Amelia cały wieczór unikała Syriusza, a on zdawał się unikać jej. Co jakiś czas łapała się na ukradkowym zerkaniu w jego stronę i za każdym razem żałowała, że nie wzięła ze sobą rogu dwurożca, bo miała ochotę się nim zdzielić za to, że to robi. Syriusz był absolutnie nieporuszony jej obecnością w kwaterze i cały wieczór zachowywał się, jakby nie istniała.

Kremowe Piwo jako wyraz triumfu po dzisiejszej batalii w Ministerstwie w moment spadło z piedestału, ustępując miejsca Ognistej Whisky. Obskurne wnętrze Wrzeszczącej Chaty błyskało barwnymi plamami świateł, wszechobecny kurz wirował od sunących po parkiecie sylwetek. Drżenie ciężkich, gitarowych riffów dało się wyczuć niemal w każdym pomieszczeniu i Amelia mogłaby przysiąc, że gdyby nie zaklęcia wyciszające, słychać byłoby ich w samym Hogwarcie.

— Amelia. — James zbliżył się do niej tanecznym krokiem i wyciągnął jej pustą szklankę z ręki. — Dlaczego się nie bawisz?

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że stoi na uboczu z nieciekawą miną. Wsparta plecami o ścianę, wpatrywała się w Lily i Alicję, które śpiewały wniebogłosy w akompaniamencie mugolskiego magnetofonu, z którego rozbrzmiewała pozbawiona tekstu muzyka. Lily mówiła, że to się nazywa... Karaoke? Jakoś tak. Im więcej osób śpiewało, tym mniej było słychać fałszywe tony, więc dziewczyny co jakiś czas próbowały zaciągnąć kogoś do wspólnej zabawy, w tym także i ją. W normalnych okolicznościach Amelia chętnie by do nich dołączyła, ale tym razem nastrój miała tak ponury, że jedynym, czego pragnęła, było zwinięciem się w precel na łóżku i odnalezieniem zapomnienia w głębokim śnie.

— Och, ja tylko... — zawahała się, skubiąc nerwowo brzeg szaty. — Zamyśliłam się.

— Coś cię trapi, mam rację? — James uśmiechnął się do niej łagodnie i świsnął różdżką nad jej szklanką, napełniając ją Ognistą, która nadleciała ku nim ze stołu.

— Tak — przyznała bez skrupułów, a jej myśli powędrowały w kierunku spraw Zakonu. — James... Trzeba zniszczyć róg dwurożca.

— A, racja. Syriusz go przecież sprowadził z powrotem. Zamierzacie go zniszczyć razem, prawda?

Pokręciła przecząco głową, a kąciki jej ciemnych oczu opadły i posmutniały jeszcze bardziej.

— Na razie na to zadanie piszę się tylko ja i Dumbledore.

James osłupiał z palcami zaciśniętymi na szklance.

— Jak to ty i Dumbledore? — wykrztusił z niedowierzaniem. — A co z Syriuszem?

— Nie wydaje mi się, żeby Syriusz chciał dłużej uczestniczyć w tym zadaniu — wyjaśniła, siląc się na obojętność.

Jego imię jeszcze nigdy nie brzmiało jej tak obco i pusto. Miała wrażenie, że wypowiedziała je ustami pełnymi wody, choć szklanka, którą trzymała w dłoni, wciąż była nietknięta. W duchu marzyła, żeby James o nic więcej już nie dopytywał. Pękłaby, zanim zdołałaby wykrztusić z siebie choć kilka zdań wyjaśnienia.

— Nonsens — parsknął, mierzwiąc jej włosy i najwyraźniej usiłując ją rozweselić, niestety z mizernym skutkiem, bo z każdą chwilą nieznośna gula w gardle paliła ją coraz to bardziej. — Oczywiście, że będzie chciał, przecież wiesz, jaki jest.

