni...
— Tylko na dwa miesiące. — Moody wykrzywił spierzchnięte wargi w koślawym półuśmiechu, którego serdeczność nie stanowiła dla Amelii żadnej wątpliwości. — Tak to bym przez ten czas gnił w celi.
— Amelio, od dzisiaj będę śpiewał ci peany pochwalne! — James porwał ją za ręce i okręcił wokół własnej osi.
Zaśmiała się. Rogacz naprawdę był przekochany.
Gdy przez próg jadalni przestąpił Syriusz, niewiele brakowało, by serce wyskoczyło jej z piersi. Odważyła się na niego zerknąć, ale on, wciągnięty w pogawędkę z Remusem, zupełnie jej nie zauważył.
— Słyszałem, że mój brat, Tyberiusz, zaproponował ci pracę. — Po swojej prawej stronie Amelia dojrzała niską, korpulentną postać Elfiasa Doge'a zbliżającą się w jej stronę z gibkością, której w życiu by się po nim nie spodziewała, zważywszy na rozmiar jego brzucha i stopień wygięcia karku, wiecznie ustawionego w głębokim przodopochyleniu. — Bardzo mu zaimponowałaś na tej rozprawie. — Doge zatrzymał się tuż przed nią i pochwycił szybko jej uniesioną dłoń.
Mogłaby przysiąc, że w tym samym momencie Syriusz obrócił się na pięcie i wbił w nią zszokowane spojrzenie.
Porwała zamaszyście podbródek i potrząsnęła dłonią Elfiasa.
— Tak — potwierdziła pewnie i głośno; może nawet odrobinę zbyt pewnie i głośno, niż uznawała za zgodne z zasadami dobrego wychowania, ale ponad wszystko pragnęła być teraz usłyszana nie tylko przez swojego rozmówcę. — W poniedziałek wybieram się do niego na rozmowę.
Elfias skinął głową i złożył usta, najpewniej chcąc coś jeszcze dodać, gdy niosący się po Wrzeszczącej Chacie gwar rozdarł gromki ryk Moody'ego:
— Słuchajcie! Dzisiaj nie będzie typowego zebrania!
Rozmowy natychmiast ucichły, urwane w pół zdania zgasły i nie minął ułamek sekundy, gdy kilkanaście par oczu doszczętnie straciło zainteresowanie pogawędkami, wędrując pospiesznie w stronę Moody'ego.
— Jedyne, co chciałem wam przekazać to to, że Zakon dalej będzie kontynuował swoją działalność — oznajmił uroczyście, mimo że nikt nie spodziewał się, że po wygranej rozprawie sytuacja mogłaby ulec zmianie. — Dumbledore właśnie negocjuje różdżki u Gregorowicza.
— Czy one będą rejestrowane? — zaniepokoił się Frank.
— Tylko jak sobie pójdziesz i zarejestrujesz, Longbottom. — Moody rąbnął drewnianą laską w panele, wzbijając wokół siebie gęste obłoki kurzu tak, że Amelia nie potrafiła wskazać, czy zduszone parsknięcie, jakie z siebie wydobył, było reakcją na słowa Franka, czy zwyczajnym odruchem kaszlu. — No a teraz, z racji tego, że nie trafiłem do Azkabanu, możemy się napić Kremowego Piwa.
*Dureń to okrzyk wykorzystywany w grze karcianej Eksplodujący Dureń w momencie wygranej.