Objęła się za brzuch i skuliła głowę, oczy piekły ją z nadmiaru emocji. Zamrugała powiekami, chcąc pozbyć się uporczywego gorąca, ale ono jedynie rozlało się plamami na jej policzkach i szyi.

James natychmiast spoważniał.

— Pokłóciliście się, mam rację? — zapytał delikatnie.

Doczekawszy się wyłącznie jej wymownego milczenia, James westchnął.

— Mogłem się domyślić.

— To nic takiego, James — odparła, zmuszając się do bladego uśmiechu. — My po prostu... Wyjaśniliśmy sobie wszystko.

— Chyba nie do końca, bo jesteś strasznie przygnębiona. — James omiótł spojrzeniem jakiś punkt ponad jej ramieniem i odciągnął na bok, ratując przed chaotycznym, poalkoholowym pląsem Sturgisa i Emmeliny. — A Syriusz od wczoraj chodzi jakoś dziwnie rozdrażniony...

— No coś ty — zaprzeczyła żywiołowo. — Ja jestem wykończona przez to zakichane Ministerstwo... A on raczej nie wygląda na rozdrażnionego. — Kiwnęła dyskretnie głową w stronę Syriusza.

Kątem oka zauważyła, że z drugiego końca sali Black dostrzegł ten gest i nawet przerwał na chwilę partyjkę Eksplodującego Durnia, którą właśnie rozgrywał z Frankiem — jednakże tylko po to, by odwrócić się do nich plecami. Widząc to, James uniósł wysoko brwi.

— Słuchaj, Amelio, porozmawiam z nim. Na razie mieszka u mnie, więc mam duże szanse wyciągnąć od niego to i owo. Oczywiście, jak już trochę ochłonie, bo na razie kręci mi się po chałupie jak tykająca bomba...

— Nie! — syknęła nerwowo. — Masz z nim o tym nie rozmawiać ani tym bardziej nie wspominać mu, że ci się żaliłam!

— Ale dlaczego?

— Bo mam jeszcze resztki honoru, żeby takich spraw nie załatwiać przez pośredników!

— Ale ja jestem wyjątkowym pośrednikiem. — Rozweselony James wyszczerzył zęby i zwyczajowym ruchem roztrzepał sobie włosy na czubku głowy. — Syriusz nie lubi dusić w sobie zbyt wielu emocji, a ja wysłuchuje jego życiowych rozterek od jedenastego roku życia. Jak go dobrze podejdę, to się wszystkiego dowiem, ale najpierw chciałbym poznać twoją wersję.

— James, naprawdę doceniam twoje zaangażowanie, ale wolałabym, żebyś się w to nie mieszał — skłamała. W rzeczywistości bardzo chciała, żeby James się w to wmieszał, może nawet wstąpił w rolę mediatora i załagodził konflikt, którego skutki topiła w drugiej z kolei szklance Ognistej. Ale... Czy było jej to potrzebne? Czy jego mediacja sprawiłaby, że Syriusz by ją pokochał? — Zresztą, między mną a Syriuszem nie ma czego załatwiać, bo wszystko zostało już wyjaśnione.

James poprawił okulary na nosie, ze skupieniem zmrużył powieki i oświadczył:

— Moja intuicja wróżbity podpowiada mi, że nie jesteś ze mną do końca szczera.

— James! — jęknęła Amelia.

— Dobrze, już dobrze. — James położył jej ręce na ramionach i uśmiechnął się szeroko. — Wiesz, ja i Lily też tak za sobą chodziliśmy.

— O nie, ty i Lily to zupełnie inna historia. — Pokręciła głową, pragnąc za wszelką cenę odpędzić to porównanie z myśli. — Moja i Syriusza jest już skończona.

— Mhm — wymamrotał.

Twarz Jamesa rozpromieniła się — oczy zapłonęły figlarnie, uśmiech stał się tak szeroki, że mogła dostrzec cały rząd jego białych zębów.

— Obiecałem Syriuszowi się nie wtrącać — wyjaśnił, dostrzegłszy jej pytające spojrzenie. — Ale nie wiem, jak wy tego nie widzicie... Dla mnie to jest tak oczywiste, jakby mi to ktoś drukowanymi literami napisał.

Amelia zignorowała tę uwagę — nie chciała słuchać żadnych aluzji odnoszących się do rozdziału w jej życiu, który był już bezdyskusyjnie zamknięty.

— To co z tym przeklętym rogiem? — westchnęła, zmieniając temat.

— Z tego, co wiem, Dumbledore ma się zająć inferiusami. Więc nam pozostało...

— Musimy się nauczyć panować nad szatańską pożogą — wtrąciła pospiesznie. — Ja, ty i Remus.

— Rozumiem, że Syriusz nie?

— Odpada.

— Nie wiem, czy będzie chciał przegapić taką okazję.

— Raczej będzie — skwitowała bezdyskusyjnie. — Zostawił mi ten róg w mieszkaniu, więc dla mnie jego przekaz jest jasny.

— U ciebie w mieszkaniu?! — James wytrzeszczył na nią oczy. — Przecież to jest szalenie niebezpieczny artefakt!

— Dlatego musimy to szybko załatwić — mruknęła, przeczesując wzrokiem salon w poszukiwaniu Remusa. Lunatyk odwrócił głowę, jakby poczuł jej wzrok na sobie, po czym przeprosił Franka i skierował się w jej stronę.

— Potrzebujesz czegoś, Amelio? — zaniepokoił się.

— Tak — potwierdziła raźno i uniosła wzrok na Jamesa. — Wiemy, jak można zniszczyć róg dwurożca i trzeba jak najszybciej zabrać się za ćwiczenie rzucania szatańskiej pożogi.

Remus pstryknął palcami w powietrzu.

— Wiem. Syriusz mi mówił — oznajmił. — Dumbledore ma chyba pomóc opanować inferiusy, prawda?

— Jejku — szepnęła, a jej oczy rozwarły się jak spodki. — Jak wy to robicie, że między wami jest tak dobry przepływ informacji?

— Mamy swoje sposoby — zaśmiał się James, na co Amelia przechyliła głowę, zachęcając go do dokończenia myśli. — Lusterka dwukierunkowe.

— Faktycznie — westchnęła, przypominając sobie, że Syriusz ciągle z kimś za jego pomocą rozmawiał. Oczywiście, gdy jeszcze u niej mieszkał... Potrząsnęła głową i dodała szybko: — Musimy ustalić, gdzie możemy poćwiczyć. Macie jakieś pomysły?

Nagle poczuła chłodny powiew na karku, rąbek czyjejś szaty musnął ją w plecy. Drgnęła, zaskoczona, zerkając dyskretnie przez ramię. Syriusz zaszczycił jej plecy urażonym spojrzeniem i pomaszerował prosto na drugi koniec jadalni.

— Polana położona pięć mil za lasem w Little Norton — wymamrotał Remus, świadomie ignorując jej moment dekoncentracji. — Dumbledore wskazał mi to miejsce do moich przemian i mogę zapewnić, że jest całkowicie bezpiecznie.

— Jesteś pewien, że nie spalimy lasu? — zafrapowała się. Nie wątpiła w nich, absolutnie, wiedziała, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby utrzymać płomień w ryzach, tylko czy szatańska pożoga nie stała nieco powyżej ich umiejętności?

— W trzy osoby myślę, że damy radę na tyle kontrolować ogień, żeby nie dopuścić do jego rozprzestrzeniania się — uspokoił ją James. — Amelio, skoro róg jest u ciebie, to żeby nie narażać cię na niebezpieczeństwo, uważam, że powinniśmy zacząć ćwiczyć już jutro.

— Tak, James, masz absolutną rację — zgodziła się. Ręka drżała jej tak bardzo, że lód w szklance podzwaniał o ścianki. Zerknęła na nią przelotnie, dopiero teraz uświadamiając sobie, że wypiła już całą Ognistą. — Dacie radę pojawić się u mnie o ósmej?

James i Remus pokiwali głowami.

— To ja uciekam do siebie — zakomunikowała i zanim którykolwiek z nich zdążyłby ją powstrzymać, wymierzyła zaklęciem w najbliższe krzesło, gdzie leżały jej płaszcz i torebka. — Do zobaczenia jutro.

Pożegnawszy się krótko z pozostałymi we Wrzeszczącej Chacie osobami — oczywiście poza Syriuszem, który nieoczekiwanie gdzieś czmychnął, pospieszyła do korytarza i deportowała się przecznicę od swojego mieszkania.

Przestępując przez próg, miała dziwne przeczucie, że coś było nie tak, a jej obawy potwierdziły się, gdy tylko zapaliła światło w przedpokoju.


— Powiesz mi wreszcie, Łapo, co się dzieje pomiędzy tobą a Amelią? — zapytał James, okręcając w palcach kufel piwa.

Siedzieli przy kuchennym stole w domu Rogacza. Pani Potter spała na górze, skrzatka domowa, Miodka, krzątała się po spiżarni, szukając im czegoś na przegryzkę, a Syriusz chował twarz za kuflem piwa jak małe dziecko, które miało nadzieję, że gdy się za czymś skryje, to zniknie.

Choć nigdy nie posądziłby się o takie pragnienia, Syriusz chciał zniknąć Jamesowi z oczu.

— Rozmawiałem z właścicielem mojego starego mieszkania i chętnie wznowi ze mną umowę. Od jutra wracam do siebie — rzucił Syriusz w pragnieniu zmiany tematu. James był jednak nieugięty i wciąż natarczywie manifestował swoją wścibskość, ciskając w niego gromami wyczekujących spojrzeń. — Rogaś, maltretujesz mnie o to od godziny — westchnął.

— Dobra, ale to jest ważne — skwitował James. — Unikasz tematu, więc coś musi być na rzeczy.

— Swoją drogą, dziwne, że akurat teraz mnie o to wypytujesz. — Syriusz zmarszczył brwi i wychylił swój kufel do dna. — Rozmawiałeś o tym z Bones, mam rację?

— Syriusz, błagam — jęknął James, wywracając oczami. — Dzisiaj w kwaterze słowem się do siebie nie odezwaliście. O co chodzi?

Syriusz wciągnął powietrze przez nos i powoli wypuścił je ustami.

— Pokłóciliśmy się — wyjaśnił zdawkowo.

— O co? — James spojrzał na niego z ukosa i pochylił czoło.

— Palnąłem coś bez zastanowienia i Amelia się wkurzyła.

— Myślałem, że to u was normalne? — Zdziwiony James podrapał się po brodzie.

— Naprawdę palnąłem głupotę i Bones naprawdę się wkurzyła — burknął Syriusz z urazą i wlepił wzrok w ozdobioną kunsztownymi pejzażami ścianę nad głową Jamesa.

— Co takiego jej powiedziałeś?

— Wytknąłem jej, że pracuje na nieco... donosicielskim stanowisku.

James westchnął przeciągle, jakby w wyrazie rezygnacji nad jego głupotą, a Syriusz odwrócił wzrok i uchwycił spojrzeniem godzinę na zegarze. Za cztery północ. Skronie pulsowały mu bólem tak przenikliwym, że czuł się, jakby ktoś mu je miażdżył imadłem.

— Łapo, a co ona miała innego zrobić? — Karcący ton przyjaciela sprawił, że do pulsującej głowy dołączył jeszcze nieznośny ucisk w żołądku. — Wydać dodatkowo siebie?

— Nie wiem — wycedził Syriusz przez zęby. — Nie przemyślałem tego porządnie.

Albo wcale, dodał sobie w myślach, ale nie powiedział na głos, żeby się już bardziej nie pogrążać.

— W porządku — uciął James. Syriusz pomyślał z przekąsem, że czuł się, jakby udzielano mu rozgrzeszenia. — O co jeszcze poszło?

— Powiedziałem jej, że zrezygnowałem dla niej z oferty pracy w banku Câştiga — bąknął pod nosem, ze wzrokiem utkwionym w resztkę piany na dnie kufla. — A ona stwierdziła, że wplątałem ją w relację, w której nigdy nie chciała się znaleźć.

— Aha! — James podskoczył na krześle i klasnął triumfalnie w dłonie. — No nareszcie się czegoś dowiedziałem! Wiesz, Łapo, na co dzień wolę jednak twoją mniej naburmuszoną wersję. Sugeruję więc, żebyś...

Ale Syriusz nie zdołał dowiedzieć się, co sugeruje mu James — nagle po domu rozległ się uporczywy łomot, jakby walenie pięścią o drzwi. Wymienili zaniepokojone spojrzenia, zerwali się z krzeseł i natychmiast doskoczyli w miejsce hałasu.

— James! — huknął nerwowo kobiecy głos. Serce zadrżało mu z niepokoju, gdy rozpoznał w nim głos Amelii. — Otwórz, to ja, Amelia!

James spojrzał na niego pytająco. Syriusz pokiwał głową.

— Amelio, pytanie kontrolne — zawołał James głośno, przykleiwszy ramię do drzwi. — Dlaczego Syriusz nie przyjął oferty pracy w banku Câştiga?

Niewielu rzeczy w życiu Syriusz był pewny jak tego, że spojrzenie, którym właśnie obdarzył Jamesa, zdolne było zabijać. Gdyby ktoś pstryknął mu zdjęcie i wysłał je do Proroka, chyba do końca życia nie wyszedłby z celi. Ba, na pewno nie wyszedłby z celi. Postawiłby o to cały majątek rodowy Blacków — rzecz jasna ten, do którego dostępu nie posiadał, coby w razie pomyłki nie wyjść z tego zbyt stratnym. Nie żeby był mu potrzebny, gdy będzie odsiadywał dożywotni wyrok. I nie żeby te rozważania miały jakikolwiek sens, gdy jedyne, czym się martwił, to czy Amelia była na niego wściekła i skoro tak, to jak bardzo.

Skup się.

— Och... — Amelia zawahała się, zbita z pantałyku. — James, błagam, nie pytaj mnie o tego palanta.

Syriusz westchnął ciężko. W sumie miała rację. Skoro zachował się jak palant i czuł się palantem, to znaczy, że naprawdę był palantem.

— Czy nadal jesteś zła na Syriusza? — zawołał James przez ścianę z diabolicznym uśmiechem, zbywając ręką jego wściekłe grymasy.

— Zła?... — Amelia zamilkła. Coś za drzwiami osunęło się ciężko i zadrapało po podłodze. — Zła to mało powiedziane, James. Jestem wściekła.

— Okej — przytaknął James. Zawód w jego głosie dał Syriuszowi do zrozumienia, że nie tej odpowiedzi się spodziewał. — Gdzie odbyła się twoja pierwsza akcja?

— Na Pokątnej.

Ledwie James otworzył drzwi, Amelia wpadła przez nie jak błyskawica, ściągając mokry kaptur z głowy i wierzchem dłoni zgarniając splątane kosmyki z twarzy. Była przemoczona i zziębnięta, i jedyne, na co Syriusz miał teraz ochotę, to ogrzać ją i przytulić.

— Ktoś włamał się do mojego mieszkania — zachrypiała.

Iskra prądu przeszyła mu kręgosłup, bo wiedział, wiedział, co ta informacja oznaczała.

— Róg zniknął.

Wstrzymał oddech i wsparł się ramieniem o oniemiałego Jamesa.

— To musiał być ktoś, kto wiedział, gdzie mieszkam — dodała, oddychając coraz płycej i szybciej. Rozpięła szybko guziki płaszcza i cisnęła go na najbliższy haczyk, następnie podważyła palcami pięty i wysunęła stopy z ubłoconych trzewików. — Ktoś, kto najprawdopodobniej miał świstoklika...

Momentalnie poczuł na sobie jej oskarżycielskie spojrzenie, dlatego zmusił się, żeby po raz pierwszy tego wieczoru na nią spojrzeć. Zaraz tego pożałował — Amelia płonęła z wściekłości tak intensywnie, że przez chwilę wydawało mu się, że ma zamiar go zamordować.

— Skąd wiesz, że ten ktoś miał świstoklika? — James jako pierwszy odzyskał kontakt z rzeczywistością; położył jej rękę na plecach i poprowadził do kuchni. Syriusz odniósł niepokojące wrażenie, że gest ten miał na celu odwieść ją od grzmotnięcia go jakimś paskudnym zaklęciem.

— Bo drzwi stały nietknięte — burknęła, siadając na krześle, które jej odsunął. — Były zamknięte dokładnie tak, jak zawsze je zamykam.

— Nie było mnie w twoim mieszkaniu — odezwał się Syriusz i uniósł obronnie ręce. — A ten złoty galeon trzymam w plecaku na górze — dodał, kiwając głową w kierunku schodów.

— Tak? — zapytała wyzywająco, zapierając ręce po bokach ciała. Usta jej drżały, Syriusz sam nie wiedział, czy z ziąbu, czy z wściekłości. — A może ktoś ci go ukradł? Albo wypadł ci z kieszeni na jakiejś akcji?

— Amelia — syknął. — W życiu nie wziąłbym świstoklika na akcję. Poza tym ostatnio użyłem go wczoraj, a potem od razu wrzuciłem do pleca...

Syriusz umilkł gwałtownie, dziwne przeczucie wezbrało w nim gęsią skórką na plecach. Natychmiast zerwał się z miejsca i wbiegł po schodach na górę. Amelia i James wymienili zaskoczone spojrzenia, po czym ruszyli za nim. Syriusz wtargnął do pokoju, zgarnął swój plecak, i nie myśląc ani chwili, zanurzył w nim rękę. Stary notes wpadł mu w dłoń jako pierwszy, później wyczuł pod palcami zmiętą koszulkę, potem smar do łańcucha i dziurawą skarpetę, a potem jeszcze lusterko, tubę czekoladowych żab, książki, winyle, mapy, parę tenisówek, śrubokręt i kombinerki... Wsunął się głębiej, aż nie zahaczył pachą o suwak. Na dnie było kilka papierowych funtów, parę pensów i może ze dwa sykle. Ani śladu galeona. Wyciągnął rękę z plecaka, i odwróciwszy go do góry dnem, potrząsnął nim energicznie. Lawina przedmiotów poturlała się z brzękiem po podłodze.

Accio świstoklik!

Odczekał parę sekund — nic się jednak nie wydarzyło. Raz jeszcze przejrzał swoje rzeczy, a gdy upewnił się, że obejrzał wszystko, co mógł, podniósł się z klęczek i zaczął buszować po pokoju. Po kolei otwierał szuflady, szafki i przegródki w nadziei, że znajdzie tę jedną, małą, xłotą monetę...

Wszystkie wysiłki zdały się na nic. Złoty galeon przepadł.

Syriusz stanął prosto i obrócił się w stronę Amelii i Jamesa.

— Nie ma go — szepnął blado. — Ktoś go stąd zabrał.

James wydał z siebie nieokreślony dźwięk, coś z pogranicza zduszonego okrzyku i boleściwego jęku, a zrozpaczona Amelia wczepiła palce we włosy i klapnęła na najbliższe krzesło.

— Łapo, kto mógłby go stąd zabrać? — zapytał James.

— Nie wiem — odpowiedział bezbarwnie. — Na pewno używałem go wczoraj i na pewno go tu ze sobą przywiozłem.

— Nikogo tutaj nie było. — James wsunął palce pod okulary i przetarł zmęczone oczy. — Tylko ty, Peter i Remus. Zupełnie nikt obcy.

— James! — W oddali rozbrzmiał dźwięczny, kobiecy głos. Euphemia Potter w puszystym szlafroku i wałkach na głowie rozejrzała się zaspanymi oczami po pokoju i weszła do środka. — Strasznie hałasujecie.

— Mamo — odezwał się James. — Miałaś wczoraj jakichś gości?

— Żadnych — odparła, tłumiąc potężne ziewnięcie. — Przecież byłeś tutaj cały czas. A co się stało?

Wymienili zaniepokojone spojrzenia.

— Zniknął świstoklik kierujący do mieszkania Amelii — wyjaśnił Syriusz. — I ktoś się dzisiaj do niego włamał.

Błyszczące oczy Euphemii zrobiły się okrągłe jak tarcze.

— Och, Merlinie — westchnęła, wpatrując się współczująco w skurczoną na krześle Amelię. — Jak dobrze, że nie było cię wtedy w mieszkaniu...

— Wiem — burknęła przez ściągnięte usta. Syriusz zauważył, że cały czas zaciskała pięści na kolanach. — Pewnie byłabym już martwa.

Żołądek zwinął się Syriuszowi jak sznur, wypita wiele godzin wcześniej Ognista zapłonęła mu w przełyku. Znowu miała rację — nie powinien był tworzyć tego przeklętego świstoklika. Bones mogła zginąć tej nocy i byłaby to wyłącznie jego wina.

— Niczym się nie przejmuj — odpowiedziała Euphemia, uśmiechając się życzliwie. — Możesz zostać u nas tak długo, jak tylko potrzebujesz.

— Dziękuję, ale nie chcę sprawiać kłopotu. Wrócę na noc do rodziców.

— Bez sensu ich niepokoić w środku nocy, Amelio — wtrącił się James. — Naprawdę to żaden problem, żebyś została.

— No... dobrze — zgodziła się z wahaniem. Syriusz nie miał złudzeń, że jej niechęć do pozostania u Jamesa spowodowana była wyłącznie jego obecnością.

— Skoro nikogo tutaj nie było — podjął temat James, przysiadając na skraju niezasłanego łóżka — to jakim cudem ktoś ukradł twojego świstoklika, Łapo?

— Sam chciałbym to wiedzieć. — Syriusz postanowił raz jeszcze spróbować: położył się na podłodze i rozświetlił różdżką przestrzeń pod łóżkiem. — Naprawdę, od wczoraj nigdzie go ze sobą nie zabierałem.

— A kiedy go ostatnio używałeś? — zapytała Euphemia łagodnie, stając naprzeciwko Amelii, tak żeby mieć dobry widok na całą trójkę. — Wczoraj?

— Tak — potwierdził, podnosząc się z podłogi, na której znowu niczego nie znalazł. Już nawet przestawał się łudzić. Może jednak zgarnął tego świstoklika do kieszeni, a potem, w chwili nieuwagi, zwyczajnie gdzieś posiał? — Później od razu deportowałem się do was.

— Rozumiem. — Euphemia skinęła głową. — Może trzeba raz jeszcze przeszukać sypialnię.

Syriusz ponownie przegrzebał stertę swoich rzeczy, choć czuł, że nie miało to najmniejszego sensu. Tej monety nie dało się w żaden sposób przeoczyć. Przez ostatni miesiąc używał jej prawie codziennie i doskonale pamiętał, że nawet z daleka połyskiwała na złoto, wyraźnie odcinając się na tle innych przedmiotów.

— Nie ma go na pewno — oznajmił dobitnie.

— Chwileczkę — odezwała się Amelia, podnosząc się raptownie z krzesła. — Załóżmy, że ktoś się tutaj naprawdę włamał i naprawdę ukradł tego świstoklika...

— Dom jest chroniony zaklęciem Fideliusa — wtrąciła się Euphemia. — Nikt z zewnątrz nie mógłby się do niego dostać, Amelio.

— I ten ktoś od razu potem włamał się do mojego mieszkania, po czym przetrzepał cały mój dobytek, nie zabierając niczego wartościowego... — kontynuowała, nie zważając na odpowiedź Euphemii. — Oprócz rogu dwurożca.

Syriusz od razu domyślił się, co chodziło jej po głowie.

— To musiał być ktoś, kto wiedział, że róg jest w moim mieszkaniu — oznajmiła Amelia dosadnie, kładąc nacisk na ostatnie sylaby. — I ten ktoś wiedział, że Syriusz ma do niego świstoklika.

W pokoju zapadła grobowa cisza.

— Wśród was jest śmierciożerca — skwitowała Euphemia, werbalizując jego najgorsze obawy.

— Czy wszyscy członkowie Zakonu wiedzą o rogu? — James sięgnął do kieszeni po swoją różdżkę i przesunął po niej palcami.

— Na pewno nie — zaprzeczył Syriusz. — Ani Dumbledore, ani Moody nie powiedział Zakonowi wprost, po co wybraliśmy się do Rumunii.

— Na bank ktoś z nas jest śmierciożercą — orzekła Amelia, a jej oczy zalśniły czystą mądrością. — Przecież pamiętacie akcję w Upper Barnton, prawda? Oni się nas wtedy spodziewali.

Przymknął powieki i zamrugał szybko. Że też o tym nie pomyślał! Oczywiście, że się ich spodziewali, przewagę liczebną mieli nie z tej ziemi. Ledwie Moody kazał im wyjść z kryjówek, już dawał sygnał, by schować się i jak najprędzej wrócić do kwatery.

A torturowana Lukrecja Prewett nawet nie wiedziała, że istnieje coś takiego, jak Zakon. W Upper Barnton posłużyła za wabik na swoich synów — najzdolniejszych aurorów, jakich Syriusz miał w życiu okazję poznać.

— Ile osób wiedziało o świstokliku? — zapytała Amelia, odszukując spojrzeniem oczu Syriusza.

— Ty i Huncwoci — odparł bez wahania. — I Dumbledore.

— Amelio, nie chce mi się wierzyć, żeby Remus albo Peter mogli być śmierciożercami — obruszył się James. — Nie przeczę, że wśród nas jest zdrajca, ale być może ten ktoś nas podsłuchuje, stąd zna te wszystkie szczegóły?

Chłód wdarł się do sypialni przez uchylone okno, świsząc siarczystym powiewem wiatru, jakby buntował się, wyrażał sprzeciw. Sprzeciw czemu? Słowom Jamesa, pomyślał Syriusz od razu, mimo że wcale nie chciał uwierzyć. Ulewny deszcz ściągnął burzę, grad posypał się z nieba sznurem zerwanych korali. Błyskawice rozrzuciły wici tak jasne, że przez moment zdawało mu się, że jest dzień.

— Nie wiem. — Amelia objęła się ramionami, dygocząc z zimna. — Nie mam siły o tym myśleć.

Syriusz wycelował zaklęciem w okno, wolną ręką sięgając do łóżka, by podać Amelii koc.

Przyjęła go. I co lepsze, gdy uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, jego życie znowu nabrało barw. Poczuł się jak zakochany kundel.

— Chodź, Amelio. — Euphemia zaszurała kapciami po podłodze, i stanąwszy obok Amelii, pogłaskała ją troskliwie po wciąż wilgotnych włosach. — Zaprowadzę cię do sypialni, musisz odpocząć.

Amelia przytaknęła bezbarwnie i wyszła z pokoju, podążając za panią Potter.